To ci historia!

Blog historyczny, ciekawostki historyczne, sensacje

Wpisy w kategorii: Jak szlachta wojowała

Długie, prawie czteroletnie obrady Sejmu Wielkiego obfitowały w wydarzenia dramatyczne i konfliktowe. Atmosfera bywała gorąca. Posłom często puszczały nerwy, zwłaszcza, że poza polityką, w grę wchodziło jeszcze bardzo rozbuchane szlacheckie poczucie honoru.  Poniżej fragmenty książki Bartłomieja Szyndlera „Pojedynki”.

W czasie Sejmu Czteroletniego [Kazimierz] Rzewuski został bohaterem kolejnego pojedynku. Stało się to za przyczyną strażnika polnego koronnego i zarazem posła podolskiego, Józefa Mierzejewskiego. 6 grudnia 1791 r. sejm uchwalił Deklarację zakazującą pod karami przyjmowania kancelariom i sądom manifestów i protestacji wymierzonych przeciwko Konstytucji 3 maja i innym uchwałom sejmowym. Na następnej sesji, w dniu 9 grudnia, zabrał głos poseł podolski Mierzejewski, przeciwnik Ustawy Majowej, który następnie oświadczył, że pragnie mówić w sprawie będącej przedmiotem debaty. Po czym, zaczął odczytywać „mowę pisaną”, ganiąc w niej Konstytucję 3 maja. Mierzejewskiemu często przerywano. Wówczas zirytowany oznajmił, że jeszcze swego wystąpienia nie zakończył. Na to Rzewuski, który posłował z tego samego co mówca województwa, zauważył ironicznie: „Jak początek nie do rzeczy, tak i koniec nie będzie lepszy”; zaś poseł poznański Celestan Sokolnicki, najwięcej przeszkadzający Mierzejewskiemu w jego wystąpieniu, zawołał: „Odpowiem ja temu jurypale!” W tym momencie z pomocą Mierzejewskiemu pośpieszył wojewoda wołyński, książę Hieronim Sanguszko, mówiąc do Sokolnickiego: „Nie masz Wać tyle dowcipu, abyś mu odpowiedział”. Na co zaczepiony wypalił: „Alboż to ja flaki mam w głowie jak książę”. Obrażony Sanguszko zerwał się z miejsca i ruszył w kierunku Sokolnickiego, lecz drogę, zastąpił mu Rzewuski, który złapał księcia za suknie. Doszło między nimi do gwałtownej sprzeczki i szamotania. Do zajścia przyłączyli się inni posłowie i w izbie sejmowej powstała wielka wrzawa. Temperatura scysji była tak wysoka, że wojewoda wołyński — jak donosił król Stanisław August w liście swemu posłowi w Londynie, Franciszkowi Bukatemu – „poszedł na górę wodę pić, bo się czuł bardzo zapalonym”.

Syn księcia wojewody, Eustachy Sanguszko, postanowił pomścić zniewagę ojca. W nocy posłał Rzewuskiemu kartelusz, wyzywając go na pojedynek na następny dzień. Król, dowiedziawszy się o tym, wysłał o północy swego adiutanta Gołkowskiego, aby doręczył obu Sanguszkom i Rzewuskiemu „areszt pojedynkowy”. Gołkowski zastał w domu jedynie księcia wojewodę Rzewuski, uprzedzony o areszcie królewskim, pojechał natychmiast do Eustachego Sanguszki i nalegał, ze względu na zaistniałą sytuację, żeby bezzwłocznie odbyć pojedynek, mówiąc „Co ma być jutro, niech będzie zaraz”.

Poprosiwszy na sekundantów Michała Wielhorskiego i księcia Józefa Poniatowskiego obaj przeciwnicy udali się w ich towarzystwie zaraz do ogrodu Bielińskich i tam przy świetle księżyca stoczyli walkę na pałasze. Sanguszko raniony został lekko w rękę, Rzewuski otrzymał cięcie w twarz. Na tym pojedynek przerwano, rywale się pogodzili, po czym zjedli razem kolację.

Do grona posłów niezadowolonych z uchwalenia Kontytucji 3 maja należał też poseł sandomierski, Albin Skórkowski. Przy każdej nadarzającej się okazji napadał on w sejmie na Ustawę Majową, a w dodatku szukał zwady z posłami z obozu patriotyczno-reformatorskiego. Szczególną nienawiścią pałał Skórkowski do posła krakowskiego, Aleksandra Linowskiego, który swoimi mocnymi mowami w izbie i licznymi pismami, znacznie się przyczynił do utorowania drogi w sejmie dla Konstytucji 3 maja. Linowski, pragnąc dokuczyć oponentom występujacym na forum sejmu przeciwko Ustawie Majowej, dziękował im za każdym razem ironicznie, że tak „przychylnie” odnoszą się do Konstytucji.

Na jednej z sesji czerwcowych sejmu ganił Konstytucję kasztelan przemyski, Antoni Czetwertyński. Kiedy zakończył swą mowę, Linowski pośpieszył, jak zwykle z publicznym „podziękowaniem”. Skórkowski, zabierając z tego powodu głos, oświadczył, że będąc stanowczym przeciwnikiem Konstytucji, nie życzy sobie niczyich ironicznych pochwał. Dotknięty tymi słowami Linowski wyzwał Skórkowskiego na pojedynek. Początkowo zamierzali się bić w mieszkaniu pisarza polnego, Kazimierza Rzewuskiego. Później zmienili ten zamiar i postanowili udać się na Wolę.

Pojedynek odbył się 29 czerwca 1791 r. Skórkowskiemu towarzyszyli jako sekundanci, kasztelan lubaczowski Adam Rzyszczewski i pułkownik wojsk koronnych Konstanty Janikowski. Linowski natomiast przybył w otoczeniu posłów podolskich, Józefa Zajączka i Kazimierza Rzewuskiego oraz kasztelana raciąskiego Tadeusza Mostowskiego i komisarza skarbowego Antoniego Lanckorońskiego. Linowski ciął Skórkowskiego w rękę, ale sam oberwał w nos. Na tym pojedynek przerwano, a obaj rywale pogodzeni przyrzekli sobie przyjaźń.

Poseł kaliski, Jan Suchorzewski, wyzwał na pojedynek marszałka Sejmu Czteroletniego, Stanisława Nałęcz Małachowskiego. Suchorzewski był bodajże największym krzykaczem sejmowym. Często w impulsywny sposób oponował przeciwko rozpatrywanym na sesjach postępowym projektom reform, a później starał się nie dopuścić do ich uchwalenia. Za swą działalność opozycyjną i warcholską w sejmie był sowicie wynagradzany przez hetmana wielkiego koronnego, Franciszka Ksawerego Branickiego, który nie szczędził mu dukatów z własnej szkatuły.

15 stycznia 1791 r. odbyła się w Teatrze Bogusławskiego premiera komedii Juliana Ursyna Niemcewicza „Powrót posła”. ”Celem moim – wspomina autor sztuki – było dać na pośmiewisko wszystkie zastarzale, a jeszcze nie wykorzenione przesądy nasze. Skupiłem je wszystkie na osobie starosty Gadulskiego, który płacze, że liberum veto ma być zniesionym, wynosi pod niebo elekcję królów i korzyści stąd dla szlachty przez ujmowanie jej starostwami, urzędami, pensjami; było to niejakie torowanie drogi do zbawiennych zasad rządowych, które się w Konstytucji Trzeciego Maja rozwinąć miały” (…).

Występujący w „Powrocie posła” negatywny bohater, starosta Gadulski, miał tyle cech charakterystycznych posła kaliskiego, Suchorzewskiego, iż nikt prawie nie wątpił, że to on właśnie został ośmieszony w sztuce. Rozgniewany wielce Suchorzewski, podbuntowany dodatkowo przez zelantów hetmańskich, zaatakował gwałtownie Niemcewicza w sejmie, w dniu 18 stycznia 1791 r., oskarzając go, iż w swej sztuce „prawo narodu wolnej elekcji przysięgą króla zatwierdzone [...] znieważył i wydrwił, a komedianci powtórzyli, że przez sukcesję kajdany zachwalił i uwielbił”. Oskarżył także policję w Warszawie, że pozwoliła na „złe użycie teatru”. Domagał się, aby marszałkowie sejmowi, Stanisław Małachowski i Kazimierz Nestor Sapieha, zwołali Sąd Sejmowy dla osądzenia autora komedii „Powrót posła” oraz policji.

Podczas przemówienia Suchorzewskiego rozlegały się śmiechy i drwiny na sali. Kiedy zaś zakończył swe przemówienie i skontatował, że nikt go nie popiera, wymógł na sekretarzu sejmowym odczytanie swego projektu o zwołanie Sądu Sejmowego. Po czym domagał się, dyskusji, ale zewsząd rozlegały się głosy: „Nie ma zgody nawet na deliberacje”. Poseł słonimski Sołtan zwrócił nawet uwagę Małachowskiemu, że dopuścił do zmiany porządku obrad, który tego dnia przewidywał dyskusję w sprawach skarbowych. Małachowski, korzystając skwapliwie z upomnienia, stwierdził, że projekt Suchorzewskiego nie nadaje się do dyskusji, jako nie mający związku z tematem obrad, po czym odroczył sesję do następnego dnia. Suchorzewski, nie mogąc ścierpieć doznanej porażki, wyzwał marszałka sejmowego na pojedynek. Suchorzewskiego znów z kolei wyzwał na pojedynek Tadeusz Czacki, zarzucając mu, że swoim zachowaniem uwłaczył czci cnotliwego męża – tj. Małachowskiego. Do skrzyżowania broni jednakże nie doszło, gdyż sprawę udało się załatwić polubownie. Poseł kaliski tylko się ośmieszył. Warszawę obiegło wiele wierszyków satyrycznych. Jeden z nich, ułożony przez Franciszka Zabłockiego, zaczynał się następująco:

„Mości panie kaliski! Wiadomość się szerzy,
Którą ja mam za potwarz, której nikt nie wierzy,
Przynajmniej nie powinien bez największej trwogi,
Komu miła ojczyzna, komu i ty drogi,
A czym się cieszą wspólni nam nieprzyjaciele:
Że po życie marszałka wydałeś kartele”.

Ostatni fragment mało znanego pamiętnika Wiktora Jaworskiego – oficera, przedstawiciela Rządu Tymczasowego. Sensacyjna relacja uczestnika powstania styczniowego napisana w Zurychu w 1867 roku. Wspomnienia pod tytułem „Notatki o powstaniu w łęczyckim powiecie” przez Stanisława Bellinę, opublikowane zostały przez Agatona Gillera w zbiorze „Polska w walce” [Paryż, rok 1868]. Pisownia oryginalna, śródtytuły – clivie.

Część VII – Są nowe mundury, nie ma powstania!

Major Littich naznaczył swoim zastępcą oficera z byłego szwadronu Parczewskiego znanego pod nazwiskiem Dzida. Otóż ten oficer S… dobrał sobie w pomoc byłego furjera porucznika C… i przez kilka dni urządzali wojskowe sprawy powiatu. Ja z moimi braćmi i Jabłoński byliśmy przez nich oskarżeni przed Littichem o zbiegowstwo z powiatu, pomimo, że posiadaliśmy urlopy, i do nas w żaden sposób rozporządzenie Wydziału Wojny z dnia 14 sierpnia nie mogło być zastosowane (1). Rozumie się skarga ta nie miała żadnego skutku. Littich Jabłońskiego i mnie wziął do swej pomocy. Pierwszemu powierzył czynność wojskowej formacji, a mnie, jako porucznika zatrzymał przy sobie do szczególnych poruczeń.
W tym czasie złożono sąd na Skowrońskiego. Zasiadali na nim prawie wszyscy oficerowie oddziału. Ja zaś z przyczyny, iż dwóch moich braci już w takowym udział miało, prosiłem o wyłączenie. Na posiedzeniu tem, nic stanowczego przecież nie zdecydowano co do winy Skowrońskiego i kary za nią, sąd się więc bez wydania opinji i wyroku rozszedł. Z tego powodu, spotykały później Skowrońskiego, mianowicie w Poznańskiem, bardzo ciężkie zarzuty.

Z Łęczyckiego Skowroński pojechał w Poznańskie, a potem do Drezna, gdzie starał się o akt uniewinnienia. Za pośrednictwem bawiącego tam urzędnika Komissji Wojny, Szczycińskiego, akt taki w marcu 1864 roku został zdziałany i podpisany przez będących tam łęczyckich oficerów: Parczewskiego, Żukowskiego, Jabłońskiego, pułkownika Zielińskiego, organizatora okręgowego Kicińskiego, porucznika C… i naczelnika miasta Zgierza P. Ja i pomocnik okręgowego obywatel T. usunęliśmy się od podpisu na akcie, który nie zgadzał się z pojęciami naszemi o sprawiedliwości (2). Skowroński jako żołnierz był odważnym, czego dał kilkakrotne dowody, jako dowódzca nie był dbałym i pilnym w obowiązkach, w kierowaniu bojem nie posiadał potrzebnej pewności i przytomności umysłu. W pokoju, troskliwym był o potrzeby żołnierzy i sympatję ich posiadał, umiał bowiem łączyć powagę z popularnością. Moskale przyznawali mu przymioty dobrego dowódzcy, których odmawiali Littichowi. Bremsen, jako moskiewski okręgowy komendant czuł i widział różnicę w czynności jednego i drugiego i czujniejszym był podczas dowództwa Skowrońskiego.

Littich prócz zorganizowania oddziałku żandarmerji pieszej z dwudziestu pięciu ludzi złożonej i wielu projektów niespełnionych, nic w naszym powiecie nie zdziałał. Żandarmerja w kilka tygodni została rozpuszczoną, jak również drobny hufiec konny, jaki pozostał po Walentym Parczewskim z jego wybornej konnicy. Tak więc powiat łęczycki został ogołocony z wojska polskiego i powstanie zagasło. Littich nie umiejąc rozdmuchać iskier jakie po niem zostały, opuścił w Grudniu (1863) Łęczyckie i wydalił się w Poznańskie, zostawiając Jabłońskiego jako swego zastępcę.

Kiedy major Jabłoński obejmował obowiązki naczelnika sił zbrojnych powiatu łęczyckiego, było już tylko kilku oficerów z powstania. Jedni byli zabici, drudzy ranni, inni przed ściganiem moskiewskiem wydalili się w inne okolice kraju, lecz najwięcej wyjechało za granicę. Cywilnych urzędników organizacji także nie wielu zostało. Smutny wówczas przedstawiała obraz powstańcza organizacja. Osobiste porozumienie stało się prawie niepodobnem, gdyż nie tylko miasteczka, ale nawet wsie były przez Moskwę załogami obsadzone, tak, że w najmniejszej osadzie znajdował się posterunek z dwunastu żołnierzy złożony. Po tylu niepowodzeniach, w obec takich przeszkód, trudno było powstanie odnowić. Prócz tego Moskwa tak nękała kontrybucjami i aresztem obywateli, iż z żalem i z boleścią każdy z nas zakłócał swoją obecnością rzadką chwilę wytchnienia i spokojności mieszkańców. Jednakże miłość ojczyzny tak jest wielką i gorącą w Polakach, iż pomimo wszystkich tych przeszkód zdołaliśmy przygotować uzbrojenie i konie dla nowego oddziału.

W grudniu zjawił się niespodziewanie w naszym powiecie Sawicki, ogłaszając, że jest zanominowanym na organizatora okręgu czerskiego, i że posiada upoważnienie zabrania na rzecz tej organizacji wszystkich zapasów wojennych naszego powiatu. Gdy przecież nikt z nas o tem zawiadomiony nie został drogą właściwą, Sawicki został aresztowany. Śledztwo znowu przeprowadzone okazało, że Sawicki posiadał podejrzane blankiety, których mu dostarczał jakiś jegomość mieniący się być adjutantem jenerała Taczanowskiego imieniem Władysław, a mieszkający gdzieś w okolicach Pruszkowa. Temi blankietami złudził Sawicki niektórych powstańców, którzy mu gotowi byli dopomódz w projektowanej organizacji. Na zasadzie więc świeżej winy i dawnego wyroku Sawicki został stracony.

Major Jabłoński wyjechał w Poznańskie w styczniu 1864 roku, po nim został przez Rząd Narodowy zamianowany na naczelnika sił zbrojnych powiatu łęczyckiego były oficer z wojska pruskiego Hjeronim Wierzbicki. Miał on wyruszyć w pole na czele oddziału konnego ze stu dwudziestu ludzi, dla którego uzbrojenie i konie, jak to pisałem, zostały przez nas przygotowane. Lecz zamiast wyprowadzenia do boju tak mozolnie i z takim kosztem organizowanego hufca, naczelnik polecił zmienić mundury dla żołnierzy. Rozkaz ten niczem rozsądnem usprawiedliwić się nie da i zdaje się, że nowy naczelnik wydając go, nie miał nic innego na celu, jak tylko odsunięcie chwili wznowienia niknącego powstania. Nie rozumiem także, jak władza cywilna zgodzić się mogła na wykonanie tyle nierozsądnego w tym czasie polecenia. Mundury więc robiono, a tymczasem tych co je nosić mieli, Moskale w większej części wyłapali, pozabierali też wiele koni. Nastały też mrozy, więc znowuż dla zimna nie można było myśleć o wyruszeniu pozostałej garstki w pole. To wszystko tak zniechęciło nieopuszczających swego stanowiska oficerów piechoty, iż byle tylko bić się prędzej, zrezygnowali ze swoich stopni i zapisali się do oddziału na szeregowców. Nie przyspieszyło to jednak nowego wybuchu powstania. Wierzbicki okrywał się tajemnicą i taką ostrożnością, iż powstańcy nic o jego czynnościach i planach nie wiedzieli. Gdy jednak i w początkach marca oddział się nie poruszył, straciliśmy wszyscy nadzieję ucierania się z nieprzyjacielem i kadry w powiecie same się rozwiązały.

W pierwszej połowie marca wydaliłem się i ja za granicę, a słysząc o przygotowaniach czynionych w zaborze pruskim, zkąd wkraczające do Królestwa oddziały, miały dać hasło do dalszego boju, chciałem się przyłączyć do którego z nich i w ten sposób spełnić obowiązek swój do ostatka. Z Drezna dokąd na czas krótki przybyłem, wyjechałem 21 marca w powiat szubiński z rozkazem zbierania tam ochotników. Tam pozostawałem do połowy czerwca, nic, jak inni nie zdziaławszy w Poznańskiem, dla podtrzymania w roku 1864 padającego za Prosną powstania.

Wierzbicki używający pseudonimu Boruta, w kilka tygodni po moim wyjedzie został aresztowanym przez Moskali i rozstrzelanym w Łęczycy 3 czerwca 1864 r. Tak skończył ostatni naczelnik sił zbrojnych powiatu łęczyckiego i ostatni oficer powstania, do tak późnego czasu utrzymujący swoje stanowisko w powiecie.

1) Wspomniany rozkaz Wydziału Wojny brzmi: „Nadesłane raporta wojskowych naczelników województw wykazały, że wielu młodych ludzi w wieku popisowym przebywa po za granicami właściwych sobie województw, gdzie w inne wstępują szeregi powstańcze lub na haniebnej dziś bezczynności drogi czas marnują; przeto Rząd Narodowy wzywa wszystkich popisowych, aby bezwłocznie na miejsce zwykłego pobytu powracali, gdzie pod sztandarem swojego województwa stanąć mają w szeregi wojska narodowego. Wszelkie wątpliwości w wykonaniu niniejszego rozporządzenia, tylko władze miejscowe Rządu Narodowego rozstrzygnąć są upoważnione. Nie stosujący się do powyższego rozkazu, do surowej odpowiedzialności pociągnięci zostaną”. Warszawa, 14 sierpnia 1863 r.

(2) Skowroński w początkach powstania naznaczony był na dowódzcę ochotników, którzy z Warszawy wyszli w lasy Serocka; prowadząc ich, w puszczę Kurpiów, w marszu opuścił samowolnie, zostawiając dowództwo innemu oficerowi, który ich także opuścił. Jaki miał dla niego skutek ten postępek? Zdaje się że żaden. (Przyp. Wyd.)

Zurich 1867 roku.

Koniec

Ciąg dalszy mało znanego pamiętnika Wiktora Jaworskiego – oficera, przedstawiciela Rządu Tymczasowego. Sensacyjna relacja uczestnika powstania styczniowego napisana w Zurychu w 1867 roku. Wspomnienia pod tytułem „Notatki o powstaniu w łęczyckim powiecie” przez Stanisława Bellinę, opublikowane zostały przez Agatona Gillera w zbiorze „Polska w walce” [Paryż, rok 1868]. Pisownia oryginalna, śródtytuły – clivie.

Część VII – Początek końca pod Dalikowem

Przez dni cztery przechodziliśmy powiaty: rawski, łowicki, gostyński i łęczycki, ciągle w forsownym marszu, byliśmy bowiem niepokojeni i zewsząd przez nieprzyjaciela zagrożeni. Piątego dnia, to jest 9 września, o godzinie drugiej w południe stanęliśmy we wsi Nakielnicy, w naszym powiecie położonej, a Szumlański zajął stanowisko blisko Aleksandrowa we wsi Brużycy, o pół godziny od nas oddalonej. Po sześciomilowym marszu, w dniu bardzo gorącym, strudzeni i zgłodzeni, nie zastaliśmy w Nakielnicy nie tylko jedzenia gotowego, lecz nawet kotłów do gotowania. Skowroński miał zamiar po krótkim popasie wyruszyć nad Ner, zniszczyć most, i na furmankach podążyć w Gostyńskie dla połączenia się z oddziałem Orłowskiego, byłego szefa łęczyckiego sztabu, który właśnie wówczas (z dnia 9 na 10 września) na czele kilkuset piechoty i jazdy wystąpił na pole walki; tym sposobem spodziewał się uniknąć otoczenia od tuż za nami postępujących Moskali.
Konieczność posilenia znużonego wojska zatrzymała nas dłużej nad zamiar w Nakielnicy, tak że dopiero o w pół do trzeciej godzinie po północy pomaszerowaliśmy dalej. W połowie drogi między Gajówką a Dalkowem [Dalikowem] spotkaliśmy się z moskiewskim wojskiem jenerała Krasnokuckiego i zmuszeni byliśmy przyjąć bitwę. Pozycję mieliśmy nie bardzo dobrą, przecież pod zasłoną boru mogliśmy się bronić i długo utrzymywać.

Dla czego Skowroński pozycję tę opuścił i zamienił na gorszą, czy zamierzał przebić się przez Moskwę i wyjść z otoczenia? nie umiem powiedzieć, gdyż nie czytałem tłumaczenia się jego z zarzutów poczynionych przez miejscową organizację, a które miał przesłać do Rządu Narodowego. Dosyć że opuściliśmy stanowisko pod borem, które zajął nieprzyjaciel i ponieśliśmy zupełną porażkę, która była największą i stanowczą klęską dla łęczyckiego powstania. W tym krwawym, bez ładu, planu i komendy prowadzonym boju straciliśmy trzystu ludzi w zabitych, rannych i wziętych do niewoli, a pomiędzy poległymi było ośmnastu oficerów. Furgony z bronią i z amunicją zostały uratowane. Moskwa prócz mordowania rannych na placu boju, dopuściła się innych nadużyć: podpaliła wieś Dalków [Dalików], w której kilku rannych i bezbronnych mieszkańców utraciło życie w płomieniach. Bliskie miasto Poddębice zostało zrabowane przez trjumfujące carskie wojsko. Na wstawienie się i prośby kobiet, pielęgnujących rannych powstańców w szpitalu, jenerał Krasnokucki zasłonił go przed rozpasanym żołdactwem. Różnemi drogami i ścieżkami szczątki pobitych powstańców zbierały się we wsi Niewodowie położonej w Kaliskiem.

Oddział Szumlańskiego podobnie jak pod Cyrusową Wolą i spod Dalkowa wycofał się bez znacznej straty. Skowroński nie pozostał na placu do końca bitwy, w orszaku trzydziestu konnych oddalił się nie wiadomo gdzie o godzinie w pół do dziesiątej, gdy bój trwał prawie do samej dwunastej. Jabłoński, major został odcięty. Żołnierze polscy straciwszy w ten sposób prawie wszystkich oficerów, sami lub też pod komendą podoficerów dążyli z miejsca pogromu do punktu zbornego, na który o godzinie dziesiątej w nocy przybył także i dowódzca Skowroński ze sztabem i assekuracją swoją. Wkrótce potem nadciągnął rotmistrz Magnuski z jazdą oddziału Szumlańskiego i chciał złączyć się z garstką dwustu ludzi, jaka nam pozostała. Lecz Skowroński nie dał pozwolenia na to połączenie, przyczem zarzucał Szumlańskiemu, iż został w bitwie przez niego opuszczonym, więc już nie chce się dalej na wspólne z nim działanie narażać.

Ja byłem zajęty uporządkowaniem i pożywieniem żołnierzy. Tymczasem toczyła się w sztabie narada nad tem co dalej robić należy. Około godziny jedenastej i ja wezwany zostałem do rady. Na zapytanie ilu jest ludzi i co należy po tej klęsce przedsięwziąć? odpowiedziałem, że o wojowaniu na czele kilkuset ludzi upadłych na duchu z tak licznym nieprzyjacielem, ani myśleć można, i że obecnie najkorzystniej będzie żołnierzy rozpuścić, po nastąpionym zaś porozumieniu z Orłowskim zebrać ich na nowo. Inni byli tegoż samego zdania, a szczególniej dowódzca Skowroński, który wręczył mi swoją pieczęć, dał swobodę postępowania jak uznam za stosowne i zaraz potem ze swoim sztabem oddalił się. Żołnierzom wydałem więc urlopy, furgony porozsyłałem do przechowania do okolicznych urzędników okręgowych, sam zaś w końcu już po północy udałem się do miasta Zgierza.

Po upływie dni kilkunastu otrzymałem wraz z moimi braćmi wezwanie, ażebyśmy przybyli dla porozumienia się z nowym naczelnikiem sił zbrojnych łęczyckich w przedmiocie środków nowego umobilizowania Łęczycan. Skowroński za przegranę pod Dalkowem, złożony został z dowództwa (1) a w jego miejsce zanominowany Littich Aleksander, były naczelnik wojskowy powiatu wieluńskiego.

W tym czasie oddział Orłowskiego już nie istniał. Po jednej pomyślnej potyczce w Gostyńskiem, a następnie klęsce w okolicy Strykowa, został rozpuszczonym. Zaraz potem pułkownik Zieliński Michał, pełniący po Callierze służbę naczelnika sił zbrojnych województwa mazowieckiego, na czele dwustu dwudziestu jezdźców, pomiędzy którymi były konnice Orłowskiego i Sokołowskiego, został rozbitym przez awangardę, moskiewską którą prowadził carski kapitan piechoty Kaliński z miasta Łodzi. Taki brzydki popłoch owładnął powstańców, iż i oficerowie nie dali się uprzedzić w ucieczce, czego ofiarą stało się przeszło czterdziestu ludzi zabitych i rannych; Moskale zaś żadnych strat nie ponieśli. Wypadek ten nieszczęśliwy miał miejsce pod znaną nam już wsią Dobrą.

(1) I oddanym został pod sąd, czytamy bowiem w rozkazie dziennym Wydziału wojny nr 13 co następuje: „Dowódzca oddziału mazowieckiego kapitan Skowroński, za zmarnowanie oddziału mu powierzonego, oddany został pod sąd wojenny”.

Ciąg dalszy mało znanego pamiętnika Wiktora Jaworskiego – oficera, przedstawiciela Rządu Tymczasowego. Sensacyjna relacja uczestnika powstania styczniowego napisana w Zurychu w 1867 roku. Wspomnienia pod tytułem „Notatki o powstaniu w łęczyckim powiecie” przez Stanisława Bellinę, opublikowane zostały przez Agatona Gillera w zbiorze „Polska w walce” [Paryż, rok 1868]. Pisownia oryginalna, śródtytuły – clivie.

Część VI – Zwycięska porażka w Woli Cyrusowej

Dnia 1 września [1863 r.] dostaliśmy wreszcie rozkaz wystąpienia w pole, który, gdyby wcześniej był wydany, nie byłaby może nastąpiła klęska Kruszyńska, bylibyśmy bowiem mogli zrobić skuteczną dywersję naciskanym zewsząd Kaliszanom. Czyja wina w tym opóźnieniu, nie moja rzecz sądzić, — wszakże wiem, że jenerał Taczanowski, jako naczelnik dwóch województw, miał moc i prawo wcześniejszego uruchomienia sił łęczyckich i działania nie z jednym oddziałem, lecz w połączeniu wielu obok siebie lub też razem postępujących hufców.

W tym dniu (1) oficerowie i żołnierze zaczęli się zbierać, nadszedł i Parczewski, wraz z oddziałem piechoty i jazdy kapitana Szumlańskiego i kapitana Sokołowskiego, dowódcy rawskiej kolumny, w liczbie czterystu ludzi, którzy wraz z nami złożyli poważny oddział, przeszło 1200 ludzi dobrze uzbrojonych i wymusztrowanych liczący.

Oddział ten był wówczas jedyną znaczniejszą siłą na przestrzeni dwóch województw, albowiem jenerał Taczanowski został rozbity 29 sierpnia pod Kruszyną przez wojska podpułkownika Bremsena z Łodzi. Gdybyśmy w sierpniu byli się ruszyli, położenie nasze byłoby o wiele lepsze, po klęsce jednak Taczanowskiego Moskale mogli na nas wszystkie swoje siły rzucić. Jakoż pościągali się ze wszystkich stron nie dawali nam chwili odpoczynku. Przebiegaliśmy z miejsca na miejsce przez kilka dni.

Dnia 4 września oddział Szumlańskiego, który w niewielkiej odległości za nami postępował, został zaatakowany w okolicach miasta Strykowa. Zamiast powolnie się cofać, Szumlański tak silnie ku nam zdążał, iż zaledwie zdołaliśmy się sformować we wsi Woli Cyrusowej, kiedy zostaliśmy zaczepieni w dolinie pod lasem, który nieprzyjaciel opanował, uzyskawszy przez to możność zasłony niezbyt licznej siły, jaką przeciw nam postawił. Pozycja więc nasza nie była korzystna. Gdybyśmy jednak bitwy nie przyjęli, zmuszeni bylibyśmy podsunąć się ku linii kolei żelaznej piotrkowskiej, którą Moskale gęsto i mocno obsadzili.

Skowroński jako główny komendant połączonych oddziałów ułożył plan bitwy, powierzając prawe skrzydło Jabłońskiemu, lewe Szumiańskiemu. Na rekonesans byłem wysłany ja i Sokołowski. Ja miałem zdać raport o liczbie i stanowisku nieprzyjaciela Skowrońskiemu, Sokołowski zaś Szumlańskiemu. Nieprzyjaciel posiadał 2 roty piechoty, 2 szwadrony jazdy i 2 działa pod dowództwem pułkownika Hagemejstra, naczelnika wojennego powiatu łęczyckiego. Mając działa przed sobą i zajmując lewą oraz prawą stronę boru tyralierami, nieprzyjaciel postępował drożyną leśną, jazdę mając poza sobą. W chwili naszego podjazdu był o dziesięć minut oddalony od pierwszej linii polskiego wojska. Zakryty drzewami mógł nas bezkarnie razić na otwartym polu korzystnie używając artylerii. Ogień jednak armatni nie wiele nam szkodził, gdyż kule nie dochodziły do naszych szeregów lub padały poza nami.

Prawe polskie skrzydło pod dowództwem Jabłońskiego (Krasocina) składało się z dwóch kompanii piechoty, pierwszą komenderował porucznik Kwiatkowski, drugą porucznik S. J., jedna kompania kosynierów była pod komendą Ganiera, Francuza. Lewe skrzydło Szumlańskiego posiadało tyleż kompanii i takiejże broni: kompania liczyła 95 żołnierzy. Rozkaz dano atakowania jednocześnie z obu stron nieprzyjaciela, zachodzenia lewym skrzydłem na prawo, a prawym na lewo i albo Moskwę ściśnioną zgnieść od razu lub przymusić do wyjścia w pole, gdzie polskie rezerwy piechoty wraz z całą jazdą, 200 koni, miały natrzeć na wroga.

Powstańcy szli do boju wesoło, śmiało i odważnie. W początku zaraz poległ od kartacza kapitan Ganier, lecz po jego śmierci objęli komendę nad kosynierami po połowie porucznicy S. J. i Kwiatkowski, i nie tracąc czasu poszli na ich czele z taką natarczywością na działa, iż je opanowali, a pułkownik Hagemejster uznał za stosowne opuścić plac boju pod eskortą
kilkunastu konnych, pozostawiając dowództwo swojemu podkomendnemu oficerowi Sokołowskiemu, który postanowił bronić się przed powstańcami do ostatka.

Obrona byłaby niepodobna gdyby nasze lewe skrzydło działało jak należy i w chwili, gdy kosynierzy z prawego skrzydła wsiadali na działa, uczyniło ruch naprzód. Zamiast tego lewe skrzydło opuściło plac boju bez żadnej prawie straty i zaczęło się cofać. Moskwa więc swobodna z tej strony obróciła się całkowicie przeciwko prawemu skrzydłu i tym sposobem odzyskała utracone działa. To było przyczyną, że jakkolwiek zwycięzcy, mieliśmy równie znaczne straty jak i nieprzyjaciel, i plac boju nie był opanowanym przez żadną stronę. Moskwa jednak cofnęła się prędko ku Strykowu.

Pod Cyrusową Wolą straciliśmy kilkudziesięciu w zabitych i w rannych, pomiędzy nimi kilku dobrych oficerów, jak kapitan Ganier i porucznicy Hahn, Janicki, Zaleski i Drewnowski. Oddział po bitwie nie przedstawiał obrazu ładu i porządku, skrzydło lewe dopiero nazajutrz złączyło się z resztą wojska. Czy można było zaradzić takiemu obrotowi bitwy, który miał miejsce z powodu nie wypełnienia rozkazów na lewym skrzydle, nie
wiem. Będąc adiutantem przy Skowrońskim, nie widziałem boju na całej linii. Dlaczego zaś dowódca nie wydał stosownych rozkazów, nie okazał potrzebnej przytomności umysłu, nie poruszył rezerwy na pomoc prawemu skrzydłu? Dlaczego oficerów z lewego skrzydła nie oddał pod sąd za niewykonanie rozkazów? Dla czego poprzestał na ich tłumaczeniu, iż musieli się cofnąć z linii bojowej dla ocalenia zagrożonych swoich komend? Na te pytania tylko właściwa i energiczna władza narodowa mogła otrzymać dostatecznie usprawiedliwiającą odpowiedź. Porucznicy Kwiatkowski i S. J., jak już się z samego opisu bitwy okazuje, dobrze się tu znaleźli. Ostatni w obec oddziału uzyskał pochwały dowódzcy za swą waleczność i przytomność umysłu.

Po bitwie Hagemajster przesłał do carskiego namiestnika w Warszawie hr. Berga telegram następującej treści: „W tych dniach wystąpił w Łęczyckiem oddział pod dowództwem Skowrońskiego, zdatnego dowódzcy, silny i dobrze uzbrojony. Może się stać bardzo szkodliwym. Należy go znieść pospiesznie”. Tymczasem wzmocniono siły moskiewskie w Łęczyckiem jednym bataljonem piechoty i sotnią kozaków i oddano je pod komendę jenerała Krasnokuckiego, który w kwietniu pod Brdowem pobił Younga de Blankenhejm, a w maju pod Ignacewem Taczanowskiego.

(1) Na krótki czas przed tym terminem, Wydział Wojny w rozkazie dziennym do wojsk narodowych z dnia 22 sierpnia, wydał następujące rozporządzenie: „Zdarza się często, iż oficerowie nowo mianowani, ociągają się z wyjazdem do miejsc przeznaczenia. Ponieważ taka opieszałość przynosi szkodę sprawie narodowej, Wydział Wojny poleca: aby oficerowie natychmiast po otrzymaniu nominacji, stawiali się do
szeregów, w przeciwnym bowiem razie do odpowiedzialności pociągnięci będą. Oprócz tego zawiadamia się niniejszem że wszyscy oficerowie którzy do dnia 15go września r. b. nie stawią się w szeregach na miejscu przeznaczenia, lub do najbliższych oddziałów, albo nieobecności swojej z powodu choroby lub otrzymanych ran, dowódzcom nie usprawiedliwią, pomimo posiadanych przez nich nominacji, z listy oficerów wykreśleni zostaną i wykreślenie to w rozkazach dziennych ogłoszonem będzie. (Przyp. Wyd.)

Ciąg dalszy mało znanego pamiętnika Wiktora Jaworskiego – oficera, przedstawiciela Rządu Tymczasowego. Sensacyjna relacja uczestnika powstania styczniowego napisana w Zurychu w 1867 roku. Wspomnienia pod tytułem „Notatki o powstaniu w łęczyckim powiecie” przez Stanisława Bellinę, opublikowane zostały przez Agatona Gillera w zbiorze „Polska w walce” [Paryż, rok 1868]. Pisownia oryginalna, śródtytuły – clivie.

Część V – Letnia partyzantka: obławy, uniki, potyczki

W miesiącu czerwcu byliśmy ciągle ścigani przez Moskwę, chociaż jeszcze piechota nie stała pod bronią. Moskale wiedząc o jej organizowaniu i słysząc, że liczba jej dochodziła do 600, pragnęli przed wystąpieniem wyłapać ochotników i tym sposobem nie dopuścić wzmocnienia się łęczyckiego powstania. Dla tem skuteczniejszego polowania, zwykle jednocześnie nachodzili na nas z powiatów łęczyckiego, łowickiego, gostyńskiego, piotrkowskiego i sieradzkiego. My jednak zawsze za pomocą dobrych poczt narodowych, przewożąc ochotników w miejsca wolne od nieprzyjaciela, unikaliśmy obławy i udaremniali zabiegi.

Jednego razu pomiędzy kolumnami, które naszły nasz powiat, przybyło tysiąc żołdaków pod komendą jenerała Radina z Piotrkowa. Niewielu kozaków z tego oddziału przypadkowie spotkało się z hufcem kapitana Skrzyńskiego, który niedawno z Kujaw przybył w Łęczyckie. Jego jezdzcy, po większej części synowie zamożniejszej szlachty, tem nieoczekiwanem spotkaniem Moskali pod Strzygowem (9 lipca) spłoszyli się i mimo wezwań dowódzcy i wołania „koledzy, więc mnie odstępujecie!” haniebnie pierzchnęli. Skrzyński na czele tylko kilku wiernych honorowi i męztwu wytrzymał napad, którego uniknąć nie mógł, a będąc rannym, rozsiekany został przez kozaków. Młodzież ta szlachecka będąc wraz z gminem, powodowana ambicją, byłaby się dzielnie biła, – będąc zas samą, zapomniała w chwili popłochu o obowiązkach honoru i powinności polskiego żołnierza, i odddała na pastwę swego walecznego dowódzcę.

Przez nasz powiat często przebiegał hufiec pułkownika Syrewicza. Lubiony przez kolegow bywał Syrewicz ostrzegany przez rossyjskich oficerów o grożących mu wyprawach, dla czego mógł uniknąć niebezpiecznych z przeważającemi siłami spotkań. Oddział jego był słaby tak pod względem liczby, doboru ludzi jako i komendy, lecz miał tę zasługę, iż się trzymał nierozproszony przez cztery miesiące. Pułkownik Syrewicz, wzywał mnie do siebie na adjutanta, lecz nie mogłem woli jego spełnić, nie otrzymawszy od mego dowódzcy pozwolenia tranzlokacji.

Pokazywały się także w łęczyckim powiecie: hufiec konny pułkownika Calliera, naczelnika sił zbrojnych województwa Mazowieckiego; oddziały Władysława Grabowskiego z Rawskiego; Lipińskiego któremu w lipcu odebrano komendę; kapitana Sokołowskiego z Rawskiego i rotmistrza Sokołowskiego z Gostyńskiego.

W drugiej połowie sierpnia jazda łęczycka Parczewskiego, 95 koni, wpędzona została w Kaliskie przez rzekę Wartę, nad którą ściągały się kolumny Moskwy zamierzające osaczyć i uderzyć na jenerała, naczelnika dwóch województw Taczanowskiego, który miał pod swojemi rozkazami blisko 1000 jazdy i kilkaset piechoty. Parczewski przez dni kilka, codzień musiał się potykać z awangardą moskiewską do dwustu koni liczącą i tylko ład i odwaga jego żołnierzy uratowały go od porażki. Wartę przebył wpław. Gdy Moskale przyszli nad brzeg ze zdziwieniem spostrzegli naszych na drugiej stronie. Powstańcy otoczeni wymknęli się zręcznie niwecząc nadzieje łatwego trjumfu. Parczewski w tych bojach utracił do trzydziestu ludzi, z resztą, sam ranny, połączył się z Taczanowskim, który wkrótce potem miał spotkanie z siedemdziesięciu kubańskimi kozakami pod Sędziejowicami.

 


Powered by WordPress Web Design by SRS Solutions © 2017 To ci historia! Design by SRS Solutions

  • RSS
  • Flaker
  • Twitter
  • Tumblr
  • Facebook
  • GoldenLine
  • Nasza Klasa
  • Wykop