To ci historia!

Blog historyczny, ciekawostki historyczne, sensacje

W 2012 roku z powierzchni ziemi zniknął Dworzec Fabryczny, a wraz z nim fragment torów do stacji Widzew. W ten sposób zakończyły się dzieje starej, XIX- wiecznej stacji kolejowej, która połączyła Łódź z europejską siecią dróg żelaznych.

Gwałtownie rozwijające się miasto nad Łódką ominęła pierwsza na ziemiach polskich droga żelazna warszawsko-wiedeńska. Kiedy 2 września 1846 roku otwarto ruch pociągów na odcinku Rogów – Piotrków Trybunalski, najbliższym dworcem kolejowym stały się Rokiciny. Odległa o 30 kilometrów wioska pełniła rolę okna na świat dla przemysłowego miasta. Liczyło wtedy około 40 tysięcy mieszkańców i było drugim pod tym względem w Królestwie Polskim, po Warszawie.

fabryczny_0

Dworzec Fabryczny przed rozbiórką

Przemysł łódzki potrzebował sprawnej komunikacji z rynkami zbytu na wschodzie oraz z kopalniami węgla w Zagłębiu Dąbrowskim. Nic dziwnego, że wkrótce po uruchomieniu „Wiedenki” przystąpiono do budowy drogi bitej do stacji w Rokicinach. Powstała w latach 1847-1852 i przez kilkanaście lat sunęły nią furmanki z tekstyliami w jedną stronę, a z węglem i bawełną w drugą. Transport konny nie był jednak w stanie obsłużyć rozwijającego się przemysłu łódzkiego. Miasto pilnie potrzebowało bezpośredniego połączenia z siecią europejskich kolei. Powstał więc pomysł budowy linii kolejowej Rokiciny – Łódź – Kalisz, ale z tych zamierzeń nic nie wyszło. W 1858 roku nowy plan przedstawiła grupa łódzkich przemysłowców. Linia miała połączyć kolej Warszawsko – Wiedeńską od stacji Rokiciny z Łodzią, Ozorkowem, Łęczycą , Kutnem i Krośniewicami. Tam dochodziłaby do kolei warszawsko-bydgoskiej. Rozbieżność interesów przemysłowców oraz sprzeciw kół wojskowych cesarstwa projekt ten odesłały do lamusa.

rokiciny

Stacja Rokiciny

Kolejny, zaprezentowany w 1864 roku , zakładał budowę stacji węzłowej w połowie drogi między Rogowem a Rokicinami, w sąsiedztwie wsi Koluszki nad Mrogą. Nie zdecydowano się na wykorzystanie stacji w Rokicinach, która od lat służyła jako punkt przeładunkowy towarów do Łodzi i Tomaszowa. Prawdopodobnie plany rozbudowy zablokował właściciel majątku Michał Bończa-Brujewicz , nie godząc się na sprzedaż potrzebnych gruntów. Stacja o nazwie Koluszki, łącząca Łódź ze światem miała więc powstać wśród pól i lasów pomiędzy wsiami Felicjanów i Żakowice. Projekt firmował swoim nazwiskiem Jan Bloch, znany warszawski bankier i współinwestor kolei w Rosji. W lecie 1865 roku zawiązało się pod jego kierownictwem towarzystwo złożone z bankierów i przedsiębiorców: Józefa Jabłkowskiego, Augustyna Repphana, Maurycego Mamrotha, Edwarda Frankensteina, Matyasa Rozena i Karola Scheiblera. Kapitał towarzystwa wyniósł 1 250 000 rubli i był podzielony na 12 500 akcji sturublowych. Udziałowcy szybko osiągnęli swój cel. Prawdopodobnie dzięki zaangażowaniu się namiestnika Królestwa Polskiego, hrabiego Fiodora Berga, w lipcu 1865 roku wydany został ukaz carski zezwalający na budowę linii kolejowej Łódź – Koluszki. 14 sierpnia podpisano umowę i zatwierdzono Statut Towarzystwa Drogi Żelaznej Fabryczno-Łódzkiej. Otrzymało ono koncesję na eksploatację linii przez 75 lat. Po tym czasie miała przejść na własność państwa. Naczelnym inżynierem został Hipolit Cieszkowski (1835—1907), późniejszy budowniczy ponad 200 stalowych mostów na trasach kolejowych Królestwa.

most_

Budowa mostu pod Bedoniem – rycina z Tygodnika Ilustrowanego 1866 r.

Początek robót nastąpił błyskawicznie. Niektóre źródła podają, że prace rozpoczęto już w lipcu. Według innych nastąpiło to dopiero 1 września. Prace pod kierunkiem inżynierów: Antoniego Łukaszewskiego, Franciszka Grabowskiego i Teodora Schlesingera, postępowały bardzo sprawnie. Przy budowie zaangażowano 2400 robotników. Ułożono jeden tor, ale zostało przygotowane miejsce również pod drugi. Szybkie tempo budowy było możliwe z braku większych przeszkód terenowych. Powstał tylko jeden mały most w pobliżu wsi Dobroń. Mimo, że była to praca ręczna, a materiały transportowano furmankami, już 18 listopada 1865 roku główny inżynier Cieszkowski zgłosił prezesowi Blochowi całkowite zakończenie robót torowych. Linia długości ponad 27 kilometrów (25,5 wiorst), wykonana w standardzie europejskim, takim jak „Wiedenka”, została w całości sfinansowana przez kapitał krajowy. Ponad połowę wyłożyli przemysłowcy łódzcy. Koszty inwestycji wyniosły 1 528 800 rubli. Jedną wiorstę (ok. 1077 m) budowano za 58 000 rubli, czyli poniżej średniej dla Królestwa, która wynosiła 60 000.

781559

Dworzec w Koluszkach

Pierwszy pociąg wjechał oficjalnie do Łodzi 19 listopada 1865 roku. Był to dla miasta dzień szczególny. Uroczyste otwarcie kolei fabryczno-łódzkiej zaszczycił swoją obecnością sam namiestnik Królestwa hrabia Berg. Otwarto jednak tylko ruch towarowy, bo taka była najpilniejsza potrzeba. Pasażerów kolej zaczęła wozić dopiero od 1 czerwca następnego roku. Dla ich obsługi wybudowano dworce w Koluszkach, Andrzejowie i Łodzi. Pierwszy łódzki dworzec postawiono w miejscu, gdzie dziś znajduje się Łódzki Dom Kultury. Tory kolejowe dochodziły wtedy do ulicy Dzikiej (obecnie Sienkiewicza). Było to rozwiązanie tymczasowe. W ciągu kolejnych dwóch lat przy ówczesnej ulicy Widzewskiej (obecnie Kilińskiego) powstał nowy budynek według projektu Adolfa Schimmelpfenniga. Potem dobudowano magazyny, wieżę ciśnień i parowozownię. Stację towarową postawiono po południowej stronie torów. Przy ulicach Składowej i Węglowej ulokowano składy węglowe. Bez tego paliwa nie mogłyby działać łódzkie fabryki.
Kolej fabryczno-łódzka od początku była linią bardzo obciążoną, a przez to dochodową. W 1881 roku przewieziono nią 10 procent towarów i 6,5 procent (250 tysięcy) pasażerów w zaborze rosyjskim. Mimo, że stanowiła ledwie 1,8 procenta długości wszystkich linii kolejowych Królestwa Polskiego. W 1901 roku jej przepustowość wzrosła wskutek zakończenia rozbudowy o drugi tor.

dworzec-fabryczny

Dworzec Fabryczny podczas niemieckiej okupacji

Stary Dworzec Fabryczny był przez ponad 100 lat głównym łódzkim oknem na świat. Pozwolił na dynamiczny rozwój przemysłu oraz całego miasta. Przetrwał burzliwe czasy rewolucji 1905 roku i dwóch wojen światowych. Mimo, że podczas pierwszej został podpalony i w dużej części zniszczony przez Niemców. Przeszedł jedną odbudowę oraz trzy przebudowy i modernizacje. Ostatnią w latach 1972-74. Najstarszy łódzki dworzec służył pasażerom do 15 października 2011 roku. Został wtedy zamknięty, a w czerwcu następnego roku wyburzony. W tym samym miejscu wybudowano nowy dworzec z podziemnymi torami i peronami. Najnowocześniejszy i najdroższy w Polsce. Ze starego nic nie pozostało, poza imitacją fragmentu jego elewacji z dekoracyjnymi attykami i sztukateriami.

* * *

Tekst jest fragmentem książki „Sekrety Łodzi” przygotowywanej przez wydawnictwo Księży Młyn.

Każda fotografia opowiada jakąś historię. A te ze starych albumów, te sprzed stu lat, mogłyby opowiedzieć najwięcej. Mogłyby, ale niestety, dyskretnie milczą… Chcąc dowiedzieć się kto, kiedy, gdzie i dlaczego, szukamy świadków, których od dawna nie ma. Gdzie zachowała się jeszcze pamięć o tych ludziach, miejscach i wydarzeniach? Tylko na niektórych fotografiach jakaś roztropna ręka zapisała strzępki informacji, które często są nieczytelne…

foto4-0200

Agnieszka Szymańska i Józef Agrestowski ok. 1900 roku (ślub?)

agrestowscy

Agrestowscy z najstarszymi dziećmi przed rokiem 1909

Powyższe zdjęcia zostały wykonane w początkach XX wieku. Pierwsze przedstawia najprawdopodobniej ślub mojego pradziadka Józefa Agrestowskiego z prababcią Agnieszką Szymańską. Na drugim mają już dwójkę dzieci. Dziewczynka to prawdopodobnie najstarsza córka Agrestowskich – Zofia. Co do chłopca nie mam żadnych informacji. Fotografię zrobiono przed 1909 rokiem, gdyż nie ma na niej jeszcze mojej babci Stanisławy, która urodziła się właśnie tym roku. W tym czasie Agrestowscy mieszkali w Dębowej Górze koło Skierniewic. Później przenieśli się do Zygmuntowa pod Nieborowem. Taki był los wielu wolnych najmitów…

foto71

Zdjęcie powyższe zrobiono podczas pierwszej wojny światowej. Pradziadek przebywał wtedy w obozie jenieckim w Niemczech. Jako poddany cara pewnie został zmobilizowany, a potem wzięty do niewoli podczas którejś z licznych potyczek niemiecko-rosyjskich na terenach Polski centralnej w 1914 i 1915 roku. Ale to tylko moje przypuszczenia. Nie dysponuję żadnymi dokumentami na ten temat. Na zdjęciu: prababcia Agnieszka z czwórką dzieci. Pierwsza od prawej dziewczynka, to moja babcia Stanisława (po pierwszym mężu – Kozioł, po drugim – Prejzner). Na zdjęciu brak jest urodzonej w maju 1914 roku kolejnej córki – Józi. Fakt jej urodzenia jest odnotowany w księgach parafialnych w Nieborowie. Nie znam jednak jej dalszych losów. 

Rodzina Agrestowskich mieszkała w okolicach Nieborowa co najmniej do 1928 roku. 23 grudnia tego roku prababcia umarła w wieku 45 lat. Józef wyjechał do Gdańska i ożenił się ponownie. To był zaskakujący zwrot w jego biografii. O tym co robił w Wolnym Mieście Gdańsku, jak przetrwał wojnę, wyzwolenie i przyłączenie miasta do Polski ludowej, spodziewam się dowiedzieć od żyjących jeszcze członków rodziny. Pradziadek Agrestowski zmarł 29 grudnia 1953 roku. Został pochowany w Gdańsku na cmentarzu centralnym Srebrzysko.

Więcej w tej opowieści dziur, braków, domysłów i wątpliwości niż faktów. A przecież historia pradziadka Agrestowskiego jest najlepiej opowiedzianą i opisaną w dziejach mojej rodziny. O innych pradziadkach i prababkach, moich i żony, właściwie nic nie wiemy. Rodzinne historie włościan i zubożałej szlachty czekają ciągle na zbadanie… A więc do dzieła!

agrestowska

Grób babci i prababci na cmentarzu w Nieborowie

Takie chuchro?! To jest ten wyrafinowany, okrutny zwierz?! „Zwierz” miał wygląd speszonego kretyna.

W poniedziałek 12 listopada 1928 roku Łódź budziła się do życia po święcie 10-lecia odzyskania niepodległości. Robotnicy idący do pracy znaleźli w rowie przy ulicy Milionowej zwłoki młodej kobiety. Miała na sobie długi wełniany sweter i grubą chustkę narzuconą na ramiona. Sądząc po kałuży krwi, została zamordowana. Około godziny ósmej powiadomiono policję. Na miejsce zbrodni przyjechały władze śledcze z nadkomisarzem Weyerem. Zamordowana leżała twarzą do ziemi. Zakrzepła krew świadczyła, że zbrodni dokonano w nocy z niedzieli na poniedziałek. Nazwiska zamordowanej na miejscu nie udało się ustalić.

sklad_grzegGdy policja prowadziła czynności wstępne, o godzinie 9 rano, pracownik składu fortepianów przy ulicy Piotrkowskiej 117, jak zwykle zameldował się w pracy. Ku jego zdziwieniu, drzwi prowadzące do składu były zamknięte. Udał się na pierwsze piętro do mieszkania właścicieli, Marii i Bronisława Tyszerów. Ale nikt nie reagował na pukanie do drzwi. Tknięty złym przeczuciem postanowił udać się do brata szefa, Engelberta Tyszera, który mieszkał niedaleko, w domu przy zbiegu ulic Piotrkowskiej i Nawrot. Po chwili dwaj mężczyźni wrócili na Piotrkowską 117. Wezwali syna dozorcy domowego, by wyważył okno na pierwszym piętrze i dostał się do mieszkania. Przeszukawszy mieszkanie znaleźli klucze od zakładu. Chwilę potem weszli do składu fortepianów i ujrzeli makabryczny widok. Obok pianina leżał w kałuży krwi Bronisław Tyszer. Zrozpaczony brat zamordowanego pobiegł do następnego pomieszczenia. W kącie obok jednego z fortepianów znalazł przykryte dywanem zwłoki Marii Tyszer.

O godzinie jedenastej na miejsce zbrodni przybyli prokuratorzy i policja. Dochodzeniem zajął się sędzia śledczy Grzesik i kierownik urzędu śledczego Weyer. Stwierdzono, że zabójstwa dokonano tępym narzędziem, młotkiem lub siekierą. Obie ofiary pozbawiono życia silnymi ciosami w tylną część głowy. Na miejscu nie znaleziono narzędzia mordu. Poza odciskami palców na pianinie, niczego więcej nie odkryto. Śledczych zaintrygowała nieobecność służącej Tyszerów. Na podstawie zeznań lokatorów ustalono, że była w mieszkaniu w niedzielę w godzinach wieczorowych. Przed jedenastą w nocy odjechała taksówką w towarzystwie dwóch mężczyzn. Stwierdzono, że służąca – Józefa Borowska mogła paść ofiarą bandytów. Okazało się, że właśnie jej ciało znaleziono przy ulicy Milionowej. W prosektorium rozpoznała je siostra. Śledczy podejrzewali, że służąca była w zmowie ze zbrodniarzami. Prawdopodobnie morderstwo miało motyw rabunkowy. Tyszerowie należeli do ludzi majętnych. Byli właścicielami dwóch domów. Jak ustalono, zamierzali kupić kolejną nieruchomość i w tym celu pobrali z banku 40 tysięcy dolarów. W jednym z pokoi stała kasa pancerna, w której właściciele przechowywali pieniądze, ale nie została otwarta. Kluczowym śladem stał się rachunek wystawiony na nazwisko Stanisława Łaniuchy. W nocy z wtorku na środę, do mieszkania na czwartym piętrze domu przy ulicy Targowej 33, wkroczyła policja z bronią. Podczas rewizji znaleziono pokrwawiony garnitur, splamiony krwią kołnierzyk i krawat oraz toporek strażacki ze śladami krwi leżący na szafie. Całą rodzinę zatrzymano do wyjaśnienia.

skladStanisław Łaniucha wyznał, że jest mordercą. Opowiedział o motywach i szczegółach zbrodni. Przed trzema laty był pomocnikiem stroiciela fortepianów w firmie „Grzegorzewski”. Niedawno przestał tam pracować i przeniósł się do firmy konkurencyjnej. Do właścicieli składu fortepianów czuł niechęć i żal. Opowiadał jak ciężko pracował u Tyszerów za 4 złote na tydzień. Tyszerową uważał za osobę złą, bezlitosną i skąpą. Obiecywała, że wyśle go na naukę do Warszawy, a potem wyrzuciła z pracy. Ciągle tułał się po różnych robotach i wszędzie ludzie go oszukiwali i wyzyskiwali. Z zamiarem morderstwa nosił się od dłuższego czasu, lecz nie wiedział, jak to zrealizować. W niedzielę, jedenastego listopada przyszedł do składu Tyszerów o dziesiątej. Zakład był zamknięty, więc udał się do mieszkania na pierwszym piętrze. Tyszerowej powiedział, że dostał spadek i chce kupić pianino. Umówili się na trzecią po południu, by zrealizować zakup. Świadkiem tej rozmowy była służąca, Józefa Borowska.

O trzeciej wraz z Łaniuchą do składu poszła sama Tyszerowa. Zamiast pieniędzy dostała kopertę z pociętymi papierami. Zaczęła krzyczeć, więc uderzył ją toporkiem w głowę. Cios był śmiertelny. Napastnik chwycił ofiarę za nogi i ściągnął z fotela na podłogę. Potem zadał jeszcze kilka ciosów i przeciągnął ciało do pokoju frontowego. Zrabował sakiewkę z 70 złotymi, klucze od kasy i mieszkania, zdjął z ręki ofiary złoty zegarek oraz obrączkę.
Po dwudziestu minutach do składu wszedł właściciel. Zanim zauważył cokolwiek podejrzanego, zbrodniarz poprosił, by zagrał na pianinie, które wybrał. Gdy Tyszer usiadł przy klawiaturze, otrzymał cios toporkiem w głowę. Uderzenie nie było dość silne, by pozbawić go przytomności. Zaczął się bronić, lecz po chwili otrzymał drugie uderzenie i padł martwy. Łaniucha wyciągnął mu portfel, przeciągnął ciało pod okno zakrywając pokrowcem od fortepianu. Zdecydował się wrócić do mieszkania i otworzyć kasę. Okazało się jednak, że miała dodatkowe zabezpieczenia. W pokoju znalazł 350 złotych. Zabrał też luksusowy budzik i tuzin srebrnych łyżeczek. Założył na siebie palto oraz kapelusz Tyszera i wyszedł.

tyszerByła szósta po południu, gdy Łaniucha udał się na róg Nawrot i Piotrkowskiej, wziął taksówkę i kazał zawieść się na ulicę Tatrzańską. Na polu obok stawu zakopał skradzione przedmioty. Wrócił tą samą taksówką na Nawrot. Wówczas zaświtała mu myśl, że musi zabić służącą Józefę Borowską, która mogła być świadkiem zbrodni. Poszedł na Piotrkowską 117 i zastał tam służącą stojącą pod drzwiami. Powiedział, że przychodzi zapłacić rachunek za kupione pianino i poczeka razem z nią na powrót Tyszerów. Zaproponował Borowskiej spacer. Odmówiła i poszła do mieszkania rządcy domu. Około ósmej służąca wyszła stamtąd zaniepokojona przedłużającą się nieobecnością pracodawców. Łaniucha pożegnał się i poszedł do pobliskiej cukierni Piątkowskiego. Spotkanemu tam chłopcu dał 3 złote za fatygę oraz 5 złotych prosząc, aby udał się na Piotrkowską 117 i przekonał Borowską, że przychodzi z polecenia Tyszerów. Mieli rzekomo przysłać jej 5 złotych na taksówkę, z żądaniem, by przyjechała natychmiast na ulicę Tatrzańską, do fabryki Steigerta. Kiedy chłopiec rozmawiał ze służącą, pojawił się Łaniucha. Oświadczył Borowskiej, że uda się razem z nią na Tatrzańską i tam zapłaci za pianino. Na swoje nieszczęście zgodziła się i pojechała z mordercą. W pewnej chwili Łaniucha zaproponował, że wysiądą i przejdą kawałek drogi pieszo. Kiedy znaleźli się na polach za fabryką, uderzył Borowską toporkiem w głowę. Służąca bez życia osunęła się do rowu. Zbrodniarz przykrył ciało jej własną chustką. Potem odkopał ukryte łupy, wrócił do domu na Targową 33 i schował je w komórce. Następnego dnia wszystko przepakował i rozniósł znajomym na przechowanie. Na koniec zeznania Łaniucha dodał, że zamierzał również zamordować właściciela składu fortepianów przy ulicy 1 Maja.

tyszerowaProces Stanisława Łaniuchy odbył się 21 lutego 1929 roku. Zbrodniarz zrzekł się obrońcy. W ciągu kilku dni napisał swoją obronę i wyuczył się tekstu na pamięć. Zainteresowanie rozprawą było ogromne. Łodzian szczególnie dziwił stan psychiczny oskarżonego. Zastanawiano się, jaką ponurą tajemnicę kryje jego zbrodnicza psychika. Bezpośrednio po dokonaniu ohydnego mordu, wrócił do domu i spokojnie położył się spać. Równie spokojnie zachowywał się w więzieniu. Dopisywał mu apetyt i ciągle dopominał się o jedzenie. Przed procesem dopytywał, czy pozwolą mu ubrać się w garnitur. Wieczorem poszedł spać wcześniej niż zwykle, by na rozprawie być wypoczętym. Nie zauważono u niego wyrzutów sumienia, ani żadnej troski o przyszłość.

Kiedy o 9.30 wprowadzono Stanisława Łaniuchę na salę rozpraw, publiczność była rozczarowana. Drobny, niski i szczupły, niespełna 20-letni młodzieniec nie wyglądał na bezlitosnego i perfidnego zbrodniarza. Ciemno-blond włosy starannie zaczesane do góry. Ciemny garnitur, czysta koszula, gustowny krawat. Na sali sądowej można było usłyszeć szepty: „ Takie chuchro?! To jest wyrafinowany, okrutny zbir Łaniucha? !” ”Zbir” uśmiechał się głupkowato, machał ręką, zakrywał twarz. Chwilami przybierał jakąś błazeńską minę. „Okrutny zwierz” miał wygląd speszonego kretyna. Sala odbierała to, jako wyraz cynizmu. Podczas rozprawy Łaniucha odpowiadał na pytania z namysłem i wahaniem. W pewnym momencie zniecierpliwiony wzruszył ramionami, mówiąc:laniucha_stan

- Po co te wszystkie pytania? Przecież przyznałem się. Niech to wszystko będzie prędzej.

W ostatnim słowie niewiele powiedział na swoją obronę:

- To sobie wtedy pomyślałem, że to pasożyty nie warte, żeby dożyły dziesięciolecia niepodległości naszej Polski. Tylko, że to wszystko myślałem sobie o Tyszerowej, bo pan Tyszer to był dobry człowiek.

Sąd uznał Stanisława Łaniuchę winnym trzech zabójstw i skazał na karę śmierci przez powieszenie. Oskarżony wysłuchał wyroku w spokoju. Dopiero, kiedy skład sędziowski opuszczał salę rozpraw, podniósł ręce do góry w wywołał konsternację okrzykiem:

- Niech żyją ładne kobietki!

Łaniucha nie został powieszony. Rok później prezydent Rzeczypospolitej, Ignacy Mościcki zamienił mu karę śmierci na dożywotnie ciężkie więzienie.

denat

Odwiózł denata do szpitala w stanie ciężkim.

Odniósł ranę tłuczoną w okolicy lewego guza.

Takie „kwiatki” można znaleźć na wielkomiejskim bruku. Ich urodzaj nie wynika jednak ze szczególnej żyzności tegoż bruku, ale z pośpiechu reporterów i redaktorów sensacyjnych popołudniówek…

Źródło: Express Wieczorny Ilustrowany 13 maja 1925.

Nieznana z imienia panna Złotnicka, córka Andrzeja, przodka właścicieli Zduńskiej Woli, wstąpiła do klasztoru bernardynek w Wieluniu. Zachował się spis jej wyprawy i wykaz kosztów utrzymania w klasztorze sporządzony przed 1727 rokiem. Myliłby się ktoś, kto sądziłby, że były to symboliczne wydatki.

Osoby wstępujące do zakonu dostawały wyprawę, ale traciły prawa do rodzinnych sukcesji. Dlatego Andrzej Złotnicki, który na zakonną wyprawkę córki wydał 500 złotych, mógł resztę swojego majątku i ciążące na nim długi zapisać szóstce dzieci z czwartego małżeństwa.

424478

Giovanni Bernini (1598-1680) Beata Ludovica Albertoni, 1671-1674

Złotnicki odnotował jednak nie tylko cenę wyprawki, ale spisał wszelkie inne koszta poniesione na klasztor, w którym resztę życia miała spędzić jego najstarsza córka. Dokument otrzymał nazwę „Regestr kosztów y wyprawy JM Panny Złotnickiey do klasztoru” i został dołączony do testamentu Andrzeja. Dla lepszego zrozumienia przytaczamy go w wersji nieco uwspółcześnionej.

Najprzód wstępując na próbę, złotych 44 do ręki dla Panien i obiad, albo złotych 30 za niego. Wiązania [życzenia i podarki imieninowe] na rok dla całego zgromadzenia na każdą Patronkę, uczyni złotych 80. To samo w drugim roku w Nowicjacie i rok trzeci po Profesji [ślubach zakonnych], wyjdzie na wiązania, za głosy do obłóczyn po złotych 6 od ręki i obiad, albo za obiad złotych 40. Najprzewielebniejszemu Ojcu Prowincjałowi za odebranie głosów dwa talary bite. Ojcu Spowiednikowi tynfów 4.

W dzień obłóczyn także obiad, albo za obiad złotych 100, do wspólnej skarbony na klasztorne
potrzeby. Tynfów 100 Ojcu Najprzewielebniejszemu Prowincjałowi za obłóczyny, czerwony
złoty i garniec wina. Także Ojcu Spowiednikowi przy obłóczynach tynfów 4. Do głosów na Mszę Świętą o Duchu Świętym tynfów 2. Przy obłóczynach na Mszę Świętą śpiewaną złotych 3. Za śpiewanie w dzień głosów Litanii Ojcom na konsolację wódki garniec.

W dzień obłóczyn konsolacja: Ojcom pół bydlęcia, cielaka, kapłonów 6, gęsi 4, indyków parę, wina garncy 10. Świec do kościoła par 6, cztery pary trzechfontowych pojedynkowych, a dwie pary trzechfontowych. Świeca do ręki dla Panny Młodej wielka. Kaznodzieja, jeśli będzie miał kazanie, to talar bity i garniec wina. A jeżeli trzeba będzie ustąpić ambony, to za ustąpienie także talar bity. Kapeli, jak będzie na dobrą noc grać, miodu garcy pięć. W dzień obłóczyn z rana, wódki piernikowej, na śniadanie pieczeń. Przed obłóczynami na dwie Niedziele w wieńcu chodzi Panna Młoda, to na wieniec na rozmaryn potrzeba także.

Do Profesji z tych kosztów już nie wszystkie. Już nie potrzeba 100 tynfów do skarbony klasztornej za obiad, tylko jeden potrzeba. Przy obłóczynach 100 złotych i te 42 złote już nie będą należały, co teraz na wstąpienie…. przy Profesji chustek białych sztuczkowych Ojcom co asystują do Profesji par cztery. Także JMPannie Złotnickiej do profesji habit, płaszcz i świec do ręki i do kościoła, tak jak do obłóczyn.

Skrupulatny rodzic odnotował jeszcze co wchodziło w skład wyprawki panny Złotniczanki, kandydatki na zakonnicę.

Habitów dwa, płaszcz jeden, szubek dwie, jedna z barankami, a druga szkotowa z białym futrem. Spódnic dwie: przeszywana i letnia. Kaftan na jutrznię półszaykowy [?], a pod habit szkotowy. Jeden gorset szkotowy biały na lato. Kołdra szkotowa, płotek, sukno zielone na stolik, materac, pierznik, pierzyna, poduszek 4. Rękaw zimowy, czapka, rękawice zimowe, pończoch zimowych tuzin, białych par 4. Welonów sztuczkowych tuzin, po dwa łokcia na jeden, rąmbkowych. Tuzin zatyczek sztuczkowych, po trzy łokcie na jeden lnianych, pół tuzina koszul lnianych, dwa tuziny powłoki, pół tuzina chustek na głowę półtorałokciowych, tuzin podpinek, tuzin bindalików na czoło, dwa tuziny chustek do rękawa białych, pół tuzina szarych, pół tuzina pasów białych zakonnych. Serwet tuzin, ręczników tuzin, obrusów pomiernych 4, obrus wielki do Refektarza, przystawek cynowych dwie.

Do kaplicy powinna JM Panna Młoda dać suknię jaką, albo czerwonych złotych 4. Po obłóczynach taki był zwyczaj Panien: starszym daje Panna Młoda albo z porządku swego pouczenia, albo za to czerwonych złotych 3. Cele porządek; szafarnia, szafka z prasą, stolik, łóżko, kropielnica, miednica, lichtarzy parę, szczypce. Cyny talerzy 6, półmisków 2, czarek do stołu 4, garnuszek cynowy do stołu, łyżek, noży. Do budzenia na jutrznię latarka, krzesiwko. Książki zakonne 2, trzecia do nabożeństwa zwyczajnego. Stołków, albo krzesełek par dwie, obrazów dwa.

Tak „wyposażona” panna Złotnicka musiała wieść w zakonie stosunkowo lekkie życie. Nieporównywalne z warunkami, jakie miewały panienki z biedniejszych rodzin.

Źródło: Elżbieta Halina Nejman „Cztery pokolenia rodu Złotnickich w Zduńskiej Woli”

Powered by WordPress Web Design by SRS Solutions © 2016 To ci historia! Design by SRS Solutions

  • RSS
  • Flaker
  • Twitter
  • Tumblr
  • Facebook
  • GoldenLine
  • Nasza Klasa
  • Wykop