To ci historia!

Blog historyczny, ciekawostki historyczne, sensacje

Wpisy w kategorii: Lektury nadobowiązkowe

Ówczesna Polska sprawiała często wrażenie, że zależy jej na zantagonizowaniu wszystkich potencjalnych sojuszników. Nawet nie z cynicznym rozmysłem, ale niejako przy okazji polskiej pychy i buty, tak łatwo podnoszącej swój łeb…

14 października 1934 na stadionie we Lwowie w meczu piłki nożnej Polska zremisowała Rumunia 3:3 (1:1). Mecz był towarzyski, a wynik polubowny tak, jak stosunki pomiędzy tymi dwoma krajami. Już w 1921 roku podpisały one umowę o przymierzu, w której zobowiązywały się wspomagać wzajemnie na wypadek, gdyby jedna ze stron została zaatakowana na swych granicach wschodnich. Głównym wrogiem dla obydwu państw był ZSRR, stąd traktat i towarzyszącą mu tajną konwencje wojskową przedłużano co pięć lat aż do marca 1936 roku. Intensywnie rozwijała się współpraca wojskowa. Uzgadniano plany rozwoju obu armii oraz zasady współdziałania operacyjnego. Organizowano dwustronne konferencje sztabów, prowadzono wzajemną wymianę oficerów-stażystów. Korzyści z tej współpracy czerpał również polski przemysł zbrojeniowy, który dostarczał sprzęt do modernizowania rumuńskiej armii. Na przykład w 1932 roku Rumuni zamówili kilkadziesiąt samolotów typu P-11 z Polskich Zakładów Lotniczych. Dwa lata później podpisano umowę na dostarczenie 100 tysięcy masek przeciwgazowych. Jednak stosunki między tymi dwoma krajami i narodami były wzorcowe tylko na pozór…

Latem 1934 roku przyszły dyplomata Jan Kozielewski (znany później jako kurier Karski) odbywał praktyki w Bukareszcie. Jego wspomnienia z dwumiesięcznego pobytu w polskiej ambasadzie w Rumunii zostały opublikowane w książce Waldemara Piaseckiego „Jan Karski. Jedno życie”. Poniżej prezentujemy fragment dotyczący doświadczeń rumuńskich dziennikarzy podczas tygodniowej wizyty w Polsce. Brzmią zadziwiająco współcześnie…

* * *

Arno umówił go kiedyś z dwoma dziennikarzami, ludźmi przed trzydziestką, którzy mieli okazję spędzić w Polsce tydzień. Byli przed wyjazdem zdeklarowanymi polonofilami. Po wizycie nieco im przeszło. Wspominał dlaczego:

Opowiadali mi, że byli na ogół postrzegani jako przybysze z jakiegoś egzotycznego, mniej cywilizowanego czy nawet dzikiego miejsca. Zupełnie na serio pytano ich, jakim językiem posługują się Rumuni, czy w miastach jest elektryczność, tramwaje i samochody. Nie wierzyli, że Rumunia ma lotnictwo. Nie były to jednak pytania złośliwe, ale raczej wynikające z ignorancji. Napotkani Polacy nie wiedzieli, jak się nazywają najważniejsze miasta rumuńskie. Stolica Bukareszt myliła im się często z… Budapesztem. Wśród przebłysków szczątkowej wiedzy przebijała się świadomość, że Rumunia jest monarchią, z królem i królową. Jednak mało kto był już w stanie podać ich imiona.

laweczka

Ławeczka Jana Karskiego w Parku Ocalałych w Łodzi

Równocześnie napotkani rodacy byli skłonni do edukowania rumuńskich dziennikarzy na temat Polski, jej potęgi i misji cywilizacyjnej. Także tradycyjnych wartości, w tym polskiego patriotyzmu, religijności i gościnności oraz innych talentów. Przekonywali, że Polacy są wyjątkowi, bo przez sto dwadzieścia trzy lata pod zaborami zachowali język ojczysty. Nie chcieli wierzyć, że wielu ludom na Bałkanach to samo udało się przez ponad czterysta lat niewoli tureckiej. Twierdzili, że są bardzo muzykalni, choć na dziesięciu Polaków trudno znaleźć jednego grającego na jakimś instrumencie, podczas gdy na dziesięciu Rumunów ciężko znaleźć jednego, który by na czymś nie grał.
Goście dzięki polskim kolegom dziennikarzom starali się także zorientować, co w prasie piszczy na temat Rumunii. Obraz był smutny. Portretowano ten kraj jako kuriozalny przez rozmaite sensacje, daleki od cywilizacji przez relacje z zabitych deskami regionów. Skupiano się chętnie, z nutą pewnej zazdrości, na dworze królewskim. Czasami na wydarzeniach sportowych, w których Polska napotykała jako rywala Rumunię.
Ci młodzi inteligentni ludzie i profesjonalni dziennikarze wrócili z Polski rozczarowani. Nie tyle może ignorancją Polaków na temat Rumunii, ile silnym przeświadczeniem, że zasługuje ona na swego rodzaju polskie lekceważenie.
Praktykant Kozielewski był rozmową poruszony. Nie tylko tym, co słyszał. Także tym, że obaj rozmówcy mówili biegłym francuskim, na poziomie, o jakim on mógł chwilowo marzyć. Byli inteligentni, oczytani. Bardzo dobrze ubrani.
Bał się przyznać przed samym sobą, że w gruncie rzeczy mają rację. Polska, pewna siebie i niezachwianie przekonana o swej dziejowej roli, na innych patrzy z góry. Przypominał sobie, że kiedy szykował się do przyjazdu na praktykę w Czerniowcach, szukał po encyklopediach hasła „Rumun”. Nie znalazł. Nie występowało jako niezasługujące na uwagę. Mógłby je znaleźć dopiero w 1938 roku w encyklopedii Ultima Thule, gdzie „Rumun” się wreszcie pojawił z następującą charakterystyką: „jest pracowity, trzeźwy, bardzo muzykalny (piękna muzyka i tańce), lecz do tej pory ciemny i zabobonny”, uzupełnianą o informację: „zwłaszcza w górach zachowały się liczne wierzenia i obrządki przedchrześcijańskie”. Kiedy wiele lat później wspominaliśmy z Janem Karskim tamte czasy, konkludował:

Ówczesna Polska sprawiała często wrażenie, że zależy jej na zantagonizowaniu wszystkich potencjalnych sojuszników. Nawet nie z cynicznym rozmysłem, ale niejako przy okazji polskiej pychy i buty, tak łatwo podnoszącej swój łeb… Niestety, podejrzenia o coś takiego chętnie i szybko wtedy odrzucałem…

* * *

Tekst pochodzi z biografii Jana Karskiego „Jedno życie. Tom 1: Madagaskar” autorstwa Waldemara Piaseckiego.

Nie ma wątpliwości, że dziewczyna nie dożyje trzydziestych urodzin…

Tak wróżył w 1896 roku duński książę Karol, późniejszy król Norwegii Haakon VII. Skąd książę czerpał natchnienie, stawiając tak pesymistyczny horoskop zaledwie rocznej Oldze, najstarszej córce cara Mikołaja II? Tego nie wiemy, ale mroczne proroctwo księcia duńskiego spełniło się z nawiązką. Tragiczny los dopadł całą carską rodzinę.

romanow03

O życiu i śmierci ostatniego cara Rosji i jego rodziny napisano całe tomy opowieści. Cztery księżniczki zawsze były w nich postaciami drugoplanowymi. Helen Rappaport w książce „Cztery siostry. Utracony świat ostatnich księżniczek z rodu Romanowów”, postanowiła uczynić je głównymi bohaterkami swojej opowieści. Autorka dotarła do nowych dokumentów: listów, osobistych notatek i wpisów w dziennikach, wykorzystała relacje prasowe z całego świata. Efekt tej pracy jest niezwykły. Krótkie życie carskich córek okazuje się równie skomplikowane i burzliwe, jak czasy schyłku rosyjskiego imperium. Książka jest przez autorkę dedykowana „pamięci Olgi, Marii, Tatiany i Anastazji Romanowych, czterech wyjątkowych młodych kobiet”.

Córki Mikołaja II przychodziły na świat z zadziwiającą regularnością. Olga w 1895 roku, Tatiana – 1897, Maria – 1899, Anastazja -1901. Można przypuszczać, że było to wynikiem dwóch faktów. Pierwszy miał miejsce sto lat wcześniej. W roku 1797 car Paweł I zmienił zasady dziedziczenia tronu. Wskutek nienawiści do własnej matki – Katarzyny Wielkiej, żeby nie dopuścić więcej do przejęcia władzy przez kobietę, ustanowił prawo sukcesji tylko w linii męskiej. Związek Mikołaja II i Aleksandry, księżniczki heskiej, wnuczki królowej brytyjskiej Wiktorii, był nielicznym przypadkiem w dziejach europejskich monarchii, małżeństwa z miłości. Kolejne córki małżonkowie witali z radością, ale i z coraz większym niepokojem. Nie mogli przecież  ignorować obowiązku wobec kraju i dynastii. Amerykańska prasa pisała:

Dziewczynki są cztery. To mądre, inteligentne dzieci, lecz nikt w Rosji, z wyjątkiem ich rodziców, ich nie chce.

romanow001Naród oczekiwał następcy tronu. Wśród ludu upowszechniało się przekonanie, że imperatorowa nie cieszy się przychylnością Niebios, bo inaczej powiłaby syna. Przypuszczano że Bóg gniewał się na Aleksandrę za zlekceważenie przed ślubem zwyczaju modlitwy przed ikoną matki Boskiej w soborze kazańskim. Po urodzeniu czwartej dziewczynki pojawiły się opinie, że Mikołaj powinien się rozwieść i poszukać innej żony, takiej która da mu syna. Oczywiście car-imperator mógł jedną decyzją zmienić prawo sukcesyjne, ale dla ostatniego władcy z Romanowów tradycja była najważniejsza. Brak zmian dawał mu poczucie bezpieczeństwa. Bardzo złudne, jak się okazało.

Świat z ogromnym zainteresowaniem obserwował perypetie carskiej rodziny. Pogłębiająca się melancholia Aleksandry budziła powszechne współczucie. Tak, jak los czterech dziewczynek, które, żeby nie odczuwały boleśnie swojej niepełnej wartości dla państwa, izolowano od otoczenia. W amerykańskiej prasie po narodzinach Anastazji ukazał się charakterystyczny żarcik:

Car ma już cztery córeczki, biedne małe cardyneczki…

Przez lata przedstawiano cztery siostry, jak jedną postać o wspólnym charakterze. Posłuszną rodzicom, noszącą się raczej skromnie, choć niebywale bogatą. Cudowny ptak w złotej klatce, odizolowany od normalnego świata. Po prostu „OTMA”, jak same księżniczki czasem się przedstawiały. Helen Rappaport obala ten wizerunek.

Stworzony na użytek publiczny mdły obraz czterech słodkich dziewczynek w białych, haftowanych, batystowych sukienkach i z niebieskimi kokardami we włosach nie dawał żadnego pojęcia o czterech bardzo różnych osobowościach rozwijających się w murach Pałacu Aleksandrowskiego. Już w 1906 roku takie spłycone postrzeganie sióstr Romanowych utrwałało się w masowej wyobraźni za sprawą szeroko rozpowszechnianych oficjalnych fotografii. Powierzchowny i ckliwy obraz sióstr kreowano aż do wybuchu wojny.

romanow05Poważny wpływ na życie księżniczek miał fakt, iż para carska coraz bardziej popadała w mistycyzm i dewocję. Najpierw pojawił się francuski mistyk i szarlatan Nizier A. Philippe. Skutkiem jego porad i modlitw była ciąża urojona carycy już w pięć miesięcy po urodzeniu Anastazji. Następnych efektów nie było. Mnożyły się za to podejrzenia, że Francuz swoimi hipnotycznymi eksperymentami wpływa na decyzje państwowe podejmowane przez cara. W końcu 1902 roku zmuszono cudotwórcę do wyjazdu. Potem para carska korzystała z usług słynnego mnicha Grzegorza Rasputina. Miał on bardzo pozytywny wpływ na chorego następcę tronu. Dziewczynki nazywały go swoim „przyjacielem” i pisywały do niego bardzo osobiste listy. Otoczenie cara uważało, że Rasputin wpływa również na sprawy państwowe i prowadzi do upadku monarchii.

Upragnionego syna przyniósł dopiero piąty poród Aleksandry. 30 lipca 1904 roku przyszedł na świat carewicz, któremu nadano imię Aleksego. Entuzjazm z powodu z tych narodzin wielokroć przerósł radość z kolejnych carskich córek. Do narodu wróciła nadzieja, że los Rosji odmieni się na lepsze. Sam car uznał to za zapowiedź pomyślnego zakończenia wojny z Japonią. Dla podniesienia morale armii wszystkich żołnierzy walczących w Mandżurii ogłosił ojcami chrzestnymi carewicza. Jak złudne były to oczekiwania, okazało się już wkrótce. Jeszcze w trakcie porodu lekarze mieli problem z zatamowaniem u Aleksego krwotoku po przecięciu pępowiny. Kiedy w szóstym tygodniu życia następca tronu dostał kolejnego groźnego krwotoku, stało się jasne, że odziedziczył po matce nieuleczalną chorobę: hemofilię. W Rosji nazywano ją chorobą heską lub klątwą Coburgów. Wojna na Dalekim Wschodzie po serii porażek zakończyła się upokarzającym pokojem w Portsmouth.

Po ujawnieniu się choroby Aleksego cztery siostry jeszcze mocniej związały się z rodziną. Ich świat znów się skurczył, choć ciekawe nowości i innego życia, rwały się do ludzi i rozpaczliwie szukały kontaktu z rówieśnikami. Wszystkie musiały zajmować się nieustannym chronieniem carewicza przed upadkami i skaleczeniami, które groziły mu krwotokami i śmiercią. Pomagały w ten sposób ciągle chorej i osłabionej matce. Najbardziej pożądane w Europie panny na wydaniu wychowywały się w otoczeniu służby i oficerów ochrony. Pokazywały się publicznie głównie podczas uroczystości państwowych, pełniąc funkcje reprezentacyjne w zastępstwie matki. Nie miały jednak bliższych kontaktów z rówieśnikami z wyższych sfer, bo ojciec, choć był z nich bardzo dumny, rzadko zabierał je na bale i przestawienia teatralne. Brakowało im obycia i znajomości etykiety dworskiej, mimo iż każdą szykowano do zamążpójcia za głowy koronowane…

Uważane powszechnie za słodkie dziewczątka „na pokaz” księżniczki otrzymały staranne wykształcenie. Uczyły się indywidualnie w pałacu. Najpierw pod okiem matki, potem dojeżdżających nauczycieli. Wszystkie mówiły płynnie po angielsku, znały francuski i niemiecki. Mówiło się, że Olga lepiej czytała po angielsku niż po rosyjsku. Poza miała talenty muzyczne, pięknie grała na pianinie. Tatiana była doskonałą organizatorką. Posiadała zdolności krawieckie, jak matka. Z kolei, Maria była utalentowana plastycznie. Tylko z Anastazją był kłopot. Rozkojarzona, nieuważna, nie potrafiła chwili usiedzieć bez ruchu. Była koszmarem dla nauczycieli.

Olgę i Tatianę nazywano najmłodszymi paniami pułkownikami, bowiem car przyznał im honorowe dowództwa dwóch pułków jazdy. Żeby nie skompromitować się podczas przeglądu wojska, musiały nauczyć się jazdy konnej. Ojciec przygotowywał je do pełnienia państwowych funkcji. Olgę widział jako regentkę, w razie swojej przedwczesnej śmierci lub niedyspozycji przed osiągnięciem pełnoletności przez Aleksego.

romanow002

Jednak plan podstawowy dla księżniczek był inny. Na początku XX wieku carskie córki były najbardziej pożądanymi pannami z europejskich rodzin królewskich. Plotki głosiły, że carówny mają zostać królowymi na Bałkanach, gdyż carowi zależało na utrwaleniu sojuszy z państwami tego regionu. Najstarsza, Olga jednak stanowczo protestowała przeciwko takim projektom i deklarowała:

Nigdy nie opuszczę Rosji. Jestem Rosjanką i chcę zostać Rosjanką!

Dziewczynki wychowywano w posłuszeństwie dla rodziców, po chrześcijańsku, ale bardziej w duchu protestanckim niż prawosławnym. Było w tym wychowaniu sporo dewocji, prymitywnego patriotyzmu czy nawet nacjonalizmu. Podczas wojny rosyjsko-japońskiej księżniczku chłonęły, jak gąbka rasistowskie poglądy otoczenia. Pięcioletnia Maria oburzała się na Japończyków:

Wstrętni mali ludzie przyszli i zniszczyli nasze biedne statki, potopili marynarzy…

Wtórowała jej starsza siostra, Olga:

Mam nadzieję, że rosyjscy żołnierze wybiją wszystkich Japończyków…

Dopiero wyjaśnienia angielskiej guwernantki pomogły zrozumieć Oldze, że Japończycy to tacy sami ludzie, jak Rosjanie.

Po wybuchu wojny projekty matrymonialne dla carskich córek upadły. Caryca z Olgą i Tatianą ukończyły kurs pielęgniarski i zostały siostrami miłosierdzia. Każda otrzymała imię „siostry Romanowej” o numerze 1, 2 lub 3.  Dla przeciętnych Rosjan to poświęcenie carycy i jej córek oznaczało jednek upadek autorytetu monarchii. W pewien sposób przyczyniło się do przewrotu bolszewickiego. Po dwóch latach pracy przy opatrywaniu ran i asystowaniu przy operacjach przyszła rewolucja lutowa i abdykacja Mikołaja. Potem areszt domowy w Carskim Siole i deportacja do Tobolska. Wreszcie, po rewolucji październikowej, uwięzienie w Jekaterynburgu. Tam kończy się opowieść o życiu czterech rosyjskich księżniczek. Nad ranem 17 lipca 1918 roku cała carska rodzina została rozstrzelana przez bolszewików w piwnicy domu kupca Ipatiewa w Jekaterynburgu. Zastosowano wcale nierewolucyjną metodę, znaną od wieków: jeśli chcesz zająć miejsce króla, zabij go z całą rodziną. Żeby nie pozostał przy życiu żaden następca tronu…

* * *

Wszystkie cytaty pochodzą z książki „Cztery siostry. Utracony świat ostatnich księżniczek z rodu Romanowów”

romanow000

Helen Rappaport jest ekspertem w dziedzinie historii Rosji oraz historii epoki wiktoriańskiej. Ma w dorobku udział w opracowaniu kompendiów historycznych i biograficznych dla wydawców takich jak Cassell, Reader’s Digest oraz Oxford University Press, a także pracę jako niezależna redaktorka dla Blackwell w Oksfordzie. W 2010 roku wzięła udział w produkcjach dokumentalnych Mystery Files na temat morderstwa Romanowów i Rasputina dla kanału National Geographic. Jest konsultantką historyczną w filmie dokumentalnym o siostrach z dynastii Romanowów Russia’s Lost Princesses, który został wyemitowany przez BBC2 latem 2014 roku.

Helen Rappaport „Cztery siostry. Utracony świat ostatnich księżniczek z rodu Romanowów”

ISBN: 978-83-240-2754-5
Liczba stron: 542
Format: 148mm x 221mm
Okładka: Twarda

W obecnych czasach bardziej niż kiedykolwiek żywi potrzebują martwych – twierdzi patolog Philippe Charlier.

img_08790W 2005 roku w okolicach Paryża znaleziono szkielet z okresu neolitu. Na pozór, odkrycie jakich wiele. Jego niezwykłość tkwi w lewym, brakującym przedramieniu zmarłego. Badania mikroradiologiczne wykazały, że człowiek ten stracił łokieć i przedramię długo przed śmiercią. Nie wchodziła w tym przypadku w grę dziedziczna wada, ani uraz powypadkowy. Naukowcy postawili śmiałą tezę: ręka została amputowana. 7000 lat temu prehistoryczny chirurg dokonał skutecznie i bez powikłań amputacji przedramienia swojego pacjenta. Cięcie było precyzyjne, proces gojenia przebiegał bez powikłań. Nie stwierdzono śladów przypalania rany, więc chirurg musiał wykonać dezynfekcję jakąś inną znaną sobie metodą.

Zdaniem autora „Czego uczą nas umarli” Philippe`a Charlier`a ten przypadek dowodzi nie tylko tego, że już w zamierzchłych epokach ludzie potrafili skutecznie się leczyć, ale i wykazywali solidarność z osobami upośledzonymi fizycznie. Młodzi i sprawni pomagali starszym, z wadami rozwojowymi i rannym w dobrze pojętym interesie swojej zbiorowości. Naczelnym celem grupy koczowników było bowiem przetrwanie, a było ono możliwe pod warunkiem zachowania odpowiedniej jej liczebności i inteligentnego kierownictwa. Stąd osobnik posiadający zdolności do prokreacji i jakiekolwiek umiejętności przydatne społeczności był zbyt cenny, aby z niego rezygnować.

Odnaleziono na przykład ludzkie czaszki pozbawione zębów. Należały one do osób starszych, a na podstawie obserwacji stwierdzono, że rany zdążyły się całkowicie zabliźnić, co dowodzi, iż do utraty zębów doszło na długo przed śmiercią. Pozbawieni uzębienia, ludzie ci nie byliby w stanie przeżyć, po określonym czasie umarliby z głodu. Ich przetrwanie można wytłumaczyć tym, że pozostali członkowie wspólnoty przygotowywali dla nich potrawy w postaci kaszek lub papek.

jp-charlier1-superjumbo

Philippe Charlier – patolog na tropie zagadek historii. Źródło: nytimes.com

Z tych samych racjonalnych przyczyn opiekowano się rannymi, opatrywano i leczono ich rany oraz karmiono ich, kiedy nie mogli samodzielnie funkcjonować.  U odnalezionej w Algierii kobiety z okresu mezolitu (9000 rok p.n.e.) badacze stwierdzili paraliż nóg spowodowany pęknięciem miednicy. Ustalili, że osoba ta żyła jeszcze długo po wypadku, co bez solidarności i pomocy innych ludzi nie byłoby możliwe. Istnieją również dowody na to, że opieką otaczano jednostki z wadami rozwojowymi i genetycznymi. Na trwałość wspólnoty duży wpływ miała obecność osób w podeszłym wieku, które wnosiły do niej wiedzę i doświadczenie. O jej rozwoju nie decydowała rywalizacja jednostek, ale współpraca.

W epoce prehistorycznej życie było rzadkim i cennym darem. Droga do przetrwania wspólnoty wiodła poprzez pomoc najsłabszym – jest to idea w dużej mierze zapomniana w dzisiejszych społeczeństwach, zwanych „nowoczesnymi”. Wówczas – solidarność i liczebność stanowiły siłę.

Oczywiście, w wielu prehistorycznych społecznościach dochodziło do składania ofiar z osób niepełnosprawnych, archeologia nie daje jednak podstaw, aby uznawać takie przypadki za normę. Zwyczaje te bywały różne u różnych ludów i ulegały zmianom. W pierwszych latach XX wieku na terenie Forum Romanum, w centrum Rzymu odnaleziono szkielet dziecka o dziwnej czaszce. Szczegółowe badania wykazały, że szczątki pochodzące z czasów Romulusa i Remusa (IX–VI wiek p.n.e.) należały do dziewczynki z typowymi objawy zespołu Downa. Przerażająca była jej śmierć w wieku, jak oszacowali naukowcy, 9-14 lat. Zginęła od uderzenia toporem w głowę. Została złożona w ofierze jakiemuś bóstwu lub zlikwidowana jako osoba bezproduktywna dla społeczności. Tego nie udało się ustalić z całą pewnością. Choć wiadomo, że miejsce kaźni, bagno pod wzgórzem, na którym mieściła się wioska Roma, w tamtych czasach służyło do odprawiana rytuałów religijnych.
W starożytnych społeczeństwach Grecji i Rzymu panował zwyczaj „pozbywania” się osób z wadami rozwojowymi lub  poważnie upośledzonych. Jako wybryk natury miały przynosić nieszczęście, były złowrogim ostrzeżeniem od bogów. Gońców przynoszących złe wieści nikt nie kocha, a starożytni często ich likwidowali…

35533_1

Stracona i „odzyskana” głowa Henryka IV. Źródło: planeteplus.pl.

Później, w Grecji hellenistycznej i w cesarstwie rzymskim to się zmieniło. Postępy wiedzy o anatomii człowieka oraz medycyny sprawiły, że zaczęto bardziej tolerować ludzi ułomnych i próbowano im w miarę możliwości pomagać. W cesarskim Rzymie z czasem doszło do kuriozalnej sytuacji. Osoby o widocznych wadach rozwojowych, zwane „potworami” stały się cennym dobrem. Kto miał „potwora” na własność był kimś. Organizowano nawet „targi potworów”, na których kalectwo i dziwy natury szły jak woda… Ponieważ w najwyższej cenie były najrzadsze ułomności, dochodziło do hodowli „potworów”. Krzyżowano je między sobą, aby osiągnąć wyższy stopień kalectwa. A kiedy efekty nie zadowalały hodowcy, nie wahał się oszpecać swojego dobytku operacyjnie. Na przedmieściach Rzymu odnaleziono cmentarz ponad stu niewolników, wśród których były szczątki wielu osób z wadami rozwojowymi. Może to oznaczać, że w pobliskiej rzymskiej willi prowadzono taką hodowlę „potworów”.

Książka Philippe Charlier`a dowodzi, że archeologia wsparta przez inne nauki: historię, medycynę sądową, antropologię i etnologię pozwala nam dowiedzieć się więcej o życiu naszych przodków. Lepiej poznać również nas samych. Wydaje się, że niesłychany postęp nauk badawczych może przynieść jeszcze wiele niespodziewanych odkryć i  zmienić wiele utartych poglądów na dzieje ludzkości. Autor, nazywany przez media „francuskim doktorem Housem”, „najlepszym detektywem wszech czasów” czy „spowiednikiem umarłych”, przedstawia nowe, nieoczekiwane przyczyny śmierci królów: Ryszarda Lwie Serce, Henryka IV i Ludwika XIV , a także Joanny d`Arc i Agnieszki Sorel – faworyty Karola VII. Stawia też tezę o nieudanej próbie samobójczej Robespierre`a krótko przed śmiercią na gilotynie.

agnessorel

Rekonstrukcja twarzy Agnieszki Sorel, faworyty króla Karola VII

Różnorodne przypadki opisane przez Charlier`a mają jedną wspólną cechę: analizując szczątki kostne metodą typową dla medycyny sądowej odtwarzają stan zdrowia, sposób życia oraz przyczyny śmierci osób sprzed wielu wieków.  Takich zagadek z przeszłości autor książki ze swoim zespołem rozwiązał wiele. Potwierdza swoją pracą poglądy zapomnianego nieco materialisty francuskiego La Mettrie`go, który zachęcał lekarzy i naukowców w XVIII wieku:

Doświadczenie i obserwacje winny być jedynymi naszymi przewodnikami. Jest ich bardzo wiele w kronikach lekarzy, którzy byli zarazem filozofami, nie ma natomiast wcale u filozofów, którzy nie byli lekarzami.

Wniosek jest oczywisty: należy słuchać umarłych i uczyć się od nich. Jednakże badanie szczątków ludzi zmarłych w odległych czasach niesie pewne niebezpieczeństwa. I nie chodzi tylko o ryzyko zakażenia się nieznanymi współczesnej medycynie bakteriami i wirusami. Ważną kwestią poruszoną przez Philippe Charlier`a  jest sposób traktowania ludzkich szczątków przez badaczy. O ile zwłoki ludzi umarłych współcześnie badane są za zgodą rodziny i z pełnym szacunkiem, to szczątki sprzed wieków wielu badaczy uważa za zwykły obiekt archeologiczny, jak antyczny garnek, który nie ma żadnych praw ludzkich. Można opisywać jego wady i ułomności, przypominać złe prowadzenie się za życia, publikować zdjęcia genitaliów, zapominając o dyskrecji i zasadzie, że o zmarłym należy mówić tylko dobrze. Charlier uważa, że należy się tym szczątkom więcej poważania:

Każdemu z tych „pacjentów” winniśmy okazać szacunek – taki, jakiego oczekiwalibyśmy dla naszych zwłok, gdy za kilka stuleci będą badane przez naszych przyszłych kolegów…

Doktor Philippe Charlier, paleopatolog, etyk medycyny i antropolog pracuje jako wykładowca w Ecole Pratique des Hautes Etudes w Paryżu oraz w Szpitalu Raymond Poincaré w Garches. Znaczną popularność zdobył, prowadząc program „Na tropach sacrum” emitowany w Planete+. Ma w swoim dorobku kilkanaście publikacji. Zwykle budziły one wiele kontrowersji, bo przedstawiały zaskakujące odkrycia dotyczące ważnych postaci historycznych. „Czego uczą nas umarli” to książka, która daje w pigułce niezwykłą wiedzę, której nie znajdziemy w żadnym podręczniku historii.

lekcja_anatomii_rembrandt

„Lekcja anatomii doktora Tulpa” Rembrandt van Rijn (1632)

Philippe Charlier, „Czego uczą nas umarli. Patolog na tropie zagadek historii”, Wydawnictwo Esprit.

czego_uczaOplątana białą pajęczyną, strzeżona przez pająki… Jakie tajemnice w sobie kryje? Czy rzeczywiście umarli mogą nam coś ważnego opowiedzieć? W przedmowie czytamy:

Żywi potrzebują martwych. Aby odkrywać przeszłość, trzeba opowiadać o przodkach – czy raczej sprawić, aby to oni przemawiali, nawet jeśli miałaby „mówić” kość lub jej fragment. Na tym polega zawód lekarza sądowego. Wychodząc od kolejnych zdjęć, które w czasie przygotowania ekspertyzy odnosi do ciała denata, przygotowuje on dla sądu różne scenariusze. Niektóre ciała lub ich fragmenty tworzą historię.

„Czego uczą nas umarli” Philippe Charliera to książka zapowiadana jako zbiór niesamowitych, zaskakujących oraz przerażających opowieści i faktów, o których nie wspomina żaden szkolny podręcznik historii. Mamy z niej dowiedzieć się, jak opiekowano się niepełnosprawnymi w czasach prehistorycznych, jak przed wiekami przeprowadzano zabiegi chirurgiczne i leczono nowotwory. Autor – francuski patolog, przedstawia nowe, nieoczekiwane przyczyny śmierci królów: Ryszarda Lwie Serce, Henryka IV i Ludwika XIV , a także Joanny d`Arc i Robespierre`a. Jeśli treść jest tak fascynująco koszmarna, jak okładka, to warto tam zajrzeć… Wkrótce dowiemy się więcej…

Drogi przyjacielu, przyjaciele prosili mnie, żebym do Ciebie napisał dla dobra ludzkości – zwracał się w liście do Hitlera indyjski przywódca, Mahatma Gandhi.

List napisany przez Mohandasa K. Gandhi`ego 23 lipca 1939 roku miał za zadanie przekonać fürera do zaprzestania polityki prowadzącej do wojny.ghandi-list-do-hitlera

Z całą pewnością jest Pan dzisiaj jedyną osobą na świecie mogącą zapobiec wojnie, która prawdopodobnie sprowadzi ludzkość do stanu barbarzyńskiego.

- przestrzegał Gandhi i uprzejmie pytał:

Czy naprawdę chce Pan zapłacić taką cenę za osiągnięcie celu, niezależnie jak bardzo dla Pana istotnego? Czy posłucha Pan prośby człowieka, który rozmyślnie i nie bez sukcesu stronił od konfliktów zbrojnych?

Zakończył kurtuazyjnie:

W każdym razie, liczę na wybaczenie, jeśli popełniłem błąd pisząc do Pana. Pozostając Pana szczerym przyjacielem, M. K. Gandhi.

Czy apel indyjskiego przywódcy, prowadzącego od lat akcję biernego oporu wobec brytyjskich kolonizatorów, mógł powstrzymać Hitlera? Jakie były na to szanse po przyłączeniu przez Niemcy Austrii i zajęciu Czechosłowacji, pierwszych spektakularnych zwycięstwach fürera w polityce międzynarodowej? Naiwnością byłoby sądzić, że było to jeszcze możliwe, nawet gdyby ten uprzejmy list dotarł do adresata. A nie dotarł, bo zatrzymały go brytyjskie władze. Nieco ponad miesiąc później hitlerowskie Niemcy najechały Polskę. Rozpoczęły, jak to celnie określił Gandhi, barbarzyńską wojnę, która przebiła ogromem strat ludzkich i materialnych nawet poprzedni konflikt, nazywany dotąd Wielką Wojną.

List Gandhi`ego do Hitlera znalazł się w opublikowanym niedawno zbiorze „Listy niezapomniane” opracowanym przez Shauna Ushera angielskiego autora bloga www.lettersofnote.com. Wśród 126 najciekawszych i najważniejszych listów w dziejach ludzkości są korespondencje zarówno sprzed wieków, jak i z ostatnich lat.  Najstarsza notatka została wyryta na glinianej tabliczce w XIV wieku przed naszą erą. Możemy zapoznać się z pismami urzędowymi, osobistymi wyznaniami, oryginalnymi podaniami o pracę, zapiskami szaleńców i morderców czy zaskakującymi poradami kulinarnymi. Jest tu między innymi niezwykła aplikacja Leonarda da Vinci szukającego pracy, ostatni list Wisławy Szymborskiej, podziękowania menedżera firmy Campbell dla Andy’ego Warhola za promocję puszek zupy pomidorowej, list Kuby Rozpruwacza z częścią nerki jego ofiary oraz pożegnalny list Marii Stuart napisany sześć godzin przed egzekucją. 

Z pewnością są to korespondencje zasługujące na szersze grono odbiorców niż tylko ich adresaci… Uważny czytelnik zainteresuje się być może listem pewnego niemieckiego emigranta do prezydenta Franklina Roosevelta. Można uznać to pismo za pośrednią odpowiedź (po prawie trzech latach) na prośby o zachowanie pokoju skierowane do Adolfa Hitlera przez Gandhi`ego. Emigrant nazywał się William Patrick Hitler i był bratankiem wodza III Rzeszy. Do prezydenta USA napisał, gdyż ze względu na stryja Adolfa odmówiono mu przyjęcia do US Army. Młody Hitler nie miał wątpliwości, że barbarzyńskiemu reżimowi trzeba przeciwstawić się siłą. Że uprzejme apele nic tu nie pomogą. 

Wszyscy moi krewni i przyjaciele już wkrótce maszerować będą po wolność i sprawiedliwość pod Gwiazdami i Pasami. Dlatego też, Panie prezydencie, składam na Pańskie ręce ten wniosek i proszę, aby ocenił Pan czy wolno mi dołączyć do nich w walce przeciwko tyranii i przemocy.

- przekonywał prezydenta. I przekonał: po dwóch latach, w 1944 roku pozwolono mu wstąpić do amerykańskiej armii. Został wysłany na front do Europy, gdzie służył jako sanitariusz i odniósł ranę. Swojego słynnego, przeklętego nazwiska pozbył się dopiero pod koniec lat czterdziestych.

Tłumacz Jakub Małecki we wstępie do tej niezwykłej książki opowiada barwnie o swojej pracy: 

Tłumacząc „Listy” dziwiłem się, zachwycałem, śmiałem i byłem bliski płaczu, ale przede wszystkim odnosiłem wrażenie, że w tej małej kapsule z papieru odbywam fascynującą podróż przez wszystko, co w historii ludzkości najważniejsze.

listy001Czy trzeba lepszej zachęty? Zapraszamy do fascynującej podróży przez dzieje…

* * *

Listy niezapomniane
Wydawnictwo: Sine Qua Non, 2015
Autor: Shaun Usher
Tytuł oryginału: Letters of Note
Tłumaczenie: Jakub Małecki
Data wydania: 6 maja 2015
Format: 165 x 235 mm
Liczba stron: 416 tekst
ISBN: 978-83-7924-332-7

Powered by WordPress Web Design by SRS Solutions © 2017 To ci historia! Design by SRS Solutions

  • RSS
  • Flaker
  • Twitter
  • Tumblr
  • Facebook
  • GoldenLine
  • Nasza Klasa
  • Wykop