To ci historia!

Mało znane i nieznane historie z tej ziemi…

Wpisy z okresu: 2.2012

Punkt kulminacyjny wstrząsającej historii, w której Macoch grał główną rolę anty-bohatera, nastąpił 26 lipca 1910 roku. Szczegółowo całą sprawę przedstawiał reporter łódzkiego „Rozwoju” (Rozwój 27.02.1912 r.). [Pisownia oryginalna, śródtytuły-clivie].

Trup w małpim futrze
Rozpoczyna się akt znaną z czasopism historyą znalezienia w lipcu 1910 r. dużej skrzyni drewnianej, pływającej w rowie przy drodze między wsiami Gidle i Zawady. Skrzynia ta okazała się następnie otomaną, pływającą dnem do góry i związaną postronkami. Wewnątrz jej były rogoże stemplowane przez kolej żelazną, futro małpie stare, pościel, a na samem dnie trup mężczyzny, pokryty wielu ranami, zadanemi – jak wykazała ekspertyza lekarska – toporem. Najcięższa z tych ran, zadana w prawą skroń strzaskała czaszkę i spowodowała śmierć natychmiastową. Z badań, na denacie przeprowadzonych, wynika również i ta ważna okoliczność, że nie stawiał on żadnego oporu, że zatem śmierć spotkała go niespodziewanie, w czasie snu, gdy leżał na lewym boku. Trup miał związane ręce i nogi bandażami marlowymi. Pokrywały go kałuże krwi. (..) Sądzono początkowo, iż ofiarą zabójstwa padł niejaki Wójcikowski; aresztowano nawet przypuszczalnych jego morderców; lecz niebawem okazało się, że ów Wójcikowski żyje i aresztowanych uwolniono.

Stary zbutwiały kosz – pilnie kupię!
W sierpniu wysłała policya rogoże ze stemplami kolejowymi do zarządu żandarmsko-policyjnego kolei południowo-zachodnich w Kijowie. Wyjaśniło się, że stemple te zrobiono na stacyi Krzemieniec, gdzie przyjęto bagaż, oznaczono go numerem stacyi (25), numerem kwitu (7744) i numerem 34, od wysyłającego, a bagaż wysłano do Częstochowy. Bagaż stanowiły trzy kosze trzcinowe, wagi 14 pudów 12 funtów; wysłał je niejaki Berenstein, a w Częstochowie odebrał za okazaniem duplikatu frachtu S. J. Potok, mieszkaniec Częstochowy, handlujący koszami.
Ów Samuel Potok zeznał, że istotnie kosze z kolei odebrał, że zwiózł je do swego sklepu na Nowym Rynku, że w kilka dni potem zaszedł do niego mężczyzna w średnim wieku, nieznajomy, który też kupił od niego stary, wielki kosz, przechowywany w piwnicy, zapłacił 4 rb., wziął też i rogoże, płacąc za nie po 15 kop., następnie sprowadził dorożkę i na niej kosz umieścił. Potok, wiedząc, że kosz był już stary, miejscami zbutwiały, i obawiając się, że z tej przyczyny może być zwrócony, zapytał dokąd ma być ten zawieziony. Odpowiedział mu nabywca, że na Jasną Górę do klasztoru. Na osobę nabywcy Potok nie zwrócił szczególnej uwagi, twarzy więc jego nie pamięta. Powyższe zeznanie zwróciło baczność na klasztor jasnogórski.
Rozpytując się mieszkańców Rozprzy, Rędzin i innych wsi, wzdłuż których idzie droga z Częstochowy do Zawad w powiecie Nowo-Radomskim, ustalono, że istotnie w dniu 25 lipca wieczorem dążyły w tym kierunku dwie dorożki parokonne. W pierwszej z nich, ciągnionej przez parę koni gniadych, siedziało dwóch pasażerów, z których jeden – ksiądz. Druga, zaprzężona w konia siwego i gniadego, wiozła skrzynię, owiniętą rogożami, leżącą wpoprzek dorożki bokiem. Obie dorożki zatrzymały się już o zmroku we wsi Rudnikach, tam pasażerowie napili się w karczmie kwasu i pojechali do wsi Kłomnicy.

Tajemnice dorożki
Właściciel pary koni gniadych i dorożki, a za razem właściciel domu w Częstochowie, Stanisław Pawlak, do którego następnie zwróciła się policya, zeznał, że mniej więcej w połowie lipca, około godz. 8 wieczorem, kiedy z dorożką zatrzymał się na placu klasztoru Jasnogórskiego, wyjechał z klasztoru znajomu mu dorożkarz Stanisław Pianko, wiozący długą skrzynię, owiniętą rogożami, ułożoną wpoprzek dorożki. Kiedy już Pianko przejechał plac i skierował się ku miastu przystąpił do Pawlaka znany mu ksiądz Macoch z jakimś młodzieńcem (jak się później okazało – sługą klasztornym, Stanisławem Załogiem), obaj wsiedli do jego dorożki, polecając jechać za Pianką ku rogatce warszawskiej, a następnie do wsi Rudniki, wyprzedzając Piankę. Po drodze pasażerowie nic nie mówili, dopiero przy wjeździe do wsi Załóg prosił Macocha o papierosa. Pawlak był zdziwiony, że młodzieniec mówi do księdza; „ty”.
W Rudnikach obie dorożki zatrzymały się przed traktyernią, z której Załóg wyniósł cztery butelki kwasu, dał każdemu po butelce, poczem Macoch odesłał Pawlaka i wraz z Załogiem przesiadł się na dorożkę Pianki, siadając na skrzyni i tak ruszyli w dalszą drogę. wszystko to wydało sie Pawlakowi bardzo dziwnem. Nazajutrz, będąc znowu na placu klasztornym z dorożką, zauważył, że z ulicy Kościelnej wyjeżdża Pianko z wiązką siana, i że dorożka jego jest bardzo zabłocona. Wniósł stąd, że Pianko tylko co powrócił z wczorajszej wyprawy.

Wyprawa z trupem
Badany Pianko oświadczył początkowo, że Pawlaka wcale nie zna. Później mówił, że wywiózł z klasztoru jakąś skrzynię tylko do Kłomnic, ale żaden ksiądz z nim nie jechał. Nakoniec, kiedy już był aresztowany, zeznał, że w połowie lipca około godz. 4 po południu, kiedy był z dorożką koło klasztoru Jasnogórskiego, zbliżył się doń znany mu osobiście sługa klasztorny i przywołał do bramy klasztornej „książąt Lubomirskich”. Stojący tam, dobrze mu znajomy ksiądz Damazy Macoch kazał mu za półtorej godziny zajechać na dziedziniec klasztorny, ale nie objaśnił, w jakim celu.
W oznaczonej godzinie, gdy Pianko wjechał na dziedziniec klasztorny, ten sam sługa skierował go na małe podwórko i kazał stanąć przed małą sienią, prowądzącą do mieszkań zakonników. Po niejakim czasie służba klasztorna wyniosła stamtąd jakiś długi pakunek, obszyty rogożą czy też płótnem i położyła wpoprzek dorożki. Pakunek był dość szeroki, więc musiano położyć go bokiem pomiędzy siedzeniem a kozłem.
Wyszedł następnie ksiądz Macoch, którego Pianko zapytał:
- Dokąd mamy jechać, ojcze duchowny?
- Mieliśmy jechać na stacyę, ale jedź przez Warszawską rogatkę – brzmiała odpowiedź.
Kiedy już wjechał na plac, spostrzegł, że ksiądz Damazy i ów sługa wsiedli do innej dorożki, jechali przez miasto za nim o jakieś trzydzieści kroków, dopiero na rogatce Pianko, widząc, że za nim jedzie znajomy dorożkarz Pawlak, prosił go, aby jechał przodem i w ten sposób wskazywał mu drogę. W Rudnikach Macoch i jego sługa przesiedli się na dorożkę Pianki, Pawlaka odesłali; kazali się wieźć do stacyi Kłomnice, kolei żelaznej Warszawsko – Wiedeńskiej. Przybywszy na stacyę Macoch poszeptał coś ze swoim towarzyszem i kazali mu kierować się ku Gidlom, w powiecie Nowo-Radomskim. Nastąpiła noc. W jakieś pół godziny po wyjeździe ze stacyi Pianko zauważył, że jego pasażerowie coś robią koło bagażu, jakby przecinali owinięcie. Upłynęło jeszcze kilka minut i polecono mu stanąć w miejscu wcale mu nieznanem, gdzie w pobliżu drogi była jakaś rzeczułka i rosły krzaki. Ksiądz Damazy ze sługą zeszli z dorożki, zdjęli skrzynię i wrzucili ją w wodę. Pianko, przeczuwając coś złego, bardzo się przeraził i zapytał Damazego, co to znaczy. Ten odpowiedział::
- Jedź dalej, to cię nie obchodzi.

Niech Ręka Boska broni!
Przebywszy wsie Zawady i Gidle, wjechali do lasu. Tu Damazy kazał mu przysiądz na Boga, Matkę Boską i Wszystkich Świętych, że choćby go aresztowała policya, choćby go trzymano całe miesiące w więzieniu, on pod żadnym pozorem nic nie powie, bo inaczej śmierć mu grozi. Pianko, strasznie zmieszany, wykonał przysięgę w obawie, że go życia pozbawią.(…)
W Nowo-Radomsku Damazy i jego towarzysz wysiedli z dorożki u przejazdu przez kolej.
Damazy zapłacił mu 30 rubli za jazdę i kazał wrócić do Częstochowy inną drogą przez Brzeźnicę. Upomniał go też o dotrzymanie przysięgi. Do Częstochowy powrócił Pianko nazajutrz około godz. 1 po południu, przebywszy w drodze jakieś 18 godzin. Kiedy w kilka dni później rozeszły się pogłoski o znalezieniu koło Zawad trupa człowieka nieznajomego w otomanie, Pianko wpadł na domysł, że zabójstwo ma związek z nocną wycieczką księdza Damazego. Ale właśnie spotkał w Częstochowie owego sługę, który z nimi jeździł i usłyszał od niego przestrogę:
- Bój się Boga, nie wygadaj się przypadkiem o naszej podróży.
Znacznie później, kiedy już policya zaczęła badać dorożkarzy, dowiadując się, czy który z nich woził skrzynię z klasztoru Jasnogórskiego, ten sam sługa przy drugiem, spotkaniu powiedział:
- Niech cię Ręka Boska broni od przyznania się komukolwiek!

„Oddano go potem na kaźń i najpierw ukarano jego język i usta, którymi okrutnie znieważył Boga; potem pieczono jego rękę, narzędzie najszpetniejszego płodu, spalono karty bluźnierstwa, po czym sam potwór tego wieku, bogobójca i prawołomca, został pochłonięty przez pokutne płomienie, choć nie wiadomo, czy i one mogły zgładzić takie bezeceństwo.”
Tak opisywał śmierć Kazimierza Łyszczyńskiego biskup Andrzej Chryzostom Załuski – zażarty przeciwnik i główny oskarżyciel polskiego ateisty.

Potworne męczarnie na jakie w 1689 roku skazano Łyszczyńskiego w rzeczywistości nie doszły do skutku, albowiem, w swej łaskawości, król Jan III Sobieski złagodził wyrok i skazanemu humanitarnie ścięto mieczem głowę. Po czym ciało spalono, a „popioły jego nabito w końcu w działo i ku Tatarii wystrzelono*”

Po 11 latach od egzekucji, opisując zdarzenie, kanclerz wielki koronny – biskup Załuski raczył o tym zapomnieć, wychodząc najwyraźniej z założenia, że zasądzona kara była najsprawiedliwszą za zbrodnię, jakiej rzekomo dopuścił się Łyszczyński. I większą stanowiła przestrogę dla innych „potworów” i „bezbożników”.

O procesie polskiego ateisty pisał niejaki N. Rasiński we wspomnieniach z czasów Jana Sobieskiego i Augusta II. Pod rokiem 1689 znajdujemy notatkę:
„Łyszczyński powątpiewając o bytności Boga, poważył się zdanie to jawnie wynurzyć. Pasek w swoich pamiętnikach mówi, iż nawet sobie znalazł był stronników. Sposób podobnego myślenia, powszechnie w oczach wszystkich zgrozą będący, ściągnął karę męczeńską na niego. (…) Rafał Leszczyński, Wojewoda poznański, ojciec Króla naszego Stanisława, wystawiając w swej mowie postępek ten jako obraz zuchwałości człowieka, „muszę tedy,” rzecze, „W. Król. Mości, Panu memu miłościwemu, zalecić karę dla przykładu, a nie ułaskawienie. Nic mnie od mego postanowienia nie odwiedzie, bo jeśli w niebie na litość zasłuży, przeczyści się owszem przez ogień. Niech bezbożne pisma z ręku i w ręku będą palone, sam w ogień żywo wrzucony, i proch jego wystrzelony, aby tak zginęła z hukiem pamięć jego bezbożności!”

Co napisał Łyszczyński, że zasłużył sobie na taką pogardę i straszliwą śmierć?. Oto fragmenty jego pism:
„Zaklinamy was , o teologowie, na waszego Boga, czy w ten sposób nie gasicie światła Rozumu, czy nie usuwacie słońca ze świata, czy nie ściągacie z nieba Boga waszego, gdy przypisujecie Bogu rzeczy niemożliwych, atrybuty i określenia przeczące sobie. (…)
Człowiek jest twórcą Boga, a Bóg jest tworem i dziełem człowieka. (…)
Religia została ustanowiona przez ludzi bez religii, aby ich czczono, chociaż Boga nie ma. Pobożność została wprowadzona przez bezbożnych. Lęk przed Bogiem jest rozpowszechniany przez nie lękających się, w tym celu, żeby się ich lękano. (…)
Prosty lud oszukiwany jest przez mądrzejszych wymysłem wiary w Boga na swoje uciemiężenie; tego samego uciemiężenia broni jednak lud, w taki sposób, że gdyby mędrcy chcieli prawdą wyzwolić lud z tego uciemiężenia, zostaliby zdławieni przez sam lud.”

Tylko tyle i aż tyle. Jego pisma, widać nie godziły bezpośrednio w dobro Boga na tyle, aby został ukarany natychmiast piorunem z nieba, ogniem piekielnym lub chociażby uschnięciem bluźnierczej ręki. Godziły natomiast w interesy Kościoła, z którymi musiał liczyć się nawet sam król.

Dziś za wyjątkowe barbarzyństwo uważamy (stosowane dotąd przez islamskich ekstremistów) ścinanie ludzi mieczem, a za szczyt barbarzyństwa kanibalizm i składanie ofiar z ludzi, co praktykowało w przeszłości wiele ludów. I zapominamy lub chcemy zapomnieć, że taką samą ofiarę złożono z Łyszczyńskiego.

Jego kaźń była potrzebna, aby ułagodzić boski gniew, jaki (jak wierzono lub udawano, że wierzono) spadnie na kraj i rodaków za bluźnierstwo. Występek Łyszczyńskiego – mówiło się wówczas w najwyższych sferach Rzeczypospolitej (nawet król Jan III tak twierdził) – przyczyniło się do nieszczęść, jakie na kraj spadały. Wyraźnie to powiedział w czasie procesu wojewoda sieradzki Jan Pieniążek. To, że obrady sejmu polskiego są mało skuteczne jest wynikiem obrazy boskiej. Spowodowanej po pierwsze „pojawieniem się człowieka, który zaprzecza istnieniu Boga”, po drugie „bluźnierstwami” skierowanymi przeciwko Najświętszej Marii Pannie w Gdańsku, a także obrazą biskupa chełmińskiego, Kazimierza Opalińskiego, przez mieszczan toruńskich, i po trzecie „bezprawnym” budowaniem nowych szkół przez Żydów.

Co Bóg o tym myślał, nigdy się nie dowiemy. Bo gorliwi jego słudzy nie pozwolili Mu zająć w tej sprawie stanowiska. Sami wykonali mokrą robotę, nie czekając na boski wyrok. Jak wiemy przykładne ukaranie ateisty nie pomogło Ojczyźnie i z roku na rok pogrążała się ona w anarchii, aż została podzielona pomiędzy silniejszych sąsiadów.

Kiedy zatem słyszysz drogi czytelniku o katolickim monopolu na patriotyzm lub o potrzebie zachowania naszych chrześcijańskich korzeni, pamiętaj o Łyszczyńskim. Jego proces i śmierć to jeden z tych, tak ważnych dla nas korzeni. I to wcale jakiś byle jaki korzonek, ale korzeń całkiem dorodny…

Nie zapominaj o człowieku, który odważył się samodzielnie myśleć, ale i nie zapominaj o jego oprawcach, którzy często w literaturze historycznej przedstawiani są jako wzór szlachetności i patriotyzmu. Oto oni:

  • biskup inflancki, Mikołaj Popławski – jednocześnie senator RP i inkwizytor-reprezentant rzymskiej Kongregacji św. Inkwizycji
  • nuncjusz papieski Giacomo Cantelmo (1640-1702) domagał się w procesie Łyszczyńskiego zastosowania procedury świętej inkwizycji tj. tortur, w celu wykrycia i ukarania innych ateistów
  • biskup kijowski Andrzej Chryzostom Załuski, wyjątkowo zaangażowany w proces, konsekwentnie żądał jak najsurowszej kary dla ateisty
  • biskup poznański Jan Stanisław Witwicki
  • prymas Michał Stefan Radziejowski
  • biskup wileński Konstanty Kazimierz Brzostowski
  • król Jan III Sobieski – dla „świętego!” spokoju zgodził się na uwięzienie i sąd nad szlachcicem (zresztą zasłużonym dla ojczyzny w czasie wojen ze Szwedami i Moskwą) za czyny nie podlegające świeckim paragrafom.

No i szczególnie odrażający typ, konfident, złodziej i krzywoprzysięzca – Jan Kazimierz Brzoska. Dłużnik, który aby nie oddać długu, ukradł nieprawomyślną książkę Łyszczyńskiego i doniósł na niego do wojewody, a potem uparcie trzymał się fałszywych zeznań, mimo złożonej przysięgi. Skorzystał na tym dodatkowo, bo zgodnie z ówczesnym prawem, otrzymał część majątku straconego ateisty.

Pamiętajmy o ofierze z Łyszczyńskiego, by nie poszła ona na marne!

* * *

* czyli  ku krajom pogańskim, jak wtedy sądzono

Sto lat temu, 27 lutego 1912 przed sądem w Piotrkowie Trybunalskim rozpoczął się słynny na całą Europę  proces w sprawie o zbrodnię i świętokradztwo w klasztorze na Jasnej Górze. Przez ponad tydzień z łam prasy europejskiej, a także amerykańskiej nie schodził temat paulina Damazego Macocha, jego wspólników i kochanki.
Łódzki dziennik „Rozwój” informował:
„Od wczesnego ranka całe miasto jest w poruszeniu, o niczem innem się nie mówi, tylko o procesie Macocha. Wszystkie hotele są zajęte. Ceny pokojów wzrosły w trójnasób. Po mieście o zachowaniu się Macocha krążą najrozmaitsze pogłoski. Nieprawdą jest np., że Macoch, który już po aresztowaniu otrzymał, od krakowskich  paulinów ubranie cywilne, przyodział ponownie habit. Przeciwnie, ma on na sobie to  samo ubranie, w którem przywieziono go z Krakowa(…).

W gmachu sądowym ukończono wszystkie przygotowania. Z uznaniem zaznaczyć należy, że
pamiętano o wygodzie korespondentów. Przy długim, szerokim stole, zaopatrzonym w przybory do pisania, ustawiono krzesła, na których delegaci dzienników w miarę zgłaszania się umocowują swoje bilety.
Również i naczelnik poczty p. Gill poczynił da1ekie zarządzenia w biurze telegraficznem, sprowadził bowiem aparat Hughesa 1), oraz wyjednał w Warszawie wydelegowanie trzech telegrafistów na czas procesu.
Dotychczas przysłały na proces sprawozdawców specyalnych, oprócz dzienników warszawskich i prowincyonalnych, rosyjskie: „Riecz”, „Russkoje Słowo”, Nowoje Wremia” i „Birżewyja Wiedomosti”; z Berlina kilka dzienników niemieckich, z Paryża  zaś przybyli wczoraj wieczorem korespondenci „Mattina” i „Petit Journala”. (…)

Sąd, zajęty sprawą Macocha, mieści się w nowym gmachu, niedawno wykończonym.
Proces odbywa się w głównej sali z galeryą, gdzie  funkcyonują zdjęcia kinematograficzne. Sala  i  galerya  nabite. Przeważają mundury wojskowych i urzędników. Jest też olbrzymi  napływ pań. Sala, w  której jest sądzona sprawa Macocha i innych, mieści się na drugiem piętrze gmachu. Z obszernego westibulu frontowego prowadzą do niej obszerne schody i niemniej obszerne,  jasne korytarze. W sali sądowej wszystko jest nowe: ławki, krzesła, stoły, pulpity. Ława oskarżonych o trzech kondygnacyach. Po prawej stronie sali znajduje się galerya, rodzaj trzech dużych lóż. Jest w nich miejsc na 75 osób, na dole w sali-publiczność rozporządza 150 miejscami.

P. Wołkow [przewodniczący sądu ] starał się o to, aby porobić wszelkie udogodnienia dla dziennikarzy, zaczynając od stołów, na których zastali przygotowany papier, ołówki, pióra i atrament,  wygodne krzesełka, a skończywszy na osobnem wejściu, umyślnie dla sprawozdawców. Dzięki temu nie potrzebują przeciskać się przez publiczność, ale swobodnie wchodzą i wychodzą osobnemi drzwiami. To oczywiście ułatwia ciężką pracę sprawozdawców, a jest ich w dniu dzisiejszym 31, mianowicie: przy stole 20, na miejscach bocznych 10, a jeden umieścił się na galeryi. (…)

Największą sensacyę w procesie budzi pamiętnik Starczewskiego. O. Izydor miał ten pamiętnik prowadzić bardzo skrupulatnie. I nietylko zapisywał w nim najdrobniejsze  wydarzenia z życia powszedniego, ale każde dwuznaczne uściśnienie swoich znajomych pań, każdy z niemi bliższy niż uściśnienie stosunek, wymieniając je z nazwiska i okoliczności, w jakich to się odbyło. Są tam podobno takie drastyczności, że gdyby trzeba było dla sprawy ów pamiętnik głośno odczytać, byłoby to całego procesu największą ciekawością.
A podobno do pamiętnika o. Izydora zakradł się długi sznur nazwisk niewiast do tego stopnia pobożnych, że nic bez „ojca duchownego” nie poczynały ani nie robiły.
W jakim celu prowadził taki pamiętnik ten ksiądz-erotoman, – trudno sobie wytłumaczyć, bo nawet są w nim podobno notatki, ile od której gotówki dostał…

Jeszcze dramatyczniej przedstawiał wydarzenia w przeddzień procesu korespondent „Gońca Częstochowskiego”:

Stary gród trybunalski, od paru wieków w dziwnej pogrążony śpiączce, ustąpiwszy miejsca innym miastom, które los zmienny wyniósł ponad niego – ocknął się.

Miasta te, więcej bo i zakordonowe: Wielkopolska i Galicia, a poza nimi i obce kraje przysyłają do starożytnego Piotrkowa swych różnojęzycznych delegatów, dla asystowania i nadsyłania sprawozdań, niestety, w smutnej sprawie, tak smutnej, że odbiła się gromkiem i dotkliwem echem w całym świecie katolickim.

Na wstępie uderza nas na dworcu kolejowym, przy opuszczeniu stopni wagonu tłum zbity przybyszów, mieszający się z oczekującymi tu i owdzie przedstawicielami różnych władz miejscowych. Snać zwiększenia się napływu przyjezdnych oczekiwano, bo zauważamy wzmocnione posterunki policyjne.

Przed dworcem i na dalszych ulicach też ruch niezwykły, szczególniej wpobliżu hoteli i pokojów umeblowanych. Tu i owdzie spostrzegamy zafrasowaną twarz kogoś, kto nie znalazłszy wolnego pokoju w hotelu, stoi przed jego bramą, oglądając się kłopotliwie i szukając u przechodnia rady, w którą skierować się stronę.

Wybawia go z kłopotu przynajmniej narazie typowy miszures 2) prowincjonalny charakterystycznem:
- Ja pana co powiem… jest jeszcze jeden hotel… Polski…

Ale okazuje się, że i tu wszystkie numery zajęte. I tak wszędzie. W paru nielicznych miejscach ofiarowują nam pokój w cenie zgórą rb. 4. Byle nie zostać bez dachu nad głową chwytamy się tej ostatniej deski ratunku, pozostawiając tem samem na bruku owego pana ze skłopotanem obliczem, który w tej chwili do tegoż asylu nadążył.

1)Aparat Hughes’a (Juza) jest najstarszym szybkopiszącym aparatem telegraficznym. Wynaleziony przez prof. Hughes’a w Nowym Jorku w 1855 roku. Aparat używał alfabetu łacińskiego i cyfr od 0 do 9. Wydajność to 90 do 125 znaków na minutę (inne źródła podają 200 do 270 znaków na minutę), dla porównania aparat morsa pracował z prędkością 75 znaków na minutę.

2) Miszures – dawniej posługacz żydowski w oberży

* * *

O zdarzeniach, które Macocha i spółkę doprowadziły na ławę oskarżonych piotrkowskiego sądu i o przebiegu procesu, już wkrótce.

Luty 1936 roku był niezwykle atrakcyjny dla warszawskich amatorów hokeja. Ogromne lodowisko na Wiśle pozwalało każdemu chętnemu zaznać tego sportu.  W mieście Łodzi zaś mroźny ten miesiąc przyniósł sporo tragicznych wydarzeń.  „Głos Poranny” 15 i 16 lutego  informował o śmiertelnych wypadkach oraz samobójstwie.

Ostatni fragment mało znanego pamiętnika Wiktora Jaworskiego – oficera, przedstawiciela Rządu Tymczasowego. Sensacyjna relacja uczestnika powstania styczniowego napisana w Zurychu w 1867 roku. Wspomnienia pod tytułem „Notatki o powstaniu w łęczyckim powiecie” przez Stanisława Bellinę, opublikowane zostały przez Agatona Gillera w zbiorze „Polska w walce” [Paryż, rok 1868]. Pisownia oryginalna, śródtytuły – clivie.

Część VII – Są nowe mundury, nie ma powstania!

Major Littich naznaczył swoim zastępcą oficera z byłego szwadronu Parczewskiego znanego pod nazwiskiem Dzida. Otóż ten oficer S… dobrał sobie w pomoc byłego furjera porucznika C… i przez kilka dni urządzali wojskowe sprawy powiatu. Ja z moimi braćmi i Jabłoński byliśmy przez nich oskarżeni przed Littichem o zbiegowstwo z powiatu, pomimo, że posiadaliśmy urlopy, i do nas w żaden sposób rozporządzenie Wydziału Wojny z dnia 14 sierpnia nie mogło być zastosowane (1). Rozumie się skarga ta nie miała żadnego skutku. Littich Jabłońskiego i mnie wziął do swej pomocy. Pierwszemu powierzył czynność wojskowej formacji, a mnie, jako porucznika zatrzymał przy sobie do szczególnych poruczeń.
W tym czasie złożono sąd na Skowrońskiego. Zasiadali na nim prawie wszyscy oficerowie oddziału. Ja zaś z przyczyny, iż dwóch moich braci już w takowym udział miało, prosiłem o wyłączenie. Na posiedzeniu tem, nic stanowczego przecież nie zdecydowano co do winy Skowrońskiego i kary za nią, sąd się więc bez wydania opinji i wyroku rozszedł. Z tego powodu, spotykały później Skowrońskiego, mianowicie w Poznańskiem, bardzo ciężkie zarzuty.

Z Łęczyckiego Skowroński pojechał w Poznańskie, a potem do Drezna, gdzie starał się o akt uniewinnienia. Za pośrednictwem bawiącego tam urzędnika Komissji Wojny, Szczycińskiego, akt taki w marcu 1864 roku został zdziałany i podpisany przez będących tam łęczyckich oficerów: Parczewskiego, Żukowskiego, Jabłońskiego, pułkownika Zielińskiego, organizatora okręgowego Kicińskiego, porucznika C… i naczelnika miasta Zgierza P. Ja i pomocnik okręgowego obywatel T. usunęliśmy się od podpisu na akcie, który nie zgadzał się z pojęciami naszemi o sprawiedliwości (2). Skowroński jako żołnierz był odważnym, czego dał kilkakrotne dowody, jako dowódzca nie był dbałym i pilnym w obowiązkach, w kierowaniu bojem nie posiadał potrzebnej pewności i przytomności umysłu. W pokoju, troskliwym był o potrzeby żołnierzy i sympatję ich posiadał, umiał bowiem łączyć powagę z popularnością. Moskale przyznawali mu przymioty dobrego dowódzcy, których odmawiali Littichowi. Bremsen, jako moskiewski okręgowy komendant czuł i widział różnicę w czynności jednego i drugiego i czujniejszym był podczas dowództwa Skowrońskiego.

Littich prócz zorganizowania oddziałku żandarmerji pieszej z dwudziestu pięciu ludzi złożonej i wielu projektów niespełnionych, nic w naszym powiecie nie zdziałał. Żandarmerja w kilka tygodni została rozpuszczoną, jak również drobny hufiec konny, jaki pozostał po Walentym Parczewskim z jego wybornej konnicy. Tak więc powiat łęczycki został ogołocony z wojska polskiego i powstanie zagasło. Littich nie umiejąc rozdmuchać iskier jakie po niem zostały, opuścił w Grudniu (1863) Łęczyckie i wydalił się w Poznańskie, zostawiając Jabłońskiego jako swego zastępcę.

Kiedy major Jabłoński obejmował obowiązki naczelnika sił zbrojnych powiatu łęczyckiego, było już tylko kilku oficerów z powstania. Jedni byli zabici, drudzy ranni, inni przed ściganiem moskiewskiem wydalili się w inne okolice kraju, lecz najwięcej wyjechało za granicę. Cywilnych urzędników organizacji także nie wielu zostało. Smutny wówczas przedstawiała obraz powstańcza organizacja. Osobiste porozumienie stało się prawie niepodobnem, gdyż nie tylko miasteczka, ale nawet wsie były przez Moskwę załogami obsadzone, tak, że w najmniejszej osadzie znajdował się posterunek z dwunastu żołnierzy złożony. Po tylu niepowodzeniach, w obec takich przeszkód, trudno było powstanie odnowić. Prócz tego Moskwa tak nękała kontrybucjami i aresztem obywateli, iż z żalem i z boleścią każdy z nas zakłócał swoją obecnością rzadką chwilę wytchnienia i spokojności mieszkańców. Jednakże miłość ojczyzny tak jest wielką i gorącą w Polakach, iż pomimo wszystkich tych przeszkód zdołaliśmy przygotować uzbrojenie i konie dla nowego oddziału.

W grudniu zjawił się niespodziewanie w naszym powiecie Sawicki, ogłaszając, że jest zanominowanym na organizatora okręgu czerskiego, i że posiada upoważnienie zabrania na rzecz tej organizacji wszystkich zapasów wojennych naszego powiatu. Gdy przecież nikt z nas o tem zawiadomiony nie został drogą właściwą, Sawicki został aresztowany. Śledztwo znowu przeprowadzone okazało, że Sawicki posiadał podejrzane blankiety, których mu dostarczał jakiś jegomość mieniący się być adjutantem jenerała Taczanowskiego imieniem Władysław, a mieszkający gdzieś w okolicach Pruszkowa. Temi blankietami złudził Sawicki niektórych powstańców, którzy mu gotowi byli dopomódz w projektowanej organizacji. Na zasadzie więc świeżej winy i dawnego wyroku Sawicki został stracony.

Major Jabłoński wyjechał w Poznańskie w styczniu 1864 roku, po nim został przez Rząd Narodowy zamianowany na naczelnika sił zbrojnych powiatu łęczyckiego były oficer z wojska pruskiego Hjeronim Wierzbicki. Miał on wyruszyć w pole na czele oddziału konnego ze stu dwudziestu ludzi, dla którego uzbrojenie i konie, jak to pisałem, zostały przez nas przygotowane. Lecz zamiast wyprowadzenia do boju tak mozolnie i z takim kosztem organizowanego hufca, naczelnik polecił zmienić mundury dla żołnierzy. Rozkaz ten niczem rozsądnem usprawiedliwić się nie da i zdaje się, że nowy naczelnik wydając go, nie miał nic innego na celu, jak tylko odsunięcie chwili wznowienia niknącego powstania. Nie rozumiem także, jak władza cywilna zgodzić się mogła na wykonanie tyle nierozsądnego w tym czasie polecenia. Mundury więc robiono, a tymczasem tych co je nosić mieli, Moskale w większej części wyłapali, pozabierali też wiele koni. Nastały też mrozy, więc znowuż dla zimna nie można było myśleć o wyruszeniu pozostałej garstki w pole. To wszystko tak zniechęciło nieopuszczających swego stanowiska oficerów piechoty, iż byle tylko bić się prędzej, zrezygnowali ze swoich stopni i zapisali się do oddziału na szeregowców. Nie przyspieszyło to jednak nowego wybuchu powstania. Wierzbicki okrywał się tajemnicą i taką ostrożnością, iż powstańcy nic o jego czynnościach i planach nie wiedzieli. Gdy jednak i w początkach marca oddział się nie poruszył, straciliśmy wszyscy nadzieję ucierania się z nieprzyjacielem i kadry w powiecie same się rozwiązały.

W pierwszej połowie marca wydaliłem się i ja za granicę, a słysząc o przygotowaniach czynionych w zaborze pruskim, zkąd wkraczające do Królestwa oddziały, miały dać hasło do dalszego boju, chciałem się przyłączyć do którego z nich i w ten sposób spełnić obowiązek swój do ostatka. Z Drezna dokąd na czas krótki przybyłem, wyjechałem 21 marca w powiat szubiński z rozkazem zbierania tam ochotników. Tam pozostawałem do połowy czerwca, nic, jak inni nie zdziaławszy w Poznańskiem, dla podtrzymania w roku 1864 padającego za Prosną powstania.

Wierzbicki używający pseudonimu Boruta, w kilka tygodni po moim wyjedzie został aresztowanym przez Moskali i rozstrzelanym w Łęczycy 3 czerwca 1864 r. Tak skończył ostatni naczelnik sił zbrojnych powiatu łęczyckiego i ostatni oficer powstania, do tak późnego czasu utrzymujący swoje stanowisko w powiecie.

1) Wspomniany rozkaz Wydziału Wojny brzmi: „Nadesłane raporta wojskowych naczelników województw wykazały, że wielu młodych ludzi w wieku popisowym przebywa po za granicami właściwych sobie województw, gdzie w inne wstępują szeregi powstańcze lub na haniebnej dziś bezczynności drogi czas marnują; przeto Rząd Narodowy wzywa wszystkich popisowych, aby bezwłocznie na miejsce zwykłego pobytu powracali, gdzie pod sztandarem swojego województwa stanąć mają w szeregi wojska narodowego. Wszelkie wątpliwości w wykonaniu niniejszego rozporządzenia, tylko władze miejscowe Rządu Narodowego rozstrzygnąć są upoważnione. Nie stosujący się do powyższego rozkazu, do surowej odpowiedzialności pociągnięci zostaną”. Warszawa, 14 sierpnia 1863 r.

(2) Skowroński w początkach powstania naznaczony był na dowódzcę ochotników, którzy z Warszawy wyszli w lasy Serocka; prowadząc ich, w puszczę Kurpiów, w marszu opuścił samowolnie, zostawiając dowództwo innemu oficerowi, który ich także opuścił. Jaki miał dla niego skutek ten postępek? Zdaje się że żaden. (Przyp. Wyd.)

Zurich 1867 roku.

Koniec

Ciąg dalszy mało znanego pamiętnika Wiktora Jaworskiego – oficera, przedstawiciela Rządu Tymczasowego. Sensacyjna relacja uczestnika powstania styczniowego napisana w Zurychu w 1867 roku. Wspomnienia pod tytułem „Notatki o powstaniu w łęczyckim powiecie” przez Stanisława Bellinę, opublikowane zostały przez Agatona Gillera w zbiorze „Polska w walce” [Paryż, rok 1868]. Pisownia oryginalna, śródtytuły – clivie.

Część VII – Początek końca pod Dalikowem

Przez dni cztery przechodziliśmy powiaty: rawski, łowicki, gostyński i łęczycki, ciągle w forsownym marszu, byliśmy bowiem niepokojeni i zewsząd przez nieprzyjaciela zagrożeni. Piątego dnia, to jest 9 września, o godzinie drugiej w południe stanęliśmy we wsi Nakielnicy, w naszym powiecie położonej, a Szumlański zajął stanowisko blisko Aleksandrowa we wsi Brużycy, o pół godziny od nas oddalonej. Po sześciomilowym marszu, w dniu bardzo gorącym, strudzeni i zgłodzeni, nie zastaliśmy w Nakielnicy nie tylko jedzenia gotowego, lecz nawet kotłów do gotowania. Skowroński miał zamiar po krótkim popasie wyruszyć nad Ner, zniszczyć most, i na furmankach podążyć w Gostyńskie dla połączenia się z oddziałem Orłowskiego, byłego szefa łęczyckiego sztabu, który właśnie wówczas (z dnia 9 na 10 września) na czele kilkuset piechoty i jazdy wystąpił na pole walki; tym sposobem spodziewał się uniknąć otoczenia od tuż za nami postępujących Moskali.
Konieczność posilenia znużonego wojska zatrzymała nas dłużej nad zamiar w Nakielnicy, tak że dopiero o w pół do trzeciej godzinie po północy pomaszerowaliśmy dalej. W połowie drogi między Gajówką a Dalkowem [Dalikowem] spotkaliśmy się z moskiewskim wojskiem jenerała Krasnokuckiego i zmuszeni byliśmy przyjąć bitwę. Pozycję mieliśmy nie bardzo dobrą, przecież pod zasłoną boru mogliśmy się bronić i długo utrzymywać.

Dla czego Skowroński pozycję tę opuścił i zamienił na gorszą, czy zamierzał przebić się przez Moskwę i wyjść z otoczenia? nie umiem powiedzieć, gdyż nie czytałem tłumaczenia się jego z zarzutów poczynionych przez miejscową organizację, a które miał przesłać do Rządu Narodowego. Dosyć że opuściliśmy stanowisko pod borem, które zajął nieprzyjaciel i ponieśliśmy zupełną porażkę, która była największą i stanowczą klęską dla łęczyckiego powstania. W tym krwawym, bez ładu, planu i komendy prowadzonym boju straciliśmy trzystu ludzi w zabitych, rannych i wziętych do niewoli, a pomiędzy poległymi było ośmnastu oficerów. Furgony z bronią i z amunicją zostały uratowane. Moskwa prócz mordowania rannych na placu boju, dopuściła się innych nadużyć: podpaliła wieś Dalków [Dalików], w której kilku rannych i bezbronnych mieszkańców utraciło życie w płomieniach. Bliskie miasto Poddębice zostało zrabowane przez trjumfujące carskie wojsko. Na wstawienie się i prośby kobiet, pielęgnujących rannych powstańców w szpitalu, jenerał Krasnokucki zasłonił go przed rozpasanym żołdactwem. Różnemi drogami i ścieżkami szczątki pobitych powstańców zbierały się we wsi Niewodowie położonej w Kaliskiem.

Oddział Szumlańskiego podobnie jak pod Cyrusową Wolą i spod Dalkowa wycofał się bez znacznej straty. Skowroński nie pozostał na placu do końca bitwy, w orszaku trzydziestu konnych oddalił się nie wiadomo gdzie o godzinie w pół do dziesiątej, gdy bój trwał prawie do samej dwunastej. Jabłoński, major został odcięty. Żołnierze polscy straciwszy w ten sposób prawie wszystkich oficerów, sami lub też pod komendą podoficerów dążyli z miejsca pogromu do punktu zbornego, na który o godzinie dziesiątej w nocy przybył także i dowódzca Skowroński ze sztabem i assekuracją swoją. Wkrótce potem nadciągnął rotmistrz Magnuski z jazdą oddziału Szumlańskiego i chciał złączyć się z garstką dwustu ludzi, jaka nam pozostała. Lecz Skowroński nie dał pozwolenia na to połączenie, przyczem zarzucał Szumlańskiemu, iż został w bitwie przez niego opuszczonym, więc już nie chce się dalej na wspólne z nim działanie narażać.

Ja byłem zajęty uporządkowaniem i pożywieniem żołnierzy. Tymczasem toczyła się w sztabie narada nad tem co dalej robić należy. Około godziny jedenastej i ja wezwany zostałem do rady. Na zapytanie ilu jest ludzi i co należy po tej klęsce przedsięwziąć? odpowiedziałem, że o wojowaniu na czele kilkuset ludzi upadłych na duchu z tak licznym nieprzyjacielem, ani myśleć można, i że obecnie najkorzystniej będzie żołnierzy rozpuścić, po nastąpionym zaś porozumieniu z Orłowskim zebrać ich na nowo. Inni byli tegoż samego zdania, a szczególniej dowódzca Skowroński, który wręczył mi swoją pieczęć, dał swobodę postępowania jak uznam za stosowne i zaraz potem ze swoim sztabem oddalił się. Żołnierzom wydałem więc urlopy, furgony porozsyłałem do przechowania do okolicznych urzędników okręgowych, sam zaś w końcu już po północy udałem się do miasta Zgierza.

Po upływie dni kilkunastu otrzymałem wraz z moimi braćmi wezwanie, ażebyśmy przybyli dla porozumienia się z nowym naczelnikiem sił zbrojnych łęczyckich w przedmiocie środków nowego umobilizowania Łęczycan. Skowroński za przegranę pod Dalkowem, złożony został z dowództwa (1) a w jego miejsce zanominowany Littich Aleksander, były naczelnik wojskowy powiatu wieluńskiego.

W tym czasie oddział Orłowskiego już nie istniał. Po jednej pomyślnej potyczce w Gostyńskiem, a następnie klęsce w okolicy Strykowa, został rozpuszczonym. Zaraz potem pułkownik Zieliński Michał, pełniący po Callierze służbę naczelnika sił zbrojnych województwa mazowieckiego, na czele dwustu dwudziestu jezdźców, pomiędzy którymi były konnice Orłowskiego i Sokołowskiego, został rozbitym przez awangardę, moskiewską którą prowadził carski kapitan piechoty Kaliński z miasta Łodzi. Taki brzydki popłoch owładnął powstańców, iż i oficerowie nie dali się uprzedzić w ucieczce, czego ofiarą stało się przeszło czterdziestu ludzi zabitych i rannych; Moskale zaś żadnych strat nie ponieśli. Wypadek ten nieszczęśliwy miał miejsce pod znaną nam już wsią Dobrą.

(1) I oddanym został pod sąd, czytamy bowiem w rozkazie dziennym Wydziału wojny nr 13 co następuje: „Dowódzca oddziału mazowieckiego kapitan Skowroński, za zmarnowanie oddziału mu powierzonego, oddany został pod sąd wojenny”.

Ciąg dalszy mało znanego pamiętnika Wiktora Jaworskiego – oficera, przedstawiciela Rządu Tymczasowego. Sensacyjna relacja uczestnika powstania styczniowego napisana w Zurychu w 1867 roku. Wspomnienia pod tytułem „Notatki o powstaniu w łęczyckim powiecie” przez Stanisława Bellinę, opublikowane zostały przez Agatona Gillera w zbiorze „Polska w walce” [Paryż, rok 1868]. Pisownia oryginalna, śródtytuły – clivie.

Część VI – Zwycięska porażka w Woli Cyrusowej

Dnia 1 września [1863 r.] dostaliśmy wreszcie rozkaz wystąpienia w pole, który, gdyby wcześniej był wydany, nie byłaby może nastąpiła klęska Kruszyńska, bylibyśmy bowiem mogli zrobić skuteczną dywersję naciskanym zewsząd Kaliszanom. Czyja wina w tym opóźnieniu, nie moja rzecz sądzić, — wszakże wiem, że jenerał Taczanowski, jako naczelnik dwóch województw, miał moc i prawo wcześniejszego uruchomienia sił łęczyckich i działania nie z jednym oddziałem, lecz w połączeniu wielu obok siebie lub też razem postępujących hufców.

W tym dniu (1) oficerowie i żołnierze zaczęli się zbierać, nadszedł i Parczewski, wraz z oddziałem piechoty i jazdy kapitana Szumlańskiego i kapitana Sokołowskiego, dowódcy rawskiej kolumny, w liczbie czterystu ludzi, którzy wraz z nami złożyli poważny oddział, przeszło 1200 ludzi dobrze uzbrojonych i wymusztrowanych liczący.

Oddział ten był wówczas jedyną znaczniejszą siłą na przestrzeni dwóch województw, albowiem jenerał Taczanowski został rozbity 29 sierpnia pod Kruszyną przez wojska podpułkownika Bremsena z Łodzi. Gdybyśmy w sierpniu byli się ruszyli, położenie nasze byłoby o wiele lepsze, po klęsce jednak Taczanowskiego Moskale mogli na nas wszystkie swoje siły rzucić. Jakoż pościągali się ze wszystkich stron nie dawali nam chwili odpoczynku. Przebiegaliśmy z miejsca na miejsce przez kilka dni.

Dnia 4 września oddział Szumlańskiego, który w niewielkiej odległości za nami postępował, został zaatakowany w okolicach miasta Strykowa. Zamiast powolnie się cofać, Szumlański tak silnie ku nam zdążał, iż zaledwie zdołaliśmy się sformować we wsi Woli Cyrusowej, kiedy zostaliśmy zaczepieni w dolinie pod lasem, który nieprzyjaciel opanował, uzyskawszy przez to możność zasłony niezbyt licznej siły, jaką przeciw nam postawił. Pozycja więc nasza nie była korzystna. Gdybyśmy jednak bitwy nie przyjęli, zmuszeni bylibyśmy podsunąć się ku linii kolei żelaznej piotrkowskiej, którą Moskale gęsto i mocno obsadzili.

Skowroński jako główny komendant połączonych oddziałów ułożył plan bitwy, powierzając prawe skrzydło Jabłońskiemu, lewe Szumiańskiemu. Na rekonesans byłem wysłany ja i Sokołowski. Ja miałem zdać raport o liczbie i stanowisku nieprzyjaciela Skowrońskiemu, Sokołowski zaś Szumlańskiemu. Nieprzyjaciel posiadał 2 roty piechoty, 2 szwadrony jazdy i 2 działa pod dowództwem pułkownika Hagemejstra, naczelnika wojennego powiatu łęczyckiego. Mając działa przed sobą i zajmując lewą oraz prawą stronę boru tyralierami, nieprzyjaciel postępował drożyną leśną, jazdę mając poza sobą. W chwili naszego podjazdu był o dziesięć minut oddalony od pierwszej linii polskiego wojska. Zakryty drzewami mógł nas bezkarnie razić na otwartym polu korzystnie używając artylerii. Ogień jednak armatni nie wiele nam szkodził, gdyż kule nie dochodziły do naszych szeregów lub padały poza nami.

Prawe polskie skrzydło pod dowództwem Jabłońskiego (Krasocina) składało się z dwóch kompanii piechoty, pierwszą komenderował porucznik Kwiatkowski, drugą porucznik S. J., jedna kompania kosynierów była pod komendą Ganiera, Francuza. Lewe skrzydło Szumlańskiego posiadało tyleż kompanii i takiejże broni: kompania liczyła 95 żołnierzy. Rozkaz dano atakowania jednocześnie z obu stron nieprzyjaciela, zachodzenia lewym skrzydłem na prawo, a prawym na lewo i albo Moskwę ściśnioną zgnieść od razu lub przymusić do wyjścia w pole, gdzie polskie rezerwy piechoty wraz z całą jazdą, 200 koni, miały natrzeć na wroga.

Powstańcy szli do boju wesoło, śmiało i odważnie. W początku zaraz poległ od kartacza kapitan Ganier, lecz po jego śmierci objęli komendę nad kosynierami po połowie porucznicy S. J. i Kwiatkowski, i nie tracąc czasu poszli na ich czele z taką natarczywością na działa, iż je opanowali, a pułkownik Hagemejster uznał za stosowne opuścić plac boju pod eskortą
kilkunastu konnych, pozostawiając dowództwo swojemu podkomendnemu oficerowi Sokołowskiemu, który postanowił bronić się przed powstańcami do ostatka.

Obrona byłaby niepodobna gdyby nasze lewe skrzydło działało jak należy i w chwili, gdy kosynierzy z prawego skrzydła wsiadali na działa, uczyniło ruch naprzód. Zamiast tego lewe skrzydło opuściło plac boju bez żadnej prawie straty i zaczęło się cofać. Moskwa więc swobodna z tej strony obróciła się całkowicie przeciwko prawemu skrzydłu i tym sposobem odzyskała utracone działa. To było przyczyną, że jakkolwiek zwycięzcy, mieliśmy równie znaczne straty jak i nieprzyjaciel, i plac boju nie był opanowanym przez żadną stronę. Moskwa jednak cofnęła się prędko ku Strykowu.

Pod Cyrusową Wolą straciliśmy kilkudziesięciu w zabitych i w rannych, pomiędzy nimi kilku dobrych oficerów, jak kapitan Ganier i porucznicy Hahn, Janicki, Zaleski i Drewnowski. Oddział po bitwie nie przedstawiał obrazu ładu i porządku, skrzydło lewe dopiero nazajutrz złączyło się z resztą wojska. Czy można było zaradzić takiemu obrotowi bitwy, który miał miejsce z powodu nie wypełnienia rozkazów na lewym skrzydle, nie
wiem. Będąc adiutantem przy Skowrońskim, nie widziałem boju na całej linii. Dlaczego zaś dowódca nie wydał stosownych rozkazów, nie okazał potrzebnej przytomności umysłu, nie poruszył rezerwy na pomoc prawemu skrzydłu? Dlaczego oficerów z lewego skrzydła nie oddał pod sąd za niewykonanie rozkazów? Dla czego poprzestał na ich tłumaczeniu, iż musieli się cofnąć z linii bojowej dla ocalenia zagrożonych swoich komend? Na te pytania tylko właściwa i energiczna władza narodowa mogła otrzymać dostatecznie usprawiedliwiającą odpowiedź. Porucznicy Kwiatkowski i S. J., jak już się z samego opisu bitwy okazuje, dobrze się tu znaleźli. Ostatni w obec oddziału uzyskał pochwały dowódzcy za swą waleczność i przytomność umysłu.

Po bitwie Hagemajster przesłał do carskiego namiestnika w Warszawie hr. Berga telegram następującej treści: „W tych dniach wystąpił w Łęczyckiem oddział pod dowództwem Skowrońskiego, zdatnego dowódzcy, silny i dobrze uzbrojony. Może się stać bardzo szkodliwym. Należy go znieść pospiesznie”. Tymczasem wzmocniono siły moskiewskie w Łęczyckiem jednym bataljonem piechoty i sotnią kozaków i oddano je pod komendę jenerała Krasnokuckiego, który w kwietniu pod Brdowem pobił Younga de Blankenhejm, a w maju pod Ignacewem Taczanowskiego.

(1) Na krótki czas przed tym terminem, Wydział Wojny w rozkazie dziennym do wojsk narodowych z dnia 22 sierpnia, wydał następujące rozporządzenie: „Zdarza się często, iż oficerowie nowo mianowani, ociągają się z wyjazdem do miejsc przeznaczenia. Ponieważ taka opieszałość przynosi szkodę sprawie narodowej, Wydział Wojny poleca: aby oficerowie natychmiast po otrzymaniu nominacji, stawiali się do
szeregów, w przeciwnym bowiem razie do odpowiedzialności pociągnięci będą. Oprócz tego zawiadamia się niniejszem że wszyscy oficerowie którzy do dnia 15go września r. b. nie stawią się w szeregach na miejscu przeznaczenia, lub do najbliższych oddziałów, albo nieobecności swojej z powodu choroby lub otrzymanych ran, dowódzcom nie usprawiedliwią, pomimo posiadanych przez nich nominacji, z listy oficerów wykreśleni zostaną i wykreślenie to w rozkazach dziennych ogłoszonem będzie. (Przyp. Wyd.)

Dziś nazwalibyśmy to barbarzyństwem i bezczeszczeniem zwłok ludzkich. Ale jeszcze niedawno wykorzystywanie skóry ludzkiej do celów użytkowych nie budziło takich kontrowersji. W roku 1930 ludzkość jeszcze nie była w pełni świadoma, że z przetwórstwa ludzkich ciał mogą żyć całe gałęzie przemysłu. I mało kto mógł przewidywać, że tym przedsiębiorstwom totalitarne państwo będzie dostarczać taniego surowca z krajów okupowanych.
Kiedy dwa lata temu w Warszawie niejaki dr Glover prezentował spreparowane ciała ludzkie w celach, powiedzmy, naukowych, omal nie skończyło się uwięzieniem twórcy i organizatora wystawy. W Paryżu sąd nakazał zamknięcie podobnej ekspozycji.
„Nie wszystek umrę” – napisał starożytny poeta, ale przecież nie każdy ma tyle talentu, aby utrwalić swój ślad na ziemi z pomocą pióra. Wyobraźny sobie kontrowersyjny, ekskluzywny
upominek walentynkowy: torebka z ukochanego.
O takich nieco makabrycznych pomysłach na wykorzystanie ludzkiego surowca informował „Kurjer Łódzki” w poniedziałek 10 lutego 1930 r.

w) Niechże dorośli wiedzą, że nietylko skóra ich dzieci nadaje się do garbowania, albowiem nieraz i ich pokrycie cielesne używane było aż do bieżących czasów jako surowiec dla garbarza. Dawniej zdarzało się częściej, że jakiegoś srogiego zbója po uprzednim połamaniu go kołem lub po dokładnem powieszeniu, obciągano jak zająca ze skóry, która następnie poddawano takim samym technicznym zabiegom, jak z pierwszego lepszego cielaka czy konia.
Jak twierdzą bowiem specjaliści skóra ludzka nie ustępuje w swych zaletach innym zwierzęcym skórom, a słynny fachowiec Paweł Kersten, który nie tak dawno jeszcze zajmował się wyprawianiem skóry ludzkiej na oprawy do książek, utrzymywał, że jest ona bardzo trwała i najbardziej zbliżona do świńskiej.
Niewielka zresztą ilość tego materjału wyprodukowana przez Kerstena sprzedana została wprost na wagę złota, a jedna z książek oprawna w ten materjał, którą nabyła w r. 1913 żona posła amerykańskiego w Berlinie, posłużyła Kerstenowi do przeprowadzenia małego szantażyku, zresztą w granicach prawnych, na którym ten „oprawca” zarobił spory grosz.
Naogół książek oprawnych w skórę ludzką jest sporo i znajdują się one w rozmaitych publicznych i prywatnych księgarniach. Bibljoteka uniwersytecka w Getyndze ma naprzykład oprawne w ten sposób dzieła Hipokratesa. W Anglji w Ateneum Library znajduje się książka oprawna w powłokę słynnego mordercy Cordeza, a w Malborough House są również jakieś dzieła obciągnięte w skórę zbrodniarza, którego powieszono w r. 1830. Także w niemieckiem mieście Zittau w bibljotece miejskiej jest jakiś foljant objęty skórą pewnego zbrodniarza.
Podobnie oprawne książki posiada muzeum miejskie w Paryżu, zaś tłumacz Wirgilego Jacques Derilles polecił jeden z egzemplarzy tłumaczonej przezeń „Georgica” oprawić we własną skórę. Testamentator jego wypełnił skrupulatnie wolę zmarłego przez wycięcie trupowi odpowiedniej ilości skóry.
Niezwykły jednak prezent otrzymał w swoim czasie znany francuski astronom i myśliciel Kamil Flammarion. Bawił on przez pewien czas na zamku jakiejś arystokratycznej damy, gorącej wielbicielki jego talentu. W dniu wyjazdu hrabina zjawiła się w głęboko wyciętej sukni i przecudowna karnacja ciała gospodyni wyrwała z ust pisarza okrzyk niekłamanego zachwytu.
Po kilku miesiącach otrzymał Flammarion niezwykłą przesyłkę wraz z listem. List ten pisał doń jakiś lekarz i uwiadamiał, że dołączona do listu skóra, była własnością zmarłej niedawno hrabiny, że pokrywała ona to właśnie, co taki zachwyt wzbudziło w swoim czasie w pisarzu. W końcu lekarz ten zaznaczał, iż ostatnią wolą testatorki było, aby Flammarion oprawił w tę skórę jedno ze swoich dzieł. Woli tej stało się zadość.
W średniowieczu zdarzało się nierzadko, iż zwycięski pojedynkowicz sporządzał sobie ze skóry uśmierconego rywala pochwę do miecza i do dziś dnia pochwę taką oglądać można w monachijskiej „Kunstkamerze”, a obok niej pochodzący z jakiejś wojny tureckiej bęben obciągnięty również takim samym materjałem.
Jan Żyżka, fanatyczny przywódca husytów, przeznaczył również skórę swą na obciągnięcie bębna, aby po jego śmierci bojowy jego dźwięk zagrzewał do walki z wrogiem.
Podczas rewolucji francuskiej, która jak wiadomo, dostarczyła wielkich zapasów skóry ludzkiej szczegółniej w najbardziej delikatnym gatunku, pewien szewc w Meudon wyrabiał buty ze skóry zgilotynowanych arystokratów i raport Konwentu z dn. 20 września 1794 r. stwierdza przyznanie temu przedsiębiorstwu subwencji w sumie 45000 franków.
Jeden z wodzów napoleońskich nosił podczas bitew rajtuzy ze skóry ludzkiej jako talizman chroniący od kul nieprzyjacielskich. Również i Filip Orleański „Obywatel Egalite” nosił takie spodnie, dokumentując w ten oryginalny sposób, jak najdalej posuniętą wolnomyślność.
Amerykańscy i angielscy bibljofile poszukują dzisiaj jeszcze ludzkiej skóry na oprawę książek, przyczem najbardziej cenionym tu materiałem są skóry ras kolorowych, a przedewszystkiem czerwona pochodząca od Indjan.
Jakiś więc miljoner amerykański posiada w swym księgozbiorze dwie książki oprawne w skórę Murzynki i Chinki, a pewien adwokat paryski pozostawił w spadku Anakreonta i Deschanela oprawionych również w skórę murzyńską. Ostatnia z tych książek sprzedana została przez spadkobierców w r. 1913 w Paryżu i osiągnięto za nią sumę około 500 franków.
Na ostatniej wszechświatowej wystawie w Paryżu sprzedawano rozmaite drobiazgi wyrabiane rzekomo ze skóry ludzkiej, okazało się jednak później, iż były to falsyfikaty.

Kurjer Łódzki, 10 lutego 1930 r.

Ciąg dalszy mało znanego pamiętnika Wiktora Jaworskiego – oficera, przedstawiciela Rządu Tymczasowego. Sensacyjna relacja uczestnika powstania styczniowego napisana w Zurychu w 1867 roku. Wspomnienia pod tytułem „Notatki o powstaniu w łęczyckim powiecie” przez Stanisława Bellinę, opublikowane zostały przez Agatona Gillera w zbiorze „Polska w walce” [Paryż, rok 1868]. Pisownia oryginalna, śródtytuły – clivie.

Część V – Letnia partyzantka: obławy, uniki, potyczki

W miesiącu czerwcu byliśmy ciągle ścigani przez Moskwę, chociaż jeszcze piechota nie stała pod bronią. Moskale wiedząc o jej organizowaniu i słysząc, że liczba jej dochodziła do 600, pragnęli przed wystąpieniem wyłapać ochotników i tym sposobem nie dopuścić wzmocnienia się łęczyckiego powstania. Dla tem skuteczniejszego polowania, zwykle jednocześnie nachodzili na nas z powiatów łęczyckiego, łowickiego, gostyńskiego, piotrkowskiego i sieradzkiego. My jednak zawsze za pomocą dobrych poczt narodowych, przewożąc ochotników w miejsca wolne od nieprzyjaciela, unikaliśmy obławy i udaremniali zabiegi.

Jednego razu pomiędzy kolumnami, które naszły nasz powiat, przybyło tysiąc żołdaków pod komendą jenerała Radina z Piotrkowa. Niewielu kozaków z tego oddziału przypadkowie spotkało się z hufcem kapitana Skrzyńskiego, który niedawno z Kujaw przybył w Łęczyckie. Jego jezdzcy, po większej części synowie zamożniejszej szlachty, tem nieoczekiwanem spotkaniem Moskali pod Strzygowem (9 lipca) spłoszyli się i mimo wezwań dowódzcy i wołania „koledzy, więc mnie odstępujecie!” haniebnie pierzchnęli. Skrzyński na czele tylko kilku wiernych honorowi i męztwu wytrzymał napad, którego uniknąć nie mógł, a będąc rannym, rozsiekany został przez kozaków. Młodzież ta szlachecka będąc wraz z gminem, powodowana ambicją, byłaby się dzielnie biła, – będąc zas samą, zapomniała w chwili popłochu o obowiązkach honoru i powinności polskiego żołnierza, i odddała na pastwę swego walecznego dowódzcę.

Przez nasz powiat często przebiegał hufiec pułkownika Syrewicza. Lubiony przez kolegow bywał Syrewicz ostrzegany przez rossyjskich oficerów o grożących mu wyprawach, dla czego mógł uniknąć niebezpiecznych z przeważającemi siłami spotkań. Oddział jego był słaby tak pod względem liczby, doboru ludzi jako i komendy, lecz miał tę zasługę, iż się trzymał nierozproszony przez cztery miesiące. Pułkownik Syrewicz, wzywał mnie do siebie na adjutanta, lecz nie mogłem woli jego spełnić, nie otrzymawszy od mego dowódzcy pozwolenia tranzlokacji.

Pokazywały się także w łęczyckim powiecie: hufiec konny pułkownika Calliera, naczelnika sił zbrojnych województwa Mazowieckiego; oddziały Władysława Grabowskiego z Rawskiego; Lipińskiego któremu w lipcu odebrano komendę; kapitana Sokołowskiego z Rawskiego i rotmistrza Sokołowskiego z Gostyńskiego.

W drugiej połowie sierpnia jazda łęczycka Parczewskiego, 95 koni, wpędzona została w Kaliskie przez rzekę Wartę, nad którą ściągały się kolumny Moskwy zamierzające osaczyć i uderzyć na jenerała, naczelnika dwóch województw Taczanowskiego, który miał pod swojemi rozkazami blisko 1000 jazdy i kilkaset piechoty. Parczewski przez dni kilka, codzień musiał się potykać z awangardą moskiewską do dwustu koni liczącą i tylko ład i odwaga jego żołnierzy uratowały go od porażki. Wartę przebył wpław. Gdy Moskale przyszli nad brzeg ze zdziwieniem spostrzegli naszych na drugiej stronie. Powstańcy otoczeni wymknęli się zręcznie niwecząc nadzieje łatwego trjumfu. Parczewski w tych bojach utracił do trzydziestu ludzi, z resztą, sam ranny, połączył się z Taczanowskim, który wkrótce potem miał spotkanie z siedemdziesięciu kubańskimi kozakami pod Sędziejowicami.

 


Jakimi talentami musiał wyróżniać się zduńskowolski organista, że zasłużył sobie na tak zdecydowane poparcie? 5 lutego 1930 roku (środa) „Kurjer Łódzki” informował o ostrym konflicie pomiędzy parafiankami a proboszczem. Krewkie niewiasty musiała uspokajać policja oraz ksiądz dziekan sieradzki.

Powered by WordPress Web Design by SRS Solutions © 2012 To ci historia! Design by SRS Solutions