Przedwojenni endecy uważali, że reprezentują cały polski naród. Po wygraniu wyborów parlamentarnych w listopadzie 1922 roku, spodziewali się, że ich kandydat zostanie wybrany na prezydenta. Oczekiwali pełni władzy. Innego scenariusza oraz ustępstw nie dopuszczali… I srodze się zawiedli…

Koalicja partii narodowo-chrześcijańskich, występująca pod nazwą Chrześcijański Związek Jedności Narodowej wygrała wybory do Sejmu (169 mandatów) i Senatu (48 mandatów). Miała duże szanse na utworzenie rządu koalicyjnego z innymi partiami prawicowymi. Wkrótce potem, na początku grudnia 1922 roku, Polska emocjonowała się pierwszymi w historii wyborami prezydenckimi. Zgodnie z uchwaloną rok wcześniej Konstytucją Marcową, elekcji dokonywało Zgromadzenie Narodowe czyli połączone siły Sejmu i Senatu.

narutowicz-portretW sytuacji, gdy partie prawicowe dysponowały większością mandatów faworytem był kandydat endeków Maurycy hrabia Zamoyski. Wydawało się, że żaden z pozostałych czterech kandydatów nie będzie w stanie uzyskać większej liczby głosów. Tak też było w pierwszej turze głosowania, którą hrabia Zamoyski wygrał z 222 głosami. Zostawił konkurentów daleko w tyle, ale nie uzyskał bezwzględnej większości, tylko 41%. Popierany przez Józefa Piłsudskiego i część ludowców Stanisław Wojciechowski dostał 105 głosów, kandydat mniejszości Baudouin de Courtenay – 103. Gabriel Narutowicz, inżynier hydrolog, minister spraw zagranicznych, zgłoszony przez PSL Wyzwolenie uzyskał 62 głosy. Najmniejsze poparcie miał lider PPS socjalistów Ignacy Daszyński – 49 głosów.

W drugiej rundzie nie było wielkich zmian. Zamoyski pozostał na czele z 228 głosami. Drugi był Wojciechowski – 153. Na trzecie miejsce awansował Narutowicz, który, dzięki oddaniu mu głosów przez zwolenników Baudouina de Courtenaya uzyskał ich aż 151. Kolejne głosowanie dało Narutowiczowi 158 głosów i wyniosło go na drugą pozycję. Mocnym liderem pozostał Zamoyski z 228 głosami. Trzeci był Wojciechowski – 150. W czwartej turze Wojciechowski (145 głosów) odpadł i do decydującego głosowania przeszli Zamoyski (224) i Narutowicz (171).

Wyścig po prezydenturę miała zaskakujący finał. Prawica przeliczyła się, jej kandydat nie uzyskał poparcia spoza swego obozu. Głosy oddawane wcześniej na Wojciechowskiego przejął Narutowicz. Uzyskał ich 289, przy 227 Zamoyskiego. Spory udział w tym wyborze mieli parlamentarzyści z list mniejszości narodowych, którzy nie zamierzali popierać kandydata z endecji. Piłsudski stawiał na Wojciechowskiego, ale potem wsparł Narutowicza. Poza partiami narodowo-chrześcijańskimi nikt nie chciał prezydenta ze skrajnej prawicy. Nawet przedstawiciele chłopskiej PSL Piast, późniejsi koalicjanci narodowców w rządzie tzw. Chjeno-Piasta, nie zagłosowali na niego, bo jako największy posiadacz ziemski w II RP był przeciwny reformie rolnej.

Kraj opanowała narodowa histeria. Prasa endecka oskarżała Narutowicza o to, że nie jest katolikiem, tylko masonem i, że wybrali go nie-Polacy. Kwestionowano prawo do głosu mniejszości, a parlamentarzystów Polaków głosujących przeciw Zamoyskiemu uznano za renegatów, którzy „wolą iść z Żydami, Niemcami i Rusinami, aniżeli z większością polską”. „Gazeta Poranna – 2 grosze” wiadomość o wyborze Narutowicza zatytułowała „Zwycięstwo nad Polską” i ubolewała nad „klęską” narodu:

W głosowaniu wczorajszem formalnie zwyciężona została „prawica” Sejmu, faktycznie – zwyciężona została Polska, jako państwo Narodu Polskiego. Ale nie została zwyciężona ostatecznie. Walka o Polskę, o prawa Narodu Polskiego trwa dalej, i w walce tej Naród Polski musi być zwycięzcą.

Zdaniem prawicy, w wyniku demokratycznego wyboru pierwszego prezydenta Polska znalazła się w śmiertelnym zagrożeniu. Demagogiczna propaganda wyprowadziła zwolenników endecji na ulice Warszawy i całego kraju. Narodowa Demokracja ogłosiła, że nie zaakceptuje żadnego rządu, który zostanie utworzony przez „prezydenta narzuconego przez obce narodowości”. Publicznie wezwała do niedopuszczenia do zaprzysiężenia głowy państwa. Nastroje podkręcał generał Józef Haller. Z balkonu swego mieszkania przy Alejach Ujazdowskich zagrzewał tłum do walki słowami:

Rodacy i towarzysze broni! Wy, a nie kto inny, piersią swoją osłanialiście, jakby twardym murem, granice Rzeczypospolitej, rogatki Warszawy. W swoich czynach chcieliście jednej rzeczy, Polski. Polski wielkiej, niepodległej. W dniu dzisiejszym Polskę, o którą walczyliście, sponiewierano. Odruch wasz jest wskaźnikiem, iż oburzenie narodu, którego jesteście rzecznikiem, rośnie i przybiera jak fala.

Mimo takiej nagonki, prezydent elekt nie zdecydował się zrezygnować ze stanowiska. Marszałek sejmu Maciej Rataj ogłosił zaprzysiężenie na 11 grudnia, ale przeciwnicy Narutowicza postanowili do tego nie dopuścić. Wzywali tłum, aby blokował dojazd i przejścia do sejmu. Starali się wszelkim metodami, aby na sali nie było wymaganego kworum poselskiego, przed którym miał składać przysięgę. Posłowie prawicy wskazywali bojówkom innych posłów, by ich zatrzymywano i bito. Policja nie reagowała na ekscesy. Nie zabezpieczyła też przejazdu Narutowicza Alejami Ujazdowskimi. Kiedy otwarty powóz w asyście szwoleżerów, znalazł się na wysokości alei Róż zablokowano ulicę wysoką barykadą z ławek i skrzyń na śmieci. W kierunku Narutowicza poleciały kule śnieżne, bryły lodu, laski. Jeden demonstrantów podbiegł do powozu i chciał uderzyć prezydenta elekta laską w głowę. Zrezygnował w ostatniej chwili, gdy Narutowicz spojrzał mu prosto w oczy i zapytał: „Dlaczego?”

gazeta-por-2gr-11-12-1922

Dzięki sprawnej reakcji dowódcy szwoleżerów, barykada została rozebrana i pojazd ruszył w dalszą drogę. Do sejmu Narutowicz dotarł spóźniony dziewięć minut. Jeszcze przed zaprzysiężeniem posłowie prawicy usiłowali przekonywać marszałka Rataja, że „bezwyznaniowy”, Narutowicz nie może złożyć przysięgi na Ewangelię, a nawet gdyby to uczynił, to nie będzie ona ważna w świetle prawa bożego i państwowego. Po stwierdzeniu kworum przysięga została jednak przyjęta, a obecni posłowie zgotowali prezydentowi owację na stojąco.

14 grudnia 1922 roku w Belwederze naczelnik państwa Józef Piłsudski przekazał urząd Gabrielowi Narutowiczowi. W ceremonii uczestniczyli marszałkowie sejmu i senatu: Maciej Rataj i Wojciech Trąmpczyński oraz premier Julian Nowak. Piłsudski wzniósł historyczny toast, stojąc w postawie zasadniczej:

Panie Prezydencie Rzeczypospolitej! Czuję się niezwykle szczęśliwy, że pierwszy w Polsce mam wysoki zaszczyt podejmowania w moim jeszcze domu i w otoczeniu mojej rodziny pierwszego Obywatela Rzeczypospolitej Polskiej. Panie Prezydencie! Jako jedyny oficer polski czynnej służby, który dotąd przed nikim nie stawał na baczność, staję oto na baczność przed Polską, którą Ty reprezentujesz, wznosząc toast: Pierwszy Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej niech żyje!

Treść toastu od razu przekazano prasie, by uspokoić nastroje przez odwołanie się do autorytetu Piłsudskiego. Miało to także pomóc prezydentowi powołać nowy rząd reprezentujący wszystkie sił polityczne.

15 grudnia, pierwszego dnia urzędowania, prezydent Narutowicz wśród korespondencji znalazł trzy anonimy grożące mu śmiercią. Jeden z nich „kulturalnie” ostrzegał:

Szanowny Panie Ministrze! Wobec wyboru pana ministra na prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej głosami lewicy i mniejszości narodowych, bloku nam wrogiego, będąc pewnymi, że pan minister będzie ugodowcem, będzie zmuszony wywdzięczać się blokowi mniejszości, że p. minister nie stworzy rządu o silnej ręce, rządu, że tak powiemy, poznańskiego, wreszcie, że pan minister śmiał przyjąć ofiarowaną sobie kandydaturę, grozimy panu ministrowi jak najfantastyczniejszym mordem politycznym. Z poważaniem polski faszysta.

16 grudnia Gabriel Narutowicz podpisał akt łaski wobec skazanego na śmierć za zabójstwo. To miał być dobry wstęp do jego prezydentury. Wkrótce okazało się, że był to pierwszy i jedyny dokument podpisany przez prezydenta Narutowicza. Potem udał się on na spotkanie z metropolitą warszawskim, kardynałem Aleksandrem Kakowskim. Hierarcha ten był mu życzliwy i potępiał ataki na niego. Podczas spotkania kardynał określił Narutowicza, jako człowieka prawego i wybitnego oraz prosił o zniesienie upokorzeń dla wspólnego dobra. Podniesiony na duchu prezydent udał się do galerii Zachęty na otwarcie wystawy malarstwa, gdzie powitano go oklaskami.  Narutowicz zamienił kilka zdań z ambasadorem brytyjskim i jego małżonką. Kiedy pogratulowała mu prezydentury, odparł, że bardziej odpowiednie byłyby… kondolencje.

Chwilę później, gdy prezydent oglądał obraz „Szron” Teodora Ziomka, padły trzy strzały. Narutowicz upadł. Strzelał z odległości metra Eligiusz Niewiadomski, malarz, krytyk sztuki, a jednocześnie gorliwy narodowiec. Bez oporu dał się rozbroić. Przybyły na miejsce lekarz stwierdził krwotok wewnętrzny i zatrzymanie akcji serca prezydenta.

Wiadomość o zbrodni została wstrzymana przez władze. Kazano zamknąć wszystkich obecnych w Zachęcie oraz nie informować prasy i radia. Powodem takiego działania był rozpoczynający się właśnie pogrzeb robotnika, zabitego pięć dni wcześniej podczas zamieszek ulicznych. Był on zwolennikiem Narutowicza i władze obawiały się, że tragiczna wiadomość o zamordowaniu prezydenta, doprowadzi do regularnej wojny domowej. Informacja o śmierci prezydenta dotarła do narodu dopiero po pogrzebie robotnika-socjalisty.

narutowicz-zlozenie-ciala

Gabriela Narutowicza pochowano 19 grudnia 1922 roku w podziemiach katedry św. Jana w Warszawie. Na trasie żałobnego konduktu, w Alejach Ujazdowskich, Nowym Świecie i Krakowskim Przedmieściu zebrały się tłumy. Szacowano, że pierwszego prezydenta Rzeczpospolitej żegnało około 500 tysięcy Polaków. Tylko w okolicach zamku królewskiego doszło do próby zakłócenia konduktu żałobnego.

Julian Tuwim, poeta pochodzenia żydowskiego, który doznał wielu upokorzeń ze strony narodowców, napisał wiersz „Pogrzeb prezydenta Narutowicza”. Jego pierwsze wersy są gorzkim oskarżeniem o hipokryzję zwolenników polityki narodowo-chrześcijańskiej, dwulicowość prowadzącą do zbrodni…

Krzyż mieliście na piersi, a brauning w kieszeni,
Z Bogiem byli w sojuszu, a z mordercą w pakcie,
Wy, w chichocie zastygli, bladzi, przestraszeni,
Chodźcie, głupcy, do okien – i patrzcie! i patrzcie!

Polacy docenili ofiarę życia Gabriela Narutowicza. Jego imieniem nazwano ulice, place i budynki użyteczności publicznej w całej Polsce. Niestety, śmierć ta tylko na krótko uspokoiła polityczne emocje Polaków. Przekonanie, że mord polityczny nie może być niczym usprawiedliwiony, że jest działaniem niedopuszczalnym i zbrodnią wobec demokracji, nie stało się powszechne. Dla wielu zbrodniarz Eligiusz Niewiadomski był bohaterem, który poświęcił życia dla Ojczyzny.

Zabójca prezydenta Narutowicza miał jednodniowy proces 30 grudnia 1922 roku. Nie przyznał się do winy, ale do zabójstwa człowieka, którego utożsamiał ze „złem”, jakie spadło na Polskę. Początkowo chciał zabić Piłsudskiego, ale kiedy ten zrezygnował z kandydowania na urząd prezydenta postanowił znaleźć inny symbol. Niewiadomski nie wyraził skruchy i zwrócił się o karę śmierci, więzienie bowiem uważał za poniżające. Sąd skazał go na śmierć przez rozstrzelanie. Wyrok wykonano pod Cytadelą warszawską, wczesnym rankiem 31 stycznia 1923 roku. Ostatnie słowa skazańca brzmiały: „Strzelcie mi w głowę i w serce, ginę za Polskę, którą gubi Piłsudski”.

Zabójcę prezydenta pochowano na Powązkach. Mimo, że pogrzeb odbył się o 6 rano, zgromadził około 10 tysięcy ludzi. Przed grobem Niewiadomskiego ustawiały się warty, przynoszono znicze i kwiaty. Z czasem zaczęto usprawiedliwiać jego zbrodnię i przedstawiać go jako człowieka, który oddał życie na ołtarzu ojczyzny. W roku jego śmierci 300 dzieci otrzymało na chrzcie rzadkie imię Eligiusz. Środowiska narodowców do dziś uważają Eligiusza Niewiadomskiego za szlachetnego idealistę, który poświęcił się dla Polski. A za winne jego przedwczesnej śmierci uznają tajemnicze „żydostwo”…

narutowicz-grob-niewiadomskiego

* * *

Tekst powstał na podstawie i z wykorzystaniem fragmentów biografii Jana Karskiego autorstwa Waldemara Piaseckiego.

Jan Karski. Jedno życie. Kompletna historia, tom I (1914-1939). Madagaskar