To ci historia!

Blog historyczny, ciekawostki historyczne, sensacje

Wpisy w kategorii: Co tam w polityce?

Normalni ludzie nie zabijają. Normalni ludzie nie mordują okrutnie bezbronnych dzieci, starców i kobiet. Normalni czyli jacy? Czy nazistowscy zbrodniarze byli wściekłymi bestiami pozbawionymi ludzkich uczuć?

Przy pierwszych samochodach trochę mi drżała ręka, kiedy strzelałem, ale człowiek się przyzwyczaja. Przy dziesiątym samochodzie już spokojnie celowałem i pewnie strzelałem do tych wielu kobiet, dzieci i niemowląt. Pamiętałem, że w domu czeka na mnie dwójka maluchów, których te hordy potraktowałyby tak samo, jeżeli nie dziesięć razy gorzej. [. . .] Niemowlaki leciały szerokim łukiem w powietrzu, a my rozwalaliśmy je jeszcze w locie, zanim spadły do dołu i wody (niemiecki policjant w liście do domu o mordowaniu Żydów na Ukrainie, październik 1941 rok)

Po zakończeniu drugiej wojny światowej przywódcy zwycięskich państw alianckich stanęli przed trudnym problemem ukarania winnych zbrodni Holocaustu. Czy karać tylko przywódców i inspiratorów, czy również setki tysięcy, jeśli nie miliony wykonawców. Józef Stalin już podczas konferencji w Teheranie w 1943 roku proponował egzekucje 50 do 100 tysięcy niemieckich oficerów. Rozstrzelanie w sowieckim stylu, w bocznej uliczce, bez sądu….

Założyciele i prawodawcy państw winni zawsze zakładać z góry, że wszyscy ludzie są źli i że niechybnie takimi się okażą, ilekroć będą mieli po temu sposobność (Niccolo Machiavelli, Rozważania nad pierwszym dziesięcioksiągiem historii Rzymu Liwiusza)

psychologia_zlaAlianci mieli wiele powodów, by pozostałym przy życiu, pojmanym liderom nazistowskim urządzić proces sądowy. Sprawiedliwe ich ukaranie stanowiło ważny element denazyfikacji Niemiec. Publiczny sąd miał też zniechęcić przyszłe dyktatury do popełniania podobnych zbrodni wojennych i ludobójstwa. Ale chodziło jeszcze o coś nie mniej istotnego. O chęć zrozumienia ludzi, którzy pokierowali całym krajem w tak tragicznym kierunku. Wielu wysokiej rangi hitlerowców zostało wykształconych i wychowanych w zachodnim systemie wartości. Jak mogli dopuścić się takiego bestialstwa? Powszechnie mówiło się, że oskarżeni naziści byli psychopatami, sadystami i całkowitymi „odmieńcami”. Wierzono, że podczas procesu w Norymberdze uda się to wykazać i ujawnić przyczyny powstawania zła. Powstała unikalna szansa zbadania psychiki zbrodniarzy hitlerowskich.

 Znalazłem bardzo niewiele dobrego w ludzkich istotach. W moim przekonaniu większość z ich to śmieci (Zygmunt Freud w liście do Oskara Pfistera, 10 września 1918 r.)

Douglas KelleyDo więzienia w Norymberdze zostali skierowani dwaj amerykańscy naukowcy: psychiatra Douglas Kelley i psycholog Gustave Gilbert. Oficjalnie mieli ocenić czy stan psychiczny oskarżonych pozwala postawić ich przed sądem. Ale realizowali także swoje osobiste plany zbadania i opisania natury zła uosabianego przez liderów ruchu nazistowskiego. Obaj spędzili wiele godzin w ciasnych norymberskich celach na rozmowach z więźniami oraz na przeprowadzaniu z nimi testów psychologicznych. Później obserwowali oskarżonych podczas procesu. Po latach ich obserwacje i notatki posłużyły amerykańskiemu psychiatrze Joelowi E. Dimsdale`owi do napisania książki na temat psychologii zła na przykładzie czterech głównych oskarżonych w procesach norymberskich: Roberta Leya, Hermanna Goeringa, Juliusa Streichera i Rudolfa Hessa.

Nie spieszyłem się z pisaniem; nie chciałem tego robić. Historia była dla mnie zbyt ponura, ale wciąż do mnie wracała i gdy już się zestarzałem, doszedłem do wniosku, że nie mogę przed nią dłużej uciekać. Tak więc książka ta bada spuściznę po Norymberdze i przedstawia to, czego dowiedziałem się na temat zła (ze wstępu)

Gustave GilbertOd procesów norymberskich minęło ponad 70 lat. Dziś Europa próbuje żyć w pokoju i rozwiązywać konflikty drogami dyplomatycznymi. Ale nacjonalizmy, totalitaryzmy, zbrodnicze reżimy i ludobójstwa nie odeszły w przeszłość. Nauki, jakie ludzkość wyniosła z dwóch wojen światowych nie wszędzie dotarły. Niewinni ludzie giną codziennie z rąk psychopatycznych morderców, religijnych fanatyków czy z polecenia przywódców żądających absolutnej władzy. Wyjaśnienie pochodzenia zła w człowieku jest nadal sprawą pierwszej wagi. Książka amerykańskiego psychiatry wiele wyjaśnia, ale stawia również nowe pytania…

Wystarczy, by dobrzy ludzie nic nie robili, a zło zatriumfuje (słowa przypisywane Edmundowi Burke`owi).

* * *

Joel E. Dimsdale – Psychologia zła. Jak Hitler omamił umysły. Wydawnictwo RM.

… I patrzyłem na Was z przerażeniem, z oburzeniem, z rozpaczą. Coście z Ojczyzną moją uczynili? Ujęliście jej ster w swoje ręce poprzez krew robotników. Naród milczał. Wasz system miał po swojej stronie bezgraniczne znużenie ludu, najbardziej bohaterskiego z pośród innych ludów świata. Obsadziliście „swymi ludźmi” wszelkie stanowiska: byliście w ministeriach i w sztabach, w bankach i w dyrekcjach fabryk. Głosowanie powszechne, robione przez Waszych prefektów, pokrywało Wasze czyny pozorną zgodą obywateli.

gambetta-proclaiming-the-third-republic_0Rządziliście, jak chcieliście. Myśmy byli dla Was „zdrajcami” i sprzedajna prasa wlekła nas w błocie ulicy. Nie oszczędzono ani naszych nazwisk, ani godności naszych matek, małżonek i córek. Byliśmy pariasami w domu, dźwigniętym naszymi własnymi rękami, przeżyliśmy wszystko, co przeżyć może człowiek.

Przed dwoma dniami runął Wasz system. Był tak zgniły, że runął bez jęku. Niby syk żmij rozlega się Wasz syk, oskarżający nas o służenie cudzym interesom. My Wam odpowiadamy jednym słowem: „Ojczyzna”. Obaliliśmy Was, by ocalić Ojczyznę. Obalając Was, dokonaliśmy połowy dzieła…

W dniu 4 września powstał lud i nikt nie stanął w Waszej obronie. Nazajutrz zaczęliście Waszą kampanię oszczerstw. To jest przecie jedyna, dostępna dla Was broń. Ale popełniliście omyłkę. Dzień 4 września spuścił zasłonę nad Waszą epoką, nad Waszymi „kandydaturami oficjalnymi”, nad Waszymi bankierami, nad Waszymi obyczajami. To nie był „dzień buntu”, jak Wy mówicie. To był dzień protestu Ojczyzny przeciwko Waszym metodom. Bo naród odczuł, że ginie i wtedy lud stolicy wziął na siebie trud zakończenia epopei Napoleona III. Lud Paryża ocalił Francję. Niech będzie błogosławiony jego protest…

* * *

gambetta-07597-xTak  6 września 1870 roku przemawiał w Paryżu deputowany, republikanin Leon Gambetta. Człowiek, który wkrótce zyska sławę, dzięki ucieczce balonem z obleganego przez Niemców Paryża. Który, mimo beznadziejnej sytuacji na wojnie z Niemcami, nie podda się i będzie organizował siły zbrojne na prowincji. Odmówi też podpisania upokarzającego traktatu pokojowego.

Dwa dni wcześniej, 4 września, lud paryski zbuntował się przeciw rządom Napoleona III i zmusił parlament do proklamowania III Republiki. W tak ostrych słowach Gambetta wypowiadał się o metodach sprawowania władzy cesarza, który 18 lat wcześniej zdobył tron wskutek zamachu stanu. Przegrana z Prusami ostatecznie zakończyła dzieje francuskich monarchii. Dla Niemców pokonanie Francji było okazją do zakończenia procesu zjednoczenia pod przewodnictwem Prus. Uroczyste proklamowanie zjednoczonych Niemiec czyli II Rzeszy nastąpiło w pałacu wersalskim, siedzibie francuskich królów, co dodatkowo upokarzało Francuzów. Tam też cesarzem niemieckim obwołano Wilhelma I Hohenzollerna…

Źródło: „Naprzód” organ Polskiej Partii Socjalistycznej 18.09.1932 r.

Dyplomacja na widelcu

1 komentarz

Kto by pomyślał, że z powodu widelca stosunki pomiędzy dwoma dużymi krajami europejskimi znajdą się na ostrzu noża.

Wbrew publicznie wyrażonej opinii pewnego wiceministra, widelec do Francji nie trafił z Polski. A przynajmniej nie ma na to żadnych dowodów. W Europie widelce pojawiły się już w XI wieku. Prawdopodobnie przywiozła je do Wenecji w roku 1004 bizantyjska księżniczka Maria Argyropoulina, która przybyła, by poślubić Giovanniego – syna doży Pietro II Orseolo. Ze złotych widelców skorzystano oczywiście podczas uczty weselnej. Wzbudziło to nie tylko sensację, ale i zdecydowane protesty weneckich duchownych. Jeden z nich miał powiedzieć:

Bóg w swej mądrości stworzył człowieka z naturalnymi widelcami – palcami. Jest obrazą dla Niego, aby podczas jedzenia zastępować je metalowymi.

Dwa lata później księżniczka zmarła na dżumę, co dla religijnych fundamentalistów było dowodem kary boskiej za używanie złotych widelców. Kilkadziesiąt lat później święty asceta Piotr Damiani napisał:

Próżność tej kobiety była nienawistna Wszechmogącemu Bogu. Bez wątpienia postanowił się zemścić. Uniósł się nad nią miecz Jego boskiej sprawiedliwości, tak że całe jej ciało gniło, a wszystkie kończyny zaczęły więdnąć.

Księżniczka Maria od widelców dzięki swojej próżności trafiła nawet do Kany Galilejskiej na wesele słynne z przemiany wody w wino. Trudno orzec czy renesansowy malarz, Paolo Veronese podzielał negatywne zdanie Kościoła o widelcach, czy zażartował sobie z benedyktynów weneckich, którzy zamówili u niego obraz dla swego refektarza.

paolo_veronese_-_the_marriage_at_cana

Księżniczka ze złotym widelcem przy piersi. Fragment obrazu Paola Veronese „Wesele w Kanie” (1563).

Przez wieki widelec był pogardzanym gadżetem, nazywanym nawet narzędziem szatana. Do Francji został sprowadzony z Włoch przez Katarzynę Medycejską. Wypromował go jednak dopiero jej syn Henryk Walezy. Chwilowy król Polski, znany bardziej w Europie, jako król Francji Henryk III. Używanie widelca spodobało mu się podczas ucieczki z Polski, kiedy zahaczył o Włochy. Do powszechnego użytku przyrząd ten wszedł dopiero w XIX wieku, kiedy zaczęto masową produkcję sztućców.

Kiedy dziś niedouczony polityk próbuje promować polskie widelce, musi uważać nie tylko na konsekwencje dyplomatyczne, ale także by nie narazić się na zarzut o herezję. W końcu jest wiernym synem Kościoła, który twierdzi, że Bóg po to dał człowiekowi pięć palców, by nimi operował… Nie jakimiś sztucznymi…

cuosdt9weaapr0w

Francuska uczta króla Karola IV – bez widelców… Obraz anonimowego autorstwa z końca XIV w.

„Fałszywa historia jest mistrzynią fałszywej polityki” – napisał prawie 150 lat temu historyk Józef Szujski. Zdanie to do dziś nic nie straciło ze swojej aktualności. I doskonale wyjaśnia dlaczego jakość polityki polskiej jest tak marna…

Co roku, 15 sierpnia przypomina się rodakom o cudzie, który miał rzekomo zdarzyć się w 1920 roku pod Warszawą. Ówczesne zwycięstwo nad bolszewikami zostało powszechnie uznane za jedno z najważniejszych zbrojnych starć w historii Europy. Mimo to, do dziś nie wyjaśniono Polakom, co wtedy faktycznie się zdarzyło. Zdaje się nawet, że nikt nie jest tym specjalnie zainteresowany… Nadal za aktualne uważane są opowieści, jakie zawarł w swoich pamiętnikach kardynał Aleksander Kakowski. Oto co pisał na temat tzw. cudu nad Wisłą:

Mówmy prawdę. Armia polska została pobita przez bolszewików i cofała się w nieładzie, rozbita na drobne oddziały. Żołnierze rzucali broń, amunicję, mundury, nawet buty i uciekali rozproszeni i przerażeni. Niestety, to samo trzeba powiedzieć o oficerach. Generał Iwaszkiewicz podobno połamał kilka kijów na ich karkach. Tylko kilkadziesiąt tysięcy armii południowej cofało się w porządku. Sformowanie naprędce około 80-tysięcznego korpusu ochotniczego pod dowództwem Józefa Hallera dopomogło do zreorganizowania armii polskiej. Warszawa była zagrożona, zagrożony byt Polski. Powstał ogólny popłoch. Dyplomacja opuściła Warszawę i przeniosła się do Poznania, z wyjątkiem nuncjusza apostolskiego. Stoczono bitwę o posiadanie Warszawy.

471135

Od lewej: „upadły na duchu” Piłsudski, prymas Kakowski – zbawca ojczyzny oraz nuncjusz Ambrogio Ratti – późniejszy papież Pius XI. Źródło: Rzeczpospolita.

Huk armat od strony Radzymina obijał się o uszy, kiedy złożył mi wizytę generał Weygand*. Uspokajał mię i opowiadał szczegóły planu boju, podług którego armia bolszewicka miała być pokrajana na kilka części. „Musi to być dobry plan, rzekłem, kiedy go naszkicował szef sztabu generała Focha”. „To nie mój plan, rzekł, to plan Sztabu Generalnego polskiego. Ja go przejrzałem, pochwaliłem i tylko nieliczne poprawki w nim poczyniłem”. Przyjemnie mi było słuchać, jak jeden z najwybitniejszych generałów francuskich z uznaniem wyrażał się o pracy dowództwa polskiego, a przykro mi było, gdy sami Polacy z uporem wciąż powtarzali, że to był plan cudzy. Weygand był pewien zwycięstwa armii polskiej, o ile każdy z generałów spełni swoje zadanie. Z ubolewaniem opowiadał mi, jak generał Dowbór-Muśnicki, któremu Piłsudski powierzył na prośbę jego odcinek południowy, nie przyjął powierzonej sobie misji. „U nas, mówił, wszyscy generałowie oddali się na usługi Ojczyzny, bez względu na przynależność partyjną i na wyznaczone sobie stanowisko”.

Doniesiono mi, że Piłsudski upadł na duchu i że chce się ze mną widzieć przed wyjazdem na front. Udałem się do niego. Przygnębiony wypadkami nie stracił jeszcze nadziei. Upadek ducha żołnierza i oficerów przypisywał bezczynności kapelanów wojskowych. „Kapelanów, dobrych kapelanów dla armii” wołał, „którzy by szli w szeregach razem z żołnierzem, w okopach podnosili go na duchu”. Spełniłem życzenie Piłsudskiego i ogłosiłem wezwanie do duchowieństwa. Usłuchano wezwania mojego i innych biskupów.

Księża stanęli w szeregach, jedni jako kapelani, inni jako sanitariusze. Szczególniej młodzież seminariów duchownych poszła z zapałem do szeregów. Między innymi poszedł i ks. Skorupka, młody i pięknej powierzchowności kapłan, który jeszcze piękniejszą miał duszę. Ks. Skorupka zwrócił się do mnie z prośbą, abym mu pozwolił pójść na front razem z batalionem młodzieży gimnazjalnej warszawskiej, w którym znajdowała się jego szkoła. „Zgadzam się, rzekłem, ale pamiętaj, abyś ciągle przebywał z żołnierzami w pochodzie i w okopach, a w ataku nie pozostawał w tyle, ale szedł w pierwszym rzędzie”. „Właśnie dlatego, odrzekł, chcę iść do wojska”.

W bitwie pod Osowem młodociany żołnierz nie wytrzymał ataku i zaczął się cofać. Cofali się oficerowie i dowódca pułku. Wtedy ks. Skorupka zebrał koło siebie kilkunastu swoich chłopców i z nimi poszedł naprzód. Widząc cofającego się dowódcę pułku, krzyknął do niego: „Panie pułkowniku, naprzód!. „A ksiądz?” – zapytał pułkownik. „Panie pułkowniku, za mną!”, „Chłopcy za mną!” Poszli naprzód. Wielu poległo; padł rażony granatem i ks. Skorupka. Dlaczego tak podnoszą i gloryfikują śmierć ks. Skorupki przed wszystkimi innymi ofiarami wojny? Chwila śmierci ks. Skorupki jest punktem zwrotnym w bitwie pod Osowem i w dziejach wojny 1920 roku. Do tej chwili Polacy uciekali przed bolszewikami, odtąd uciekali bolszewicy przed Polakami. Nie dla innych przyczyn, ale dlatego właśnie cały naród czci ks. Skorupkę jako bohatera narodowego. Szczegóły śmierci ks. Skorupki opowiadali mi młodociani żołnierze, których odwiedziłem w szpitalu, jako rannych.

Bolszewicy wzięci do niewoli opowiadali znowu, że widzieli księdza w komży i z krzyżem w ręku, a nad nim Matkę Boską. Jakżeż mogli strzelać do Matki Boskiej, która szła przeciwko nim. Ten moment kulminacyjny w bitwie pod i Warszawą nazwano tegoż dnia „cudem nad Wisłą”. Inne, zachowane źródła podają, iż wielu czerwonoarmistów biorących udział w Bitwie Warszawskiej opowiadało, że uciekło z pola walki ze strachu przed potężną, niebieską husarią, która pojawiła się nad ranem 15 sierpnia 1920 roku nad Wólką Radzymińską, a której dowodziła tajemnicza kobieta przypominająca z opisu Maryję. Bolszewiccy dezerterzy, nie bacząc na konsekwencje swojej dezercji błagali okolicznych rolników o zgodę na ukrycie się w ich zagrodzie, choćby i w psich budach.

Ówczesny prymas Kakowski należał do jednych z wybitniejszych postaci nie tylko kościoła, ale i polskiej polityki. W latach 1917-1918 był przewodniczącym Rady Regencyjnej, która tworzyła podstawy polskiej państwowości i w listopadzie 1918 roku przekazała władzę Piłsudskiemu. Ale przypisywanie sobie pośredniej roli zbawcy ojczyzny i chrześcijańskiej Europy (recenzowanie planu bitwy, podnoszenie na duchu Piłsudskiego, zorganizowanie oddziału walecznych kleryków) zakrawa na niezdrową megalomanię. Rola, jaką przypisywał księdzu Skorupce i modłom narodu o błogosławieństwo dla ojczyzny oraz bajka o niebieskich hufcach Maryji, to nic innego, jak kolejny krok na drodze do państwa religijnego.

cud_nad_wisla.jpg1

Cud nad Wisłą – obraz Jerzego Kossaka z 1930 r.

Kardynał Kakowski uważał, że katolicyzm w Polsce powinien mieć miejsce dominujące. Zdecydowanie przeciwstawiał się równouprawnieniu innych wyznań. Sprzeciwiał się też ślubom i rozwodom cywilnym. Wskutek prowadzonej przez niego kampanii upadł projekt ujednolicenia prawa rodzinnego w II RP, opracowany przez Komisję Kodyfikacyjną. Projekt ten zakładał bowiem świecki charakter małżeństwa oraz równouprawnienie kobiet i mężczyzn.

W sytuacji, gdy wskutek usilnych działań kleru katolickiego Matka Boska „ratuje” po raz kolejny zagrożoną ojczyznę, nikt nie może mieć wątpliwości dlaczego Konstytucja Marcowa określi wyznanie rzymsko-katolickie, jako równiejsze wśród równych. Bo jest „religją przeważającej większości narodu”. Nieprzypadkowo, po „cudzie nad Wisłą” wrócono do niewypełnionych planów wybudowania Świątyni Opatrzności Bożej. Przeważająca większość narodu uwierzyła w opowieści swoich pasterzy, że:

Matka Łaskawa pojawia się na niebie przed świtem, jej monumentalna postać, wypełnia swoją Osobą całe ciemne jeszcze niebo. Ukazuje się odziana w szeroki, rozwiany płaszcz, którym osłania stolicę. Zjawia się w otoczeniu husarii, polskiego zwycięskiego wojska, które pod Wiedniem z hasłem „W imię Maryi” rozegnało pogańskie watahy. Matka Boża trzyma w swych dłoniach jakby tarcze, którymi osłania miasto Jej pieczy powierzone.

Niektórzy pasterze podają nawet szczegóły tej niebiańskiej interwencji:

Bogurodzica, groźna jak zbrojne zastępy, pojawiła się na nocnym niebie w chwili, gdy porucznik Stefan Pogonowski wraz ze swoim batalionem znienacka zaatakował pozycje bolszewików. Sołdaci, obudzeni w środku nocy niespodziewaną strzelaniną, struchleli, widząc kobiecą postać unoszącą się na niebie ponad atakującymi Polakami. Jej szeroki, granatowy płaszcz powiewał na wietrze, odcinając się smugami światła od czarnego nieba. Jego poły zasłaniały stanowiska Polaków i znajdującą się za nimi Warszawę. Chaotyczna strzelanina nie trwożyła zawieszonej na niebie Postaci. Co więcej, dostrzeżono, że Niebiańska Osoba jakby wychyla się to w jedną, to w drugą stronę i odrzuca czy też odbija lecące w Jej stronę – czyli w kierunku Polaków – pociski! Osłupieli ze zgrozy bolszewicy obserwowali, jak odrzucone przez Niewiastę kartacze eksplodują tam, gdzie znajdowały się ich odwody!

Ksiądz Zdzisław Król przytoczył świadectwo gospodyni ze wsi pod Radzyminem, u której nieprzytomny z przerażenia krasnoarmiejec szukał kąta do ukrycia się. Wstrząśnięty mówił, że widział na własne oczy, jak „Matier Bożja brasala puli!” Matka Boża rzucała (odrzucała) pociski! Bolszewicy byli ludźmi twardymi, nie ulegali lękom. Jednak widok majestatycznej postaci Bogurodzicy, jakby zawieszonej na niebie, wywołał wstrząs. Obudził zagłuszone sumienia i… wiarę. A sumienia te, które teraz, w obecności Najświętszej Dziewicy doszły do głosu, wołały, oskarżały i przypominały o popełnionych niegodziwościach, mordach, gwałtach i okrucieństwach! Każdy z nich czuł, że powinien paść na twarz, by oddać Matce Bożej cześć, by błagać o wybaczenie straszliwych win, by żebrać o zmiłowanie! Jednocześnie serca przepełniała trwoga! Uczucie to przeważało i bolszewicy, ogarnięci panicznym strachem, uciekali na łeb, na szyję, porzucając tabory, działa i amunicję. Nikt z krasnoarmiejców nie myślał o konsekwencjach ucieczki z pola walki, nikt nie lękał się sądu polowego. Wszyscy śmiertelnie bali się Maryi!**

Nie mówią tylko pasterze, co stałoby się, gdyby bolszewickie watahy nie wystraszyły się jednak Matki Boskiej i jej hufców. Jakiej broni użyłaby wtedy Maryja? Strzał ognistych, laserowych promieni czy tylko cudownych medalików, masowo rozdawanych przez Rycerzy Niepokalanej księdza Kolbego?

W powszechnej świadomości Polaków na temat bitwy warszawskiej z 1920 roku funkcjonują tylko mity. Dla bardziej religijnych rodaków opowieść o cudownym wstawiennictwie Maryji, dla bardziej racjonalnych – legenda o geniuszu militarnym marszałka Piłsudskiego. Pierwszy mit służy kościołowi katolickiemu do udowodnienia niezbędności jego przewodniej roli w narodzie. Legendy legionowo-piłsudczykowskie wykorzystują zaś politycy różnej maści, żeby uwiarygodnić jakoś swój patriotyzm, nie dość widoczny w czynach.

Historia nauczycielką życia jest. Jeśli ponad połowa narodu wierzy, że zmarła 2000 lat temu Żydówka jest obrończynią polskiej racji stanu, a politykę polską robią ludzie, którzy liczą na wsparcie hufców niebieskich Maryji, to z tym narodem nie jest dobrze…

Kiedy spostrzegła bogini, o jasnych oczach Atena, że tak padają Argiwi gęsto w spotkaniu zażartym, zaraz ze szczytów Olimpu pośpiesznie na ziemię spłynęła w stronę świętego Ilionu…

Z boską pomocą spłynęła, oczywiście, 30 wieków temu…

* * *
*Maxime Weygand – generał armii Francuskich Sił Zbrojnych, od marca 1918 szef Sztabu Generalnego, w latach 1920-1922 szef misji wojskowej w Polsce.

**Ks. dr Józef Maria Bartnik, Ewa Storożyńska: „Matka Boża Łaskawa a Cud nad Wisłą – dzieje kultu i łaski”

Od soboty unosi się widmo wojny nad Europą, które jak potworny nietoperz, olbrzymie swoje skrzydła to zupełnie rozpościera, zaciemniając widnokrąg, to znowu nieco je ściąga i wtedy przepuszcza błyski nadziei pokoju.

Lipiec 1914 roku – ostatni miesiąc starej Europy. Potem już nic nie będzie takie samo. Podręczniki historii okres od zamachu w Sarajewie do wybuchu wojny zwykle pomijają, jako mało istotny. Tymczasem pomiędzy 28 czerwca a 28 lipca 1914 miały miejsce wydarzenia, które dramatycznie wpłynęły na losy Europy i świata. I nie chodzi tu tylko o austriackie ultimatum wobec Serbii i serbską na nie odpowiedź.

Po zabójstwie arcyksięcia Franciszka Ferdynanda i jego małżonki w dyplomacji europejskiej zapanowała nerwowa atmosfera. Niezależnie od panujących upałów, gorączka polityczna udzieliła się tłumom nasiąkniętym nacjonalistyczną propagandą. Mało kto sądził jednak, że już za chwilę dojdzie do niespotykanej rzezi i niesłychanych zniszczeń na kontynencie, który wydawał się pionierem cywilizacji, kultury i postępu w świecie. Spodziewano się co najwyżej kolejnej lokalnej wojny bałkańskiej.

W Sarajewie (czy Serajewie, jak wtedy mówiono) prowadzono intensywne śledztwo. Szybko wyszło na jaw, że za zamachem stała nie tylko nacjonalistyczna serbska organizacja „Czarna ręka”, ale i przedstawiciele serbskich służb rządowych. Gawriło Princip (początkowo gazety podawały nazwisko Princzicz) zeznał, że nie tylko broń i bomby, ale i pieniądze na zamach dostał w Białogrodzie (jak wtedy nazywano w Polsce Belgrad). Ustalono również, że kule, których zamachowiec użył należały do rodzaju eksplodujących tzw. dum-dum, zakazanych przez konwencję haską, nie dających ofierze szans na przeżycie.

sa05td8

Okazało się również, że Sarajewo i okolice były naszpikowane serbskimi bombami. Gdyby Princip nie zastrzelił pary arcyksiążęcej w samochodzie, czekały na nią bomby podłożone w wielu miejscach, między innymi na torach kolejowych, a nawet w rezydencji gubernatora. Zamachowcy zeznali, że otrzymali 6 bomb (prawdopodobnie były to ręczne granaty) i 6 rewolwerów od serbskiego urzędnika. Bomby mieli rzucić jednocześnie, aby zabić jak najwięcej osób i wywołać panikę. Ustalono, że po akcji wszyscy zażyją cyjanek, który też otrzymali w Belgradzie. Główny „bohater”, Princip chętnie składał wyjaśnienia. Był dumny ze swojego „dzieła”, ale czuł się oszukany przez wspólników, którzy nie wykonali należycie zadania. Poza tym sądził, że wkrótce po zamachu do Bośni wkroczą serbskie wojska, a jego czyn bardzo przysłuży się ojczyźnie. W każdym razie, takie wizje mieli przed nim roztaczać belgradzcy organizatorzy.

Podejrzenia śledczych wzbudziła praca policji bośniackiej, której funkcjonariusze o serbskiej narodowości zadziwiająco lekceważąco podchodzili do swoich obowiązków. Robili wszystko, aby nie utrudnić roboty zamachowcom. Komisarz policji, który odpowiadał za bezpieczeństwo pary arcyksiążęcej podczas wizyty w Sarajewie, popełnił samobójstwo w godzinę po zamachu.

Natychmiast po zbrodni w Austro-Węgrzech nastąpił gwałtowny wzrost antyserbskich nastrojów. Na ulice wyszli mieszkańcy wielu miast, demonstrując swój gniew wobec Serbów oraz poparcie dla rządu i cesarza. W niektórych miejscach wystąpienia te przekształciły się zamieszki, których ofiarami padli obywatele narodowości serbskiej. Tłumy Chorwatów i bośniackich muzułmanów upodobały sobie szczególnie sklepy i bogatsze serbskie domy. W Sarajewie, według niektórych relacji, w serbskiej dzielnicy nie ostał się po tych wydarzeniach ani jeden cały dom, a po ulicach walały się gruzy z rozbitych sklepów, fragmenty mebli, resztki ubrań i inny mniej wartościowy dobytek serbskich mieszkańców. Kompletnie zdemolowano między innymi hotel „Evropa” należący do Gligorije Jeftanovića, serbskiego polityka, teścia posła Serbii w Petersburgu.

Devastated_and_robbed_shops_owned_by_Serbs_in_Sarajevo_1914

Podczas zajść wielu Serbów napadnięto i pobito. Co do ofiar śmiertelnych, źródła podawały zupełnie rozbieżne liczby. Według współcześnie dostępnych nam informacji, w samym Sarajewie śmierć poniosło dwóch Serbów, ale 100 lat temu niektóre źródła przyjazne Serbii i Rosji podawały, że zabito wtedy nawet około 200 osób. Być może ta liczba ofiar dotyczyła całej Bośni-Hercegowiny wraz z terenem dzisiejszej Chorwacji. Antyserbskie manifestacje i pogromy miały przecież miejsce nie tylko w Sarajewie i Zagrzebiu, ale także w wielu innych większych austro-węgierskich miastach.W podburzaniu tłumu miała znaczący udział prasa rządowa i katolicka, które powielały plotki, jakoby wszyscy Serbowie posiadali ukryte bomby. Na ulicach rozwieszano odezwy wzywające do pogromu Serbów. Lokalne władze i  policja nie reagowały, a o podburzanie do antyserbskich wystąpień oskarżano nawet Oskara Potiorka, austro-węgierskiego gubernatora prowincji Bośni i Hercegowiny.

Zamieszki w Bośni na bieżąco relacjonowały polskie gazety we wszystkich zaborach. Krakowski „Czas” oceniał, że antyserbskie demonstracje „zrodziły się z ogromnego etycznego i ludzkiego rozgoryczenia katolickiego i mahometańskiego obywatelstwa” i z tego powodu wojsko austriackie musiało postępować bardzo ostrożnie. Nie mogło przecież surowo tłumić wystąpień tłumu z pobudek patriotycznych. Agresywni Bośniacy skwapliwie z tego korzystali, rabow455182ali bezczelnie serbskie sklepy, a gdy tylko nadeszło wojsko, śpiewali hymn cesarski i pokazywali portret cesarza.

Odnotowano również demonstrację serbską. 1 lipca Serbowie sarajewscy zgromadzili się, aby pokazać swoją siłę Chorwatom. Jak relacjonowała prasa, demonstranci mieli krzyczeć: „Nie boimy się was. Za kilka dni przyjdą tu wojska serbskie i pomszczą nasze krzywdy. Przyjdą i zajmą te rdzennie serbskie ziemie!” Bośniaccy Serbowie czuli poparcie swoich rodaków zza pobliskiej granicy. W Belgradzie i innych miastach Serbii na porządku dziennym były manifestacje antyaustriackie. Dopiero kiedy zamieszki w Bośni wymknęły się spod kontroli władze Austro-Węgier wprowadziły stan wyjątkowy i sądy doraźne. Karano jednak głównie Serbów.

W Wiedniu było mniej dramatycznie, ale może dlatego, że w pobliżu nie było wielu Serbów. „Nowa Gazeta Łódzka” informowała 1 lipca 1914:

Wiedeń. Wczoraj koło 9 wieczorem odbyły się burzliwe demonstracje przed poselstwem serbskim. Demonstranci wołali: „Niech żyje Austrja, niech żyje dynastia Habsburgów, precz z Serbią, precz z królem Piotrem, zdrajcą i mordercą.” W pewnej chwili pojawiła się nad głowami tłumu trikolora serbska  i została momentalnie rozszarpana wśród dzikich okrzyków patrjotycznych. W poselstwie widoczne nie było nikogo, gdyż światła nie były zapalone. Następnie demonstranci udali się pod pomnik Schwartzenberga, gdzie przygodni mówcy wygłosili szereg płomiennych mów podburzających przeciwko Serbii.

Tydzień później w podobnym tonie relacjonował kolejne wiedeńskie demonstracje krakowski „Ilustrowany Kurier Codzienny”:

My chcemy wojny. Wiedeń. W sali ratuszowej odbyło się wczoraj liczne zgromadzenie katolickiego związku ludowego. Przemawiali między inemi hr. Trautmannsdorf i redaktor „Reichspost”. Po zgromadzeniu odbył się pochód pod pomnik 4 pp. Po drodze tłum wznosił okrzyki przeciw Serbii, domagając się wojny ze Serbią.

Rząd Austro-Węgier już 30 czerwca wydał oświadczenie, w którym informował, że w zamachu brały udział zagraniczne siły i, że w tej sytuacji będzie on działał stanowczo, nie okaże słabości:

Przyszłe dni i tygodnie muszą wykazać, czy uznaje się wszędzie obowiązki jakie podobna zbrodnia nakłada rządom zagranicznym wobec irydentystycznych* podburzań i spekulacji. Dalsza polityka Austro-Węgier zależeć będzie od od tego jak się miarodajne czynniki wchodzącej w rachubę zagranicy załatwią z tym obowiązkiem i żadna próba zastraszenia nie powstrzyma jej od tego, by poczynić zarządzenia, które uważać będzie za potrzebne dla ochrony swych krajów…”

Cesarz Franciszek Józef wysłał 2 lipca list do cesarza Niemiec Wilhelma II, w którym informował o powadze sytuacji i konieczności podjęcia zdecydowanych działań przeciw serbskim spiskowcom. 5 lipca Wilhelm II odpowiedział oficjalnie ambasadorowi C.K. Monarchii, hrabiemu Szogeny-Marichowi, że Niemcy z całą pewnością nie opuszczą sojusznika, nie zostawią Austro-Węgier bez pomocy, choćby akcja przeciw Serbii miała wywołać wojnę europejską.

pogrzeb_arcyksiecia_franciszka_62133

4 lipca w Artstetten (ok. 60 km na zachód od Wiednia) odbył się pogrzeb arcyksiążęcej pary. Wbrew oczekiwaniom, miał on charakter bardzo skromny, nie było pocztów sztandarowych i tak wielkiej liczby orkiestr i biskupów, jak w przypadku pochówku każdego innego Habsburga. Niechęć dworu cesarskiego do następcy tronu, z powodu jego trudnego charakteru i mezaliansu, jaki popełnił żeniąc się ze zwykłą hrabianką, spowodowały, że nie dopuszczono do udziału w uroczystościach monarchów europejskich. Tym samym nie wykorzystano okazji do izolacji politycznej „Serbów-królobójców” na arenie międzynarodowej.

Cesarsko-królewski rząd 7 i 8 lipca debatował nad podjęciem konkretnych działań przeciw inspiratorom zamachu. Uznając za udowodnione, że źródło spisku znajdowało się w Belgradzie, ministrowie postanowili przedstawić rządowi belgradzkiemu wyniki swojego dochodzenia oraz stanowczo zażądać od Serbów przeprowadzenia śledztwa w tej sprawie, ukarania winnych oraz ukrócenia antyaustriackiej propagandy. Prawdopodobnie w tym pierwszym wystąpieniu do rządu w Belgradzie, mimo takich zapowiedzi, nie zdecydowano się na żądanie dopuszczenia austriackich organów śledczych do pracy na terytorium Serbii. Gdyby Serbia odpowiedziała odmownie, grożono zerwaniem stosunków dyplomatycznych. Cesarz zaakceptował decyzje rządu, a poseł austro-węgierski w Belgradzie baron Giesl von Gieslingen miał je przedstawić rządowi serbskiemu.

Wśród grupy ostrożnych polityków CK Monarchii, którzy nie chcieli, aby światowa opinia oskarżyła ich o eskalację konfliktu,  panował w tej sprawie umiarkowany optymizm. Niepokoiła za to wroga postawa serbskiej prasy, która w większości pochwalała zamach i podszczuwała nastroje antyaustriackie. Belgradzka „Stampa” oskarżając władze CK (poniekąd słusznie) o ukrywanie zamieszek antyserbskich w Bośni, podawała, że było tam ok. 10 000 rannych lub zabitych. „Krwiożercze Austro-Węgry chciały pić krew serbską i piły ją”, „Nikt w Bośni i Hercegowinie nie kocha tego paskudztwa, które się nazywa Austryą” – podburzała czytelników.

Kiedy wydawało się, że sytuacja jest w miarę opanowana, pojawiły się nowe, niespodziewane okoliczności. Otóż rosyjski ambasador w Wiedniu, Mikołaj Szebeko, zaoferował ministrowi spraw zagranicznych, hrabiemu Berchtoldowi, pomoc w zażegbaron_gieslnaniu konfliktu z Serbią. Pośrednikiem i negocjatorem miał być słynny z antyaustriackich intryg poseł rosyjski w Serbii, Mikołaj Hartwig. Wobec takiej propozycji Austriacy wstrzymali ustalone wcześniej kroki dyplomatyczne.

Do spotkania posła austriackiego, barona Giesla z Hartwigiem doszło 10 lipca 1914 roku. Ich rozmowa w gmachu poselstwa austriackiego w Belgradzie miała być ważnym krokiem ku zmniejszeniu napięcia. Stało się jednak inaczej.  W trakcie spotkania Rosjanin nagle poczuł się słabo i zmarł wskutek udaru serca. Śmierć Hartwiga w siedzibie austriackiego poselstwa narodowcy serbscy uznali za mord polityczny. Po Belgradzie krążyły plotki, że otruto go herbatą, mimo iż rządowe media to zdementowały. Rokowania austriacko-serbskie zostały w tej sytuacji odroczone. Zamiast uspokojenia doszło do dalszego podgrzania atmosfery.

Mikołaj Hartwig był ulubieńcem serbskich nacjonalistów. Dzięki jego działaniom Serbia wiele zyskała w wojnach bałkańskich i mogła się rozwijać idea „Wielkiej Serbii” – sojuszniczki Rosji. Mówiło się nawet, że właśnie jego dziełem był, snujący się gdzieś po europejskich gabinetach, plan rozbioru Austro-Węgier. Śmierć Hartwiga w tak ważnym momencie i w takich okolicznościach właściwie przekreśliła szanse na pokojowe rozstrzygnięcie konfliktu. Wojenne frakcje w obu krajach złapały wiatr w żagle…

14 lipca napięcie stosunków austriacko-serbskich wchodzi w tak ostrą fazę, że możliwe są już wszelkie dramatyczne scenariusze. Rząd w Belgradzie nie jest w stanie zahamować parcia serbskiej opinii publicznej do wojny. Prasa belgradzka otwarcie prorokuje, że Austria wiecznie w Bośni siedzieć nie będzie… Nienawiść do Austrii jest tak wielka, że rozpuszczona przez kogoś plotka o planowanej rzezi poddanych austriackich dla wszystkich wydaje się prawdopodobna. Szef policji granicznej w Zemunie opowiadał, że otrzymał z Belgradu informacje o serbskich planach wymordowania 600 poddanych węgierskich. Powstała panika wśród obywateli austriackich w Belgradzie, większość z nich uciekła do pobliskiego Zemunu, który był już po drugiej stronie granicy. Wkrótce pojawiła się nieoficjalna groźba zamachu na austriackie poselstwo w Belgradzie. Poseł Giesl poinformował o tym premiera Serbii Pasicza i na skutek decyzji rządu serbska policja wzmocniła ochronę budynku poselstwa.

1002px-Map_Europe_alliances_1914-en.svg

Mimo wszystko wydawało się jeszcze, że do wojny nie dojdzie. Dla europejskiej opinii publicznej dowodem na to, że pokój w Europie utrzyma się, była akcja żniwna: jak co roku żołnierze austro-węgierscy dostali urlopy na czas zbiorów. Działo się to w czasie, kiedy politycy w Wiedniu mozolili się nad ostateczną wersją ultimatum, jakie przedstawią Serbii. Miało być na tyle stanowcze i obraźliwe dla Serbów, by nie mogli go przyjąć w całości, ale na tyle dyplomatyczne, żeby wina za rozpętanie ewentualnej wojny nie spadła na Austro-Węgry.

Wydawało się, że ich plany zostaną w zupełności zrealizowane. Zgodnie z otrzymanymi instrukcjami poseł C.K. baron Wladimir Giesl von Gieslingen w czwartek, 23 lipca  o godzinie 18, złożył notę z tekstem ultimatum ministrowi skarbu w rządzie serbskim. Nota składała się z części wstępnej oraz  dziesięciu postulatów rządu austro – węgierskiego, niepodlegających negocjacji. W części wstępnej rząd Austro-Węgier przypominał Serbom o deklaracji z 31 marca 1909 roku, w której uznali austriacką aneksję Bośni za niezagrażającą ich interesom oraz poinformował o wynikach śledztwa w sprawie zamachu w Sarajewie, które wykazało, że na terenie Serbii działają bez przeszkód ruchy wywrotowe dążące do oddzielenia części terytorium Monarchii Austro-Węgierskiej. Żeby położyć temu kres, rząd wiedeński zażądał od rządu serbskiego zobowiązania się do stłumienia takiej działalności i niezwłocznego ogłoszenia następującej deklaracji:

Królewski Rząd Serbii potępia propagandę skierowaną przeciwko Austro-Węgrom, to jest całość działań, których ostatecznym celem jest oddzielenie od Monarchii Austro-Węgier terytoriów, które do Niej należą, i szczerze żałuje strasznych konsekwencyj tych kryminalnych transakcyj. Królewski Rząd Serbii wyraża ubolewanie, że oficerowie i urzędnicy serbscy brali po części udział we wspomnianej wyżej propagandzie i w ten sposób zagrozili przyjaznym i życzliwym stosunkom, do kultywacji których Królewski Rząd uroczyście się zobowiązał swoimi deklaracjami z 31 marca 1909 roku. Królewski Rząd, który nie pochwala i odpiera każdy pomysł i każdą możliwość wtrącania się do losów ludności jakiejkolwiek części Austro-Węgier, wyraża ubolewanie, gdyż jest jego najbardziej wyraźnym obowiązkiem zwracać uwagę na oficerów, urzędników i całej ludności królestwa, że na przyszłość będzie kontynuował najwyższą surowość w stosunku do osób, które staną się winne takich działalności, działalności do których zapobieganiu i tępieniu Rząd użyje wszelkich wysiłków.

Kolejne postulaty dotyczyły:

  1. konfiskaty publikacji wrogich Austro – Węgrom
  2. rozwiązania organizacji popularyzujących nienawiść wobec c. k. monarchii, a w szczególności „Narodnej Obrany”
  3. usunięcia ze szkół programów nauczania i osób siejących nienawiść do Austro – Węgier
  4. wykluczenia z wojska i administracji ludzi o antyaustriackich postawach
  5. umożliwienia współpracy organów rządu austriackiego w ściganiu zamachowców na terenie Serbii
  6. wszczęcia śledztwa przeciw osobom zamieszanym w zamach Sarajewski i pozwolenia uczestnictwa w jego udziale przedstawicielom monarchii habsburskiej
  7. aresztowania majora Vojislava Tankosića i Milan Ciganovića
  8. zakazu nielegalnego handlu bronią i ukarania winnych kontrybucji
  9. wyjaśnienia antyaustriackich wypowiedzi po zamordowaniu Franciszka Ferdynanda
  10. poinformowania Austro – Węgier o wykonaniu żądań.

Dalej, zgodnie z instrukcją z Wiednia, poseł Giesl ustnie poinformował serbski rząd, że na odpowiedź ma 48 godzin. Odrzucenie noty lub nie zadowalająca odpowiedź Serbii miała skutkować nie wojną, ale zerwaniem stosunków dyplomatycznych. Poseł austriacki miał  w takim przypadku wraz z personelem natychmiast opuścić Belgrad. Termin wręczenia ultimatum nie był przypadkowy. Miało ono dotrzeć do Serbów dopiero po zakończeniu wizyty francuskich władz w Rosji i uniemożliwić sojusznikom zajęcia wspólnego stanowiska w sprawie austro-węgierskich żądań.

„Europa znalazła się w wymiernej odległości od prawdziwego Armageddonu” – stwierdził po zapoznaniu się z notą austro – węgierską brytyjski premier Herbert Asquith. Część polityków europejskich zrozumiała, że Europa stanęła przed widmem wielkiej wojny. Dla dalszych losów kontynentu najważniejsza była teraz reakcja Niemiec i Rosji, poza Austro – Węgrami, mocarstw najbardziej zainteresowanych sprawą. II Rzesza zaproponowała „lokalizację” konfliktu czyli sprowadzenia go do lokalnego starcia pomiędzy Austro – Węgrami, a Serbią. Rosja zamierzała bezwzględnie poprzeć Serbię, sugerując jej przyjęcie większości słusznych postulatów austro-węgierskichkrol-serbski0, dotyczących walki z wielkoserbskim terroryzmem, a odrzucenie co najmniej punktów 5 i 6, jako godzących w niezawisłość kraju.

Zarówno rząd serbski, jak i panujący Karadziordziewiciowie nie mogli przyjąć w całości żądań Austrii, gdyż groziłoby to wybuchem buntu antyhabsburgsko nastawionej ludności oraz części wojska. Jednym zdaniem: Serbia musiała wybierać: upokorzenie, albo wojna. Wybrała wojnę. Jeszcze przed udzieleniem odpowiedzi na ultimatum (po południu 25 lipca) ogłoszono w Belgradzie powszechną mobilizację. Zarządzono również ewakuację Belgradu, rząd przeniósł się do odległego o 200 kilometrów Niszu. Mobilizację zaczęła także Rosja, na razie od korpusu kijowskiego.

Serbska odpowiedź na ultimatum dotarła do austro-węgierskiego posła Giesla na czas: dwie minuty przed godziną 18, 25 lipca 1914 roku. Wręczył ją sam premier Pasič. Serbowie sporządzili pismo niby dyplomatyczne i rzeczowe w treści, ale ironiczne i wymijające. Przyjmowali jakoby wszystkie warunki za wyjątkiem 5 i 6, ale w taki sposób, że dyplomacja w Wiedniu musiała ją uznać za szyderstwo. Zgodzili się na przykład na zwalczanie propagandy antyaustriackiej, lecz z powątpiewaniem, że coś takiego w ogóle ma miejsce w Serbii… To nie mogło zadowolić Austro-Węgier. Nie dopuszczenie cesarsko-królewskich przedstawicieli do udziału w śledztwie na terenie Serbii nie dawało żadnej gwarancji, że władze belgradzkie uczciwie wypełnią przyjęte postulaty. Wojna była już nieunikniona. Tylko cesarz Wilhelm II mógł naiwnie stwierdzić: „To wielkie moralne zwycięstwo Wiednia, teraz nie ma powodu do wojny”.

Baron Giesl wkrótce po otrzymaniu odpowiedzi wsiadł do pociągu i opuścił Belgrad. Nie było już wątpliwości: Austro-Węgry zerwały stosunki dyplomatyczne z Serbią, wojna wisiała na włosku… 26 lipca ogłoszono w Wiedniu częściową mobilizację, a pełną mobilizację – w Czarnogórze.

mucha-1914-07-31-20

Galicyjska „Nowa Reforma” 27 lipca tak oceniała prawdopodobieństwo wybuchu konfliktu, o parcie do niego oskarżając Serbię:

Od soboty unosi się widmo wojny nad Europą, które jak potworny nietoperz, olbrzymie swoje skrzydła to zupełnie rozpościera, zaciemniając widnokrąg, to znowu nieco je ściąga i wtedy przepuszcza błyski nadziei pokoju. Nadzieja ta — powiedzmy otwarcie — jest bardzo słaba. Austro-Węgry nie są z pewnością za wojną „a outrance”**, gdyby bowiem takie usposobienie panowało na Ballplatzu w Wiedniu, to po sobotniem odrzuceniu noty austro-węgierskiej przez Serbię, już gabinet wiedeński wypowiedziałby do dzisiaj wojnę, rzucając równocześnie nad Dunaj całe korpusy wojska. Wojny pragnie widocznie Serbia pod parciem oficerów, a wbrew lepszemu przekonaniu jej polityków, którzy już muszą chyba przewidywać pogrom kraju. Jak niepomyślnem jest wojskowe stanowisko Serbii wobec Austryi, świadczy fakt, że natychmiast po wyjeździe posła austryackiego z Belgradu, dwór serbski i wszystkie władze opuściły Belgrad, a nawet wojsko cofnęło się na południe w głąb kraju. Opuszczona i opustoszała stolica Serbii budzi grozę wśród ludności, która uważa to mimowoli za złą wróżbę.

Próbowano podejmować jeszcze działania w obronie pokoju. Rząd carski proponował Austrii negocjacje w sprawie serbskiej odpowiedzi na ultimatum, ale Wiedeń odmówił. Próbował także Wilhelm II, zwracając się do swych kuzynów: cara Mikołaja II i do króla Jerzego V. Nadzieją dla Europy miała być lokalizacja konfliktu, ograniczenie go do Austrii i Serbii. Jednak szybko okazało się to political fiction. Pozostawiona sama sobie Serbia poległaby szybko wobec znacznej przewagi militarnej CK Monarchii. Do tego nie mogła dopuścić Rosja, która znów musiałaby przełknąć gorzką pigułkę, jak 6 lat wcześniej, gdy Austria dokonała aneksji Bośni i Hercegowiny, nie licząc się z nikim. Także dla Francji porażka Serbii byłaby problemem. Choć politycy znad Sekwany powtarzali, że nie zamierzają narażać swego kraju dla serbskich interesów, to musieli przecież dbać o zainwestowane w tym kraju własne kapitały i narażać się na brak spłaty pożyczek udzielonych Serbom. Poza tym Francuzi nie widzieli możliwości pokojowego odzyskania swoich prowincji Alzacji i Lotaryngii, utraconych podczas wojny z Prusami w 1871 roku.

berchtold_leopolOstatnią nadzieją mógł być w tej sytuacji projekt brytyjskiego ministra spraw zagranicznych Edwarda Greya. Deklarował on Niemcom niechęć Wielkiej Brytanii do wojny, lecz przestrzegał, że wojny nie da się zlokalizować, a jego kraj nie będzie wtedy stał na uboczu. Zaproponował Grey konferencję czterech mocarstw: Anglii, Francji, Niemiec i Włoch, która miałyby doprowadzić do pokojowego rozwiązania konfliktu. Niemcy odmówiły jednak udziału pod pretekstem, że nie wypada pozywać Austrii przed trybunał europejski, gdy to ona jest ofiarą (zamachu sarajewskiego).

Później okazało się, że Wilhelm II mógł odrzucić propozycję pokojową wskutek przekonania, że Wielka Brytania w razie wojny pozostanie neutralna. Taką informację otrzymał od swego młodszego brata, księcia pruskiego Henryka, który rozmawiał o tym z królem Wielkiej Brytanii, Jerzym V. Niefortunna rozmowa odbyła się 26 lipca i była jednym ważnych czynników, które zdecydowały o dalszych losach Europy i świata. Z powodu tej niefortunnej rozmowy Niemcy przez całą wojnę będą uważać Anglików za wiarołomnych zdrajców. W tym samym dniu w Petersburgu uchwalono rozpoczęcie mobilizacji wojsk na zachodzie i południu Rosji.

27 lipca już nikt nie miał złudzeń, rząd w Wiedniu ogłosił stan wyjątkowy w całej C.K. Monarchii. Zawieszono wolność osobistą i tajemnicę korespondencji, wprowadzono kontrolę połączeń telekomunikacyjnych oraz wzmocniono cenzurę mediów. Ponadto ustawy wyjątkowe doprowadziły do zamknięcia parlamentu i sejmów krajowych. Rozpoczęła się mobilizacja przeciw Serbii.

We wtorek 28 lipca rząd cesarsko-królewski ogłosił wypowiedzenie wojny wobec Serbii. Nota podpisana przez ministra Berchtolda brzmiała następująco:

Królewski Rząd Serbii nie odpowiedział w sposób satysfakcjonujący na notę z 23 lipca 1914 roku, przedstawioną przez austro-węgierskiego Ministra w Belgradzie. Cesarski i Królewski rząd jest zmuszony sam zajmować się ochroną swoich praw i interesów, i, co jest tego wynikiem, musi uciec się do siły broni. W rezultacie, Austro-Węgry uznają się odtąd za będące w stanie wojny z Serbią.

Te samego dnia następuje częściowe mobilizacje: rosyjska przeciw Austro-Węgrom oraz belgijska.

mucha-1914-07-310

Do pierwszej potyczki zbrojnej w tej wojnie miało dojść 28 lipca koło Temesz-Kubin, gdzie wojska serbskie z parowców na Dunaju rzekomo ostrzeliwały wojsko austriackie. Później okazało się, że był to fakt medialny stworzony przez ministra Berchtolda, aby cesarz łatwiej dał się przekonać do zgody na wypowiedzenie wojny.

29 lipca wojska austriackie zaczynają działania wojenne, ostrzeliwując Belgrad znajdujący się po drugiej stronie Dunaju. Cesarz Franciszek Józef ogłasza manifest dla poddanych:

Manifest Najjaśniejszego Pana. W wielkiej historycznej godzinie Najjaśniejszy Pan zwraca się do swoich wiernych ludów, wzywa je do obowiązku, pełnego ofiar, odwagi, pogardy śmierci, celem utrzymania państwa. Zionący nienawiścią wrogowie Austrii nie chcieli uczynić zadość sprawiedliwym i umiarkowanym żądaniom Monarchii, nie chcą wyrazić żalu i dać rękojmię pokojowego sąsiedztwa. W tej sytuacji, według Najwyższej Woli, miecz ma powiedzieć ostatnie słowo. Ta narzucona Monarchii wojna jest dobra i sprawiedliwa, a błogosławieństwo Boże będzie po naszej stronie. Manifest cesarski znajdzie echo radosne w jednym, pełnym mocy, daleko brzmiącym okrzyku: Boże wspieraj ukochanego Cesarza, Boże ochroń drogą ojczyznę!

Bóg nie dosłyszał chyba próśb sędziwego cesarza, następnego dnia Rosja wypowiada Austro-Węgrom wojnę. Rozpoczyna się ostatni akt imperium Habsburgów….

* * *

*Irredenta, irredentyzm – ruch polityczny i społeczny, dążący do połączenia w jeden organizm państwowy ziem zamieszkiwanych przez podobne grupy etniczne.

**wojna w nadmiarze z użyciem maksimum środków, aż do założonego skutku – dość popularna filozofia wojenna przed I wojną światową.

Powered by WordPress Web Design by SRS Solutions © 2017 To ci historia! Design by SRS Solutions

  • RSS
  • Flaker
  • Twitter
  • Tumblr
  • Facebook
  • GoldenLine
  • Nasza Klasa
  • Wykop