To ci historia!

Blog historyczny, ciekawostki historyczne, sensacje

Wpisy w kategorii: Lektury nadobowiązkowe

Tymi sprawami żyła Łódź w pierwszej połowie XX wieku. Ówczesna opinia publiczna, dzięki prasie codziennej, była niemal na bieżąco informowana o postępach dochodzeń policyjnych i przebiegu rozpraw. Mniej lub bardziej zapomniane przestępstwa, ich sprawców i procesy przypomina teraz nowy „Pitawal łódzki”.

tag_26072017_22251167260093W latach 1734-43 francuski prawnik Franciszek Pitaval (1673-1743), jako pierwszy opracował i opublikował drukiem zbiory spraw sądowych, dotyczących w większości przestępstw kryminalnych. Powstało łącznie 20 tomów. Od jego nazwiska kolejne wydawnictwa zawierające sprawozdania z głośnych procesów zaczęto nazywać „pitawalami”. Najczęściej dotyczyły spraw o charakterze karnym, rzadziej – cywilnym.

W Polsce najważniejszą publikacją o tym charakterze był „Pitaval warszawski” Stanisława Szenica z 1958 roku. Później wyszedł „Pitaval krakowski” autorstwa Stanisława Salmonowicza, Janusza Szwai i Stanisława Waltosia (1962). W latach osiemdziesiątych ukazały się opracowania Stanisława Milewskiego: m.in. „Ciemne sprawy dawnych warszawiaków” i „Procesy pradziadków. Pitaval bez sztyletu i trumny”. Najnowsza publikacja to „Pierwszy pitawal gdański czyli zbrodnia nad Motławą” Pawła Pizuńskiego z 2009 roku.

„Pitawal łódzki” opublikowany przez Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego ma nie tylko przypomnieć  przestępców i procesy, które w pierwszej połowie XX wieku bulwersowały łodzian. Przedstawia także rozwój prawa karnego w Królestwie Polskim, prowincji Rosji carskiej, oraz w niepodległej Polsce do roku 1939. Dokumentuje wyzwania, z jakimi musiał się zmierzyć wymiar sprawiedliwości przy okazji głośnych przestępstw.

Z pyłu archiwalnych akt sądowych, ze starych gazet codziennych i czasopism oraz innych źródeł wydobywamy na światło dzienne i przypominamy trzynaście wybranych tego rodzaju przypadków. Każda z opisywanych spraw została udokumentowana poprzez fakt wykorzystania wszelkich dostępnych materiałów źródłowych, przeprowadzenia ich krytycznej analizy oraz uwzględnienia realiów danej epoki, ze szczególnym naciskiem na kwestie społeczne, narodowościowe i kulturowe – w której opisywane wydarzenia miały miejsce.*

Mamy tu do czynienia z pitawalem opracowanym z wykorzystaniem metod naukowych, przez historyka i prawnika. Jednakże, jak zaznaczają autorzy we wstępie:

W żadnym przypadku nie było (…) naszym zamiarem podważanie wyroków sądowych zapadłych w odległej przeszłości.

„Pitawal łódzki” obejmuje trzynaście spraw i procesów sądowych, z których trzy zdarzyły się przed I wojną światową: zabójstwo przemysłowca Juliusza Kunitzera w 1905 roku, napad terrorystyczno-rabunkowy na furgon pocztowy w 1907 roku oraz mord na fabrykancie Mieczysławie Silbersteinie. Pozostałe miały miejsce w niepodległej Polsce międzywojennej. W tym najbardziej bulwersujące: sprawa Stanisława Łaniuchy – zabójcy trzech osób oraz Marii Zajdlowej, która w 1938 roku zamordowała własną córkę. Najwięcej miejsca poświęcono najsłynniejszemu znanemu łódzkiemu przestępcy – Maksowi Bornsztajnowi, znanemu jako Ślepy Maks.

* ze wstępu

Kazimierz Badziak, Justyna Badziak: „Pitawal Łódzki – Głośne procesy karne od początku XX wieku do wybuchu II wojny światowej” Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego.

Dlaczego generał Anders został dowódcą polskiej armii w ZSRR? Jak to się stało, że jego armia nie rozpoczęła walki u boku Armii Czerwonej? Czy pojenie polską krwią maków na Monte Cassino miało sens?

Pierwszy września 1939 roku. Jestem w Lidzbarku nad granicą Prus…

Tak zaczynał swoje wspomnienia o latach II wojny generał, którego nazwisko kojarzy się przede wszystkim z armią polską powstałą w stalinowskim Związku Radzieckim. Armią, która na froncie wschodnim nie odbyła ani jednej potyczki. Po wędrówce przez Azję i Afrykę, wzięła udział w bitwach na terenie Włoch. Niezwykłe dzieje tej armii oraz jej żołnierzy przedstawił Kacper Śledziński w książce „Wyklęta Armia. Odyseja żołnierzy Andersa”. Opierając się na setkach akt archiwalnych, opracowań i wspomnień autor stworzył przejmującą lekturę. Dokumentującą nie tylko genezę powstania armii, jej tworzenie i przyczyny zaskakującej ewakuacji, ale także przedstawiającą tragiczne losy wielu Polaków w tych nieludzkich czasach.

wykleta-armia1Trudno w tej historii znaleźć bohaterów bez wad. Oficerowie polscy nawet, gdy II Rzeczpospolita zniknęła z map, prezentowali typowe dla międzywojnia rozpolitykowanie. Często nie potrafili zapomnieć o osobistych uprzedzeniach i urazach, zrezygnować z niezdrowej rywalizacji. Niesnaski i ambicje na najwyższych szczeblach wojska i emigracyjnych rządów nie pozwoliły na stworzenie spójnej polityki wobec aliantów i nowego, od lata 1941 roku, „sojusznika” – Związku Radzieckiego. Interes Polski w negocjacjach decydujących o przyszłym porządku europejskim był bardzo słabo reprezentowany. Wojna niemiecko-radziecka wydawała się na początku wielką szansą na odrodzenie przedwojennej Rzeczypospolitej. Tymczasem skomplikowała sytuację i uzależniła Polskę od planów Stalina.

Jak to się stało, że armia generała Andersa nie rozpoczęła walki u boku Armii Czerwonej? Dlaczego, mimo że zakładała to umowa polsko-radziecka, wojsko polskie wyszło z terytorium Związku Radzieckiego? W PRL-u tłumaczono dość pokrętnie, że współpracy z bratnim narodem radzieckim przeszkodziła wielka polityka i burżuazyjne zacietrzewienie polskiego rządu. Peereleowska propaganda nie wyjaśniała też, jaka była prawdziwa przyczyna przebywania na terenie Związku Radzieckiego prawie miliona obywateli polskich i w jakich warunkach tam żyli. Generał Anders przedstawiany był jako wróg ludowego państwa i narodu polskiego. Niegodny miana Polaka, wyrodny syn, który rzekomo zerwał lojalność wobec własnego państwa. Współczesny polityk powiedziałby, że „nie może występować z flagą biało-czerwoną”. W takiej atmosferze, w roku 1946 pozbawiono go polskiego obywatelstwa.

Dlaczego to generał Anders został dowódcą polskiej armii w ZSRR? Premier Władysław Sikorski chciał mieć na tym stanowisku generała dywizji Stanisława Hallera, komendanta obrony Lwowa z 1920 roku. On oraz generał Marian Januszajtis-Żegota byli najwyższej rangi wojskowymi polskimi przebywającymi na terenie Związku Radzieckiego. Haller nie zgłosił się jednak do polskiego wojska. Jak się później okazało zostało, po pobycie w obozie w Starobielsku, został wywieziony do Charkowa i w kwietniu 1940 roku zamordowało go NKWD. Do generała Januszajtisa-Żegoty premier Sikorski nie miał takiego zaufania. Może ze względu na jego powiązania z endecją, a może z powodu krytycznego stosunku do układu z ZSRR. Ostatecznie wybór padł na Andersa, który, gdy podpisywano umowę Sikorski – Majski, był więziony w Moskwie w siedzibie NKWD na Łubiance. Zwolniono go 4 sierpnia 1941 roku, a 11 sierpnia awansowano na generała dywizji. Kierownictwo NKWD uznało, że dla jest to niezły kandydat na wodza „sojuszniczej” armii. Choć Anders wielokrotnie podczas przesłuchań odmawiał wstąpienia do Armii Czerwonej i udziału w rządach polskich pod opieką sowiecką, uważało, że byłego oficera armii carskiej „lubiącego dziewczynki” uda się im podporządkować. W tym czasie generał był zwolennikiem porozumienia polsko-radzieckiego. Jego nominacja nie wszystkim Polakom się podobała. Na przykład szef sztabu Naczelnego Wodza generał Tadeusz Klimecki wyraził wątpliwości czy armię powinien organizować „oficer z urazem do Sowietów”.

Generał Anders uważał, że należy się spieszyć z tworzeniem wojska. We wrześniu 1941 do mówił do generała Zygmunta Bohusza-Szyszki:

Nie wierzę im. Mają nóż na gardle, więc są układni i grzeczni. Ale to może szybko przeminąć. Bądź okrzepną, bądź też ulegną Niemcom. W jednym i w drugim wypadku nasza sprawa znowu znajdzie się w impasie. Musimy bardzo się spieszyć. Musimy się zorganizować i stworzyć silne wojsko. Musimy ratować naszą ludność. Damy Sikorskiemu pełne i lojalne poparcie.

Były to obawy w pełni uzasadnione. Stalin był skłonny do ustępstw wobec Polaków z powodu niespodziewanego zerwania przez Hitlera paktu Ribbentrop-Mołotow i wkroczeniu wojsk niemieckich na tereny Związku Radzieckiego. Dopiero w grudniu 1941 roku niemiecki Blitzkrieg został zatrzymany pod Moskwą. Do tego czasu Stalin obawiał się, że jego polityka poniosła klęskę i lada moment zostanie obalony przez partyjną opozycję. W odzyskaniu wiary w sukces pomogli mu niedawni wrogowie, niespodziewani sojusznicy: Stany Zjednoczone i Wielka Brytania, którzy postanowili wesprzeć Sowietów w walce z Hitlerem. Grudniu 1941 roku Stalin już twardo stał przy swoim planie przejęcia po wojnie wschodniej części Polski, krajów nadbałtyckich oraz bolszewizacji całej Europy Środkowej.

Układ Sikorski-Majski, podpisany 30 lipca 1941 roku pod naciskiem Anglii, przywracał stosunki dyplomatyczne między obu państwami, zerwane 17 września 1939 z chwilą agresji ZSRR na Polskę. Miał na celu wspólną walkę obu państw z III Rzeszą w ramach koalicji antyhitlerowskiej. Rząd radziecki uznał, że jego traktaty z Niemcami z 1939 roku tracą moc. Układ przewidywał budowę armii polskiej w Związku Radzieckim pod dowództwem polskim. Ponadto rząd ZSRR zagwarantował „amnestię” dla obywateli polskich: więźniów politycznych i zesłańców pozbawionych wolności na terenie ZSRR w więzieniach i obozach Gułagu. Pakt budził duże kontrowersje wśród polskich polityków. Jego podpisania odmówił Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Władysław Raczkiewicz.

Konsekwencją układu była umowa wojskowa, zawarta w Moskwie 14 sierpnia 1941 roku, która przewidywała utworzenie „w możliwie najkrótszym czasie” wojska polskiego. Miało być częścią sił zbrojnych suwerennej Rzeczypospolitej i walczyć przeciwko Niemcom wspólnie z Armią Czerwoną oraz wojskami innych państw sojuszniczych. Ustalono, że operacyjnie podlegać będzie naczelnemu dowództwu ZSRR. Z nim też strona polska miała uzgadniać sprawy organizacyjne i personalne. Uzbrojenie oraz wyposażenie polskiej armii miało być dostarczone przez stronę sowiecką lub przez rząd RP, w ramach ramach pomocy z USA.

obozyDziś nie sposób ustalić ilu obywateli polskich wywieziono z II RP po inwazji radzieckiej we wrześniu 1939 toku. Starsze opracowania mówią nawet o 1,5 mln ludzi, nowsze podają liczbę 500 tysięcy. Radzieckie dokumenty są marnym źródłem dla historyków. Wielu deportowanych zmarło podczas długiej drogi na Syberię, a NKWD nie kontrolowało czy z pociągu wysiada tylu ludzi, ilu do niego wsiadło. Oprócz planowanych wywózek cały czas trwały aresztowania podejmowane na podstawie decyzji lokalnych władz bezpieczeństwa, prowadzono także przymusowy pobór do Armii Czerwonej. Generał Anders we wspomnieniach zapewniał, że przez mury więzienne docierały do niego wiadomości o ogromnej liczbie aresztowanych i zesłanych Polaków.

Choć określenie „amnestia” zakładało jakąś winę ludzi bezprawnie wywiezionych na wschód, setki tysięcy Polaków cieszyły się, że umowa z ZSRR daje im jedyną szansę na powrót do normalnego życia. Generał obejmując stanowisko głównodowodzącego powstającej armii, dobrze zdawał sobie z tego sprawę. Radzieckie ułaskawienie objęło niemal 400 tysięcy obywateli polskich, ale nie uwzględniono w nim osób narodowości ukraińskiej, białoruskiej i żydowskiej.

Informacja o „amnestii” z trudem docierała do Polaków rozsianych po radzieckich obozach i kołchozach. Sowiecki aparat władzy hamował, jak mógł wypuszczanie Polaków na wolność.

Nigdzie nie pójdziesz, tu umrzesz, nam teraz są potrzebni robotnicy

- usłyszał od dyrektora cegielni w mieście Kirow niejaki Rumiński. Dopiero wobec takich argumentów zdecydował się ujawnić swoją prawdziwą tożsamość – pułkownika wojska polskiego, Klemensa Rudnickiego. Wkrótce potem został zastępcą szefa sztabu polskiej armii.

Sztab i werbunek powstającej armii mieścił się w Buzułuku koło Kujbyszewa (obecnie Samara). Organizację i szkolenie oddziałów prowadzono w pobliskim Tockoje oraz w Tatiszczewie koło Saratowa. Ze wszystkich stron Związku Radzieckiego miesiącami zjeżdżali Polacy, zwalniani na mocy „amnestii” z łagrów i obozów jenieckich. Wielu nie dojechało, bo nie udało się im znaleźć transportu, wielu zmarło po drodze z głodu, zimna i chorób.

Sztab polskiej armii był zaniepokojony były faktem, że do organizowanego wojska nie zgłaszali się oficerowie więzieni wcześniej w sowieckich obozach w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie. Sowieci konsekwentnie unikali odpowiedzi na pytania o zaginionych i utrudniali władzom polskim prowadzenie poszukiwań. Stalin na pytanie Sikorskiego o zaginionych wojskowych tłumaczył, że uciekli do Mandżurii. W marcu 1942 podczas spotkania z Andersem kłamał:

Nie wiem gdzie są. Na co ich nam trzymać? Być może, że znajdują się w obozach na terenach, które zajęli Niemcy, rozbiegli się.

Rosyjska zima dała się we znaki żołnierzom armii Andersa. Braki w odzieży, zakwaterowanie w nieocieplonych barakach prowadziło do masowych odmrożeń, chorób i śmierci. Do końca stycznia 1942 roku zmarło 112 żołnierzy. Nie mogło być mowy o normalnym szkoleniu wojska, więc generał Anders zdecydował się starać o przeniesienie powstającej armii na południe. Uzyskał zgodę na ewakuację do odległego o ponad 2000 kilometrów Taszkientu. Transporty zaczęły się w styczniu, ale wyprowadzka na południe nie rozwiązała wszystkich problemów. Wiosna przyniosła upały i nowe choroby. Pojawił się tyfus, potem malaria. W marcu władze radzieckie ograniczyły i tak skromne wyżywienie Polaków. 70 tysięcy żołnierzy i kilkanaście tysięcy cywili otrzymało tylko 26 tysięcy racji żywnościowych.

Groźba głodu i braki w wyposażeniu wojska skłoniły generała Anders do starań o wyprowadzenie armii do Iranu. Sytuacja temu sprzyjała. Stalin miał już inne plany wobec Polski. Nie potrzebował polskiego wojska kierującego się własną polityką i nastawionego wrogo do władzy radzieckiej. Zaczął już tworzyć zalążki armii i władz nowej, wasalnej Polski. Mimo oficjalnego sprzeciwu, dał generałowi zezwolenie na ewakuację części Polaków. Bez tego żadna taka akcja nie byłaby możliwa. Ewakuację popierali Brytyjczycy, którzy potrzebowali wsparcia w walce obronie pól naftowych Iraku i Iranu. Przeciwny był natomiast premier Sikorski, który chciał by silna polska armia weszła do Polski z Armią Czerwona i „patrzyła jej na ręce”. Realna władza generała Sikorskiego była za słaba, by zatrzymać armię w ZSRR. Pierwszy transport statkiem przez Morze Kaspijskie wyruszył 24 marca 1942 roku. Do 4 kwietnia w irańskim Pahlevi znalazło się prawie 34 tysiące polskich żołnierzy i ponad 12 tysięcy cywili.

O drugim etapie wycofania Polaków Stalin zdecydował pod naciskiem Churchilla, co generał Anders skwapliwie wykorzystał, uznając, że wyciągnięcie ludzi z ZSRR jest jego najważniejszym zadaniem. Do listopada 1942 roku wysłano do Iranu ponad 115 tysięcy osób, w tym około 78,5 tysięcy żołnierzy oraz 37 tysięcy cywilów. Wśród ewakuowanych było prawie 18 tysięcy polskich dzieci. Część, jak poprzednicy przez Morze Kaspijskie, część przez granicę w Aszchabadzie.

wykleta-armia-andersa

W końcu sierpnia 1942 roku wojsko polskie przeniesiono do Iraku i rozlokowano w pobliżu miast Chanakin i Quizil Ribat. Na Bliskim Wschodzie nastąpiło właściwe szkolenie i organizacja polskiego wojska. 12 września 1942 powstała Armia Polska na Wschodzie licząca cztery dywizje piechoty i brygadę czołgów. Jej dowódcą został generał Anders, a operacyjnie została podporządkowana PAI Force (Persia and Iraq Force). W skład Armii wchodziło około 62 tysięcy żołnierzy.
W lipcu roku następnego  z dowództwa i wybranych jednostek Armii utworzono Drugi Korpus Polski, który miał osiągnąć gotowość bojową 1 stycznia 1944 roku i wzmocnić siły koalicyjne na froncie włoskim. Rozkaz z tej sprawie wydał naczelny Wódz Władysław Sikorski kilka dni przed śmiercią w katastrofie w Gibraltarze. Dowodzenie Korpusem powierzono generałowi Andersowi, który jednocześnie pozostał dowódcą całej Armii. W sierpniu i wrześniu 1943 roku Korpus przegrupowano do południowej Palestyny, a grudniu zaczęto go przerzucać do Włoch.

Stworzenie frontu włoskiego było kompromisem między koalicjantami. Churchillowi marzyło się uderzenie na Bałkany i odcięcie ewentualnego marszu Armii Czerwonej na Europę Centralną. Roosevelt uparcie trzymał się idei lądowania w północnej Francji, która była korzystniejsza z punktu widzenia Stalina. Dla Polaków droga do wyzwolenia ojczyzny prowadząca przez Półwysep Apeniński była drogą okrężną. W dodatku nie wiedzieli jaka to będzie ojczyzna. W tym samym czasie, gdy II Korpus Polski szykował się do walki we Włoszech, w Teheranie (28 listopada –1 grudnia 1943) spotkała się tzw. Wielka Trójka: Roosevelt, Churchill i Stalin. Ustalono między innymi nową granicę wschodnią Polski na tak zwanej linii Curzona i dokonano podziału Europy na alianckie strefy operacyjne – Polska znalazła się w strefie operacyjnej Armii Czerwonej, co przesądzało jej los. Nie chcąc psuć stosunków sojuszniczych, zignorowano sprawę zbrodni w Katyniu. Ze względu na odbywające się jesienią 1944 roku w USA wybory prezydenckie, na prośbę prezydenta Roosevelta liczącego na głosy Polonii, ustalenia w kwestii polskiej zostały utajnione.

Rąbka teherańskiej tajemnicy uchylił premier Churchill 22 lutego 1944 roku w przemówieniu w izbie Gmin, mówiąc:

Nie gwarantowaliśmy nigdy żadnej określonej linii granicznej Polski.  (…) Oswobodzenie Polski może być obecnie osiągnięte przez armie rosyjskie, po poniesieniu przez nie milionowych ofiar przy złamaniu niemieckiej potęgi wojskowej. Nie mam wrażenia, by żądania Rosji zabezpieczenia jej granic zachodnich wykraczały poza obręb tego, co jest rozsądne i sprawiedliwe.

Dla polskich władz emigracyjnych stało się jasne, że Stalin zażądał granicy z Polską na linii demarkacyjnej z III Rzeszą z września 1939 roku, czyli zbliżoną do tzw. linii Curzona z roku 1920. I, że dostał na nią zgodę koalicjantów.

W nagrodę za czteroletnią polską lojalność, za czteroletnie poświęcenie, któremu nie sprosta żaden naród, premier angielski przyznał połowę naszej ojczyzny Rosji

- skomentował to korespondent wojenny Melchior Wańkowicz. Oczywiście polscy oficerowie wiedzieli, że dwie dywizje piechoty wzmocnione brygadą pancerną nie mogły przeważyć szali zwycięstwa w wojnie z Niemcami. Generał Stanisław Kopański szef sztabu Naczelnego Wodza swoich wspomnieniach, przypominał, że Drugi Korpus Polski:

Nie będzie w stanie zaważyć na losie jednej kampanii, a nawet z trudnością obejmie samodzielny kierunek operacyjny.

anders-cassino

Generał Anders pod Monte Cassino

 

Liczyli jednak, że wywalczą dla Polski wolność i wrócą do kraju. W odczuciu Polaków w lutym 1944 roku ujawniona została zdrada rządu Wielkiej Brytanii. Mimo to, generał Anders podjął się zadania przełamania niemieckiej obrony na wzgórzach klasztornych na Monte Cassino.

Jeśli zdobędziemy Monte Cassino, a zdobyć je musimy, wysuniemy sprawę polską (…) na czoło zagadnień świata i damy rządowi polskiemu nowy atut w obronie naszych praw

- argumentował. Opinie o generale Andersie są różne, od bardzo pochlebnych po szkalujące. Oskarżano go o przesadną ambicję, prywatę czy mściwość. Na pewno należał do nielicznej grupy wysokiej rangi oficerów nieźle przygotowanych do działań wojennych na poziomie brygady czy dywizji. Miał też zdolność realnej oceny sytuacji militarnej i skoro wyczucia politycznego. W wielu sprawach pomylił się, ale dokonał rzeczy wydawałoby się niemożliwej – wyrwał ze stalinowskiej niewoli ponad 100 tysięcy rodaków i wyprowadził ich do Iranu będącego wówczas protektoratem brytyjskim.

Po ponad 70 latach od wojny aktualne pozostaje pytanie czy okupiony wielkimi stratami udział w kampanii włoskiej, nie był marnowaniem sił narodu, skoro wielka koalicja porządek powojenny zbudowała nie licząc się z interesem Polaków? Czy warto było poić polską krwią maki na Monte Cassino, jeśli odrodzona Polska miała stać się wasalem Stalina?

Kacper Śledziński: „Wyklęta Armia. Odyseja żołnierzy Andersa”. Wydawnictwo: Znak Horyzont.

Normalni ludzie nie zabijają. Normalni ludzie nie mordują okrutnie bezbronnych dzieci, starców i kobiet. Normalni czyli jacy? Czy nazistowscy zbrodniarze byli wściekłymi bestiami pozbawionymi ludzkich uczuć?

Przy pierwszych samochodach trochę mi drżała ręka, kiedy strzelałem, ale człowiek się przyzwyczaja. Przy dziesiątym samochodzie już spokojnie celowałem i pewnie strzelałem do tych wielu kobiet, dzieci i niemowląt. Pamiętałem, że w domu czeka na mnie dwójka maluchów, których te hordy potraktowałyby tak samo, jeżeli nie dziesięć razy gorzej. [. . .] Niemowlaki leciały szerokim łukiem w powietrzu, a my rozwalaliśmy je jeszcze w locie, zanim spadły do dołu i wody (niemiecki policjant w liście do domu o mordowaniu Żydów na Ukrainie, październik 1941 rok)

Po zakończeniu drugiej wojny światowej przywódcy zwycięskich państw alianckich stanęli przed trudnym problemem ukarania winnych zbrodni Holocaustu. Czy karać tylko przywódców i inspiratorów, czy również setki tysięcy, jeśli nie miliony wykonawców. Józef Stalin już podczas konferencji w Teheranie w 1943 roku proponował egzekucje 50 do 100 tysięcy niemieckich oficerów. Rozstrzelanie w sowieckim stylu, w bocznej uliczce, bez sądu….

Założyciele i prawodawcy państw winni zawsze zakładać z góry, że wszyscy ludzie są źli i że niechybnie takimi się okażą, ilekroć będą mieli po temu sposobność (Niccolo Machiavelli, Rozważania nad pierwszym dziesięcioksiągiem historii Rzymu Liwiusza)

psychologia_zlaAlianci mieli wiele powodów, by pozostałym przy życiu, pojmanym liderom nazistowskim urządzić proces sądowy. Sprawiedliwe ich ukaranie stanowiło ważny element denazyfikacji Niemiec. Publiczny sąd miał też zniechęcić przyszłe dyktatury do popełniania podobnych zbrodni wojennych i ludobójstwa. Ale chodziło jeszcze o coś nie mniej istotnego. O chęć zrozumienia ludzi, którzy pokierowali całym krajem w tak tragicznym kierunku. Wielu wysokiej rangi hitlerowców zostało wykształconych i wychowanych w zachodnim systemie wartości. Jak mogli dopuścić się takiego bestialstwa? Powszechnie mówiło się, że oskarżeni naziści byli psychopatami, sadystami i całkowitymi „odmieńcami”. Wierzono, że podczas procesu w Norymberdze uda się to wykazać i ujawnić przyczyny powstawania zła. Powstała unikalna szansa zbadania psychiki zbrodniarzy hitlerowskich.

 Znalazłem bardzo niewiele dobrego w ludzkich istotach. W moim przekonaniu większość z ich to śmieci (Zygmunt Freud w liście do Oskara Pfistera, 10 września 1918 r.)

Douglas KelleyDo więzienia w Norymberdze zostali skierowani dwaj amerykańscy naukowcy: psychiatra Douglas Kelley i psycholog Gustave Gilbert. Oficjalnie mieli ocenić czy stan psychiczny oskarżonych pozwala postawić ich przed sądem. Ale realizowali także swoje osobiste plany zbadania i opisania natury zła uosabianego przez liderów ruchu nazistowskiego. Obaj spędzili wiele godzin w ciasnych norymberskich celach na rozmowach z więźniami oraz na przeprowadzaniu z nimi testów psychologicznych. Później obserwowali oskarżonych podczas procesu. Po latach ich obserwacje i notatki posłużyły amerykańskiemu psychiatrze Joelowi E. Dimsdale`owi do napisania książki na temat psychologii zła na przykładzie czterech głównych oskarżonych w procesach norymberskich: Roberta Leya, Hermanna Goeringa, Juliusa Streichera i Rudolfa Hessa.

Nie spieszyłem się z pisaniem; nie chciałem tego robić. Historia była dla mnie zbyt ponura, ale wciąż do mnie wracała i gdy już się zestarzałem, doszedłem do wniosku, że nie mogę przed nią dłużej uciekać. Tak więc książka ta bada spuściznę po Norymberdze i przedstawia to, czego dowiedziałem się na temat zła (ze wstępu)

Gustave GilbertOd procesów norymberskich minęło ponad 70 lat. Dziś Europa próbuje żyć w pokoju i rozwiązywać konflikty drogami dyplomatycznymi. Ale nacjonalizmy, totalitaryzmy, zbrodnicze reżimy i ludobójstwa nie odeszły w przeszłość. Nauki, jakie ludzkość wyniosła z dwóch wojen światowych nie wszędzie dotarły. Niewinni ludzie giną codziennie z rąk psychopatycznych morderców, religijnych fanatyków czy z polecenia przywódców żądających absolutnej władzy. Wyjaśnienie pochodzenia zła w człowieku jest nadal sprawą pierwszej wagi. Książka amerykańskiego psychiatry wiele wyjaśnia, ale stawia również nowe pytania…

Wystarczy, by dobrzy ludzie nic nie robili, a zło zatriumfuje (słowa przypisywane Edmundowi Burke`owi).

* * *

Joel E. Dimsdale – Psychologia zła. Jak Hitler omamił umysły. Wydawnictwo RM.

Miasto to nie tylko ulice, domy i place. To przede wszystkim ludzie…

Obrazy zachowane w kadrach pokazują codzienne życie wspólnoty wielonarodowej i wielowyznaniowej, zupełnie innej niż współczesna. Jedna trzecia mieszkańców międzywojennej Łodzi straciła życie w trakcie wojny, a wielu spośród ocalałych wyjechało na zawsze do Izraela, Niemiec czy Stanów Zjednoczonych – napisała w przedmowie albumu Hanna Zdanowska, prezydent miasta Łodzi.

przedwojenna-lodz070Łódź przetrwała drugą wojnę światową w całkiem niezłej kondycji. Nie dotknęły jej zniszczenia takie, jakie poniosły Warszawa, Wrocław czy Wieluń. Największe spustoszenia nastąpiły w strukturze demograficznej miasta. Podczas niemieckiej okupacji zginęło ponad 200 tysięcy mieszkańców Łodzi pochodzenia żydowskiego. Po wojnie wyjechało z miasta kilkadziesiąt tysięcy Niemców. Druga co do zaludnienia aglomeracja Polski międzywojennej utraciła swój międzynarodowy, wielokulturowy charakter.

Opustoszały całe dzielnice, które szybko wypełnili „nowi łodzianie”, czemu sprzyjało uczynienie z miasta tymczasowej stolicy powojennej Polski. Tym samym zakryte zostało oblicze przedwojennej Łodzi. Odsłońmy choć na chwilę kurtynę i wejdźmy do świata, którego już nie ma, choć przecież trwa – zachęca autor we wstępie.

Album „Przedwojenna Łódź. Najpiękniejsze fotografie” wydawnictwa RM zaprasza do wspomnień o mieście, które w początkach XIX wieku narodziło się po raz drugi, w nowym, przemysłowym wcieleniu. Było to możliwe dzięki napływowi zdolnych i pracowitych ludzi wielu narodowości. Każda z ponad osiemdziesięciu fotografii to unikalna historia. Niestety, większości z nich nie znamy i pewnie nigdy już nie poznamy. Nie dowiemy się kiedy te zdjęcia zostały zrobione i kogo przedstawiają. Autor albumu, Jacek Reginia-Zacharski zadbał natomiast o opisy miejsc przedstawianych na fotografiach.

przedwojenna-lodz052

Odbywamy podróż do czasów Juliana Tuwima, prezydenta Rżewskiego i gangstera Ślepego Maksa. Spacerujemy reprezentacyjną Piotrkowską i innymi ulicami ówczesnej Łodzi. Odwiedzamy największe łódzkie targowiska i ulice, na których handel trwał na okrągło. Zaglądamy do wnętrz podwórek, często będących jaskrawym przeciwieństwem eleganckich frontów kamienic. Wizytujemy łódzkie dworce kolejowe. Kto woli podróże tramwajem kieruje się do węzła przy Starym Rynku lub na Bałuckim Rynku, skąd może pojechać już o 3.05 do Aleksandrowa. Dla jasności, amatorzy podróży po drogach żelaznych powinni wiedzieć, że tramwaje łódzkie nie były w tych czasach zwykłymi tramwajami, ale „wąskotorowymi elektrycznymi kolejami dojazdowymi”. Zmęczeni spacerem możemy przysiąść na ławeczce w którymś z licznych miejskich parków.

przedwojenna-lodz056Stare fotografie przedstawiają wielkomiejskie życie pełne gwaru targowisk, tramwajowych dzwonków i turkotu furmanek toczących się po brukowanych kamieniem ulicach. Miejsca powszechnie znane, niemal nie zmienione oraz takie, które trudno rozpoznać bez opisu autora albumu. Na jednym ze zdjęć widzimy uroczysty pochód z orkiestrą dętą na ulicy Piotrkowskiej. Najprawdopodobniej to obchody święta 3 maja. Data nie jest znana, tylko ze sztandaru Narodowej Partii Robotniczej możemy zorientować się, że jest rok 1922 lub późniejszy. Fotograf uchwycił fragment pochodu na skrzyżowaniu ulicy Piotrkowskiej z Narutowicza. Za tłumem łodzian obserwujących przemarsz widać narożną kamienicę Fischera przy Piotrkowskiej 54 z szyldem fryzjera Budziewskiego na elewacji. Obok pochodu zatrzymał się tramwaj nr 14 na trasie do Bałuckiego Rynku.

Kto dziś wie, gdzie przed wojną był w Łodzi dworzec PKS?  Mieścił się w przerwie pomiędzy budynkami przy ulicy Lutomierskiej 17, blisko skrzyżowania z Zachodnią. Na jednej z fotografii w albumie można zobaczyć bramę wyjazdową z podwórka na wyrost nazwanego „Północnym Dworcem Autobusowym”. Wiele osób sądzi, że nazwa miasta pochodzi od rzeki Łódki. Nic bardziej mylnego. Rzeczkę, nad którą powstała Łódź do XIX nazywano Starowiejską, Starą lub Ostrogą. Po kilkudziesięciu latach rozwoju miasta, w początkach XX wieku Łódka stała się ściekiem uciążliwym dla mieszkańców. Jej obydwa brzegi w okolicach Starego Rynku były zabudowane przez sklepy i bazary, w większości żydowskie. W 1917 roku fragment rzeki pomiędzy ulicami Wschodnią i Nowomiejską zakryto w podziemnym kanale . W tym miejscu powstał pasaż z drzewami i ławeczkami. Na fotografii z lat 30 oglądamy odkrytą część Łódki, która również wkrótce zniknie pod ziemią. Podczas niemieckiej okupacji tak samo znikną budynki znajdujące się pomiędzy ulicą Północną a kanałem Łódki. Zostaną zburzone w celu stworzenia tzw. pasa ochrony pożarowej pomiędzy gettem łódzkim a aryjską częścią miasta. W tym miejscu powstał po wojnie Park Staromiejski.
przedwojenna-lodz1

Album „Przedwojenna Łódź. Najpiękniejsze fotografie” oczywiście nie pokazuje wszystkich niezwykłych miejsc Łodzi międzywojennej. Ciągle wiele z nich czeka na odkrycie. Jest jednak to wydawnictwo dobrym przyczynkiem do poznawania historii miasta pełnego tajemnic. Poszukiwaczom łódzkich sekretów z pewnością pomoże w tym skrócona historia Łodzi opracowana przez autora.

Jacek Reginia-Zacharski: „Przedwojenna Łódź. Najpiękniejsze fotografie”. Wydawnictwo RM.

Jak wyprostować garb? To łatwe, należy ułożyć na nim ciężkie głazy. Zgnieciony pacjent zejdzie co prawda z tego świata, ale po śmierci będzie prosty jak linijka…

gzjktkpturbxy8xoda3ntjlztu4ymnlmge5mdg2ztbhowrhngzhzmi2mi5qcgeslqmaam0dim0bwpmfzqmgzqhc

Jedna z naczelnych zasad etycznych w medycynie „Primum non nocere” (Po pierwsze nie szkodzić) w gruncie rzeczy jest sierotą. Właściwie nie wiadomo, kto jest jej autorem. Tradycyjnie przypisuje się ją Hipokratesowi, ale mówi się też, że mógł ją wymyślić 20 wieków wcześniej egipski architekt i lekarz Imhotep. W każdym razie medycy, nawet jeśli ją znali, z reguły nie bardzo się nią przejmowali. Bezmyślność, przekonanie o własnej nieomylności i bezkarności oraz chęć eksperymentowania prowadziły do stosowania zadziwiających kuracji.
Niektóre ekscentryczne pomysły dawnych medyków budzą zdumienie. Ileż trzeba mieć fantazji i beztroski, by rany czaszki leczyć okładem ze świeżego mięsa, bóle głowy – wcieraniem w oczy gęsiego łoju, a ból zębów – wepchnięciem choremu martwej myszy do gardła.

Nigdy nie poznamy wszystkich skazanych na porażkę metod leczenia, jakie przez wieki stosowali mniej lub bardziej uczeni lekarze. Nigdy też nie będziemy w stanie poznać liczby cierpiących ludzi, którzy ufając znachorom i medykom, nieświadomie i wcale nie dobrowolnie, straciło resztę zdrowia lub oddało życie. Wiele takich przypadków znajdziemy w książce Nathana Belofsky „Jak dawniej leczono”. Trochę na przekór tytułowi autor skupia się na metodach, które prowadziły medycynę na manowce, choć w swoim czasie uznawane były za sprawdzone „naukowe” i popierane przez ówczesne autorytety. We wprowadzeniu stwierdza wprost:

Od starożytnej Grecji aż po wiek XIX medycyna wyrządzała ludziom więcej złego niż dobrego, bardziej szkodząc, aniżeli pomagając…

14515610_995551600574122_2276475955578929152_n1Może w tej sytuacji książka Belofsky`ego powinna nosić tytuł: „Jak nie leczono, dręczono i posyłano pacjentów na tamten świat”? Uczciwie trzeba przyznać, że bez eksperymentów postęp w naukach medycznych byłby niemożliwy. Nawet uznawany za ojca nowoczesnej medycyny i etyki lekarskiej Hipokrates miał na sumieniu wiele wątpliwych kuracji. Szczególną jego uwagę zajmowało leczenie hemoroidów. Proponował wypalać je rozżarzonym żelazem, co często nie spotykało się ze zrozumieniem pacjentów. Dlatego zalecał:

Kiedy żegadło jest przykładane do chorego, jego głowę i ręce trzymać należy, aby nie mógł się poruszyć, choć krzyczeć powinien…

Miał także Hipokrates wątpliwy wkład w leczenie kobiecej histerii, spowodowanej, jego zdaniem, przez przemieszczającą się macicę. Zalecał wykurzanie jej przy pomocy spalania siarki i lepiku oraz poprzez nacieranie kobiecych pachwin smarowidłem o słodkiej woni… Krytykował natomiast lekarzy stosujących odkrytą w starożytnej Grecji osobliwą metodę leczenia skrzywienie kręgosłupa, opisanej w poniższej instrukcji:

Podnieś drabinę, ułóż na niej chorego, związując mu ręce i nogi. Potem wciągnij tę drabinę albo na wieżę wysoką, albo na szczytową ścianę domu i puść.

Wiele metod leczenia praktykowano przez wieki bez żadnego zastanowienia się nad ich skutkami. Do najpopularniejszych należało przypalanie rozgrzanym żelazem, puszczanie krwi oraz wykorzystywanie szczątków ludzkich. „Wielki” Paracelsus w 16 wieku przygotowywał cudowne mazidło według takiej recepty:

Weź po dwie uncje mchu porastającego czaszkę wystawioną na działanie pogody oraz ludzkiego tłuszczu, a także po pół uncji krwi ludzkiej ze zmumifikowanych zwłok. Zrób z tego maść i włóż do pojemnika.

Nie mniej ciekawa była receptura 17-wiecznego chemika Johanna Schroedera:

Wziąć świeże nieskalane zwłoki rudowłosego człowieka w wieku około dwudziestu czterech lat, który został stracony i zmarł gwałtowną śmiercią, ciało poćwiartować i posypać je mirrą oraz odrobiną aloesu. Potem zamoczyć w mocnym trunku i niechaj kawałki te wyschną w zacienionym miejscu.

img_20161106_0907160Ciała ludzkie jeszcze w 18 wieku były na wagę złota. Im świeższe, tym lepiej. Lekarze zachęcali na przykład chorych na epilepsję do spijania krwi straconych na szafotach. Nic dziwnego, że mnożyły się kradzieże zwłok. W uprzywilejowanej pozycji byli kaci, którzy mieli prawo pierwszeństwa do zabierania ciał po egzekucji. Jednym z najcenniejszych medykamentów sprzedawanych w aptekach i na straganach był tłuszcz biednego grzesznika…

Publiczne egzekucje i pokazowe sekcje zwłok przez wieki stanowiły nie lada atrakcję dla gawiedzi. To co dziś uważamy za bezczeszczenie zwłok było całkiem niedawno normą społeczną. Nieuzasadnione wyciąganie zmarłych z grobu, sprzedaż szczątków ludzkich, jako cudownych  środków zdrowie lub szczęście, wystawy zmumifikowanych zwłok to nie makabryczne zwyczaje przejęte od barbarzyńskich plemion. Nie pochodzą z niecywilizowanych zakątków naszego globu, ale są naszym europejskim dziedzictwem.

Wśród medycznych absurdów spotkamy także niezrozumiałe lekceważenie odkryć, które mogły natychmiast przynieść ulgę w cierpieniu chorych i poprawę skuteczności leczenia. Tak było z tzw. gazem rozweselającym. Odkryty w 1772 roku podtlenek azotu , który ma właściwości znieczulające, przez dwa wieki służył, jako używka dla znudzonej życiem szlachty. Chorzy nie mieli prawa z niego korzystać, bo cierpienie ich uszlachetniało.
Sterylizacja narzędzi chirurgicznych i mycie przez lekarzy rąk przed zabiegiem było przez lata wyśmiewane. Uważano to za fanaberie niegodne prawdziwych lekarzy. Prawdziwi lekarze nosili kitle poplamione krwią i roztaczali wokół siebie charakterystyczny fetor. Odkrycie niewidocznych zarazków przez Ludwika Pasteura prawdziwi medycy uznali za dziwaczne fantazje. Epokowy wynalazek penicyliny przez 10 lat był lekceważony przez odkrywcę, doktora Fleminga. Dopiero, gdy sprawą zajęli się dwaj inni naukowcy, okazało się, jak wiele to znaczy dla rozwoju medycyny.

Największą skuteczność medycy osiągali w uzyskiwaniu płatności za swoje usługi. Brali pieniądze z góry, stosując się do rady słynnego średniowiecznego chirurga Henri de Mondeville:

Obietnice ulatują z wiatrem… Kiedy chorego dręczą bóle, wówczas najgorliwszą ma chęć dawania. Gdy schorzenie ustępuje, chciwość wysuwa się na pierwszy plan…

tag_06112016_09531796681499Zapłata przed zabiegiem dawała pewność, że w razie braku efektu lub zejścia pacjenta, medyk nie zostanie z niczym. Co najwyżej z rozgniewaną rodziną, która zechce mu wymierzyć sprawiedliwość…
Umierająca w VI wieku żona króla Burgundczyków – Austragild, zobowiązała męża Guntrama do stracenia jej dwóch medyków. Sprawiedliwości stało się zadość. Więcej szczęścia i sprytu mieli lekarze, którzy doprowadzili do śmierci króla Anglii Karola II w 1685 roku. Żeby zatuszować swoją nieudolność i obronić się przed oskarżeniami napisali i wydali kilka tomów pamiętników, w których przekonywali, że król miał opiekę najlepszą z możliwych. Bezkarni pozostali również niechlujni lekarze usiłujący ratować postrzelonego w 1881 roku prezydenta Stanów Zjednoczonych Jamesa Garfielda. Szukając brudnymi rękami kuli w ciele prezydenta, doprowadzili do infekcji, która stała się bezpośrednią przyczyną zgonu. Lekarz odpowiedzialny za kurację przedłożył rachunek na 25 tysięcy dolarów, co obecnie stanowi równowartość pół miliona dolarów.
Często większe szanse na wyzdrowienia i przeżycie mieli ludzie ubodzy, których nie stać było na medyka. Zdaje się, że po trosze jest tak do dziś. Wystarczy wziąć pod uwagę tajemnicze okoliczności zgonów wielu gwiazd sceny i ekranu, które niemal nie rozstawały się ze swoimi lekarzami. Tylko śmierć mogła ich rozłączyć…

* * *

Nathan Belofsky: „Jak dawniej leczono, czyli plomby z mchu i inne historie”. Tłumaczenie: Grzegorz Siwek
Wydawnictwo: RM

Powered by WordPress Web Design by SRS Solutions © 2017 To ci historia! Design by SRS Solutions

  • RSS
  • Flaker
  • Twitter
  • Tumblr
  • Facebook
  • GoldenLine
  • Nasza Klasa
  • Wykop