Punkt kulminacyjny wstrząsającej historii, w której Macoch grał główną rolę anty-bohatera, nastąpił 26 lipca 1910 roku. Szczegółowo całą sprawę przedstawiał reporter łódzkiego „Rozwoju” (Rozwój 27.02.1912 r.). [Pisownia oryginalna, śródtytuły-clivie].

Trup w małpim futrze
Rozpoczyna się akt znaną z czasopism historyą znalezienia w lipcu 1910 r. dużej skrzyni drewnianej, pływającej w rowie przy drodze między wsiami Gidle i Zawady. Skrzynia ta okazała się następnie otomaną, pływającą dnem do góry i związaną postronkami. Wewnątrz jej były rogoże stemplowane przez kolej żelazną, futro małpie stare, pościel, a na samem dnie trup mężczyzny, pokryty wielu ranami, zadanemi – jak wykazała ekspertyza lekarska – toporem. Najcięższa z tych ran, zadana w prawą skroń strzaskała czaszkę i spowodowała śmierć natychmiastową. Z badań, na denacie przeprowadzonych, wynika również i ta ważna okoliczność, że nie stawiał on żadnego oporu, że zatem śmierć spotkała go niespodziewanie, w czasie snu, gdy leżał na lewym boku. Trup miał związane ręce i nogi bandażami marlowymi. Pokrywały go kałuże krwi. (..) Sądzono początkowo, iż ofiarą zabójstwa padł niejaki Wójcikowski; aresztowano nawet przypuszczalnych jego morderców; lecz niebawem okazało się, że ów Wójcikowski żyje i aresztowanych uwolniono.

Stary zbutwiały kosz – pilnie kupię!
W sierpniu wysłała policya rogoże ze stemplami kolejowymi do zarządu żandarmsko-policyjnego kolei południowo-zachodnich w Kijowie. Wyjaśniło się, że stemple te zrobiono na stacyi Krzemieniec, gdzie przyjęto bagaż, oznaczono go numerem stacyi (25), numerem kwitu (7744) i numerem 34, od wysyłającego, a bagaż wysłano do Częstochowy. Bagaż stanowiły trzy kosze trzcinowe, wagi 14 pudów 12 funtów; wysłał je niejaki Berenstein, a w Częstochowie odebrał za okazaniem duplikatu frachtu S. J. Potok, mieszkaniec Częstochowy, handlujący koszami.
Ów Samuel Potok zeznał, że istotnie kosze z kolei odebrał, że zwiózł je do swego sklepu na Nowym Rynku, że w kilka dni potem zaszedł do niego mężczyzna w średnim wieku, nieznajomy, który też kupił od niego stary, wielki kosz, przechowywany w piwnicy, zapłacił 4 rb., wziął też i rogoże, płacąc za nie po 15 kop., następnie sprowadził dorożkę i na niej kosz umieścił. Potok, wiedząc, że kosz był już stary, miejscami zbutwiały, i obawiając się, że z tej przyczyny może być zwrócony, zapytał dokąd ma być ten zawieziony. Odpowiedział mu nabywca, że na Jasną Górę do klasztoru. Na osobę nabywcy Potok nie zwrócił szczególnej uwagi, twarzy więc jego nie pamięta. Powyższe zeznanie zwróciło baczność na klasztor jasnogórski.
Rozpytując się mieszkańców Rozprzy, Rędzin i innych wsi, wzdłuż których idzie droga z Częstochowy do Zawad w powiecie Nowo-Radomskim, ustalono, że istotnie w dniu 25 lipca wieczorem dążyły w tym kierunku dwie dorożki parokonne. W pierwszej z nich, ciągnionej przez parę koni gniadych, siedziało dwóch pasażerów, z których jeden – ksiądz. Druga, zaprzężona w konia siwego i gniadego, wiozła skrzynię, owiniętą rogożami, leżącą wpoprzek dorożki bokiem. Obie dorożki zatrzymały się już o zmroku we wsi Rudnikach, tam pasażerowie napili się w karczmie kwasu i pojechali do wsi Kłomnicy.

Tajemnice dorożki
Właściciel pary koni gniadych i dorożki, a za razem właściciel domu w Częstochowie, Stanisław Pawlak, do którego następnie zwróciła się policya, zeznał, że mniej więcej w połowie lipca, około godz. 8 wieczorem, kiedy z dorożką zatrzymał się na placu klasztoru Jasnogórskiego, wyjechał z klasztoru znajomu mu dorożkarz Stanisław Pianko, wiozący długą skrzynię, owiniętą rogożami, ułożoną wpoprzek dorożki. Kiedy już Pianko przejechał plac i skierował się ku miastu przystąpił do Pawlaka znany mu ksiądz Macoch z jakimś młodzieńcem (jak się później okazało – sługą klasztornym, Stanisławem Załogiem), obaj wsiedli do jego dorożki, polecając jechać za Pianką ku rogatce warszawskiej, a następnie do wsi Rudniki, wyprzedzając Piankę. Po drodze pasażerowie nic nie mówili, dopiero przy wjeździe do wsi Załóg prosił Macocha o papierosa. Pawlak był zdziwiony, że młodzieniec mówi do księdza; „ty”.
W Rudnikach obie dorożki zatrzymały się przed traktyernią, z której Załóg wyniósł cztery butelki kwasu, dał każdemu po butelce, poczem Macoch odesłał Pawlaka i wraz z Załogiem przesiadł się na dorożkę Pianki, siadając na skrzyni i tak ruszyli w dalszą drogę. wszystko to wydało sie Pawlakowi bardzo dziwnem. Nazajutrz, będąc znowu na placu klasztornym z dorożką, zauważył, że z ulicy Kościelnej wyjeżdża Pianko z wiązką siana, i że dorożka jego jest bardzo zabłocona. Wniósł stąd, że Pianko tylko co powrócił z wczorajszej wyprawy.

Wyprawa z trupem
Badany Pianko oświadczył początkowo, że Pawlaka wcale nie zna. Później mówił, że wywiózł z klasztoru jakąś skrzynię tylko do Kłomnic, ale żaden ksiądz z nim nie jechał. Nakoniec, kiedy już był aresztowany, zeznał, że w połowie lipca około godz. 4 po południu, kiedy był z dorożką koło klasztoru Jasnogórskiego, zbliżył się doń znany mu osobiście sługa klasztorny i przywołał do bramy klasztornej „książąt Lubomirskich”. Stojący tam, dobrze mu znajomy ksiądz Damazy Macoch kazał mu za półtorej godziny zajechać na dziedziniec klasztorny, ale nie objaśnił, w jakim celu.
W oznaczonej godzinie, gdy Pianko wjechał na dziedziniec klasztorny, ten sam sługa skierował go na małe podwórko i kazał stanąć przed małą sienią, prowądzącą do mieszkań zakonników. Po niejakim czasie służba klasztorna wyniosła stamtąd jakiś długi pakunek, obszyty rogożą czy też płótnem i położyła wpoprzek dorożki. Pakunek był dość szeroki, więc musiano położyć go bokiem pomiędzy siedzeniem a kozłem.
Wyszedł następnie ksiądz Macoch, którego Pianko zapytał:
- Dokąd mamy jechać, ojcze duchowny?
- Mieliśmy jechać na stacyę, ale jedź przez Warszawską rogatkę – brzmiała odpowiedź.
Kiedy już wjechał na plac, spostrzegł, że ksiądz Damazy i ów sługa wsiedli do innej dorożki, jechali przez miasto za nim o jakieś trzydzieści kroków, dopiero na rogatce Pianko, widząc, że za nim jedzie znajomy dorożkarz Pawlak, prosił go, aby jechał przodem i w ten sposób wskazywał mu drogę. W Rudnikach Macoch i jego sługa przesiedli się na dorożkę Pianki, Pawlaka odesłali; kazali się wieźć do stacyi Kłomnice, kolei żelaznej Warszawsko – Wiedeńskiej. Przybywszy na stacyę Macoch poszeptał coś ze swoim towarzyszem i kazali mu kierować się ku Gidlom, w powiecie Nowo-Radomskim. Nastąpiła noc. W jakieś pół godziny po wyjeździe ze stacyi Pianko zauważył, że jego pasażerowie coś robią koło bagażu, jakby przecinali owinięcie. Upłynęło jeszcze kilka minut i polecono mu stanąć w miejscu wcale mu nieznanem, gdzie w pobliżu drogi była jakaś rzeczułka i rosły krzaki. Ksiądz Damazy ze sługą zeszli z dorożki, zdjęli skrzynię i wrzucili ją w wodę. Pianko, przeczuwając coś złego, bardzo się przeraził i zapytał Damazego, co to znaczy. Ten odpowiedział::
- Jedź dalej, to cię nie obchodzi.

Niech Ręka Boska broni!
Przebywszy wsie Zawady i Gidle, wjechali do lasu. Tu Damazy kazał mu przysiądz na Boga, Matkę Boską i Wszystkich Świętych, że choćby go aresztowała policya, choćby go trzymano całe miesiące w więzieniu, on pod żadnym pozorem nic nie powie, bo inaczej śmierć mu grozi. Pianko, strasznie zmieszany, wykonał przysięgę w obawie, że go życia pozbawią.(…)
W Nowo-Radomsku Damazy i jego towarzysz wysiedli z dorożki u przejazdu przez kolej.
Damazy zapłacił mu 30 rubli za jazdę i kazał wrócić do Częstochowy inną drogą przez Brzeźnicę. Upomniał go też o dotrzymanie przysięgi. Do Częstochowy powrócił Pianko nazajutrz około godz. 1 po południu, przebywszy w drodze jakieś 18 godzin. Kiedy w kilka dni później rozeszły się pogłoski o znalezieniu koło Zawad trupa człowieka nieznajomego w otomanie, Pianko wpadł na domysł, że zabójstwo ma związek z nocną wycieczką księdza Damazego. Ale właśnie spotkał w Częstochowie owego sługę, który z nimi jeździł i usłyszał od niego przestrogę:
- Bój się Boga, nie wygadaj się przypadkiem o naszej podróży.
Znacznie później, kiedy już policya zaczęła badać dorożkarzy, dowiadując się, czy który z nich woził skrzynię z klasztoru Jasnogórskiego, ten sam sługa przy drugiem, spotkaniu powiedział:
- Niech cię Ręka Boska broni od przyznania się komukolwiek!