To ci historia!

Blog historyczny, ciekawostki historyczne, sensacje

Zachwalając płatne odpusty, dominikanin Johannes Tetzel miał posunąć się do twierdzenia, że ich nabywca zostałby zwolniony z czyśćca, nawet gdyby zgwałcił Maryję Pannę. Być może właśnie to skłoniło Lutra do ostrej reakcji…

luterWedług tradycji, 31 października 1517 roku augustianin Marcin Luter przybił do drzwi kościoła zamkowego w Wittenberdze spis 95 tez. Miały prowadzić do dyskusji o reformie Kościoła rzymskokatolickiego… Niestety, nikt tego zdarzenia nie widział, a i sam Luter nigdy tego nie potwierdził. Wiadomo natomiast, że tezy te spisał i wysłał o biskupów. Postulaty przepisywano i drukowano często bez jego wiedzy.

Zapewne nigdy się już nie dowiemy, czy Luter posłużył się gwoździem, czy kubełkiem kleju, ale nie ulega wątpliwości, że 31 października wysłał swoje tezy arcybiskupowi Albrechtowi, najważniejszemu dostojnikowi kościelnemu w całych Niemczech. Towarzyszący im list tchnął pewnością siebie, a nawet wręcz arogancją…

- napisała we wstępie książki „Marcin Luter – Prorok i buntownik” autorka Lyndal Roper. Skromny mnich, Marcin Luter groził arcybiskupowi, że jeśli sam nie uciszy kaznodziejów sprzedających odpusty, mające skrócić pobyt w czyśćcu, to zrobi to kto inny… Uruchomił proces, który rozbił zachodnie chrześcijaństwo zarządzane przez monopol religijny w postaci Kościoła Rzymskokatolickiego. Pierwsza teza Lutra głosiła, że:

Gdy Pan i Mistrz nasz Jezus Chrystus powiada: „Pokutujcie”, to chce, aby całe życie wiernych było nieustanną pokutą.

Po czym autor objaśnia, że nie należy tego rozumieć wyłącznie, jako odprawianie pokuty zadanej przez kapłana, takiej jak odmawianie modlitwy czy kupowanie odpustów.  Luter, w ślad za starożytnym ojcem kościoła, św. Augustynem, twierdził, że dobre uczynki nie zapewniają zbawienia, ale że zależy ono od łaski boskiej. Dodawał też, że sakrament pokuty został wypaczony przez Kościół. Stał się transakcją pieniężną,  przez co nie może być skuteczny. Jego zdaniem chrześcijanin nie może wykupić się z czyśćca dobrymi uczynkami, oglądaniem relikwii, ani kupowaniem odpustów. Niektórzy parafianie skarżyli się na Lutra, że nie chciał ich rozgrzeszać, bo nie wykazywali szczerej skruchy, ani postanowienia poprawy. A bez tych dwóch warunków spowiedź i pokuta, według spowiednika-reformatora, nie skutkowały odpuszczeniem grzechów.

Sprawa była poważna. Takimi naukami Marcin Luter podważał nie tylko finansowe podstawy działania Kościoła, ale i w ogóle zasadność jego istnienia. Skoro Kościół nie ma możliwości odpuszczania grzechów i pośredniczenia w zbawieniu, to w czym może pomóc chrześcijaninowi? Tymczasem wierni przyzwyczaili się, że wykonanie pokuty zadanej przez spowiednika, natychmiast przynosi uwolnienie od grzechu. A za takie bezcenne dobro warto dać na ofiarę, kupić odpust czy nawet ufundować kaplicę…

Lyndal Roper postawiła sobie za cel poznanie i zrozumienie Lutra jako człowieka. Między innymi znalezienie odpowiedzi na pytanie: skąd syn prowincjonalnego dzierżawcy kopalń miał tyle siły, by przeciwstawić się cesarzowi i papieskiej potędze? Jaki wpływ na jego poglądy miało dzieciństwo w górniczym miasteczku i dlaczego nie posługiwał się nazwiskiem ojca – Leder? Uważny czytelnik dowie się skąd wziął się narastający z wiekiem antysemityzm Lutra i dlaczego twierdził on, że ożenił  z zakonnicą „diabłu na złość”? Ponadto, czy był prymitywnym seksistą, pisząc tak o różnicach damsko-męskich:

Mężczyźni mają szerokie ramiona i wąskie biodra i, stosownie do tego, obdarzeni są inteligencją. Kobiety mają wąskie ramiona i szerokie biodra. Kobiety powinny pozostawać w domu. Wskazuje na to kształt, w jakim zostały stworzone, mają bowiem obfite biodra i szeroką podstawę do siedzenia.

Warto też sprawdzić z jakiego powodu katoliccy adwersarze twierdzili, że matka poczęła go z diabłem i dlaczego nazywali go:

nędznym zbiegłym mnichem, przydupasem łajdackich siostrzyczek zakonnych, bez ziemi i poddanych, tępym podrzutkiem urodzonym, jak mówią, z panny łaziebnej…

Do książki sięgnąć wypada również, by poznać powody, dla których ojciec reformacji nie spłonął na stosie, jak wielu innych krytyków Kościoła… A miał przecież na to ogromne szanse…

Poruszona przez Lutra sprawa odpustów i pokuty nie zreformowała, ale rozbiła zachodnie chrześcijaństwo. Kościół katolicki do dziś problemu tego nie rozwiązał… Jak jest naprawdę z odpuszczaniem grzechów pewnie na zawsze pozostanie „wielką tajemnicą wiary”…

* * *

Lyndal Roper: Marcin Luter - Prorok i buntownik. Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego 2017.

W XIII wieku praca chirurga zaczęła uchodzić za niegodną poważnego stanu lekarskiego. Przeszła tym samym w ręce niewykształconych cyrulików, balwierzy, łaziebników, a nawet… katów.

the-toothworm

Robaki zębowe jako piekielne demony – rzeźba w kości słoniowej wykonana w XVIII wieku we Francji

Wszystkie ludy miały fantastyczne opowieści na temat powstawania chorób i cierpienia. W każdej społeczności działali ludzie mający tym nieszczęściom zapobiegać i je leczyć. Za pomocą tajemniczych, im tylko znanych, środków czy rytuałów. Zajmowali w lokalnych wspólnotach szczególne miejsce, które utrzymywali nie zawsze i nie tylko dzięki skutecznemu leczeniu. Także wskutek odpowiedniego kreowania wizerunku czyli, jak byśmy dziś powiedzieli, działaniom PR-owym.

Próby ulżenia cierpiącemu człowiekowi i nagromadzone dzięki nim doświadczenia doprowadziły do powstania nowoczesnej medycyny. Ale obok tej oficjalnej, próbującej bardziej lub mniej naukowych metod, istniały praktyki nie mające z nauką nic wspólnego. Wykształconych medyków w średniowieczu było bardzo mało, ich liczba ograniczała się do jednego lub dwóch w mieście. Z pomocy tej korzystała tylko wąska, zamożniejsza część społeczeństwa: arystokracja, szlachta, bogaci mieszczanie. Pozostali ludzie musieli polegać na umiejętnościach duchownych z zakonów, w których regule była opieka nad biednymi i chorymi. Poza tym działali jeszcze gorzej wykształceni rzemieślnicy: chirurdzy, balwierze, łaziebnicy oraz wędrowni szarlatani i wiejscy znachorzy. Kiedy ich brakowało pozostawała tylko własna wiedza i doświadczenie lub pomoc rodziny i sąsiadów.

Nic dziwnego, że znajdując sie w takiej sytuacji, człowiek średniowiecza chętnie powierzał swój los świętym i wędrownym znachorom. Nie każdego stać było na pielgrzymkę do sanktuariów słynących z cudownych uzdrowień, więc rzemieślnicy świadczący usługi medyczne wśród uboższych mieli pełne ręce roboty. Jeszcze bardziej wzrosła ich rola, gdy Kościół, w myśl zasady „Ecelesia abhoret e sanguine” (Kościół wystrzega się krwi), w XII wieku zakazał mnichom zajmowania się chirurgią.

Zabiegi te nie miały również poważania u medyków świeckich, którzy bardziej interesowali się chorobami ogólnymi, poniekąd gardząc pracą chirurga. Z konieczności chirurgia przeszła w ręce ludzi niewykształconych: balwierzy, łaziebników czy nawet… katów. Sytuacja ta zrodziła rzesze wędrownych szarlatanów, hochsztaplerów i innych oszustów działających poza kontrolą cechów. Domorośli chirurdzy zazwyczaj wyspecjalizowani byli tylko w jednym typie zabiegów, jak operowanie przepuklin, leczenie zaćmy, usuwanie kamieni z pęcherza czy wyrywanie zębów. Aby pozyskiwać pacjentów musieli stale przenosić się z miejsca na miejsce. Dla swej działalności wykorzystywali zazwyczaj duże skupiska ludzkie, jak miejskie jarmarki i odpusty. Szczególną aktywnością odznaczali się dentyści-samoucy, tzw. rwacze zębowi . Ich poczynaniom towarzyszyły często niezwykłe stroje, atrakcyjne przedstawienia i hałaśliwa reklama.

Dentysta 1629

Jan Miense Molenaer: Dentysta – 1629 r.

Ze względu na znikomy ilość tekstów źródłowych, na temat jarmarcznych rwaczy zębów najwięcej informacji można uzyskać  z obrazów i rycin przedstawiających życie codzienne i obyczaje w dawnych czasach. Szczególnie cenne jest tu wydawnictwo Armelle i Pierre Baron pt.: „Stomatologia w malarstwie”. W albumie przedstawiono ponad 100 obrazów powstałych od XV do XX wieku. Ich autorzy należeli do różnych szkół malarstwa europejskiego, m.in. flamandzkiej, holenderskiej, niemieckiej i włoskiej. Są wśród nich najwybitniejsi artyści, jak Bruegel Starszy, Caravaggio, Dürer, Goya, da Vinci, Toulouse-Lautrec i wielu innych.

Obrazy prezentują szarlatanów, partaczy i cyrulików przy pracy, zmieniające się otoczenie, narzędzia oraz warunki pracy. Przedstawione stroje jarmarcznych uzdrowicieli są bardzo zróżnicowane, nie tylko ze względu na kraj i epokę. Zdarzają się okrycia charakterystyczne dla obowiązującej w danym czasie mody, ale również odzież niezwykła, jak kolorowa tunika, strój egzotyczny czy jakiś kostium teatralny. Niekiedy rwacz wygląda jak pospolity włóczęga, innym razem wyróżnia się strojem bogatego mieszczanina lub rycerza. Często ma on dodające powagi wąsy, brodę lub jedno i drugie. Niekiedy jego szyję zdobi charakterystyczny naszyjnik z zębów – znak rozpoznawczy zawodu dentysty. Bardzo rzadko przedstawia się ich bez nakrycia głowy, co świadczyłoby, że są lub chcą uchodzić za ludzi nie pochodzących z plebsu. Nosili rodzaj furażerki bądź kapelusza, później również kwef i futrzany toczek. Zdarzały się też niezwykłe, dziwaczne kapelusze z piórami.

Niecodzienny strój mógł służyć jako element „reklamy”, przyciągając uwagę potencjalnej klienteli. Jarmarczni uzdrowiciele dbali o efektowną oprawę swej pracy. Od XV wieku „występowali” na podestach, podwyższeniach czy wręcz scenach. Stanowisko pracy dekorowały szyldy, chorągwie, plansze i ryciny poglądowe oraz podrabiane dyplomy uczelni medycznych na wyprawionej skórze. Znajdujące się na nim pieczęcie miały potwierdzać autentyczność dokumentu i uwiarygodnić metody stosowane przez samozwańczych dentystów. Jaką rolę spełniał wiszący krokodyl, często spotykany w takich gabinetach? Prawdopodobnie, jego pełne uzębienie miało symbolizować zdrowe, dobre utrzymane zęby i zachęcać potencjalnych pacjentów do korzystania z usług „dentysty”.

dentysta_caravaggio

Caravaggio: Rwacz zębów – 1625 r.

Leczenie zębów było przez wieki widowiskiem parateatralnym, przyciągającym tłumy gapiów. Poza samym „lekarzem” w niecodziennym stroju na podwyższeniu występowali kuglarze, błaźni, muzycy i tancerze. Nierzadko szarlatan miał pomocnika lub pomocników, którzy prezentowali się nie mniej ekstrawagancko niż szef. Asystowali oni wykonującemu zabiegi, trzymając i podając mu narzędzia lub lekarstwa albo przytrzymując wyrywających się pacjentów. Poza tym zabawiali publiczność, zachwalali kunszt „dentysty” i sprzedawali różne rzekomo cudowne specyfiki. Ich skuteczność zmyślnie demonstrowali za pomocą sztuczek i zwykłego oszustwa. Bardziej zamożni rwacze wozili ze sobą różne egzotyczne zwierzęta, które miały przyciągać uwagę gapiów. Ślad po tego typu praktykach na gruncie polskim pozostawił Komornicki – burmistrz żywiecki, który tak opisał przybycie rwacza w 1707 roku na żywiecki jarmark:

Tegoż roku na jarmark żywiecki na niedzielę pierwszą po Wniebowzięciu Panny Mariej doktor z Śląska do Żywca przyjechał, przyniósłszy na wielbłądzie lekarstwa swoje i obrazy uleczonych ludzi. Na rynku jawnie swoje umiejętności głosił i lekarstwa przez tłomacza prezentował, przy tym zęby bez boleści wielom wyrywał. Poczym wielbłąda kazał przyprowadzić, z którym sztuczki różne przed pospólstwem czynił. Także i żółwie żywe miał, a te ludziom pokazywał. Czemu się pospólstwo dziwowało nie widząc jeszcze wielbłąda i żółwi żywych i takiego doktora…

Autor ten opisał również inny przypadek przybycia na jarmark „sławnego doktora”. Obok wymalowanych sylwetek ludzi, których rzekomo uleczył z ciężkich kalectw, prezentował także poświadczające to listy na pergaminach z pieczęciami. Jak relacjonował Komornicki:

[…] miał małpę samicę, którą w skrzynce woził i ludziom prezentował, różne z niej czyniąc uciechy. Także miał jednego konstarza, który na rękach i nogach w tył chodził i nogi podniósłszy w górę, a głowę w dole mając, na rękach po teatronie biegał, wywracając się rozmaicie dla uciechy ludzkiej. Na ostatku po linie wśród rynku chodził i tańcował…

Na obrazach przedstawiających wędrownych rwaczy i innych domorosłych medyków często pojawiają się robaki leżące na stole lub widoczne w szyldzie dentysty. Wynikało to z rozpowszechnionych wierzeń, że przyczyną bólu i psucia się zębów są robaki zębowe. Wielu jarmarcznych uzdrawiaczy proponowało mikstury leczące tę dolegliwość. Skuteczność sprzedawanych specyfików demonstrowali w trakcie odpowiednio wyreżyserowanych spektakli. W rzeczywistości nie musiała być ona wysoka, gdyż po sprzedaży handlarze szybko ulatniali się. Często musieli zmieniać miejsce pobytu, by uniknąć spotkania z zawiedzionymi klientami.

* * *

Na podstawie: Anna Pietrzyk „Wspomnienia przeszłości: wędrowni rwacze zębów i inni uzdrowiciele”, „Zeszyty Wiejskie” UŁ Interdyscyplinarny Zespół Badania Wsi, z. XIV, Łódź 2009.

Zaginiona granica

Brak komentarzy

Dzieliła Polaków przez ponad 100 lat. Dla wielu była powodem narodowej traumy oraz cierpień z powodu rozłąki z bliskimi. Ale wykorzystywano ją także dla osiągnięcia zysków z nielegalnego handlu oraz do ucieczki przed wymiarem sprawiedliwości i prześladowaniami zaborców.

Granica prusko-rosyjska należała do jednych z najdłuższych w Europie XIX i początków XX wieku. Liczyła ponad 1100 km. Uważa się, że dzieliła nie tylko dwa mocarstwa, ale i dwie cywilizacje: zachodnioeuropejską i wschodnią. Zachodnia granica Królestwa Polskiego, wchodzącego w skład Rosji, była nieco krótsza. Patrząc od południa zaczynała w Mysłowicach na Górnym Śląsku, kończyła zaś w Schmalleningken w Prusach Wschodnich (dzisiaj Smolniki na Litwie). Dziś trudno znaleźć jej materialne ślady, choć tereny, które podzieliła nadal różnią się stylem budownictwa, obyczajami mieszkańców, a niekiedy również ich sposobem wyrażania się i słownictwem.

0-krolestwo

Królestwo Polskie (Kongresowe) 1815-1918. Źródło: www.starenowemapy.pl

Granica ta nie była bezpośrednim skutkiem III rozbioru Polski w 1795 roku. Podział ziem polskich między trzech zaborców zmienił się po wojnach napoleońskich i Kongresie Wiedeńskim w roku 1815. Z utworzonego przez Napoleona w 1807 roku Księstwa Warszawskiego, wydzielono zachodnią Wielkopolskę, Toruń i Bydgoszcz i Kraków. Z pozostałego terytorium, czyli ziem centralnych obecnej Polski, powstało Królestwo Polskie (Kongresowe) połączone z Rosją unią personalną, tj. osobą króla, którym został car Rosji. Z ziem wielkopolskich utworzono Wielkie Księstwo Poznańskie (z Poznaniem i Bydgoszczą), terytorium autonomiczne w ramach Królestwa Prus. Pod pruskie władanie dostał się także Toruń oraz Ziemia Chełmińska. Z Krakowa i okolic utworzono Rzeczpospolitą Krakowską (Wolne Miasto Kraków), państewko o liberalnym ustroju, ale kontrolowane wspólnie przez trzech zaborców.

Postanowienia Kongresu Wiedeńskiego ustaliły granice na całe stulecie. Utrudniały one życie Polakom, gdyż zaborcy wprowadzając system wizowo-paszportowy ograniczyli podróżowanie między krajami. Dokumenty wydawano po długich i kosztownych procedurach. Podróże stały się więc dostępne tylko dla zamożnych warstw społeczeństwa. Granica prusko-rosyjska dzieląca polskie ziemie w znacznej części miała charakter naturalny, przebiegała przez rzeki i jeziora. Tam gdzie ich nie było, przekopywano rowy. Nie były to zapory nie do przebycia, choć na całej długości granicy po obu stronach rozmieszczono budki strażnicze i patrole. O jej istnieniu informowały słupy graniczne, malowane w pasy biało-czerwono-czarne po niemieckiej stronie i biało-niebiesko-czerwone, po rosyjskiej. W latach spokojnych, bez wojen i powstań, nielegalny ruch przez kordony trwał w najlepsze. Przekraczali je niepodległościowi konspiratorzy, przemytnicy i pospolici przestępcy. Służby graniczne nie mogły też zapobiec wizytom u rodziny po drugiej stronie. Przeprowadzanie ludzi było dla mieszkańców pogranicznych wsi źródłem dodatkowego zarobku.

granica

Pamiątkowa granica pomiędzy Pyzdrami a Borzykowem w Wielkopolsce. Źródło: www.wtg-gniazdo.org

Zachodnia granica imperium rosyjskiego przestała istnieć praktycznie zaraz po wybuchu I wojny. Rosjanie wycofali się z pogranicznych guberni w pierwszych dniach sierpnia 1914 roku i nigdy już tu nie wrócili. Formalnie granicę zlikwidował Traktat Wersalski w styczniu 1920 roku.  W następnych postach będziemy przestawiać kolejne odcinki zapomnianej granicy oraz szukać jej śladów w terenie…

Nie brat, ale swat

3 komentarzy

26 lipca 1910 roku w stawie przy drodze obok wsi Zawada pod Częstochową znaleziono drewnianą skrzynię, a w niej  trupa mężczyzny.  Nieboszczyk poniósł śmierć wskutek wielu ran zadanych siekierą. Rozpoznano w nim Wacława Macocha, urzędnika pocztowo-telegraficznego z Granicy. Skrzynia okazała się otomaną, stanowiącą własność klasztoru jasnogórskiego, a znalezione w niej rzeczy, jak ustalono, należały do zakonnika Damazego Macocha. Tak zaczęła się sprawa, która zbulwersowała nie tylko Polaków, ale niemal całą Europę. Pisały o niej gazety we wszystkich trzech zaborach, także zagraniczne. Proces relacjonowała nawet prasa amerykańska.

8

„Trójkąt” jasnogórski. Od lewej: Damazy (Kacper), Helena, Wacław

24 lipca w nocy paulin Damazy Macoch (świeckie imię Kacper) we własnej celi na Jasnej Górze zamordował męża swojej kochanki, Wacława Macocha. Zadał ofierze kilka ciosów siekierą w głowę. Ponieważ Wacław jeszcze żył, mnich udzielił mu rozgrzeszenia, a następnie udusił. Po trwającym dwa lata śledztwie zbrodniarz z Jasnej Góry razem ze wspólnikami stanął przed sądem w Piotrkowie. Uznano go winnym morderstwa „bez premedytacji”, wielu oszustw i kradzieży. Skazano na 12 lat ciężkich robót, ale po apelacji w listopadzie 1912 roku karę podwyższono do 15 lat ciężkich robót, z pozbawieniem wszystkich praw, a potem na przymusowe osiedlenie. Damazy (Kacper) Macoch zmarł w więzieniu w Piotrkowie 6 września 1916 roku. Następnego dnia pochowano go na miejscowym cmentarzu. W rodzinnych stronach mnicha, po wyroku, część Macochów pozbyła się naznaczonego hańbą nazwiska i zmieniła je na Dankowiakowscy.

W procesie nie wyjaśniono sprawy pokrewieństwa zbrodniarza i jego ofiary. Ówczesne gazety przedstawiały ich jako stryjecznych braci lub kuzynów. Zapewne zabicie „brata” dodawało „smaczku” tej tragicznej sprawie, więc nikt nie był zainteresowany wyjaśnieniem, jakie więzy naprawdę łączyły Kacpra i Wacława. Po ponad stu latach jednemu z krewnych Wacława, ofiary z Jasnej Góry i męża fatalnej Heleny, udało się ustalić, że nie było żadnego pokrewieństwa. Poniżej przedstawiamy relację Wiesława Macocha, który gruntowanie zbadał rodzinne koligacje….

* * *

Sprawa zabójstwa na Jasnej Górze w Częstochowie z początku XX wieku budziła sensację na terenie wszystkich trzech zaborów. Zakonnik Damazy (Kacper) Macoch zamordował Wacława Ewarysta Macocha męża swojej kochanki Heleny Katarzyny Krzyżanowskiej. Od pewnego czasu próbuję rozwiązać zagadkę powiązań rodzinnych Kacpra Macocha s. Pawła (zakonnik Damazy) z Wacławem Ewarystem Macochem jego ofiarą, którego zakonnik Damazy zeswatał ze swoją kochanką Heleną Katarzyną Krzyżanowską. Według ówczesnej prasy, która rozpisywała się na ten temat oraz artykułów ukazujących się od czasu do czasu współcześnie, Damazy miał być raz bratem, innym razem bratem stryjecznym, a jeszcze kiedy indziej kuzynem.

akt-malzen

Akt małżeństwa Wacława Macocha z Heleną Macoch z Krzyżanowskich

Mówi się o drugim bądź trzecim stopniu pokrewieństwa, a w akcie ślubu zamordowanego Wacława (Nr 307. Warszawa z 12.06.1910 roku), wspomina o dyspensie od przeszkody drugiego stopnia pokrewieństwa wydanej przez Warszawskiego Arcybiskupa i Metropolitę z dnia 25 maja 1910 pod numerem 18177. Niestety do tego dokumentu nie dotarłem. Być może wyjaśniłoby się pokrewieństwo. Jestem jednak sceptycznie do tego nastawiony ze względu na fałszerstwa Damazego odnośnie swojej śmierci jako Kacpra i pierwszego męża Heleny Krzyżanowskiej. Fałszerstwo obu dokumentów zostało bezsprzecznie udowodnione podczas procesu w Piotrkowie Trybunalskim.

Moje poszukiwania szły w dwóch kierunkach. Pierwszy – ustalenie przodków zamordowanego Wacława Ewarysta Macocha, drugi ustalenie przodków Kacpra Macocha (imię zakonne Damazy). Nie było to rzeczą trudną, jeśli chodzi o Wacława Ewarysta Macocha ponieważ jego dziadek Józef był najstarszym bratem mojego pradziadka Teofila synów Jakuba i Małgorzaty z Kuśmierków małżonków Macochów. Tak więc Wacław był synem Rocha i Józefy z Widerów małżonków Macochów.

waclaw-akt

Akt urodzenia Wacława Macocha

Roch Macoch był organistą w kościele dankowskim [Danków – wieś powiecie kłobuckim, w gminie Lipie] i wójtem gminy Lipie. Był synem z pierwszego małżeństwa Józefa i Franciszki z Orzełków małżonków Macochów. Tak więc ten wywód obejmuje cztery pokolenia. Poniżej zamieszczam akt urodzenia Rocha Macocha z 1853 o jego urodzeniu się dnia 2 sierpnia 1852 roku. Z czego wynikało opóźnienie zgłoszenia urodzenia, nie wiadomo.

roch

Akt urodzenia Rocha Macocha

Natomiast Kacper był najstarszym synem Pawła Macocha i Marianny z Szymałów. Paweł z kolei był synem
Marianny Macoch i NN. (Akt ur. 7/1841 Danków). Właśnie ta Marianna Macoch jest „tajemnicą” z którą nie mogę sobie poradzić. Nie jest mi znana ani data urodzenia, ani śmierci. Nie wiem czyją córką była i czy nazwisko Macoch to jej panieńskie nazwisko czy po mężu. Imię Marianna w rodzinach Macochów było popularne zarówno w przypadku córek jak i żon. Stąd wynika wiele problemów z ustalaniem tożsamości, szczególnie w tych okresach, w których dokumentacja aktów kościelnych jest skąpa i często niestaranna.

Poniżej zamieszczam akty urodzenia Kacpra Macocha i jego ojca Pawła. Wynika z nich jasno, że Kacper Macoch i Wacław Ewaryst Macoch nie byli ani braćmi, ani braćmi stryjecznymi czy kuzynami, jak sugerowała ówczesna prasa.

kacper-damazy_0

Akt urodzenia Kacpra Macocha

 

pawel

Akt urodzenia Pawła Macocha

Jako, że w żadnych źródłach nie mogłem znaleźć daty zgonu zakonnika Damazego z Jasnej Góry napisałem do AP w Piotrkowie Trybunalskim o skan aktu zgonu. Ku mojemu zaskoczeniu w ciągu kilku dni po załatwieniu formalności otrzymałem ten skan. Damazy zmarł w szpitalu więziennym w Piotrkowie Trybunalskim 6 września 1916 roku, pochowany został następnego dnia. Okazuje się, że są archiwa przyjazne dla amatorów genealogii. AP z Piotrkowa Trybunalskiego dziękuję! A akt zgonu Damazego wygląda tak:

kacper-zgon

Akt zgonu Kacpra Macocha

Uważam więc, że sprawa pokrewieństwa pomiędzy zabójcą Kacprem Macochem (imię zakonne Damazy) i jego ofiarą Wacławem Ewarystem Macochem została wyjaśniona. Gorzej będzie ze sprostowaniem błędnej informacji rozpowszechnianej od ponad stu lat…

Autor: Wiesław Macoch

* Dyspensa dotyczyła prawdopodobnie pokrewieństwa (żona brata lub brata stryjecznego). Niestety nie znam treści tego dokumentu, ani pomysłu jak do niego dotrzeć. Zapewne jest on w alegatach do aktów małżeńskich w Archiwum Archidiecezji Warszawskiej. Helena wychodząc za Wacława Ewarysta Macocha była „wdową” po rzekomo zmarłym Kacprze Macochu (fałszywe dokumenty małżeństwa i zgonu o których jest wzmianka w procesie). Była więc Heleną Macoch z Krzyżanowskich i tak podpisała akt małżeństwa z Wacławem. Podejrzewam, że wśród przedstawionych proboszczowi parafii św. Aleksandra w Warszawie oprócz dwóch wyżej wspomnianych dokumentów znajdowały się także sfałszowane akta urodzenia Wacława i Kacpra uznające ich za braci stryjecznych. To wyjaśniałoby częściowo sprawę dyspensy (ale nie do końca). Z aktu małżeństwa wynika, że spisano go dzień po ślubie 13 czerwca 1910 roku (ślub 12 czerwca). Pora ślubu – godzina 8.00 wieczorem też dziwna. Tak jakby starano się ten ślub ukryć. Ślubu udzielał paulin Damazy Macoch czyli Kacper Macoch (nieżyjący „mąż” Heleny Krzyżanowskiej) we własnej osobie na podstawie pełnomocnictwa proboszcza okręgowego parafii św. Antoniego. Dotarcie do alegat małżeństwa rzuciłoby wiele światła na sprawę, tym bardziej, że stopnie pokrewieństwa inaczej były określane w przepisach kościelnych, a inaczej świeckich.  

* * *
Źródła aktów:
1. metryki.genealodzy.pl (AAW)
2. AP Częstochowa
3. Familysearch
4. AP Częstochowa
5. Familysearch
6. AP Piotrków Trybunalski

„Nowe Centrum Łodzi” jest inwestycją równie rewolucyjną, co budowa pierwszej miejskiej elektrowni przed ponad stu laty. Miała realizować futurystyczną wizję oświetlonego i czystego miasta, bez dymów z kominów fabryk.

W końcu XIX wieku w Łodzi funkcjonowały tylko prywatne elektrownie o małej mocy. Własne prądnice posiadały zakłady Scheiblera, Schwarza-Birnbauma-Löwa oraz Heinzla. Prąd dla oświetlenia swoich kamienic wytwarzał Ludwik Meyer. Na przełomie wieków największa elektrownia działała na potrzeby sieci tramwajów na terenie zajezdni przy Tramwajowej.

elektrownia-grand-hotel

W 1900 roku koncesję na budowę miejskiej elektrowni otrzymała niemiecka firma „Siemens i Halske”. Koncesję tę przekazała sześć lat później „Towarzystwu Elektrycznego Oświetlenia 1886 roku” z Petersburga. Ta spółka Siemensa, zarządzająca elektrowniami w Petersburgu i Moskwie, na inwestycję miała przeznaczyć 10 milionów rubli. Prace rozpoczęły się 2 maja 1906 roku od położenia przewodu o napięciu 120V z budynku „Grand Hotelu” do sklepu „American Diamant Palace” przy Piotrkowskiej 37. W podziemiach hotelu zainstalowano tzw. „Prowizorium I”, tj. prądnicę o mocy 60 kW. Już 7 maja oświetlono odległy o około 400 metrów, nowo otwarty sklep z artykułami elektrycznymi. Było to sprytne posunięcie marketingowe. Oświetlona elektrycznie witryna stała się wielką atrakcją dla łodzian. W miejscu tym znajduje się dziś pomnik „Lampiarza”. Kolejnym pokazem skutecznego działania budowniczych było doprowadzenie prądu do silnika elektrycznego w tkalni przy Wólczańskiej 38.
Dzięki tym działaniom akcje elektrowni sprzedawały się jak ciepłe bułeczki i inwestor szybko zdobył pieniądze na budowę. Rozpoczęto ją 25 maja 1906 roku przy ulicy Targowej 1, w pobliżu Dworca Fabrycznego. Równocześnie układano sieć kablową wzdłuż ulicy Piotrkowskiej. Od kościoła na Rynku Fabrycznym (obecnie bazylika na Placu Katedralnym) do Starego Rynku.
Ogłoszenia prasowe informowały o możliwości bezpłatnego przyłączenia do sieci. Właściciele nieruchomości zgłaszali się do biura budowy Elektrowni Łódzkiej przy Piotrkowskiej 150. Musieli posiadać wypełnioną deklarację, potwierdzoną opłatą skarbową w wysokości 1 rubla i 25 kopiejek. Warunkiem „bezinteresownego” podłączenia było zgłoszenie się dwa tygodnie przed układaniem kabli oraz umożliwienie montażu skrzynki zasilającej bezpośrednio przy ulicy.

instalacje-rozwoj28-05-1096-23Epokowa inwestycja dała impuls do powstania nowych firm oraz niespotykaną dotąd okazję do zarobku. W prasie reklamowali swoje usługi panowie Hordliczka i Stamirowski, przedstawiciele Spółki Akcyjnej Siemens i Halske, tej samej, która pierwotnie miała budować elektrownię. Proponowali fachowe przyłączenia do sieci oraz silniki elektryczne, osprzęt, żarówki i żyrandole. Pod ich reklamą elektrownia zachęcała odbiorców prądu, aby korzystali tylko z usług przedsiębiorców uznanych przez nią za „odpowiednio uzdolnionych” i posiadającym jej pisemne upoważnienie. Wiarygodności elektrykom od Siemensa i Halskego dodawała jeszcze siedziba – w tym samym budynku co biuro budowy elektrowni. Zlecenia przyjmowali także telefonicznie, co w roku 1906 było szczytem nowoczesności.
Po stu latach możemy podziwiać, jak doskonale przemyślane i zorganizowane było to przedsięwzięcie. Zaskakującą może być informacja, że firma produkująca i sprzedająca energię elektryczną do zasilania maszyn, podczas budowy własnej elektrowni, wykorzystywała prąd od „konkurencji”, elektrowni łódzkich tramwajów. Z tego samego źródła czerpało energię „Prowizorium II”, uruchomione w grudniu 1906 roku na terenie budowanej elektrowni. Dzięki niemu 1 stycznia 1907 roku do sieci przyłączono pierwszy silnik wysokiego napięcia. Pracował w przędzalni przy Szosie Aleksandrowskiej (obecnie Limanowskiego 4).

pocztowka_ec1
18 września 1907 roku uruchomiono w elektrowni pierwszy turbozespół o mocy 1,3 MW. Wkrótce zaczął pracować drugi taki sam. Ale już po kilku miesiącach okazało się, że obciążenie elektrowni zbliża się do maksymalnego. Konieczna była rozbudowa. W latach 1908–1913 uruchomiono pięć kolejnych turbozespołów. Przed wybuchem I wojny światowej Elektrownia Łódzka osiągnęła moc 21 MW. Była w Królestwie Polskim drugą pod względem wielkości, po elektrowni warszawskiej. Pracowała głównie dla odbiorców przemysłowych czyli modernizujących się fabryk. Do oświetlenia ulic i mieszkań wykorzystywano tylko 10 procent produkowanej energii.
Podczas pierwszej wojny Niemcy wywieźli dwa turbozespoły, zabrali kilometry kabli miedzianych i ołowianych. Zdewastowana elektrownia produkowała zaledwie 20 procent energii sprzed wojny. Po odzyskaniu niepodległości szybko przywrócono jej sprawność i odtworzono sieć przesyłową. W końcu 1923 roku miała już moc wyższą niż przed wojną – prawie 29 MW. Została upaństwowiona i przekazana władzom Łodzi. Jednak wkrótce pojawił się problem własności. Prawowity właściciel, „Towarzystwo Elektrycznego Oświetlenia 1886 roku”, po rewolucji zostało zlikwidowane. Znaczna część jego akcji znalazła się w rękach Niemców- Arndta i Ulmana. Zgodnie z postanowieniami Traktatu Wersalskiego powinni oni oddać majątek krajowi, w którym się znajdował. Tymczasem sprytni akcjonariusze zmienili obywatelstwo na szwajcarskie i zwrócili się do rządu polskiego o przekazanie im Elektrowni Łódzkiej. Wskutek lobbingu i kombinacji urzędników, polski rząd i władze miasta zgodziły się powołać spółkę „Łódzkie Towarzystwo Elektryczne”. Prawie 80 procent akcji uzyskał w niej kapitał obcy, głównie niemiecki.

elektrownia-50815124

Wielu łodzian było przekonanych, iż dochodową elektrownię przejęła bezprawnie międzynarodowa klika. Potwierdzać mógł to fakt, że prezesem ŁTE został właściciel zaledwie 5 akcji spółki, objętych w niejasnych okolicznościach, były premier rządu – Leopold Skulski. Na jednego z dyrektorów powołano zaś byłego ministra poczt i telegrafów.

Nowa spółka na terenach przylegających do ulic Kilińskiego i Przejazd (dziś Tuwima) wybudowała tzw. „Nową Centralę”. Rozbudowała również sieć przesyłową oraz postawiła kilka stacji transformatorowych. W końcu 1931 roku elektrownia posiadała 8 turbozespołów i całkowitą moc 70,75 MW. Była jedną z najnowocześniejszych i największych w kraju.
W latach II wojny światowej pracowała dla łódzkich fabryk przestawionych na produkcję wojenną. Niemcy wybudowali trzy strategiczne linie napowietrzne, do Zgierza, Kalisza i Kutna. Jednak zapotrzebowanie na miedź dla przemysłu zbrojeniowego spowodowało, że zdemontowali większość miedzianych kabli i uzwojenia transformatorów, zastępując je tańszymi, aluminiowymi. Po wojnie elektrownię upaństwowiono. Przyłączenie Łodzi do krajowej sieci energetycznej wyeliminowało potrzebę produkcji prądu w mieście. Zakład przy Targowej przestawiono na wytwarzanie gorącej wody dla centralnego ogrzewania i pary technologicznej dla przemysłu. Wybudowano trzy nowe elektrociepłownie. Pierwsza, zwana teraz EC-1, przestała być potrzebna. Wszystkie projekty jej modernizacji okazały się nieopłacalne.

zwiedzanie1920x850
Energetyczna staruszka miała jeszcze swoje niespodziewane „pięć minut” na przełomie wieków. Obawy przed tzw. pluskwą milenijną spowodowały, że na jeden dzień uruchomiono dwa kotły i turbinę. EC-1 była jedynym zakładem energetycznym w Łodzi, którego nie obsługiwał komputer, więc blokada związana ze zmianą daty mu nie zagrażała. Noc z 31 grudnia 1999 na 1 stycznia 2000 roku zamknęła stuletnią historię łódzkiej elektrowni. Jej pełna likwidacja nastąpiła w 2005 roku.
Od 2008 roku teren jest rewitalizowany. Powstaje „Nowe Centrum Łodzi”. Częścią jego wyposażenia są oryginalne maszyny produkujące kiedyś energię elektryczną. Dzięki wykorzystaniu starych urządzeń i instalacji, dawna elektrownia znów zasila miasto energią. Energią wiedzy i kultury, jak mówią zarządzający Centrum Nauki i Techniki…

Powered by WordPress Web Design by SRS Solutions © 2017 To ci historia! Design by SRS Solutions

  • RSS
  • Flaker
  • Twitter
  • Tumblr
  • Facebook
  • GoldenLine
  • Nasza Klasa
  • Wykop