To ci historia!

Blog historyczny, ciekawostki historyczne, sensacje

Wpisy w kategorii: Myślę, bo jestem

Katolicki głos w sprawie ultrakatolicyzmu: „Kościół, który dzieli szkodzi sam sobie”.

W ubiegłym miesiącu obradował w Warszawie pierwszy zjazd polskich pisarzy katolickich. Owoców pozytywnych zjazd ten nie przyniósł, chociaż w jego czterech sekcjach: prasy katolickiej, prasy ludowej, szkolnictwa i propagandy katolickiej odczytano kilkadziesiąt referatów. Niemniej jednak należy zjazd ten uważać za bardzo pożyteczny, ze względu na to, że wyjaśnił wzajemny stosunek do siebie dwóch prądów, ścierających się w łonie duchowieństwa. Przeprowadził linię demarkacyjną pomiędzy klerykalizmem a lojalnym stosunkiem wiernych do kościoła rzymskokatolickiego.

8f29f55d055331f3a99d3e5aa01244c437175-702-5058-1489-0

W kraju naszym, na wskroś katolickim, który przez cały ciąg dziejów swoich składał niejednokrotne dowody żywego i głębokiego przywiązania do wiary świętej, gdzie hasło „Bóg i ojczyzna” zawsze rozbrzmiewało najszerzej i najgłośniej, stosunek pomiędzy kościołem a społeczeństwem ułożył sią jak najpomyślniej. Zawdzięczać to należy duchowieństwu polskiemu, które oprócz nielicznych wyjątków, zawsze umiało stać na stanowisku odpowiednim i, służąc kościołowi, służyło jednocześnie ojczyźnie.

Księża nasi przez cały ciąg dziejów Polski porozbiorowej stali zarówno na straży wiary, jak i na straży skarbów narodowych, przestrzegając miłości ojczyzny na każdym swoim kroku. Od czasów konfederacji barskiej, przez wszystkie powstania nasze, aż do ostatniej chwili, obok najpierwszych bohaterów narodowych świecą imiona duchownych. Całe szeregi księży polskich szły szlakiem męczeńskim na Sybir, ginęły w kazamatach, wiodły żywot tułaczy „na kresach lasów.“ Duchowieństwo młodszego pokolenia pozostało wierne dawnym tradycjom i umiało godzić obowiązki swoje względem Rzymu z obowiązkami względem Polski.

wladza

Ostatnie dopiero lata wprowadziły ferment do tej dziedziny pojęć. W pewnych sferach naszego duchowieństwa wytworzył się prąd ultraklerykalny, zmierzający do podporządkowania wszystkiego interesom kościoła i w braku tego podporządkowania upatrujący zerwanie z kościołem. Prąd ten uwydatnił się w tzw. grupie częstochowskiej, która zajęła znane stanowisko nieprzyjazne i nieprzejednane wobec Macierzy Polskiej*, czyniąc jej zarzut libertynizmu. Został on wprawdzie odparty, dzięki rozumnemu wejrzeniu w tę sprawę J.E. Arcybiskupa Popiela, ale rozpalone zarzewie nie zgasło. Tliło się ono i tli ciągle jeszcze, a korzystając z pomyślnego dla siebie wiatru, wybuchło znów z całą siłą na zjeździe pisarzy katolickich. Stało się to przy omawianiu niektórych referatów w sekcji szkolnej. Wywiązała się polemika tak ostra, że obradujący rozdzielili się wyraźnie na dwa obozy, o których pojednaniu i porozumieniu mowy być nie mogło. Przedstawiciele prądu klerykalnego zajęli więcej niż nieprzychylne stanowisko wobec świeckiej szkoły polskiej. Stanowisko zgodne ze znanym okólnikiem biskupa Zdzitowieckiego, a sprzeczne z duchem i treścią orędzia arcypasterskiego. Byłby zjazd zakończył się rozdźwiękiem, gdyby nie przemówienie gościa lwowskiego, arcybiskupa ormiańskiego, ks. Theodorowicza. Było ono oliwą, wylaną na wzburzone fale namiętnej dyskusji. Oświetliło sprawę gruntownie i postawiło ją na właściwym gruncie, kreśląc program zasadniczy tzw. pracy katolickiej, podejmowanej przez kościół i przez katolików.

Najważniejszym momentem tej mowy, która wywarła wielkie wrażenie na wszystkich, było śmiało postawione żądanie pogłębienia doktryny katolickiej i przyoblekania starych prawd wiary w nową formę, przystosowaną do cywilizacji współczesnej. Mówca wystąpił kategorycznie przeciw odrzucaniu wszelkich dorobków cywilizacyjnych zarówno w sztuce, jak i w literaturze, dlatego tylko, że cechuje je brak wiary, lecz zalecił wyzyskiwanie ich umiejętne dla nauki Chrystusa. J.E. ks. arcybiskup nawoływał, aby pod płaszczem katolicyzmu nie siać niezgody. Żeby poświęcać się pracy nad ludem, jako pracy dźwigającej ojczyznę i naród, a w tej pracy unikać wszelkich uprzedzeń, chęci panowania nad innymi dlatego tylko, że się jest katolikiem. Przeciwnie, zawsze i wszędzie starać się o to, ażeby być obywatelem kraju, równym innym obywatelom.

- Zadaniem kościoła – mówił – jest jednoczyć wszystkich na rożnych polach pracy, zespalać ich i łączyć, gdyż tylko w ten sposób kościół zdoła sobie zapewnić najliczniejsze szeregi wiernych. Kościół, który dzieli – szkodzi sam sobie.

wladza-brenier38

- Wiary swej nie należy się wstydzić, owszem, należy ją dokumentować, ale zgoła zbyteczną rzeczą jest wystawianie godeł katolickich tam, gdzie to nie jest konieczne. Fałszywym i błędnym jest głoszenie hasła bojowego: „kto nie z nami ten przeciw nam.“ Hasło to powinno brzmieć raczej odwrotnie: „kto nie przeciw nam, ten z nami.“
- Nie panować tu chcę – kończył ks. arcybiskup – dlatego, iż jestem synem tej ojczyzny. Ale sługą jej być pragnę i w pracy dla narodu widzę najszczytniejsze zadanie.

Sądzimy, iż te słowa nie pozostaną bez szerszego i dalszego wpływu na właściwe ukształtowanie się stosunku kościoła do wszelkich prac społecznych, podejmowanych nie na szkodę religii, tylko niezależnie od duchowieństwa. Temu ostatniemu powierzone jest sternictwo moralne i czuwanie nad rozwojem etycznym ludu polskiego, który jest i długo jeszcze będzie wiernym i oddanym synem kościoła. Rozumne jednak duchowieństwo na tej roli powinno poprzestać, nie domagając się pełnej i nieograniczonej władzy nad wszystkim, co tego ludu dotyczy.
Korzystając z uświęconego długoletnią tradycją stosunku swojego do włościanina, ksiądz ma dzisiaj rzadką sposobność bliskiego z nim współżycia, poznania na wylot jego duszy, dokładnego zaznajomienia się z jego potrzebami i, jako taki, będzie niezbędny w każdej pracy społecznej. Żadna akcja, mająca na celu istotne dobro ludu naszego, nie obędzie się bez pomocy duchowieństwa, i do każdej takiej akcji duchowieństwo może i powinno przykładać swoją rękę, współdziałając wielkiemu dziełu odrodzenia ojczyzny przez lud.
Nie wypływa jednak z tego bynajmniej, aby zadaniem tego duchowieństwa było odgrywanie roli decydującej we wszystkim, panowanie nad wszystkim i chwytanie władzy w swe ręce tam nawet, gdzie żadnej nie może ulegać wątpliwości to, iż władza ta do całego należy narodu.

* * *
Powyższy tekst powstał ponad 100 lat temu. Został opublikowany w miesięczniku literacko-naukowym „Biblioteka Warszawska” w lipcu 1907 roku. Mógłby to napisać współczesny przedstawiciel kościoła otwartego na ludzi. Ktoś taki jak ksiądz Lemański lub Boniecki. Albo zwolennik takiego kościoła, na przykład były prezydent Komorowski.
Nie sposób zgodzić się z główną tezą wywodu, iż kościół katolicki miał tylko pozytywny wkład w dzieje narodu polskiego, a kapłani zawsze byli wzorami patriotyzmu. Bez trudu można wskazać przedstawicieli kleru, którzy Polsce szkodzili. A polityka kościoła rzymskokatolickiego od zawsze kieruje się swoim interesem, a nie potrzebami schrystianizowanych narodów. Watykan nie waha się działać wbrew swoim „poddanym”, jeśli może na tym skorzystać.
Warto jednak zauważyć, że autor stawia wiele trafnych diagnoz, aktualnych do dziś. A nawet szczególnie dziś, gdy polski kościół próbuje wrócić do pozycji jaką miał w XIX wieku i w początkach XX. Poprzez swoich zwolenników w kolejnych rządach III RP uzyskuje liczne przywileje i korzyści. Swoją wizję świata konsekwentnie usiłuje narzucić wszystkim Polakom, a odgraża się również Europie. Wraca do poglądów błogosławionego Piusa IX, który w słynnym Sylabusie jako największe zagrożenia dla cywilizacji ludzkiej wskazywał wolność sumienia i wyznania, wolność słowa oraz wyższość prawa świeckiego nad kościelnym.
„Sługą ojczyzny być pragnę i w pracy dla narodu widzę najszczytniejsze zadanie” – któremu ze współczesnych hierarchów przeszłyby przez gardło takie słowa? A nawet gdyby przeszły, czy by je realizował? Jego energia jest nastawiona na zakazywanie handlu w niedzielę, rozwodów i aborcji. Na wieszanie krzyży na rogu każdej ulicy i wprowadzenie religii do egzaminu maturalnego. No i na zdobywaniu kolejnych przywilejów podatkowych.
Polacy nie odrobili swojej lekcji racjonalizmu i nowoczesności. Kiedy narody zachodniej Europy laicyzowały swoje państwa, my nie mieliśmy swojego. Kiedy już to państwo odzyskaliśmy, nie potrafiliśmy wyzwolić go od dogmatów wiary i podległości wobec watykańskich funkcjonariuszy. Ludzie, którzy chcą nas cofnąć cywilizacyjnie o stulecie, właśnie zabrali się za urządzanie Polski po swojemu czyli ultrakatolicku…

34873ffb986d9a81dc101edeb7002a02

*Macierz Szkolna to szereg stowarzyszeń oświatowych działających na ziemiach polskich na przełomie XIX i XX w. oraz w okresie międzywojennym. Miały na celu upowszechnianie oświaty. W ich prace zaangażowanych było wielu sławnych pisarzy, m.in. Bolesław Prus, Józef I. Kraszewski, Henryk Sienkiewicz oraz Adam Krasiński, wnuk Zygmunta.

 

28 kwietnia 1918 w Rzymie przyjął święcenia kapłańskie Rajmund Kolbe. Twórca katolickiej machiny propagandowej, przedwojenny ojciec Rydzyk. Znany później jako Maksymilian Maria i święty Maksymilian. Patron wielu parafii, szkół, miast i miasteczek, rodzin, a nawet honorowych dawców krwi. Przez senat RP uznany wzorem dla Polaków w roku 2011.

W sierpniu minie 75 lat od śmierci świętego, więc jest to dobra okazja do przypomnienia dewocyjnego franciszkanina, „wzorca cnót”, autorytetu moralnego” i „patrona trudnych czasów”. „Jego myśl społeczna i ofiara mają szczególne znaczenie dla wciąż odradzającego się społeczeństwa obywatelskiego Rzeczypospolitej” – stwierdzali natchnieni przez Opatrzność senatorowie RP w październiku 2010 roku.

patronPrzypomnijmy zatem kim był i jaką „myśl społeczną” wyznawał o. Maksymilian. Urodził się jako Rajmund Kolbe w 1894 roku w Zduńskiej woli. W wieku 12 lat doznał cudownego objawienia. Ukazała mu się Matka Boska i zaproponowała, że dostanie od niej łaski czystości i męczeństwa. Odtąd stał się żarliwym wyznawcą i sługą Maryji. W roku 1910 we Lwowie wstąpił do zakonu franciszkanów i rozpoczął nowicjat, przyjmując imię Maksymiliana. Dwa lata później wyjechał do Rzymu na studia teologiczne. Po uzyskaniu w 1915 roku doktoratu z filozofii, studiował teologię. Studia te zakończył doktoratem w 1919 roku.

Podczas studiów, w roku 1917 wraz z kilkoma klerykami założył związek „Militia Immaculatae” (znany u nas pod jako Rycerstwo Niepokalanej lub Milicja Niepokalanej). Opracowany przez Maksymiliana statut Milicji jako podstawowy cel określał: „staranie się o nawrócenie grzeszników, heretyków, schizmatyków itd., a najbardziej masonów, oraz uświęcenie wszystkich pod opieką i za pośrednictwem Najświętszej Maryi Panny Niepokalanej”. Totalne nawrócenie, „uświęcenie wszystkich i każdego z osobna, co są i będą kiedykolwiek i gdziekolwiek”. Maksymilian czynił to wszystko wyłącznie na polecenie Maryji i dla Maryji.

Filozofia Rycerza Niepokalanej była prosta: jeśli ktoś nie wierzy w katolickiego Boga, wierzy w Boga innego lub inaczej – straszliwie błądzi i nie może być dobrym człowiekiem. Nie warto próbować go zrozumieć, należy go (oczywiście: dla jego dobra) jak najszybciej nawrócić na właściwą wiarę, tj. wiarę o. Maksymiliana i jego kompanii. Temu celowi miała służyć imponująca machina propagandowa, jaka powstała w Niepokalanowie. Przedwojenne dokonania Kolbego można porównać jedynie ze współczesnym imperium medialnym Ojca Dyrektora w Toruniu. Od stycznia 1922 roku wychodzi organ M. I. – „Rycerz Niepokalanej”. Wkrótce potem ukazuje się, skierowany do najmłodszych, „Rycerzyk Niepokalanej”. W maju 1935 pojawia się kolejne pismo, tym razem wielkonakładowa gazeta codzienna „Mały Dziennik”. W najlepszym okresie nakład MD sięgał nawet 175.000 egzemplarzy w dni powszednie i 275.000 w niedziele. Niepokalanów posiadał również własną radiostację. Pierwszy próbny przekaz radiowy wyemitowano 8 grudnia 1938 roku. Przed wybuchem II wojny światowej stacja zdążyła nadać tylko kilka audycji.

znaczekW rozumieniu katolickich radykałów Maksymilian nie był antysemitą i szowinistą. Wręcz przeciwnie: nawracać chciał wyłącznie z miłości do bliźniego. Ten „święty” człowiek chciał po prostu z miłości do ludzkich istot przerobić je wszystkie na swoje kopyto. Czyż to nie cudowne? O jego „tolerancji” i „miłości” świadczą m.in. artykuły z Małego Dziennika. Redaktorzy w 1937 roku zajęci byli szczególnie tropieniem programów radiowych „spreparowanych przez autorów wątpliwego pochodzenia” i mogących obrażać uczucia katolików:

Słuchacze [Polskiego Radia] narazie cierpliwie znoszą te wybryki, ze zgrzytaniem zębów wyłączając aparaty podczas klepania bzdurstw zżydziałych autorów szmoncesów nalewkowskich. Ale cierpliwość ta może się wyczerpać. Przypuszczamy, że władze Polskiego Radia zwrócą na to uwagę i nie dopuszczą, by nadal zatrute anteny roznosiły po Polsce słowa bluźniercze wobec uczuć katolickich. [pisownia oryginalna]

Wspierali także bojkot żydowskich księgarni:

Tydzień odżydzania księgarstwa dał w Warszawie pożądane wyniki. Od tygodnia organizacje narodowe trzymają straż przy ul. Świętokrzyskiej, aby młodzież szkolna nie kupowała książek u żydów. (…) Proszę przechodzić, lecz do żyda nie wchodzić, bo może spotkać nieprzyjemność”. [pisownia oryginalna]

Oto kilka przykładowych nagłówków z„Małego Dziennika”:

„Profanacja kościoła przez żyda”,”Żydzi winni plugawej zbrodni”, „Żydzi, wszędzie żydzi” [pisownia oryginalna].

Nasz święty patron znalazł cudowne remedium na ówczesne bezrobocie i biedę. Jako, że ich przyczyną była rozwiązłość obyczajów (którą oczywiście propagowali Żydzi i masoni), ojciec Maksymilian wzywał w „Rycerzu Niepokalanej” (1926 rok):

Niechaj dzisiaj wszyscy bez wyjątku odprawią szczerą spowiedź i zaczną prawdziwie po katolicku żyć, natychmiast szybko podźwignie się Ojczyzna, uzdrowią finanse, zawrze rzetelna praca.

cela-smierci-ojca-kolbe-lichenDzielny Rycerz Niepokalanej, obwiniający za wszelkie zło II Rzeczypospolitej i świata Żydów, masonów i liberałów, poniósł śmierć z rąk organizacji, dla której ostateczne rozwiązanie „problemu Żydów” było jednym z głównych celów. 14 sierpnia 1941 roku w Auschwitz, po dwóch tygodniach przebywania w bunkrze głodowym, został zabity zastrzykiem fenolu. Jego dobrowolna śmierć stała się głównym powodem kanonizacji w 1982 roku. Nie mamy żadnych szans na poznanie motywacji Maksymiliana do oddania własnego życia za życie innego więźnia. Ani odróżnić, co w relacjach świadków jest prawdą, a co legendą i mitem. Brak źródeł niezależnych od katolickiej propagandy, daje prawo do brania pod uwagę wszelkich możliwości. Łącznie z samobójstwem pod wpływem załamania psychicznego. Życie w obozie dowodziło katastrofalnego upadku wielu wzniosłych idei, także tych, które głosił Kolbe. Holocaust mógł być niepodziewaną, tragiczną karykaturą jego walki o zbawienie Żydów i masonów.

Być może Kolbego można uznać dziś za wzór inicjatywy, zdecydowania, zdolności organizacyjnych i wytrwałości. Ale w globalnej wiosce jego poglądy są archaiczne i niebezpieczne. To nie jest wzorzec „na trudne czasy”. To nie jest patron na obecne „trudne czasy”. Kult świętego radykała stawia Polaków w kłopotliwej sytuacji. Jak przedstawiać go Izraelczykom przyjeżdżającym tu w poszukiwaniu swoich korzeni? Jak opowiadać o bezinteresownym bohaterstwie Polaków ratujących Żydów od Holocaustu, czcząc jednocześnie mnicha, który tak szydził z wiary żydowskiej:

W niebie żydowskim nie ma tych ludzi, którzy słuchali Kościoła, wierzyli Ewangelii i przyjmowali Sakramenty św. A więc jest to piekło. (…) Najprzód są tam wszyscy żydzi, którzy całe życie gardzili Chrystusem, Najświętszą Panną Maryją, Krzyżem i nie chcieli się nawrócić. A więc to jest piekło.

Jak wytłumaczyć całemu światu, który ma wierzyć w szczególną polską tolerancję, trwanie krucjaty świętego Maksymiliana? „Rycerz Niepokalanej” ciągle żyje. Walczy teraz z ateizmem i masonerią, bo problem żydowski już nie jest tak aktualny. Zgodnie z założeniami świętego Maksymiliana, chce trafić do wszystkich, „do każdego domu, do każdej rodziny”. Nawracać Żydów, luteran, kalwinów i wszelkiej maści niedowiarków. Przecież to dla ich dobra…

Co mógłby powiedzieć zegar o swoim pochodzeniu, gdyby umiał mówić?

Jak to! Miałżeby mnie zbudować ten tępy rzemieślnik, mnie, co odmierzam czas, zaznaczam tak ściśle bieg słońca, powtarzam głośno godziny, które wskazuję! Nie, to niepodobieństwo!

25 grudnia (niektóre źródła podają, że było to 19 grudnia) 1709 roku w Saint-Malo w Bretanii urodził się Julien Offray de La Mettrie. Ten francuski lekarz i filozof, trochę dziś zapomniany jeden z czołowych materialistów XVIII wieku, został nazwany w XIX wieku „obijanym urwisem materializmu francuskiego”. julien_offray_de_la_mettrieZasłużył sobie na to miano niezwykłym talentem polemicznym i bezkompromisowością w głoszeniu poglądów. Temperament szermierza kazał mu rozdawać razy na lewo i prawo i czekać na niechybną reakcję zaatakowanych.

Wrogów miał wszędzie. Wydział lekarski Wszechnicy Paryskiej został przez niego dotkliwie sponiewierany licznymi satyrami i pamfletami, chłoszczącymi zacofanie, a nawet nieuctwo lekarzy paryskich. Kler wszystkich wyznań dzieło życia La Mettriego – traktat „Człowiek-maszyna” – uważał za wyjątkowo szkodliwą książczynę. Nawet wolnomyśliciele, tacy jak Wolter, Maupertuis czy Diderot nie mogli liczyć na żadne względy. La Mettrie ich poglądy krytykował równie bezceremonialnie, jak wywody teologów i idealistów.

Człowiek, który poświęcił życie na dowodzenie materialności natury ludzkiej, pierwsze wykształcenie zdobywał w religijnym kolegium jansenistowskim w Caen. Długo pozostawał pod wpływem teologii jansenistów. Potem zainteresowały go fizyka i medycyna. Kształcił się w słynnej wówczas szkole Boerhaave’a w Lejdzie. Tam zaczął kształtować się jego materialistyczny światopogląd. Jako lekarz praktykował w rodzinnym mieście Saint-Malo, potem został lekarzem wojskowym w Paryżu.

Praca medyka nie pochłonęła go jednak całkowicie. Czytał filozofów, obserwował pacjentów i wyciągał wnioski. W 1745 roku anonimowo wydał swoje pierwsze dzieło filozoficzne „Historia naturalna duszy”. Książka ta, jawnie głosząca materializm, została skonfiskowana i publicznie spalona w Paryżu. W następnym roku La Mettrie opublikował ironiczno-polemiczną rozprawę przeciw przedsiębiorczym lekarzom, którzy nie są zainteresowani nowymi zdobyczami nauki. Po opublikowaniu kolejnego krytycznego artykułu musiał opuścić Francję. Wyjechał do bardziej liberalnej Holandii, w której drukowano zakazane książki z całej Europy. Tu La Mettrie wydał, znowu anonimowo, książkę życia: „Człowiek-maszyna”. Wywołała ona burzę wśród obrońców ustalonych porządków. Wydawca został ukarany grzywną, a autor znów musiał uciekać, bo szybko odkryto jego nazwisko i groziło mu więzienie.

W obronie lekarza-filozofa stanął król pruski Fryderyk II, „monarcha oświecony”, który napisał nawet „Pochwałę La Mettriego”. Możemy przeczytać tam na temat „Człowieka-maszyny”:

Dzieło to, które musiało przejąć wstrętem ludzi, będących już z racji swego stanu jawnymi wrogami postępu rozumu ludzkiego, podniosło wszystkich kapłanów lejdejskich przeciwko autorowi: kalwini, katolicy i ewangelicy zapomnieli w owej chwili, że dzielą ich sprawy współistotności, wolności woli, msza rekwialna oraz nieomylność papieża – i połączyli się wszyscy celem prześladowania filozofa.

Znienawidzony przez Polaków, twórca pierwszego rozbioru Rzeczpospolitej, Fryderyk II zwany Wielkim, chętnie przyjął pod swój dach filozofa – „ofiarę klech”. Wrogowie niepokornego materialisty nie dawali jednak za wygraną. Na jego temat powstawały niezliczone kompromitujące opowieści. Najczęściej dotyczyły rzekomo szczególnie wyuzdanego trybu życia La Mettriego, „lubieżnego wyznawcy Epikura”.

Jedyny konsekwentny ateista na dworze pruskim, bezwzględny krytyk kleru, filozofów i idealistów, wiedział, że jest otoczony przez wrogów. Obawiał się, że pewnego dnia zostanie usunięty za swoją filozoficzną odwagę, padnie ofiarą „złości pobożnych”. Duchowni oraz konserwatyści nienawidzili La Mettriego przede wszystkim za jego śmiałe, doskonale udokumentowane wywody, podważające obowiązujący światopogląd, który dał im władzę. Wykazywał ten lekarz-filozof, na przykład, brak pozytywnego oddziaływania religii na społeczeństwo:

Ponieważ możemy powiedzieć na podstawie licznych doświadczeń, że religia nie pociąga za sobą bezwzględnej uczciwości, to z tych samych powodów mamy prawo sądzić, że ateizm jej jej nie wyklucza.

W oparciu o swoje obserwacje, doświadczenie lekarskie oraz wiedzę fachową La Mettrie dowodził, że wszelkie czynności przypisywane zwykle duszy zależą w istocie od funkcjonowania ciała. Podważał tym samym powszechne jeszcze przekonanie o istnieniu nieśmiertelnej duszy, podstawie chrześcijańskiego porządku świata. Człowieka przedstawiał, jako skomplikowany mechanizm stworzony przez naturę, ściśle powiązany ze światem przyrody:

 Jesteśmy podobni do zegara (…) który mówiłby na przykład tak: „Jak to! Miałżeby mnie zbudować ten tępy rzemieślnik, mnie, co odmierzam czas, zaznaczam tak ściśle bieg słońca, powtarzam głośno godziny, które wskazuję! Nie, to niepodobieństwo!” Tak samo pogardzamy, niewdzięczni, ową, że użyję wyrażenia chemików, wspólną macierzą wszystkich królestw przyrody. Wyobrażamy sobie albo raczej zakładamy istnienie przyczyny wyższej od tej, której wszystko zawdzięczamy i która stworzyła wszystko w sposób zaiste niepojęty. Nie, materia jest rzeczą nędzną tylko dla oczu prostaków, którzy jej nie dostrzegają w najwspanialszych jej tworach. Przyroda nie jest bynajmniej ograniczonym rzemieślnikiem. Stwarza miliony ludzi z większą łatwością i upodobaniem, niż zegarmistrz wysilający się nad zbudowaniem bardzo skomplikowanego zegara…

La Mettrie zmarł w Berlinie 11 listopada 1751 roku, mimo dobrego stanu zdrowia. Rzekomo wskutek własnego nieumiarkowania, po zjedzeniu zbyt dużej ilości pasztetu truflowego. W sumie w niewyjaśnionych okolicznościach. Jak prawdziwy ateista odmówił spowiedzi przed śmiercią.

Przeciwnicy materializmu La Mettriego bawili się przez ponad sto lat dowcipami, które napisał o nim Wolter. Najśmieszniejszy był chyba ten o marnej maszynie, którą unieruchomił jeden pasztet. Ale sam Wolter był też autorem opinii, że „La Mettrie byłby zbyt niebezpieczny, gdyby nie był szalony”. Aby przestał być niebezpiecznym, należało go zrobić szaleńcem albo zabić… Nic dziwnego, skoro napisał takie rzeczy:

W dziedzinie badania przyrody jesteśmy jak krety: przebywamy takie tylko przestrzenie, jak to zwierzę, i jedynie pycha nasza zakreśla granice temu, co nie ma granic.

Niechaj zresztą nikczemne pospólstwo myśli sobie inaczej, niechaj śmie twierdzić, iż nie ma prawości bez wiary w objawienie – słowem, iż potrzeba którejkolwiek bądź innej religii niż religia naturalna! O nędzy! O litości! I jakież to dobre mniemanie wpaja nam każdy o swojej religii! Nie zabiegamy tutaj o poklask gminu. Kto wznosi w swym sercu ołtarz zabobonowi, ten jest urodzonym bałwochwalcą, pozbawionym poczucia cnoty.

Powered by WordPress Web Design by SRS Solutions © 2017 To ci historia! Design by SRS Solutions

  • RSS
  • Flaker
  • Twitter
  • Tumblr
  • Facebook
  • GoldenLine
  • Nasza Klasa
  • Wykop