To ci historia!

Blog historyczny, ciekawostki historyczne, sensacje

Tymi sprawami żyła Łódź w pierwszej połowie XX wieku. Ówczesna opinia publiczna, dzięki prasie codziennej, była niemal na bieżąco informowana o postępach dochodzeń policyjnych i przebiegu rozpraw. Mniej lub bardziej zapomniane przestępstwa, ich sprawców i procesy przypomina teraz nowy „Pitawal łódzki”.

tag_26072017_22251167260093W latach 1734-43 francuski prawnik Franciszek Pitaval (1673-1743), jako pierwszy opracował i opublikował drukiem zbiory spraw sądowych, dotyczących w większości przestępstw kryminalnych. Powstało łącznie 20 tomów. Od jego nazwiska kolejne wydawnictwa zawierające sprawozdania z głośnych procesów zaczęto nazywać „pitawalami”. Najczęściej dotyczyły spraw o charakterze karnym, rzadziej – cywilnym.

W Polsce najważniejszą publikacją o tym charakterze był „Pitaval warszawski” Stanisława Szenica z 1958 roku. Później wyszedł „Pitaval krakowski” autorstwa Stanisława Salmonowicza, Janusza Szwai i Stanisława Waltosia (1962). W latach osiemdziesiątych ukazały się opracowania Stanisława Milewskiego: m.in. „Ciemne sprawy dawnych warszawiaków” i „Procesy pradziadków. Pitaval bez sztyletu i trumny”. Najnowsza publikacja to „Pierwszy pitawal gdański czyli zbrodnia nad Motławą” Pawła Pizuńskiego z 2009 roku.

„Pitawal łódzki” opublikowany przez Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego ma nie tylko przypomnieć  przestępców i procesy, które w pierwszej połowie XX wieku bulwersowały łodzian. Przedstawia także rozwój prawa karnego w Królestwie Polskim, prowincji Rosji carskiej, oraz w niepodległej Polsce do roku 1939. Dokumentuje wyzwania, z jakimi musiał się zmierzyć wymiar sprawiedliwości przy okazji głośnych przestępstw.

Z pyłu archiwalnych akt sądowych, ze starych gazet codziennych i czasopism oraz innych źródeł wydobywamy na światło dzienne i przypominamy trzynaście wybranych tego rodzaju przypadków. Każda z opisywanych spraw została udokumentowana poprzez fakt wykorzystania wszelkich dostępnych materiałów źródłowych, przeprowadzenia ich krytycznej analizy oraz uwzględnienia realiów danej epoki, ze szczególnym naciskiem na kwestie społeczne, narodowościowe i kulturowe – w której opisywane wydarzenia miały miejsce.*

Mamy tu do czynienia z pitawalem opracowanym z wykorzystaniem metod naukowych, przez historyka i prawnika. Jednakże, jak zaznaczają autorzy we wstępie:

W żadnym przypadku nie było (…) naszym zamiarem podważanie wyroków sądowych zapadłych w odległej przeszłości.

„Pitawal łódzki” obejmuje trzynaście spraw i procesów sądowych, z których trzy zdarzyły się przed I wojną światową: zabójstwo przemysłowca Juliusza Kunitzera w 1905 roku, napad terrorystyczno-rabunkowy na furgon pocztowy w 1907 roku oraz mord na fabrykancie Mieczysławie Silbersteinie. Pozostałe miały miejsce w niepodległej Polsce międzywojennej. W tym najbardziej bulwersujące: sprawa Stanisława Łaniuchy – zabójcy trzech osób oraz Marii Zajdlowej, która w 1938 roku zamordowała własną córkę. Najwięcej miejsca poświęcono najsłynniejszemu znanemu łódzkiemu przestępcy – Maksowi Bornsztajnowi, znanemu jako Ślepy Maks.

* ze wstępu

Kazimierz Badziak, Justyna Badziak: „Pitawal Łódzki – Głośne procesy karne od początku XX wieku do wybuchu II wojny światowej” Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego.

Dlaczego generał Anders został dowódcą polskiej armii w ZSRR? Jak to się stało, że jego armia nie rozpoczęła walki u boku Armii Czerwonej? Czy pojenie polską krwią maków na Monte Cassino miało sens?

Pierwszy września 1939 roku. Jestem w Lidzbarku nad granicą Prus…

Tak zaczynał swoje wspomnienia o latach II wojny generał, którego nazwisko kojarzy się przede wszystkim z armią polską powstałą w stalinowskim Związku Radzieckim. Armią, która na froncie wschodnim nie odbyła ani jednej potyczki. Po wędrówce przez Azję i Afrykę, wzięła udział w bitwach na terenie Włoch. Niezwykłe dzieje tej armii oraz jej żołnierzy przedstawił Kacper Śledziński w książce „Wyklęta Armia. Odyseja żołnierzy Andersa”. Opierając się na setkach akt archiwalnych, opracowań i wspomnień autor stworzył przejmującą lekturę. Dokumentującą nie tylko genezę powstania armii, jej tworzenie i przyczyny zaskakującej ewakuacji, ale także przedstawiającą tragiczne losy wielu Polaków w tych nieludzkich czasach.

wykleta-armia1Trudno w tej historii znaleźć bohaterów bez wad. Oficerowie polscy nawet, gdy II Rzeczpospolita zniknęła z map, prezentowali typowe dla międzywojnia rozpolitykowanie. Często nie potrafili zapomnieć o osobistych uprzedzeniach i urazach, zrezygnować z niezdrowej rywalizacji. Niesnaski i ambicje na najwyższych szczeblach wojska i emigracyjnych rządów nie pozwoliły na stworzenie spójnej polityki wobec aliantów i nowego, od lata 1941 roku, „sojusznika” – Związku Radzieckiego. Interes Polski w negocjacjach decydujących o przyszłym porządku europejskim był bardzo słabo reprezentowany. Wojna niemiecko-radziecka wydawała się na początku wielką szansą na odrodzenie przedwojennej Rzeczypospolitej. Tymczasem skomplikowała sytuację i uzależniła Polskę od planów Stalina.

Jak to się stało, że armia generała Andersa nie rozpoczęła walki u boku Armii Czerwonej? Dlaczego, mimo że zakładała to umowa polsko-radziecka, wojsko polskie wyszło z terytorium Związku Radzieckiego? W PRL-u tłumaczono dość pokrętnie, że współpracy z bratnim narodem radzieckim przeszkodziła wielka polityka i burżuazyjne zacietrzewienie polskiego rządu. Peereleowska propaganda nie wyjaśniała też, jaka była prawdziwa przyczyna przebywania na terenie Związku Radzieckiego prawie miliona obywateli polskich i w jakich warunkach tam żyli. Generał Anders przedstawiany był jako wróg ludowego państwa i narodu polskiego. Niegodny miana Polaka, wyrodny syn, który rzekomo zerwał lojalność wobec własnego państwa. Współczesny polityk powiedziałby, że „nie może występować z flagą biało-czerwoną”. W takiej atmosferze, w roku 1946 pozbawiono go polskiego obywatelstwa.

Dlaczego to generał Anders został dowódcą polskiej armii w ZSRR? Premier Władysław Sikorski chciał mieć na tym stanowisku generała dywizji Stanisława Hallera, komendanta obrony Lwowa z 1920 roku. On oraz generał Marian Januszajtis-Żegota byli najwyższej rangi wojskowymi polskimi przebywającymi na terenie Związku Radzieckiego. Haller nie zgłosił się jednak do polskiego wojska. Jak się później okazało zostało, po pobycie w obozie w Starobielsku, został wywieziony do Charkowa i w kwietniu 1940 roku zamordowało go NKWD. Do generała Januszajtisa-Żegoty premier Sikorski nie miał takiego zaufania. Może ze względu na jego powiązania z endecją, a może z powodu krytycznego stosunku do układu z ZSRR. Ostatecznie wybór padł na Andersa, który, gdy podpisywano umowę Sikorski – Majski, był więziony w Moskwie w siedzibie NKWD na Łubiance. Zwolniono go 4 sierpnia 1941 roku, a 11 sierpnia awansowano na generała dywizji. Kierownictwo NKWD uznało, że dla jest to niezły kandydat na wodza „sojuszniczej” armii. Choć Anders wielokrotnie podczas przesłuchań odmawiał wstąpienia do Armii Czerwonej i udziału w rządach polskich pod opieką sowiecką, uważało, że byłego oficera armii carskiej „lubiącego dziewczynki” uda się im podporządkować. W tym czasie generał był zwolennikiem porozumienia polsko-radzieckiego. Jego nominacja nie wszystkim Polakom się podobała. Na przykład szef sztabu Naczelnego Wodza generał Tadeusz Klimecki wyraził wątpliwości czy armię powinien organizować „oficer z urazem do Sowietów”.

Generał Anders uważał, że należy się spieszyć z tworzeniem wojska. We wrześniu 1941 do mówił do generała Zygmunta Bohusza-Szyszki:

Nie wierzę im. Mają nóż na gardle, więc są układni i grzeczni. Ale to może szybko przeminąć. Bądź okrzepną, bądź też ulegną Niemcom. W jednym i w drugim wypadku nasza sprawa znowu znajdzie się w impasie. Musimy bardzo się spieszyć. Musimy się zorganizować i stworzyć silne wojsko. Musimy ratować naszą ludność. Damy Sikorskiemu pełne i lojalne poparcie.

Były to obawy w pełni uzasadnione. Stalin był skłonny do ustępstw wobec Polaków z powodu niespodziewanego zerwania przez Hitlera paktu Ribbentrop-Mołotow i wkroczeniu wojsk niemieckich na tereny Związku Radzieckiego. Dopiero w grudniu 1941 roku niemiecki Blitzkrieg został zatrzymany pod Moskwą. Do tego czasu Stalin obawiał się, że jego polityka poniosła klęskę i lada moment zostanie obalony przez partyjną opozycję. W odzyskaniu wiary w sukces pomogli mu niedawni wrogowie, niespodziewani sojusznicy: Stany Zjednoczone i Wielka Brytania, którzy postanowili wesprzeć Sowietów w walce z Hitlerem. Grudniu 1941 roku Stalin już twardo stał przy swoim planie przejęcia po wojnie wschodniej części Polski, krajów nadbałtyckich oraz bolszewizacji całej Europy Środkowej.

Układ Sikorski-Majski, podpisany 30 lipca 1941 roku pod naciskiem Anglii, przywracał stosunki dyplomatyczne między obu państwami, zerwane 17 września 1939 z chwilą agresji ZSRR na Polskę. Miał na celu wspólną walkę obu państw z III Rzeszą w ramach koalicji antyhitlerowskiej. Rząd radziecki uznał, że jego traktaty z Niemcami z 1939 roku tracą moc. Układ przewidywał budowę armii polskiej w Związku Radzieckim pod dowództwem polskim. Ponadto rząd ZSRR zagwarantował „amnestię” dla obywateli polskich: więźniów politycznych i zesłańców pozbawionych wolności na terenie ZSRR w więzieniach i obozach Gułagu. Pakt budził duże kontrowersje wśród polskich polityków. Jego podpisania odmówił Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Władysław Raczkiewicz.

Konsekwencją układu była umowa wojskowa, zawarta w Moskwie 14 sierpnia 1941 roku, która przewidywała utworzenie „w możliwie najkrótszym czasie” wojska polskiego. Miało być częścią sił zbrojnych suwerennej Rzeczypospolitej i walczyć przeciwko Niemcom wspólnie z Armią Czerwoną oraz wojskami innych państw sojuszniczych. Ustalono, że operacyjnie podlegać będzie naczelnemu dowództwu ZSRR. Z nim też strona polska miała uzgadniać sprawy organizacyjne i personalne. Uzbrojenie oraz wyposażenie polskiej armii miało być dostarczone przez stronę sowiecką lub przez rząd RP, w ramach ramach pomocy z USA.

obozyDziś nie sposób ustalić ilu obywateli polskich wywieziono z II RP po inwazji radzieckiej we wrześniu 1939 toku. Starsze opracowania mówią nawet o 1,5 mln ludzi, nowsze podają liczbę 500 tysięcy. Radzieckie dokumenty są marnym źródłem dla historyków. Wielu deportowanych zmarło podczas długiej drogi na Syberię, a NKWD nie kontrolowało czy z pociągu wysiada tylu ludzi, ilu do niego wsiadło. Oprócz planowanych wywózek cały czas trwały aresztowania podejmowane na podstawie decyzji lokalnych władz bezpieczeństwa, prowadzono także przymusowy pobór do Armii Czerwonej. Generał Anders we wspomnieniach zapewniał, że przez mury więzienne docierały do niego wiadomości o ogromnej liczbie aresztowanych i zesłanych Polaków.

Choć określenie „amnestia” zakładało jakąś winę ludzi bezprawnie wywiezionych na wschód, setki tysięcy Polaków cieszyły się, że umowa z ZSRR daje im jedyną szansę na powrót do normalnego życia. Generał obejmując stanowisko głównodowodzącego powstającej armii, dobrze zdawał sobie z tego sprawę. Radzieckie ułaskawienie objęło niemal 400 tysięcy obywateli polskich, ale nie uwzględniono w nim osób narodowości ukraińskiej, białoruskiej i żydowskiej.

Informacja o „amnestii” z trudem docierała do Polaków rozsianych po radzieckich obozach i kołchozach. Sowiecki aparat władzy hamował, jak mógł wypuszczanie Polaków na wolność.

Nigdzie nie pójdziesz, tu umrzesz, nam teraz są potrzebni robotnicy

- usłyszał od dyrektora cegielni w mieście Kirow niejaki Rumiński. Dopiero wobec takich argumentów zdecydował się ujawnić swoją prawdziwą tożsamość – pułkownika wojska polskiego, Klemensa Rudnickiego. Wkrótce potem został zastępcą szefa sztabu polskiej armii.

Sztab i werbunek powstającej armii mieścił się w Buzułuku koło Kujbyszewa (obecnie Samara). Organizację i szkolenie oddziałów prowadzono w pobliskim Tockoje oraz w Tatiszczewie koło Saratowa. Ze wszystkich stron Związku Radzieckiego miesiącami zjeżdżali Polacy, zwalniani na mocy „amnestii” z łagrów i obozów jenieckich. Wielu nie dojechało, bo nie udało się im znaleźć transportu, wielu zmarło po drodze z głodu, zimna i chorób.

Sztab polskiej armii był zaniepokojony były faktem, że do organizowanego wojska nie zgłaszali się oficerowie więzieni wcześniej w sowieckich obozach w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie. Sowieci konsekwentnie unikali odpowiedzi na pytania o zaginionych i utrudniali władzom polskim prowadzenie poszukiwań. Stalin na pytanie Sikorskiego o zaginionych wojskowych tłumaczył, że uciekli do Mandżurii. W marcu 1942 podczas spotkania z Andersem kłamał:

Nie wiem gdzie są. Na co ich nam trzymać? Być może, że znajdują się w obozach na terenach, które zajęli Niemcy, rozbiegli się.

Rosyjska zima dała się we znaki żołnierzom armii Andersa. Braki w odzieży, zakwaterowanie w nieocieplonych barakach prowadziło do masowych odmrożeń, chorób i śmierci. Do końca stycznia 1942 roku zmarło 112 żołnierzy. Nie mogło być mowy o normalnym szkoleniu wojska, więc generał Anders zdecydował się starać o przeniesienie powstającej armii na południe. Uzyskał zgodę na ewakuację do odległego o ponad 2000 kilometrów Taszkientu. Transporty zaczęły się w styczniu, ale wyprowadzka na południe nie rozwiązała wszystkich problemów. Wiosna przyniosła upały i nowe choroby. Pojawił się tyfus, potem malaria. W marcu władze radzieckie ograniczyły i tak skromne wyżywienie Polaków. 70 tysięcy żołnierzy i kilkanaście tysięcy cywili otrzymało tylko 26 tysięcy racji żywnościowych.

Groźba głodu i braki w wyposażeniu wojska skłoniły generała Anders do starań o wyprowadzenie armii do Iranu. Sytuacja temu sprzyjała. Stalin miał już inne plany wobec Polski. Nie potrzebował polskiego wojska kierującego się własną polityką i nastawionego wrogo do władzy radzieckiej. Zaczął już tworzyć zalążki armii i władz nowej, wasalnej Polski. Mimo oficjalnego sprzeciwu, dał generałowi zezwolenie na ewakuację części Polaków. Bez tego żadna taka akcja nie byłaby możliwa. Ewakuację popierali Brytyjczycy, którzy potrzebowali wsparcia w walce obronie pól naftowych Iraku i Iranu. Przeciwny był natomiast premier Sikorski, który chciał by silna polska armia weszła do Polski z Armią Czerwona i „patrzyła jej na ręce”. Realna władza generała Sikorskiego była za słaba, by zatrzymać armię w ZSRR. Pierwszy transport statkiem przez Morze Kaspijskie wyruszył 24 marca 1942 roku. Do 4 kwietnia w irańskim Pahlevi znalazło się prawie 34 tysiące polskich żołnierzy i ponad 12 tysięcy cywili.

O drugim etapie wycofania Polaków Stalin zdecydował pod naciskiem Churchilla, co generał Anders skwapliwie wykorzystał, uznając, że wyciągnięcie ludzi z ZSRR jest jego najważniejszym zadaniem. Do listopada 1942 roku wysłano do Iranu ponad 115 tysięcy osób, w tym około 78,5 tysięcy żołnierzy oraz 37 tysięcy cywilów. Wśród ewakuowanych było prawie 18 tysięcy polskich dzieci. Część, jak poprzednicy przez Morze Kaspijskie, część przez granicę w Aszchabadzie.

wykleta-armia-andersa

W końcu sierpnia 1942 roku wojsko polskie przeniesiono do Iraku i rozlokowano w pobliżu miast Chanakin i Quizil Ribat. Na Bliskim Wschodzie nastąpiło właściwe szkolenie i organizacja polskiego wojska. 12 września 1942 powstała Armia Polska na Wschodzie licząca cztery dywizje piechoty i brygadę czołgów. Jej dowódcą został generał Anders, a operacyjnie została podporządkowana PAI Force (Persia and Iraq Force). W skład Armii wchodziło około 62 tysięcy żołnierzy.
W lipcu roku następnego  z dowództwa i wybranych jednostek Armii utworzono Drugi Korpus Polski, który miał osiągnąć gotowość bojową 1 stycznia 1944 roku i wzmocnić siły koalicyjne na froncie włoskim. Rozkaz z tej sprawie wydał naczelny Wódz Władysław Sikorski kilka dni przed śmiercią w katastrofie w Gibraltarze. Dowodzenie Korpusem powierzono generałowi Andersowi, który jednocześnie pozostał dowódcą całej Armii. W sierpniu i wrześniu 1943 roku Korpus przegrupowano do południowej Palestyny, a grudniu zaczęto go przerzucać do Włoch.

Stworzenie frontu włoskiego było kompromisem między koalicjantami. Churchillowi marzyło się uderzenie na Bałkany i odcięcie ewentualnego marszu Armii Czerwonej na Europę Centralną. Roosevelt uparcie trzymał się idei lądowania w północnej Francji, która była korzystniejsza z punktu widzenia Stalina. Dla Polaków droga do wyzwolenia ojczyzny prowadząca przez Półwysep Apeniński była drogą okrężną. W dodatku nie wiedzieli jaka to będzie ojczyzna. W tym samym czasie, gdy II Korpus Polski szykował się do walki we Włoszech, w Teheranie (28 listopada –1 grudnia 1943) spotkała się tzw. Wielka Trójka: Roosevelt, Churchill i Stalin. Ustalono między innymi nową granicę wschodnią Polski na tak zwanej linii Curzona i dokonano podziału Europy na alianckie strefy operacyjne – Polska znalazła się w strefie operacyjnej Armii Czerwonej, co przesądzało jej los. Nie chcąc psuć stosunków sojuszniczych, zignorowano sprawę zbrodni w Katyniu. Ze względu na odbywające się jesienią 1944 roku w USA wybory prezydenckie, na prośbę prezydenta Roosevelta liczącego na głosy Polonii, ustalenia w kwestii polskiej zostały utajnione.

Rąbka teherańskiej tajemnicy uchylił premier Churchill 22 lutego 1944 roku w przemówieniu w izbie Gmin, mówiąc:

Nie gwarantowaliśmy nigdy żadnej określonej linii granicznej Polski.  (…) Oswobodzenie Polski może być obecnie osiągnięte przez armie rosyjskie, po poniesieniu przez nie milionowych ofiar przy złamaniu niemieckiej potęgi wojskowej. Nie mam wrażenia, by żądania Rosji zabezpieczenia jej granic zachodnich wykraczały poza obręb tego, co jest rozsądne i sprawiedliwe.

Dla polskich władz emigracyjnych stało się jasne, że Stalin zażądał granicy z Polską na linii demarkacyjnej z III Rzeszą z września 1939 roku, czyli zbliżoną do tzw. linii Curzona z roku 1920. I, że dostał na nią zgodę koalicjantów.

W nagrodę za czteroletnią polską lojalność, za czteroletnie poświęcenie, któremu nie sprosta żaden naród, premier angielski przyznał połowę naszej ojczyzny Rosji

- skomentował to korespondent wojenny Melchior Wańkowicz. Oczywiście polscy oficerowie wiedzieli, że dwie dywizje piechoty wzmocnione brygadą pancerną nie mogły przeważyć szali zwycięstwa w wojnie z Niemcami. Generał Stanisław Kopański szef sztabu Naczelnego Wodza swoich wspomnieniach, przypominał, że Drugi Korpus Polski:

Nie będzie w stanie zaważyć na losie jednej kampanii, a nawet z trudnością obejmie samodzielny kierunek operacyjny.

anders-cassino

Generał Anders pod Monte Cassino

 

Liczyli jednak, że wywalczą dla Polski wolność i wrócą do kraju. W odczuciu Polaków w lutym 1944 roku ujawniona została zdrada rządu Wielkiej Brytanii. Mimo to, generał Anders podjął się zadania przełamania niemieckiej obrony na wzgórzach klasztornych na Monte Cassino.

Jeśli zdobędziemy Monte Cassino, a zdobyć je musimy, wysuniemy sprawę polską (…) na czoło zagadnień świata i damy rządowi polskiemu nowy atut w obronie naszych praw

- argumentował. Opinie o generale Andersie są różne, od bardzo pochlebnych po szkalujące. Oskarżano go o przesadną ambicję, prywatę czy mściwość. Na pewno należał do nielicznej grupy wysokiej rangi oficerów nieźle przygotowanych do działań wojennych na poziomie brygady czy dywizji. Miał też zdolność realnej oceny sytuacji militarnej i skoro wyczucia politycznego. W wielu sprawach pomylił się, ale dokonał rzeczy wydawałoby się niemożliwej – wyrwał ze stalinowskiej niewoli ponad 100 tysięcy rodaków i wyprowadził ich do Iranu będącego wówczas protektoratem brytyjskim.

Po ponad 70 latach od wojny aktualne pozostaje pytanie czy okupiony wielkimi stratami udział w kampanii włoskiej, nie był marnowaniem sił narodu, skoro wielka koalicja porządek powojenny zbudowała nie licząc się z interesem Polaków? Czy warto było poić polską krwią maki na Monte Cassino, jeśli odrodzona Polska miała stać się wasalem Stalina?

Kacper Śledziński: „Wyklęta Armia. Odyseja żołnierzy Andersa”. Wydawnictwo: Znak Horyzont.

Wśród mieszkańców podłódzkich wsi zapanował strach. Krążyły opowieści o „potworze”, „wampirze”, który zabija kobiety. Ludzie bali się wychodzić po zmroku.

Gałkówek w gminie Koluszki ma historię sięgającą średniowiecza. Otoczona lasami wieś w okresie międzywojennym stała się popularnym letniskiem. Przyjemny mikroklimat, bogactwo leśnego runa i bliskość Łodzi powodują, że do dziś jest celem wyjazdów rekreacyjnych łodzian. W PRL-u te sielskie tereny zyskały ponurą sławę i miano „Wampirówka” – polskiej stolicy zbrodni. Ważną rolę w tej makabrycznej historii odegrała miejscowa jednostka wojskowa oraz las bukowo-jodłowy.

las-galkow

Las gałkowski. Źródło: mapio.net

31 lipca 1952 roku w lesie koło Gałkówka znaleziono zwłoki starszej kobiety. Okazało się, że 67- letnia Józefa Pietrzykowska poniosła śmierć wskutek uduszenia, podczas zbierania jagód. Milicja stwierdziła, że morderca miał zamiar odbyć z nią stosunek seksualny, ale ponieważ stawiała opór, udusił ją. Śledztwo nie przyniosło efektów i zostało umorzone z powodu niewykrycia sprawcy.

Pięć miesięcy później, po świętach Bożego Narodzenia, łódzka milicja otrzymała wiadomość o znalezieniu ciała 32-letniej Marii Kunki w lesie, w pobliżu wsi Rydzynki koło Tuszyna. Kobieta zaginęła trzy dni wcześniej. Zaniepokojona rodzina rozpoczęła poszukiwania, w wyniku których natrafiono na zwłoki w świerkowym zagajniku. Ofiara została zgwałcona, a następnie uduszona przez zaciśnięcie szalika na szyi. Oprócz motywu seksualnego, brano pod uwagę również rabunkowy, ponieważ z palców denatki zniknęła złota obrączka i pierścionek. I tym razem śledczy okazali się bezradni, po pięciu tygodniach śledztwo umorzono.

galkowek-zwlokiTych dwóch zbrodni nie łączono ze sobą, do czasu, gdy w marcu 1953 roku na polu pod lasem w Józefowie, doszło do trzeciej. 21-letnia Teresa Piekarska została brutalnie zgwałcona, a następnie uduszona przez zaciśnięcie szalika na szyi. Zwłoki kobiety leżały na polu obok drogi, którą codziennie wieczorem wracała z pracy. Pies milicyjny doprowadził śledczych do przystanku tramwajowego. Podejrzewano, że morderca mógł przyjechać tramwajem i pójść za swoją ofiarą. Nic więcej jednak nie ustalono. Kolejny raz nie udało się znaleźć sprawcy.

O bezskutecznym przebiegu śledztw nie informowano opinii publicznej, aby nie wzbudzać paniki. Mimo to wśród mieszkańców podłódzkich wsi zapanował strach. Krążyły opowieści o „potworze”, „wampirze”, który zabija kobiety. Ludzie bali się wychodzić po zmroku. Wtedy „wampir” na prawie dwa lata zrobił sobie przerwę w zabójczym procederze. Wrócił do Gałkówka i zaatakował ponownie w nocy z pierwszego na drugiego stycznia 1955 roku. Zwłoki 22-letniej Ireny Dunajskiej znaleziono dzień później w pobliżu torów kolejowych, obok drogi prowadzącej do wsi Zielona Góra. Ofiara, tak jak poprzednie, miała na szyi zaciśnięty szalik. Medycy sądowi, oprócz licznych zadrapań na ciele, zauważyli złamaną żuchwę. Prawdopodobnie ofiara stawiała opór i morderca musiał użyć znacznej siły, by ją obezwładnić. Śledztwo znów nie doprowadziło do ustalenia sprawcy.

Do kolejnych zabójstw doszło w roku następnym, w marcu 1956. W lasku przy drodze koło Gałkówka znaleziono zwłoki 18-letniej uczennicy technikum w Łodzi, Heleny Walos. „Wampir” dopadł dziewczynę, gdy szła od stacji w Gałkówku do siostry w pobliskiej Borowej. Zgwałcił ją i udusił szalikiem. Ciało odciągnął w mniej uczęszczane miejsce i przykrył płaszczem. Pies tropiący doprowadził śledczych do przystanku kolejowego w Gałkówku i tam trop się urwał. W sierpniu tego samego roku w krzakach jeżyn obok drogi z Gałkówka do Koluszek natrafiono na kolejne zwłoki. Ich zaawansowany rozkład wskazywał, że śmierć nastąpiła co najmniej kilka dni wcześniej. W denatce rozpoznano 22-letnią Helenę Klatę, mieszkankę Borowej. Jej zgon nastąpił wskutek uduszenia. Tym razem „wampir” posłużył się chustką ofiary. Biegli stwierdzili, że i ta kobieta została zgwałcona.

stanislaw-modzelewskiŚmierć Heleny Klaty zakończyła serię zabójstw na tle seksualnym popełnionych przez nieznanego sprawcę w okolicach Gałkówka. Zeznania świadków oraz kilku kobiet, które przeżyły napad „wampira” doprowadziły śledczych do wniosku, że seryjny morderca jest kolejarzem. Na tej podstawie aresztowano trzech podejrzanych, ale prawdziwego sprawcy nie udało się odnaleźć. Śledztwo w sprawie sześciu morderstw łódzka prokuratura umorzyła w 1957 roku. Mijały miesiące i lata. Opinia publiczna powoli zapominała o „wampirze z Gałkówka”. Coraz bardziej prawdopodobne było, iż zbrodniarz pozostanie nieznany i bezkarny.

Niespodziewany zwrot w sprawie nastąpił po dziesięciu latach. 14 września 1967 roku warszawska milicja przyjęła zgłoszenie śmierci staruszki we własnej wannie. Przybyłego na miejsce funkcjonariusza zdziwiło, że denatka, 87-letnia Maria Gołacka, leżała w wannie ubrana i miała cięte rany na ciele. Sekcja zwłok wykazała, iż staruszka została uduszona, a potem pocięta żyletką. Komenda Stołeczna MO wszczęła w tej sprawie śledztwo, które szybko przyniosło efekty. Z zeznań sąsiadów ofiary wynikało, że miała zatargi z mieszkańcem tej samej kamienicy, Stanisławem Modzelewskim. Jak ustalili śledczy, Modzelewski, kierowca z zawodu, często zmieniał pracę i był karany za kradzieże oraz spowodowanie wypadku drogowego. Ponadto regularnie bił żonę. Modzelewska zwierzyła się kiedyś jednemu z sąsiadów, że nigdy nie miała z mężem normalnego stosunku płciowego, a ojcem jej dziecka jest inny mężczyzna. W tej sytuacji podjęto decyzję o aresztowaniu Modzelewskiego. Zatrzymania dokonano 24 września 1967 roku w Patokach koło Łasku, w domu teściów podejrzanego.

Do zabójstwa Marii Gołackiej Modzelewski przyznał się dopiero po kilku przesłuchaniach. Jak wyjaśnił, po wypiciu wódki nabrał chęci do „zabawienia się z kobietą”. Podczas kolejnych przesłuchań Modzelewski stawał się coraz bardziej rozmowny. Opowiadał śledczym o swoim dzieciństwie, służbie wojskowej, którą odbywał w Gałkówku i o pierwszych latach małżeństwa w Łodzi. Wreszcie wspomniał o swoich kontaktach z kobietami i o zabójstwach popełnionych w okolicach Gałkówka.

Okazało się, że od lutego 1951 do grudnia 1952 roku pełnił służbę w jednostce wojskowej w Gałkówku. Jako kierowca dobrze poznał te tereny, co pomogło mu popełniać zbrodnie. Pierwszą kobietę zamordował jeszcze przed wyjściem z wojska, drugą– kilka dni po ukończeniu służby i przeprowadzce z żoną do Łodzi. Co było zaskakujące, po pierwszej zbrodni Modzelewskiego zatrzymano za bójkę z innym żołnierzem. W areszcie w Koluszkach na krótko osadzono mordercę, który w przyszłości miał zabić jeszcze sześć kobiet. Ostatecznie Modzelewski przyznał się do zamordowania ośmiu kobiet. Ósmej zbrodni, popełnionej w Łodzi, jednak mu nie udowodniono, gdyż nie odnaleziono ciała ofiary.

Proces seryjnego mordercy rozpoczął się w styczniu 1969 roku. Oskarżono go o dokonanie siedmiu morderstw i usiłowania czterech. Ponadto odpowiadał za nielegalne posiadanie broni i dwa rozboje. Rozprawa trwała jedenaście dni. Ponieważ Modzelewski przyznał się do wszystkich zarzucanych mu przestępstw oraz szczegółowo i wiarygodnie opisał przebieg zbrodni, jedyną niewiadomą był wymiar kary.
galkowek-dunajska2

Na podstawie rozbieżnych opinii biegłych psychiatrów sąd nie mógł jednoznacznie określić czy ten maniak seksualny w chwili zbrodni był świadomy swoich czynów. Ostatecznie sędziowie uznali, że żadne z zaburzeń stwierdzonych u Modzelewskiego, nie świadczy o jego ograniczonej poczytalności. Mógł odpowiadać przed sądem za każde morderstwo.

Sąd wojewódzki w Łodzi 5 lutego 1969 roku skazał go na karę śmierci. Obrona wniosła od wyroku rewizję, którą Sąd Najwyższy odrzucił i podtrzymał wyrok kary śmierci. Rada Państwa nie skorzystała z prawa łaski. Modzelewskiego powieszono w listopadzie 1969 roku w więzieniu przy ulicy Rakowieckiej w Warszawie. Mieszkańcy Gałkówka i okolic wciąż pamiętają o historii „wampira”. Jeszcze żyją krewni i znajomi ofiar oraz świadkowie zdarzeń czy wizji lokalnych z udziałem mordercy. Jedną z ofiar, Irenę Dunajską przypomina pomnik w Gałkowie Małym.

Szacuje się, że podczas I wojny światowej w walczących armiach wykorzystano ponad 10 milionów koni. Część z nich ciągnęła armaty, wozy z amunicją czy z żywnością. Inne służyły do jazdy wierzchem, gdyż kawaleria była ważną siłą uderzeniową wszystkich armii.

Tylko nielicznym koniom udało się przeżyć tę wojnę. Zginęło ich niewiele mniej niż ludzi – około 8 milionów. Padały od kul, pocisków, chorób, gazu. Ranne trafiały do specjalnych szpitali weterynaryjnych, a po wyleczeniu ponownie wysyłano je na front…
Każdego dnia do wojsk brytyjskich walczących w Europie trzeba były dostarczyć około tysiąca koni, aby uzupełnić straty. W 1917 roku w sztabach alianckich powstała koncepcja, że koń jest cenniejszy niż człowiek, bo trudniej go zastąpić.

Żołnierze zwykle bardzo cenili te zwierzęta. Z wielu listów i pamiętników wynika, że śmierć konia bywała czasem nie mniej przygnębiająca niż kolegi z oddziału. Zdarzały się jednak sytuacje odwrotne, gdy koń zostawał sam na polu bitwy po śmierci jeźdźca. Taką dramatyczną historię opowiedział dziennikowi „Godzina Polski” w początkach 1917 roku anonimowy oficer rezerwy armii niemieckiej…

* * *

kon980x

Staliśmy na granicy. Nasze wojska, kiedy pobiliśmy Rosjan odeszły daleko, w głąb kraju, a my z rezerwy posłani zostaliśmy na południe, aby uważać czy się co gdzie znowu nie rusza… Urządziliśmy się dosyć wygodnie i mieliśmy przez jakiś czas zupełny spokój. Wysiadywaliśmy długie godziny przed domkiem, słuchając tonów „harmonii“, którą służący mego przyjaciela gdzieś zarekwirował. Tak upływał dzień za dniem, bez przygód. Aż pewnego razu straż z pagórka, gdzie stała na warcie, dała znać, że coś się niedaleko rusza. Wyszedłem na wzgórze i przekonałem się, że są to rosyjscy dragoni, którzy wyjechali z lasu i zatrzymali się. Zwołałem więc zaraz ludzi, kazałem im, by się pochowali i czekali na moje rozkazy. Spomiędzy dragonów wysunął się jeden i pomału, badając okolicę, zbliżał się ku nam. Nagle, ujrzawszy nas, odwrócił się i popędził do swoich. Rozkazałem, by żołnierze wystrzelili. Padło 8 strzałów, a jeździec zleciał z konia, który bez pana zaczął biec po równinie przed siebie. Strzelaliśmy dalej do nieprzyjaciela, schowanego w lesie, skąd też gęsto sypały się kule…

Nasz cisza i spokój skończyły się. Rosjanie zostali w lesie i ostrzeliwali aż do wieczora nasze pozycje. Po nocach czuwaliśmy pilnie, aby nam nie urządzili jakiej niespodzianki. Jednej nocy zawołał mnie żołnierz, stojący na warcie, że widzi coś ciemnego na ziemi, tuż przy zabitym oficerze nieprzyjacielskim. Rzeczywiście, nawet w nocy dał się zauważyć zarys jakiegoś większego stworzenia. Co to mogło być?

- Wiecie panie oficerze, co to jest? To koń zmarłego.

Kiedy zaczęło dnieć, widzieliśmy konia zupełnie dobrze. Wierne zwierzę wróciło do swego pana i stało nad nim, niby pytając – Co jeszcześ się nie wyspał? Moi ludzie z podziwem patrzyli na konia, który parę razy zarżał, jakby chciał trupa obudzić.

- Pójdę tam i pochowam zmarłego – postanowił jeden z żołnierzy.

kon_160408_15

Ćwiczenia w szkole francuskiej kawalerii

Było mu tak, jak i innym, żal nieboszczyka, co leżał rozciągnięty na wznak, twarzą do nieba i konia, który już parę nocy czekał na to, by się jego pan obudził. Ale jak tylko Rosjanie zauważyli żołnierza, zaraz zaczęli gwałtowną strzelaninę, na co my odpowiedzieliśmy podobnie. Koń, wystraszony hałasem uciekł.

To się powtarzało parę nocy. Wierny koń co wieczór przychodził do swego pana, całą noc przestał przy trupie, a jak zaczęło świtać i usłyszał pierwszy strzał – znikał. Widok tego biednego konia przy zabitym był dla naszych żołnierzy bardzo męczący. Wreszcie pewnej nocy dwóch ochotników  wybrało się i oficera pochowali.

- Już zakopany – oznajmił mi jeden z nich.

Zdarzenie to tak mnie zdenerwowało, że przez całą noc nie mogłem spać. Zostałem na straży. Noc była piękna i cicha. Naraz w tej ciszy rozległo się rżenie. Biedny koń wrócił znowu, ale swego pana już nie zastał. Więc odszedł, odszedł na zawsze…

Nie mogę zapomnieć tego rżenia, niesłychanie bolesnym wydawał się mi jego głos. Nastała znowu cisza, tylko tupot końskich kopyt jeszcze chwilę słyszałem. Wierne stworzenie już więcej pana swego nie widziało, a i my odtąd nigdy go już nie spostrzegliśmy.

* * *

Źródło: Godzina Polski nr 93 z 5 kwietnia 1917 roku.

Normalni ludzie nie zabijają. Normalni ludzie nie mordują okrutnie bezbronnych dzieci, starców i kobiet. Normalni czyli jacy? Czy nazistowscy zbrodniarze byli wściekłymi bestiami pozbawionymi ludzkich uczuć?

Przy pierwszych samochodach trochę mi drżała ręka, kiedy strzelałem, ale człowiek się przyzwyczaja. Przy dziesiątym samochodzie już spokojnie celowałem i pewnie strzelałem do tych wielu kobiet, dzieci i niemowląt. Pamiętałem, że w domu czeka na mnie dwójka maluchów, których te hordy potraktowałyby tak samo, jeżeli nie dziesięć razy gorzej. [. . .] Niemowlaki leciały szerokim łukiem w powietrzu, a my rozwalaliśmy je jeszcze w locie, zanim spadły do dołu i wody (niemiecki policjant w liście do domu o mordowaniu Żydów na Ukrainie, październik 1941 rok)

Po zakończeniu drugiej wojny światowej przywódcy zwycięskich państw alianckich stanęli przed trudnym problemem ukarania winnych zbrodni Holocaustu. Czy karać tylko przywódców i inspiratorów, czy również setki tysięcy, jeśli nie miliony wykonawców. Józef Stalin już podczas konferencji w Teheranie w 1943 roku proponował egzekucje 50 do 100 tysięcy niemieckich oficerów. Rozstrzelanie w sowieckim stylu, w bocznej uliczce, bez sądu….

Założyciele i prawodawcy państw winni zawsze zakładać z góry, że wszyscy ludzie są źli i że niechybnie takimi się okażą, ilekroć będą mieli po temu sposobność (Niccolo Machiavelli, Rozważania nad pierwszym dziesięcioksiągiem historii Rzymu Liwiusza)

psychologia_zlaAlianci mieli wiele powodów, by pozostałym przy życiu, pojmanym liderom nazistowskim urządzić proces sądowy. Sprawiedliwe ich ukaranie stanowiło ważny element denazyfikacji Niemiec. Publiczny sąd miał też zniechęcić przyszłe dyktatury do popełniania podobnych zbrodni wojennych i ludobójstwa. Ale chodziło jeszcze o coś nie mniej istotnego. O chęć zrozumienia ludzi, którzy pokierowali całym krajem w tak tragicznym kierunku. Wielu wysokiej rangi hitlerowców zostało wykształconych i wychowanych w zachodnim systemie wartości. Jak mogli dopuścić się takiego bestialstwa? Powszechnie mówiło się, że oskarżeni naziści byli psychopatami, sadystami i całkowitymi „odmieńcami”. Wierzono, że podczas procesu w Norymberdze uda się to wykazać i ujawnić przyczyny powstawania zła. Powstała unikalna szansa zbadania psychiki zbrodniarzy hitlerowskich.

 Znalazłem bardzo niewiele dobrego w ludzkich istotach. W moim przekonaniu większość z ich to śmieci (Zygmunt Freud w liście do Oskara Pfistera, 10 września 1918 r.)

Douglas KelleyDo więzienia w Norymberdze zostali skierowani dwaj amerykańscy naukowcy: psychiatra Douglas Kelley i psycholog Gustave Gilbert. Oficjalnie mieli ocenić czy stan psychiczny oskarżonych pozwala postawić ich przed sądem. Ale realizowali także swoje osobiste plany zbadania i opisania natury zła uosabianego przez liderów ruchu nazistowskiego. Obaj spędzili wiele godzin w ciasnych norymberskich celach na rozmowach z więźniami oraz na przeprowadzaniu z nimi testów psychologicznych. Później obserwowali oskarżonych podczas procesu. Po latach ich obserwacje i notatki posłużyły amerykańskiemu psychiatrze Joelowi E. Dimsdale`owi do napisania książki na temat psychologii zła na przykładzie czterech głównych oskarżonych w procesach norymberskich: Roberta Leya, Hermanna Goeringa, Juliusa Streichera i Rudolfa Hessa.

Nie spieszyłem się z pisaniem; nie chciałem tego robić. Historia była dla mnie zbyt ponura, ale wciąż do mnie wracała i gdy już się zestarzałem, doszedłem do wniosku, że nie mogę przed nią dłużej uciekać. Tak więc książka ta bada spuściznę po Norymberdze i przedstawia to, czego dowiedziałem się na temat zła (ze wstępu)

Gustave GilbertOd procesów norymberskich minęło ponad 70 lat. Dziś Europa próbuje żyć w pokoju i rozwiązywać konflikty drogami dyplomatycznymi. Ale nacjonalizmy, totalitaryzmy, zbrodnicze reżimy i ludobójstwa nie odeszły w przeszłość. Nauki, jakie ludzkość wyniosła z dwóch wojen światowych nie wszędzie dotarły. Niewinni ludzie giną codziennie z rąk psychopatycznych morderców, religijnych fanatyków czy z polecenia przywódców żądających absolutnej władzy. Wyjaśnienie pochodzenia zła w człowieku jest nadal sprawą pierwszej wagi. Książka amerykańskiego psychiatry wiele wyjaśnia, ale stawia również nowe pytania…

Wystarczy, by dobrzy ludzie nic nie robili, a zło zatriumfuje (słowa przypisywane Edmundowi Burke`owi).

* * *

Joel E. Dimsdale – Psychologia zła. Jak Hitler omamił umysły. Wydawnictwo RM.

Powered by WordPress Web Design by SRS Solutions © 2017 To ci historia! Design by SRS Solutions

  • RSS
  • Flaker
  • Twitter
  • Tumblr
  • Facebook
  • GoldenLine
  • Nasza Klasa
  • Wykop