To ci historia!

Blog historyczny, ciekawostki historyczne, sensacje

Wpisy w kategorii: Makabreski

Stanął, z toporem,
Rzeźnik, mięśniami sękaty,
Odwalił się oburącz
I zarąbał kwiaty…
* * *

Pierwsze ścięcie odbyło około godziny 6 rano. Jednym uderzeniem siekiery kat Carl Groepler odciął głowę Benity von Falkenhayn. Niespełna 20 minut później to samo uczynił z Renate von Natzmer.

benita-portretTe nieszczęsne kobiety zostały dwa dni wcześniej uznane za winne zdrady tajemnic wojskowych III Rzeszy i skazane na karę śmierci przez ścięcie. Prośba o ułaskawienie została odrzucona przez Hitlera i obie stracono w poniedziałek, 18 lutego 1935 roku w więzieniu Ploetzensee w Berlinie. Tu na środku placu więziennego stał drewniany kloc, na którym przeprowadzano egzekucje.

Tragedia ta związana była z działalnością agenta polskiego wywiadu, rotmistrza Jerzego Sosnowskiego vel „Ritter von Nałęcz”. Od 1927 roku był on akredytowanym oficerem w polskiej ambasadzie. Brał aktywny udział w życiu arystokratycznym i dyplomatycznym niemieckiej stolicy. Podając się za barona, wszędzie wzbudzał podziw dam. Jego wygląd i tytuł otwierały drzwi do najbardziej ścisłych kręgów. Szybko nawiązał bliskie kontakty z Benitą von Falkenhayn (z domu von Zolikofer-Altenklingen). Ze względu na swoje pochodzenie oraz poprzez męża, Benita miała liczne znajomości wśród pracowników Ministerstwa Wojny (Reichswehrministerium) oraz śmietanki towarzyskiej Berlina. Nie miała natomiast dostępu do tajnych informacji, jakich poszukiwał Sosnowski. Wtedy okazało się czego może dokonać zakochana kobieta. Dzięki kontaktom i namowom Benity, do siatki szpiegowskiej pozyskano Irenę von Jena i Renatę von Natzmer – pracownice tajnych komórek w ministerstwie Reichswehry.

Dokumenty dostarczone przez Renate von Natzmer pozwoliły polskiemu wywiadowi poznać szczegóły tajnej współpracy wojskowej pomiędzy Niemcami i ZSRR. Kontakty Sosnowskiego były tak owocne, że w roku 1934 otrzymał 70 z 200 stron niemieckiego planu mobilizacji i wojny z Polską i przesłał je do kraju.

Wywiad polski zaopatrywał berlińskiego agenta w taką ilość pieniędzy, że mógł on prowadzić rozrzutne życie hulaki i playboya. Nie zapominając o celach pracy operacyjnej, organizował dla znajomych i ich przyjaciół wystawne imprezy, które się odbywały w znanych i eleganckich miejscach, jak Hotel Adlon, bieżnia wyścigów konnych w Karlshorst czy luksusowe hotele na francuskiej Riwierze.

Wszystkie współpracownice Sosnowskiego były również stałymi bywalczyniami jego sypialni. I nie tylko one. Wśród licznej rzeszy kochanek rotmistrza-barona znalazły się także żony dygnitarzy oraz funkcjonariuszy cywilnych i wojskowych organów bezpieczeństwa. Dzięki temu informowany był o próbach zweryfikowania jego tożsamości i zagrożeniach dekonspiracją.

Powodzenie Sosnowskiego w zdobywaniu tajnych wiadomości dla polskiego wywiadu opierało się głównie na jego związkach phoca_thumb_l_jerzy-sosnowski7miłosnych. I tu znów prawdziwe okazało się powiedzenie „kto mieczem wojuje, od miecza ginie”. Upadek tej świetnej kariery spowodowała kolejna romantyczna afera. Tym razem postanowił „baron” usidlić i zwerbować do pracy szpiegowskiej piękną tancerkę o pseudonimie Lea Niako. Była to miłość, która szybko zmieniła się w zazdrość, potem w nienawiść i w końcu doprowadziła do aresztowania Sosnowskiego przez niemiecki kontrwywiad. Maria Kruse czyli Lea Niako odnalazła listy, z których miało wynikać, że Jerzy obiecał małżeństwo innej. Poczuła się zdradzona i pomogła Abwehrze ująć kochanka. Okazało się, że działała na dwa fronty.

Scenę aresztowania siatki szpiegowskiej Sosnowskiego próbował odtworzyć 21 lutego 1935 roku „Głos Poranny” (za „United Press”):

Podejrzane o zdradę stanu, a obecnie stracone kobiety przytrzymane zostały podobno niedawno przez policję śledczą w jednym z najelegantszych lokali Berlina. W pewnej chwili otworzyły się nagle drzwi i wkroczyli nie proszeni goście: „Tajna policja państwowa! Niech nikt nie opuszcza lokalu! Proszę o dokumenty!”
Pewna dama błagała oficera policyjnego, by nie pytał o jej nazwisko, w przeciwnym razie bowiem, jeśli dowie się o tem jej mąż i rodzina, jest stracona. Inna wskoczyła na okno w zamiarze popełnienia samobójstwa. W ostatniej chwili jednak chwycił ją za rękę jeden z policyjnych agentów. Była to właśnie stracona obecnie Benita von Falkenbayn, z domu Zolikofer – Altenklingen.

W tym opisie więcej było dziennikarskiej fantazji niż faktów. Aresztowanie Sosnowskiego i jego wspólników nastąpiło przecież rok wcześniej, w lutym 1934 roku. Witold Kurpis w książce „Berlińska misja” opisał to zdarzenie dokładniej. Akcja policji miała nastąpić podczas przyjęcia w mieszkaniu barona Sosnowskiego, które wydał z okazji udanego debiutu scenicznego swej przyjaciółki Lei. Nie było tam Benity, gdyż odkąd wyszła za barona von Berga, jej stosunki z Jerzym rozluźniły się. Według Kurpisa okoliczności aresztowania były bardzo dramatyczne i intrygujące:

Dochodziła dwudziesta druga. Salon Sosnowskiego zapełniał się gośćmi. On sam, stojąc przy drzwiach, witał uśmiechem damy w wytwornych wieczorowych kreacjach. Na przyjęcie przybyli również pracownicy poselstwa polskiego w Berlinie — dr Dyjas, Gawroński i Perłowski. Sosnowski nie przypuszczał, aby Abwehra w tym dniu zdecydowała się na jakiś stanowczy krok. A później będzie już za późno — kierownik placówki IN-3 postanowił zniknąć z Berlina zaraz po przyjęciu. Nie podejrzewał, że od kilku już godzin piętro wyżej, w mieszkaniu radcy Patschowsky’ego grupa agentów policji oczekuje na rozkazy. Punktleaualnie o godzinie dwudziestej drugiej piętnaście rozległo się energiczne pukanie do drzwi wejściowych i okrzyk:
— Aufmachen! Kriminalpolizei!
Agenci gestapo z pistoletami w ręku wtargnęli do salonu. Wśród gości zapanował popłoch. Część gestapowców, trzymając lufy pistoletów zwrócone w stronę gości, zaczęła okrążać ich, uniemożliwiając wymknięcie się kogokolwiek z salonu.
Wśród lamentu i przeraźliwych okrzyków kierujący akcją komisarz Kubitzky rzucił ostrym głosem:
— Wszyscy ustawić się przy ścianie! Damy osobno!

Najważniejsze wspólniczki Sosnowskiego: Benita, Renata i Irena aresztowane zostały później, we własnych mieszkaniach. Wszystkich zatrzymanych poddano długotrwałemu śledztwu. Pierwsza załamała się Renata von Natzmer. Przyznała, że była agentką polskiego wywiadu od kilku lat i zdradziła śledczym wiele szczegółów dotyczących współpracy z Benitą i Sosnowskim. Jej zeznania potwierdziła Irena von Jena, a potem również Benita von Falkenhayn.

Śledztwo trwało cały rok, proces sądowy tylko kilka dni. Choć w berlińskim sądzie polski agent całą winę starał się wziąć na siebie, nie udało mu się uchronić dwóch współpracownic przed najwyższą karą. 16 lutego 1935 roku Benitę von Falkenhayn i Renatę von Natzmer skazano na śmierć przez ścięcie toporem, a Jerzego Sosnowskiego i Irenę von Jena na dożywotnie więzienie. Lea Niako, która też znalazła się na ławie oskarżonych, skazana została na osiem lat więzienia, ale zaraz zwolniono ją na rozkaz Hitlera.

Natychmiast po ogłoszeniu wyroku polski ambasador, Józef Lipski udał się do ministra spraw zagranicznych III Rzeszy, von Neuratha z prośbą Sosnowskiego o zgodę na poślubienie Benity. Wtedy automatycznie dostałaby ona polskie obywatelstwo i uratowała życie. Wniosek trafił do Hitlera, ale ten odmówił następująco: „Przestępstwo jej jest tak ciężkie, że nie można pójść na żadne ustępstwa w tym wypadku.”

Samego Sosnowskiego uratował immunitet dyplomatyczny. Dwa lata później wymieniono go na siedmiu niemieckich agentów złapanych przez polski kontrwywiad. W kraju nie skończyły się jego problemy. Wskubenitatek niemieckiej prowokacji polskie służby doszły do wniosku, że był podwójnym agentem i pracował również dla III Rzeszy. 7 czerwca 1939 roku skazano go za zdradę na 15 lat więzienia.

Wracając do tragicznego ranka, 18 lutego 1935 roku. Istnieją relacje dotyczące zachowania się skazanych kobiet oraz przebiegu egzekucji. Na ile są wiarygodne, trudno dziś ocenić. Nie wypada jednak nie przytoczyć ich przy tej okazji. Wspomniany wcześniej Witold Kurpis tak przedstawił ostatnie godziny frau von Falkenhayn-Berg:

Przez całą noc poprzedzającą egzekucję Benita pisała spowiedź ze swego życia. Prosiła o przekazanie jej — wraz z innymi pamiątkami — Sosnowskiemu. Śmiało podeszła do pnia katowskiego, a nawet zażądała… pomadki do ust. Według nie sprawdzonych wersji miała powiedzieć: „Umieram za moją przybraną ojczyznę”. Krótki błysk katowskiego topora, najbardziej hańbiącego narzędzia śmierci, i głowa jej potoczyła się po więziennym dziedzińcu.

Zachowały się też wspomnienia o ostatnich godzinach życia Renaty von Natzmer. Podobno wieczorem poprosiła o wino. Okrutny los zadrwił sobie z niej: jedyna butelka, jaką znaleziono w więzieniu Ploetzensee należała do kata. Renata więc, nie wiedząc o tym, wypiła ostatni kirenateeliszek w swym 37-letnim życiu na koszt swego oprawcy…

Z różnych źródeł wiadomo, że wykonawcą obu wyroków był niejaki Carl Groebler z Magdeburga, który dorabiał sobie, jako kat do skromnych zarobków właściciela pralni. Od jednej ściętej głowy wypłacano mu pięćdziesiąt marek, zaś po 20 marek jego pomocnikom. Po egzekucji ciała obu kobiet spalono w krematorium. Urna z prochami Benity spoczywa na cmentarzu przy Kaiser Wilhelm Gedachtniskirche, a Renaty von Natzmer w Wilmersdorf, jednej z dzielnic Berlina.

Prasa ówczesna informowała o egzekucji bardzo skrótowo. Władze niemieckie nie udzielały  informacji o jej szczegółach. Wiadomość o wyroku została podana publicznie na ogromnych czerwonych plakatach już po jego wykonaniu.

Barbarzyńska egzekucja dokonana na dwóch kobietach była czytelnym sygnałem, że reżim hitlerowski, aby osiągnąć swoje cele, nie cofnie się przed żadnym okrucieństwem. Sygnał ten świat zlekceważył. Najostrzejszy sprzeciw wobec tak wykonywanej sprawiedliwości zgłosiła polska poetka…

***

Wyrok wydali Niemcy,
W mętny dzień zimowy,
Na pniu tępej tyranii
Sami tracąc głowy…

Źródła:

„Miłość, szpiegostwo, a na końcu siekiera” na: coldwarhistory.us

http://jerzysosnowski.info

Witold Kurpis „Berlińska misja”

Wykorzystano fragmenty wiersza „Enthauptet!” Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej oraz rysunki nieznanego autora.

„Pijanego świnia zjadła” – informował 17 listopada 1912 roku „Goniec Częstochowski”. Treść sensacyjnej notatki przedrukowanej z lubelskiego „Gońca Polskiego” brzmiała jak niżej:

Do jakiego stanu może doprowadzić wódka za przykład niech posłuży następujący wypadek. Pewien włościanin ze wsi Czułczyce, gm.

rys. Marek Raczkowski

Staw powiatu Chełmskiego udał się na jarmark do Chełma aby sprzedać wieprza. Wieprza nie udało się sprzedać, więc smutek postanowił zapić i upił się. Ostatecznie wlazł na wóz i w stanie nieprzytomnym pojechał do domu razem z wieprzem. Wieprz cały dzień nie jadł, zaczął więc atakować gospodarza. Pijany nie stawił oporu i wieprz nagryzł włościaninowi bok. Koń instynktownie zajechał przed dom; ku zdziwieniu obecnych włościanin z fury nie zszedł. Gdy zbliżono się, gospodarz dawał tylko słabe oznaki życia i wkrótce zmarł. Niech wypadek ten będzie przestrogą dla upijających się..

Pamiętaj włościaninie: nakarm wieprza, wtedy wódka będzie lepsza…

Wytrzymawszy tak okropne męczarnie, żył jeszcze i zachował przytomność umysłu. Podnosząc głowę do góry, zawołał: „mój kochany, głowę każ mi uciąć.”

Działo się to w czasach tzw. III wojny północnej. 10 października 1707 roku na łące pod Kazimierzem Biskupim doszło do makabrycznych scen. W miejscu tym król szwedzki Karol XII postanowił niezwykle okrutnie ukarać za rzekomą zdradę inflanckiego szlachcica i generała Jana Patkula. Poniższa relacja oparta jest na tekście opublikowanym w czasopiśmie „Przyjaciel Ludu” w roku 1836.

*  *  *

W roku 1707 król Polski August II Sas, ścigany przez wojska szwedzkie, mając już dość długoletniej wojny i błąkania się po Polsce, wysłał swych pełnomocników do króla Szwecji z propozycją pokoju. Karol XII w tym czasie opanował już prawie całą Saksonię. August bliski był utraty nie tylko tronu Rzeczpospolitej, ale i swojej saksońskiej ojczyzny.

Jan Patkul

Jan Reinhold Patkul

Szwedzki król przedstawił bardzo trudne warunki pokoju: zrzeczenie się tronu polskiego na wieczne czasy i wydanie zbiegów, pomiędzy którymi wymienił wyraźnie Jana Patkula. Chociaż były to warunki upokarzające dla Augusta, jednak je podpisał, po czym udał się natychmiast do Saksonii. Ta ostatnia ofiara tym była większa, że Patkul był właściwie posłem moskiewskim. Jego wydanie sprzeciwiało się prawu narodów i narażało Augusta na gniew cara Piotra I.

Sasi trzymali Patkula w zamku Königstein. August chcąc spełnić żądanie Karola i jednocześnie zachować swój honor, wysłał oficjalnie żołnierzy, aby dostarczyli Patkula Szwedom. Jednocześnie wyprawił potajemnie posłańca do komendanta zamku, z tajnym rozkazem, aby po cichu wypuścił więźnia. Jednak nieszczęśliwy los szykował Patkulowi zgubę. Komendant wiedząc dobrze, że był on bardzo bogaty, zażądał wysokiego okupu. Więzień pewny siebie, mający zaufanie do prawa narodów i powiadomiony o zamiarach króla, odrzucił żądanie komendanta. Tymczasem żołnierze Augusta nadeszli i wydali Patkula bezpośrednio czterem kapitanom szwedzkim, którzy go zaprowadzili do głównej kwatery w Altranstadt. Tam przez 3 miesiące był przykuty łańcuchem do pala.

Z Saksonii, po zawarciu pokoju, Szwedzi przeszli do Polski i przez jakiś czas mieli kwaterę główną w Słupcy. Karol XII, nie zważając, że Patkul był posłem moskiewskim, uważał go (jako Inflantczyka) za swojego poddanego i kazał sądzić według własnego prawa. Został więc Patkul, jako zdrajca, skazany na okrutną śmierć: miał być łamany kołem, a potem poćwiartowany.
8 października 1707 r. przyprowadzono go wieczorem pod mocną eskortą do Kazimierza, miasteczka niedaleko Słupcy. Już następnego dnia, o godzinie 3, posłał mu pułkownik szwedzki księdza, z doniesieniem, że ma umrzeć w poniedziałek, to jest 10 października. Wiadomość ta nie bardzo go zatrwożyła, pragnął tylko wiedzieć, jaką śmiercią ma być stracony. Gdy nie mógł się dowiedzieć, poprosił księdza, aby przy nim został. Kilka godzin czytali i modlili się razem. Potem Patkul dał księdzu 100 dukatów, żądając, aby mu nazajutrz przyniósł komunię świętą.

W wojsku nikt nie wiedział, że kara ma być tak okrutna i ma nastąpić tak szybko. Oprócz pułkowników i kapitana Waldau, który z kompanią 300 ludzi piechoty i 50 konnicy w tym celu został odkomenderowany. Za miasteczkiem, na łące wyznaczono plac egzekucji i poczyniono potrzebne przygotowania: wojsko otoczyło plac, a kapitan Waldau odebrał rozkaz przyprowadzenia winowajcy. Wsiadł Patkul z księdzem do powozu, a oficer kazał pędzić, tak szybko, jak tylko konie mogły biec.

Gdy przejechali na miejsce i zbliżyli się do koła, które uformowało wojsko, ujrzawszy 5 palów, Patkul rzekł przelękniony do swego towarzysza: „Ach księże, patrz tylko, co to jest!”. Po tym, jak wyprowadzono go z powozu i zdjęto mu kajdany Patkul chciał jeszcze przemówić do zgromadzenia, ale namyśliwszy się trochę, rzekł do księdza: „wszak to wszystko na próżno!”. Zapytał więc kapitana gdzie ma iść, a ten pokazał mu leżący kloc. Poszedł Patkul, gdzie mu kazano.

egzekucja_patkula

Egzekucja Patkula – rycina

Oficer pełniący służbę, rzekł głośno, że Jan Patkul, jako zdrajca ojczyzny, złym ludziom dla przykładu następującym sposobem będzie tracony. Tu dał znak katowi, aby zaczął egzekucję. Kat zbliżył się i rzekł do skazanego: „Wybacz Wielmożny Panie”. Na co Patkul odpowiedział: „Skończyła się moja Wielmożność: a ty spraw się dobrze”. To rzekłszy dał mu papierek, w którym było kilka dukatów zawiniętych. Potem położył się pomiędzy czterema palami, do których mocno za nogi i ręce został przywiązany. Przez ten cały czas modlił się z księdzem.

Gdy mu więc kat prawą rękę stłukł, czego dopiero za trzecim uderzeniem dokonał, skazaniec krzyknął przeraźliwie, wołając głośno imię Jezusa, aż mu obie ręce i nogi potłuczono. Ponieważ kat zapomniał uderzyć go kołem w piersi, kapitan Waldau musiał mu o tym przypomnieć. Patkul, wytrzymawszy tak okropne męczarnie, żył jeszcze i musiał zachować nadal przytomność, bowiem podnosząc głowę do góry i obracając ją do kapitana, zawołał jeszcze: „Mój kochany! Głowę, głowę każ uciąć!”. Co natychmiast Waldau kazał uczynić.

Kat chciał skazańca przewrócić brzuchem ku ziemi, i dopiero mu głowę uciąć, lecz Patkul sam jeszcze, zebrawszy wszystkie siły, zawlókł się do pnia, na którym sam głowę położył. Kat trzy razy uderzyć musiał, nim głowa spadła. Potem ciało rozpłatano i wydobyto serce i wnętrzności, a na koniec poćwiartowano. Części te na cztery koła na palach zawieszone położono, głowę zaś na osobny pal wbito. Nieszczęsny generał Patkul zachował aż do ostatniej chwili nieustraszoną odwagę.

Tylko król szwedzki, Karol, wychowany w zasadach despotyzmu, uważał, że wypełnił akt sprawiedliwości. Cała Europa oskarżała go jednak o okrucieństwo. Poćwiartowane ciało Patkula było zawieszone na palach aż do roku 1713, gdy August odzyskawszy tron, kazał pozbierać jego szczątki i pogrzebać w Warszawie.

*  *  *

Karol XII obalając saskiego władcę Polski i sadzając na ten tron wojewodę wielkopolskiego Leszczyńskiego, podzielił Polaków na tych od Sasa i tych od Lasa. Sam został królem w wieku zaledwie 15 lat. Jako osiemnastoletni młodzieniec pokonał pod Narwą czterokrotnie liczniejsze wojska rosyjskie. Swą awanturniczą polityką doprowadził jednak w końcu Szwecję do ruiny. Po klęsce w bitwie pod Połtawą na Ukrainie w 1709 roku, szczęście się od niego odwróciło. Zginął w roku 1718 w oblężonej twierdzy Fredrikshald w Norwegii, trafiony w głowę kulą muszkietową, prawdopodobnie wystrzeloną przez własnego żołnierza. Karol XII był ostatnim władcą absolutnym Szwecji i jednocześnie tym, który pogrzebał mocarstwowe ambicje tego państwa.

Kamień Patkula

Kamień Patkula w Kazimierzu Biskupim

A co do Jana Reinholda Patkula: tego inflanckiego szlachcica pochodzenia niemieckiego, uznano za męczennika sprawy wolności i przywilejów stanowych w Inflantach szwedzkich. Dla upamiętnienia jego krwawej ofiary mieszkańcy Kazimierza łąkę z pagórkiem, gdzie się odbyła ta straszliwa egzekucja nazwali Patkulką. Na miejscu stracenia postawiono figurę św. Jana Nepomucena oraz położono pamiątkowy kamień z wyrytym napisem: PATKUL 10/X.1707. W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, gdy ta część miasta zniknęła pod odkrywką węgla brunatnego, kamień przeniesiono na kazimierski rynek, gdzie leży do dzisiaj.

Trzechsetną rocznicę egzekucji Patkula w Kazimierzu Biskupim uczczono gminną imprezą o nazwie Patkuliana na Patkulce. Była wystawa poświęcona Tadeuszowi Łopalewskiemu, nieżyjącemu już pisarzowi, autorowi powieści „Brzemię pustego morza”, opowiadającej o ostatnich latach życia Patkula. Był spektakl oparty na motywach tej powieści. Odbyły się: sesja naukowa oraz prelekcje. Prezentowano także zebrane dokumenty. Patkuliana miała wielu znakomitych gości, m.in. konsula Estonii. Byli nawet Szwedzi, ale tym razem nastawieni pokojowo. Zabrakło tylko głównego bohatera…

Można powiedzieć, że działalność i ofiara Patkula nie poszły na marne. Inflanty wyzwoliły się spod szwedzkiej tyranii i dostały pod panowanie Rosji. Car Piotr I niemieckiej szlachcie przywrócił majątki i nadał autonomię. Gorzej miała natomiast rodzima, chłopska ludność estońska i łotewska. Narody bałtyckie doczekały wolności dopiero w 1918 roku.

„Najstarszy z żydów pierwszy, wedle podania, przebił nożem jedną Hostię, z której zaraz krew wytrysnęła i twarz mu znacznie skropiła (…) Za przykładem pierwszego, poszła i reszta żydów. Zbrodnicze ich ręce nurzały się we krwi”

Kościół katolicki uroczyście obchodzi dziś Święto Bożego Ciała. To jedno z młodszych świąt, ale za to jedno z bardziej widowiskowych, ze względu na tłumne procesje, paraliżujące ruch w wielu miastach. Obchodzone jest od XIII wieku, a powodem jego wprowadzenia były objawienie i cud. Objawienie miała mieć francuska zakonnica Julianna, która ponoć w 1245 została zaszczycona rozmową z samym Chrystusem. Zażądał on wówczas ustanowienia święta ku czci Najświętszej Eucharystii. I nawet wyznaczył dzień uroczystości Bożego Ciała – czwartek po niedzieli Świętej Trójcy. Oficjalnie do Rzymu wprowadził to święto papież Urban IV w 1264 roku. A skłonił go do tego cud, jaki rzekomo zdarzył się we włoskiej wiosce Bolsena, gdzie rozlane mszalne wino zmieniło się w krew chrystusową.

Ale takie cuda i dziwy nie omijały też Polski. W Poznaniu wskutek legendy o żydowskich świętokradcach i latających hostiach powstały dwa kościoły: kościół Bożego Ciała oraz kościół Najświętszej Krwi Pana Jezusa.

Poznańska legenda o skradzionych hostiach przez całe wieki uchodziła za szczerą prawdę i dowód na zbrodniczą działalność Żydów. A i dziś wielu religijnych fanatyków, a nawet kościelnych hierarchów traktuje tę bajkę jako świadectwo autentycznych wydarzeń. Tym bardziej, że cud poznański został uwiarygodniony bullą papieską Bonifacego IX, a więc nie można traktować go jako legendy, bo podważałoby się w ten sposób autorytet Stolicy Apostolskiej.
Treść tej historii spisana została w roku 1926 przez Mieczysława Noskowicza w książce „Najświętsze trzy Hostie”. Książka niedawno została wznowiona przez wydawnictwo WERS i cieszy się ogromnym zainteresowaniem katolickich fundamentalistów.
Oto zadziwiająca opowieść o profanacji boskiego ciała.
15 sierpnia 1399 doszło w Poznaniu do nadzwyczajnych zdarzeń. Na błoniach nad Wartą, gdzieś w miejscu skrzyżowania dzisiejszych ulic Strzeleckiej i Królowej Jadwigi, pastuszek opiekujący się krowami zauważył nagle, że bydło klęka, patrzy w górę i podziwia unoszące się w powietrzu Trzy Hostie. Blask bił taki, że na miejsce zbiegły się tłumy, a wkrótce przybyły też miejskie władze oraz duchowieństwo z biskupem poznańskim Wojciechem Jastrzębcem. Dominikanin Jan Ryczywół uniósł patenę i Trzy Hostie natychmiast na nią spłynęły. Orszak z biskupem na czele odprowadził Hostie do kościoła farnego św. Marii Magdaleny. Na miejscu cudu biskup polecił wznieść drewnianą kaplicę, do której zaczęło pielgrzymować coraz więcej pątników. Wieść o kulcie rozszerzała się na cały region, a wkrótce także na cały kraj. Kiedy o historii Trzech Hostii dowiedział się król Władysław Jagiełło, postawił w tym miejscu kościół Bożego Ciała, a obok niego klasztor Karmelitów Trzewiczkowych.

Jak ustaliło ”śledztwo”, cud na błoniach, był efektem żydowskiej profanacji. Pewna mieszkanka Poznania, chrześcijanka o imieniu Krystyna, przekupiona przez miejscowych Żydów, wkradła się do ówczesnego kościoła Dominikanów i wyniosła pod osłoną nocy Trzy Hostie. Następnie przekazała je Żydom. Świętokradcy przenieśli konsekrowane Hostie do podziemi dawnej kamienicy Świdwów-Szamotulskich. Tam rzekomo doszło do potwornej profanacji: Hostie położono na drewnianym stole, kłuto, przebijano nożami, deptano… Z tak męczonego Ciała Chrystusowego w końcu trysnęła krew na podłogę i ściany. Kilka kropel upadło na stojącą obok niewidomą Żydówkę, która natychmiast odzyskała wzrok. Żydów ogarnęło wówczas przerażenie. Żeby zatrzeć ślady, próbowali utopić Trzy Hostie w piwnicznej studzience. Ale one ciągle wypływały na wierzch. Wtedy postanowili wynieść Hostie poza miasto i porzucić je daleko, na nadwarciańskich łąkach. W drodze na to miejsce pod wpływem Trzech Hostii nastąpiło jeszcze kilka cudownych uzdrowień. Owinięte w szmaty Hostie zostały zakopane przez Żydów w ziemi. Następnie w cudowny sposób odnaleźli je pastuszkowie.

Dla katolika to ciekawa, wzruszająca, dydaktyczna historyjka z happy andem. Utwierdzająca jego wiarę, która bez cudów i tajemnic byłaby płytka jak przykościelna kałuża. Tyle tylko, że religijna propaganda tak chętnie powołującą się na owe „fakty”, udokumentowane przez kościelnych kronikarzy, omija jak może jeden istotny dla tej historii „fakt”, który w XXI wieku jest już nieco niewygodny i podważa codzienne nawoływania o miłość do bliźniego. Oczywiście „sprawcy” profanacji zostali surowo ukarani, co oznacza, że zamieszani w sprawę rabin i trzynastu Żydów oraz Krystyna i jej córka spłonęli na stosie urządzonym na podmiejskich polach. Sprawiedliwości stało się zadość. Oskarżeni, jak zwykle bywało w takich procesach, przyznali się nie tylko do wszystkiego co im zarzucano, ale i do wielu innych myślo-zbrodni. Ówczesne metody przesłuchań były przecież dużo skuteczniejsze od dzisiejszych. Ukarani zostali również potomkowie „świętokradców”. Gmina żydowska musiała co roku wpłacać na procesję Bożego Ciała datek w wysokości 800 tynfów, a trzech starszych z gminy dla przykładu chodziło z nożami w ręku na czele procesji.
Współcześni propagatorzy tej „budującej” historii nie kwapią się również do uczciwego przyznania, że z kawałka pieczywa nie da się nijak wydobyć ani kropli krwi. Choćby nie wiadomo jak był wypieczony i uświęcony…

Ponad dwieście lat po cudzie karmelici zaświadczą, że odnaleźli w piwnicy przy ul. Żydowskiej stół dębowy, na którym kłuto hostie. „Stół od niewiernych Żydów, iżby się zbrodnia nie wydała, w filarze przez długi czas aż do bieżącego roku był ukryty”. Odnajdą na stole ślady krwi. Za swą zdumiewająca spostrzegawczość ojczulkowie dostaną od miasta w darze rzeczoną kamienicę i przebudują ją na kościół Najświętszej Krwi Pana Jezusa. Później odkryją jeszcze w piwnicy studnię, w której hostie były topione przez Żydów. Po oczyszczeniu ze „śmieci i odchodów” napełnią ją wodą „ku radości miasta, a zwłaszcza chorych, którzy pijąc ową wodę, poczęli powracać do zdrowia z wielu słabości”. Do dziś w Wielką Sobotę wierni ustawiają się w kolejce do tej studni.

Przez całe wieki w kościele przy Żydowskiej wisiała tablica: „Ty Boże, jak za taką krzywdę nagrodzimy? / Twoję, gdy ciężką mękę w Poznaniu widzimy. / Ty sam Boże jakoś jest zawsze sprawiedliwy, / Ty wyniszcz aż do szczętu ten naród złośliwy”. Dopiero w 2005 roku metropolita poznański abp Stanisław Gądecki kazał ją zdjąć.

Ta historia pokazuje sposób, w jaki kościół dochodził do olbrzymich bogactw, zaczynając od władzy nad ludzkimi umysłami. Wystarczyło ogłosić odpowiedni cud, aby stosownie do jego rangi otrzymać w darze świątynię lub posiadłość ziemską. Na głoszenie boskiej chwały nie wypadało przecie skąpić złotówek. Nawet królowi, skoro władza jego od Boga pochodziła…

Historia trzech hostii na youtubie

* * *

Wszystkie ilustracje pochodzą z książki Mieczysława Noskowicza „Najświętsze trzy Hostie”, wydanej w Poznaniu w 1926 r.

„Oddano go potem na kaźń i najpierw ukarano jego język i usta, którymi okrutnie znieważył Boga; potem pieczono jego rękę, narzędzie najszpetniejszego płodu, spalono karty bluźnierstwa, po czym sam potwór tego wieku, bogobójca i prawołomca, został pochłonięty przez pokutne płomienie, choć nie wiadomo, czy i one mogły zgładzić takie bezeceństwo.”
Tak opisywał śmierć Kazimierza Łyszczyńskiego biskup Andrzej Chryzostom Załuski – zażarty przeciwnik i główny oskarżyciel polskiego ateisty.

Potworne męczarnie na jakie w 1689 roku skazano Łyszczyńskiego w rzeczywistości nie doszły do skutku, albowiem, w swej łaskawości, król Jan III Sobieski złagodził wyrok i skazanemu humanitarnie ścięto mieczem głowę. Po czym ciało spalono, a „popioły jego nabito w końcu w działo i ku Tatarii wystrzelono*”

Po 11 latach od egzekucji, opisując zdarzenie, kanclerz wielki koronny – biskup Załuski raczył o tym zapomnieć, wychodząc najwyraźniej z założenia, że zasądzona kara była najsprawiedliwszą za zbrodnię, jakiej rzekomo dopuścił się Łyszczyński. I większą stanowiła przestrogę dla innych „potworów” i „bezbożników”.

O procesie polskiego ateisty pisał niejaki N. Rasiński we wspomnieniach z czasów Jana Sobieskiego i Augusta II. Pod rokiem 1689 znajdujemy notatkę:
„Łyszczyński powątpiewając o bytności Boga, poważył się zdanie to jawnie wynurzyć. Pasek w swoich pamiętnikach mówi, iż nawet sobie znalazł był stronników. Sposób podobnego myślenia, powszechnie w oczach wszystkich zgrozą będący, ściągnął karę męczeńską na niego. (…) Rafał Leszczyński, Wojewoda poznański, ojciec Króla naszego Stanisława, wystawiając w swej mowie postępek ten jako obraz zuchwałości człowieka, „muszę tedy,” rzecze, „W. Król. Mości, Panu memu miłościwemu, zalecić karę dla przykładu, a nie ułaskawienie. Nic mnie od mego postanowienia nie odwiedzie, bo jeśli w niebie na litość zasłuży, przeczyści się owszem przez ogień. Niech bezbożne pisma z ręku i w ręku będą palone, sam w ogień żywo wrzucony, i proch jego wystrzelony, aby tak zginęła z hukiem pamięć jego bezbożności!”

Co napisał Łyszczyński, że zasłużył sobie na taką pogardę i straszliwą śmierć?. Oto fragmenty jego pism:
„Zaklinamy was , o teologowie, na waszego Boga, czy w ten sposób nie gasicie światła Rozumu, czy nie usuwacie słońca ze świata, czy nie ściągacie z nieba Boga waszego, gdy przypisujecie Bogu rzeczy niemożliwych, atrybuty i określenia przeczące sobie. (…)
Człowiek jest twórcą Boga, a Bóg jest tworem i dziełem człowieka. (…)
Religia została ustanowiona przez ludzi bez religii, aby ich czczono, chociaż Boga nie ma. Pobożność została wprowadzona przez bezbożnych. Lęk przed Bogiem jest rozpowszechniany przez nie lękających się, w tym celu, żeby się ich lękano. (…)
Prosty lud oszukiwany jest przez mądrzejszych wymysłem wiary w Boga na swoje uciemiężenie; tego samego uciemiężenia broni jednak lud, w taki sposób, że gdyby mędrcy chcieli prawdą wyzwolić lud z tego uciemiężenia, zostaliby zdławieni przez sam lud.”

Tylko tyle i aż tyle. Jego pisma, widać nie godziły bezpośrednio w dobro Boga na tyle, aby został ukarany natychmiast piorunem z nieba, ogniem piekielnym lub chociażby uschnięciem bluźnierczej ręki. Godziły natomiast w interesy Kościoła, z którymi musiał liczyć się nawet sam król.

Dziś za wyjątkowe barbarzyństwo uważamy (stosowane dotąd przez islamskich ekstremistów) ścinanie ludzi mieczem, a za szczyt barbarzyństwa kanibalizm i składanie ofiar z ludzi, co praktykowało w przeszłości wiele ludów. I zapominamy lub chcemy zapomnieć, że taką samą ofiarę złożono z Łyszczyńskiego.

Jego kaźń była potrzebna, aby ułagodzić boski gniew, jaki (jak wierzono lub udawano, że wierzono) spadnie na kraj i rodaków za bluźnierstwo. Występek Łyszczyńskiego – mówiło się wówczas w najwyższych sferach Rzeczypospolitej (nawet król Jan III tak twierdził) – przyczyniło się do nieszczęść, jakie na kraj spadały. Wyraźnie to powiedział w czasie procesu wojewoda sieradzki Jan Pieniążek. To, że obrady sejmu polskiego są mało skuteczne jest wynikiem obrazy boskiej. Spowodowanej po pierwsze „pojawieniem się człowieka, który zaprzecza istnieniu Boga”, po drugie „bluźnierstwami” skierowanymi przeciwko Najświętszej Marii Pannie w Gdańsku, a także obrazą biskupa chełmińskiego, Kazimierza Opalińskiego, przez mieszczan toruńskich, i po trzecie „bezprawnym” budowaniem nowych szkół przez Żydów.

Co Bóg o tym myślał, nigdy się nie dowiemy. Bo gorliwi jego słudzy nie pozwolili Mu zająć w tej sprawie stanowiska. Sami wykonali mokrą robotę, nie czekając na boski wyrok. Jak wiemy przykładne ukaranie ateisty nie pomogło Ojczyźnie i z roku na rok pogrążała się ona w anarchii, aż została podzielona pomiędzy silniejszych sąsiadów.

Kiedy zatem słyszysz drogi czytelniku o katolickim monopolu na patriotyzm lub o potrzebie zachowania naszych chrześcijańskich korzeni, pamiętaj o Łyszczyńskim. Jego proces i śmierć to jeden z tych, tak ważnych dla nas korzeni. I to wcale jakiś byle jaki korzonek, ale korzeń całkiem dorodny…

Nie zapominaj o człowieku, który odważył się samodzielnie myśleć, ale i nie zapominaj o jego oprawcach, którzy często w literaturze historycznej przedstawiani są jako wzór szlachetności i patriotyzmu. Oto oni:

  • biskup inflancki, Mikołaj Popławski – jednocześnie senator RP i inkwizytor-reprezentant rzymskiej Kongregacji św. Inkwizycji
  • nuncjusz papieski Giacomo Cantelmo (1640-1702) domagał się w procesie Łyszczyńskiego zastosowania procedury świętej inkwizycji tj. tortur, w celu wykrycia i ukarania innych ateistów
  • biskup kijowski Andrzej Chryzostom Załuski, wyjątkowo zaangażowany w proces, konsekwentnie żądał jak najsurowszej kary dla ateisty
  • biskup poznański Jan Stanisław Witwicki
  • prymas Michał Stefan Radziejowski
  • biskup wileński Konstanty Kazimierz Brzostowski
  • król Jan III Sobieski – dla „świętego!” spokoju zgodził się na uwięzienie i sąd nad szlachcicem (zresztą zasłużonym dla ojczyzny w czasie wojen ze Szwedami i Moskwą) za czyny nie podlegające świeckim paragrafom.

No i szczególnie odrażający typ, konfident, złodziej i krzywoprzysięzca – Jan Kazimierz Brzoska. Dłużnik, który aby nie oddać długu, ukradł nieprawomyślną książkę Łyszczyńskiego i doniósł na niego do wojewody, a potem uparcie trzymał się fałszywych zeznań, mimo złożonej przysięgi. Skorzystał na tym dodatkowo, bo zgodnie z ówczesnym prawem, otrzymał część majątku straconego ateisty.

Pamiętajmy o ofierze z Łyszczyńskiego, by nie poszła ona na marne!

* * *

* czyli  ku krajom pogańskim, jak wtedy sądzono

Powered by WordPress Web Design by SRS Solutions © 2017 To ci historia! Design by SRS Solutions

  • RSS
  • Flaker
  • Twitter
  • Tumblr
  • Facebook
  • GoldenLine
  • Nasza Klasa
  • Wykop