To ci historia!

Blog historyczny, ciekawostki historyczne, sensacje

Wpisy w kategorii: X Muza

Usłyszeć głos filmowej gwiazdy: Chaplina, Negri czy Garbo… To marzenie widzów niemego kina spełniło się na przełomie lat 20. i 30.  Ale nie wszyscy z tego się cieszyli…

31 października 1929 roku po raz pierwszy w Łodzi wyświetlono film dźwiękowy. Niespodziankę taką sprawił wielbicielom X Muzy kinoteatr „Capitol” przy ulicy Zawadzkiej 16 (obecnie Próchnika). Łodzianie obejrzeli „Śpiewaka z Broadwayu”, film śpiewno-dźwiękowy (o oryginalnym tytule „Lucky Boy”) z George`em Jesselem w roli głównej. Główny bohater, zwany „Lucky Boy”, oczarował widownię pięcioma piosenkami, z których „Oczy mojej matki” i „Niezapominajki”, należały wówczas do najpopularniejszych szlagierów amerykańskich.

Dyrekcja kinoteatru długo utrzymywała projekcję w tajemnicy. 28 października w „Kurierze Łódzkim” poinformowano, że „Capitol” będzie nieczynny do czasu ukończenia montażu aparatury projekcyjnej w celu wyświetlenia pierwszego filmu śpiewno-dźwiękowego. Dopiero w dniu seansu gazety opublikowały zapowiedź i całostronicowe reklamy filmu. Następnego dnia w „Echu” recenzent „Steep” z pewną dozą krytycyzmu, ale i z entuzjazmem relacjonował swoje wrażenia:

Pierwszy film dźwiękowy, jaki zobaczyliśmy w Łodzi nie jest wprawdzie ideałem, lecz w dziejach kinematografii stanowi nowy krok naprzód, przynosi nam zupełnie nowy rodzaj wrażeń artystycznych.
Niewątpliwie, dominującym uczuciem każdego widza i słuchacza jest tu uczucie podziwu dla zwycięskiego ducha ludzkiego. Jakieś dziwne wrażenie niepokoju ogarnia człowieka, słuchającego owych przemawiających dziś i śpiewających widziadeł na ekranie. (..) Cudowny ten wynalazek kryje w sobie fantastyczne wręcz możliwości…

kurier01„Śpiewaka z Broadwayu” wyemitowano na aparatach „Chronophone Gaumont”, a synchronizację filmu wykonano na amerykańskich aparatach RCA Photophone w wytwórni Tiffany Ton. W tym samym czasie w innym łódzkim kinie „Splendid” (ulica Narutowicza 20) instalowano aparaturę firmy Western Electric. 29 października 1929 roku „Splendid” chwalił się w „Kurierze” sprzętem za 200 tysięcy złotych i zapowiadał pierwszą projekcję filmu dźwiękowo-śpiewnego. „Capitol” (po wojnie – Włókniarz) niespodziewanie go wyprzedził, ale to „Splendid” (po wojnie – Bałtyk) jest uważany za pierwsze w Łodzi kino dźwiękowe. Na inaugurację 14 listopada 1929 roku (2 tygodnie po „Capitolu”) pokazał „Statek komediantów” – adaptację broadwayowskiego musicalu „Show Boat”. Później grał m.in. słynnego „Śpiewaka jazzbandu” i „Śpiewającego błazna” z Alem Jolsonem oraz sfilmowane rewie z Broadway`u.

Projekcje filmowe dotarły do Łodzi wkrótce po opatentowaniu kinematografu braci Lumière. 1 sierpnia 1896 roku w parku w Helenowie odbył się jeden z pierwszych pokazów w Polsce. Pierwsze stałe kino (zwane wtedy kinematografem) otworzyli bracia Krzemińscy w 1899 roku, przy ul. Piotrkowskiej. Przed I wojną światową działało w Łodzi kilkanaście kin. Wojna i niemiecka okupacja spowodowały początkowo upadek wielu małych placówek, ale tuż przed odzyskaniem niepodległości ich liczba wróciła do poziomu przedwojennego. Od pierwszych lat niepodległości liczba kin zdecydowanie rosła. W 1924 r. działały w Łodzi już 22, a w latach trzydziestych było ich 33-34. Spośród miast II Rzeczypospolitej tylko Warszawa miała więcej kin.

Powody tak znacznego „ukinowienia” Łodzi wyjaśniają statystyki: przeciętny mieszkaniec miasta w latach trzydziestych odwiedzał kino raz w miesiącu. Mimo, że ubożsi łodzianie często mieli dylemat: kupić coś dla ducha (bilet do kina) czy dla ciała? Kilogram wieprzowiny kosztował wtedy około 3 złotych, a dobrej kiełbasy – 5 złotych. Za najdroższy bilet do kina trzeba było zapłacić 4,5 złotego, ale była i oferta dla biednych: w Miejskim Kinematografie Oświatowym można było wejść na seans nawet za 10 groszy. Po pojawieniu się filmów dźwiękowych publiczność nadal chętnie (mimo kryzysu) odwiedzała kinoteatry.

Duże zainteresowanie widzów jednak nie przynosiło kinoteatrom szybkich sukcesów finansowych. Obciążone były wysokim podatkiem widowiskowym oraz koniecznością kupowania tzw. świadectw przemysłowych. Dodatkowym, i to bardzo poważnym wydatkiem, była instalacja aparatury dźwiękowej. W roku 1929 kosztowała około 20 tys. dolarów czyli przy ówczesnym kursie prawie 180 000 złotych. Dodatkowo, inwestycja ta obciążona była dużym ryzykiem. W roku 1930 panowało jeszcze dość powszechne przekonanie, że w przyszłości istnieć będą równolegle dwie sztuki filmowe: niema i dźwiękowa. Ponieważ koszty wynajmu „dźwiękowców” były dwukrotnie wyższe od filmów niemych, powodowało to ciągły niedostatek w repertuarach filmów w wersji dźwiękowej. Nawet kina z aparaturą dźwiękową (Capitol, Grand-kino, Casino) grały na przemian filmy nieme i dźwiękowe.

aktorzy

W tej sytuacji trudno dziwić się, że nie wszyscy podzielali entuzjazm dla filmu dźwiękowego. Właściciele ponad 50 kin z województwa łódzkiego, działający w Związku Kinoteatrów Łódzkich, zebrali się 8 stycznia 1930 roku, aby zapobiec dalszemu rozpowszechnianiu się „dźwiękowców”. Kierowała nimi obawa przed utratą zysku i przed kosztowną inwestycją, na którą składał się często nie tylko zakup drogiej aparatury, ale również konieczność gruntownej modernizacji budynku kina, lub nawet wybudowania nowego. Dla lepszego efektu swoje wystąpienie ozdobili patriotycznymi szarfami oraz antyamerykańskimi i antytrustowymi hasłami. Swoje stanowisko przestawili w specjalnej uchwale, która stwierdzała, że wyświetlanie filmów dźwiękowych w obcym języku

przynosi państwu duże straty zarówno pod względem materialnym, jak i moralnym, krzewi obcą kulturę, mowę, obyczaje już nie tylko wzrokowo, lecz i słuchowo…

Związek kinoteatrów orzekł ponadto, że film dźwiękowy osłabia polski bilans handlowy, przyczynia się do „uprawiania wrogiej nam propagandy”, powoduje bezrobocie wśród muzyków (zatrudnianych przez kina nieme), utrudnia rodzimą produkcję filmową oraz obniża poziom sztuki filmowej. Właściciele kin postanowili nie instalować aparatów dźwiękowych w kinoteatrach województwa łódzkiego, zwrócić się do władz o wprowadzenie podwójnej cenzury – oddzielnych dla taśmy filmowej i dla ilustracji dźwiękowej, nie współpracować z dostawcami filmów, którzy oferują filmy dźwiękowe i wymuszają instalowanie aparatów dźwiękowych oraz zaapelować do wszystkich zrzeszeń wojewódzkich o podjęcie takich samych działań. Bojkot oczywiście poparli muzycy, którym według kiniarzy z winy filmu dźwiękowego, groziła utrata środków do życia. W kwietniu 1930 roku odbył się w Warszawie walny zjazd związku zawodowego muzyków, podczas którego zażądali od rządu stworzenia specjalnego funduszu zapomogowego dla bezrobotnych muzyków. Składać się mieli na to właściciele kin obciążeni specjalnym podatkiem.

Środowisko filmowe było podzielone w sprawie dźwiękowej nowości. Niektórzy widzieli w niej szansę na rozwój własnej kultury filmowej, w reakcji na bariery językowe. Inni, zachwyceni osiągnięciami filmu niemego uważali, że raczkujący dźwiękowiec nigdy nie dojdzie do takiego poziomu artystycznego. 6 kwietnia 1930 roku łódzkie elity artystyczne przeprowadziły „sąd” nad filmem dźwiękowym. W Teatrze Kameralnym odbyła się zabawna rozprawa na niby, w której rolę przewodniczącego pełnił literat-satyryk Stanisław Bal, zaś w roli ławy przysięgłych występowała publiczność. Oskarżyciele filmu dźwiękowego – Wacław Ścibor-Rylski i Aleksander Ford – dowodzili, że nie posiada on wartości literackich, ani artystycznych. Mechaniczny głos i dźwięk nie dają koniecznego kontaktu między widownią a wyświetlanym obrazem, podczas gdy w filmie niemym kontakt ten stwarza orkiestra, złożona z żywych ludzi. Obrońca Stanisław Feliks wykazywał, że film dźwiękowy jest dowodem nieustającego postępu ludzkości, którego nic zatrzymywać nie może i nie powinno. Potem „zeznawali” świadkowie. Jako pierwszy zabrał głos dziennikarz „Hasła Łódzkiego” Stanisław Sapociński. Z humorem potraktował sprawę, porównując film dźwiękowy do pięknej kobiety, która tak długo jest piękna i pociągająca, dopóki milczy. Zauroczenie kończy się, kiedy otworzy usta… Literat Stanisław Rachalewski wygłosił wiersz o filmie, po czym nawoływał do niepowiększania kadr bezrobotnych muzyków wskutek rozpowszechniania nowinki technicznej. Obrony filmu dźwiękowego podjął się łódzki artysta-malarz Konstanty Mackiewicz. W swoim przemówieniu dowodził wartości filmu dźwiękowego. Na zakończenie złożył wniosek, żeby film ten uniewinnić, a pod sąd oddać jego przeciwników… Przewodniczący zamknął posiedzenie sądu propozycją, by publiczność czyli ława przysięgłych sama w domu wydała wyrok w sprawie filmu dźwiękowego…

Tak też się stało. Publika głosując nogami szybko wyleczyła kiniarzy z miłości do filmu niemego… Bojkot kin łódzkich w dużej mierze stracił aktualność i sens już w marcu 1930 roku wraz z pojawieniem się pierwszego filmu mówionego po polsku: „Moralności Pani Dulskiej” w reżyserii Bolesława Newolina.

kino-luna-ok-1915

Akcja zrzeszenia kinoteatrów tylko na chwilę zahamowała proces udźwiękowienia kin. Wbrew uchwale w ciągu roku 1930 we wszystkich ważniejszych kinach łódzkich, takich jak „Capitol”, „Grand-Kino”, „Casino” (później „Polonia”), zainstalowano aparaturę dźwiękową. W następnym roku zrobiły to „Luna” (ul. Przejazd 1, obecnie Tuwima 1/3) i „Przedwiośnie” (ul. Żeromskiego 74/76). Spośród większych kin przy filmie niemym najdłużej trwała „Resursa” (ul. Kilińskiego 123). W 1931 roku jego kierownictwo przeprowadziło plebiscyt wśród widzów, który potwierdził, że ma ono pozostać przy filmie niemym. Jednak w 1933 roku, po remoncie i zmianie nazwy na „Stylowy” i to kino zostało udźwiękowione. W tym samym roku prawie wszystkie łódzkie kina, nawet peryferyjne, przeszły na system dźwiękowy. Tylko dwie placówki usytuowane na Bałutach, przy ul. Młynarskiej: „Lux” oraz „Przyszłość Kultury i Oświaty” grające filmy dla najuboższej widowni, pozostały nieme aż do swojego końca…

Jeśli człowiek chce się zabić barbituranami, to połyka prochy i popija je wodą, a nie przygotowuje sobie roztwór i robi lewatywę!

06 Aug 1962, Hollywood, Los Angeles, California, USA --- The bedroom in which Marilyn Monroe was found dead of a barbituate overdose on August 6, 1962. --- Image by © Bettmann/CORBIS

Była 4.25 nad ranem, gdy sierżant Jack Clemmons odebrał telefon i usłyszał: „Marilyn Monroe nie żyje, popełniła samobójstwo”. Kilka minut później wszedł do domu w Brentwood i zobaczył w sypialni nagą aktorkę leżącą twarzą w dół, z prześcieradłem przyciągniętym do ciała i ze słuchawką telefonu w dłoni. Zakończona o 10.30 sekcja zwłok wykazała, że Marylin umarła około północy. Stwierdzono brak zewnętrznych objawów przemocy oraz obecność we krwi 8 miligramów wodzianu chlorku i 4,5 miligrama nembutalu, a w wątrobie 13 miligramów nembutalu. Zastępca lekarza sądowego, doktor Thomas Noguchi stwierdził, że obejrzał pod lupą „każdy milimetr jej ciała” i nie zauważył żadnych śladów po igle. Nie przeprowadzono jednak analizy toksykologicznej żołądka aktorki i zawartości jelit. Później wyjaśniano, że próbki te zostały zagubione. Według pierwszej opinii koronera przyczyną śmierci mogło być przedawkowanie barbituranów. Później napisał, że prawdopodobnie było to samobójstwo. Ostateczne orzeczenie wydał 27 sierpnia: „Ostre zatrucie barbituranami – przyjęcie zbyt dużej dawki leków”.

100302LAPD09DG.jpg

Oficjalne wyjaśnienie tej tragedii było stosunkowo łatwe do przyjęcia dla wielu znajomych i współpracowników Marylin oraz dla jej fanów na całym świecie. Oto ono w dużym skrócie. 5 sierpnia 1962 r. o trzeciej w nocy gosposia Eunice Murray, zobaczyła światło pod drzwiami sypialni Marylin. Zapukała do drzwi, ale nie usłyszała żadnej odpowiedzi. Zaniepokojona wezwała opiekującego się aktorką, psychiatrę – dr Ralpha Greensona. Greenson przybył niezwłocznie, a kiedy wszedł do sypialni, zobaczył Marylin leżącą nago na łóżku ze słuchawką telefoniczną w dłoni. Ponieważ nie dawała znaku życia wezwał policję z Los Angeles. Dopiero po 35 minutach od znalezienia ciała! Policjanci dotarli na miejsce około 4:30 rano. W sypialni detektywi znaleźli 15 butelek leków na receptę i pustą butelkę szampana. Nie szukali śladów linii papilarnych, co wydaje się dość dziwne w takiej sytuacji. Jeszcze dziwniejszy był fakt, że gosposia podczas wizyty policja była pilnie zajęta praniem, a łóżko, na którym leżało ciało wyglądało jakby przed chwilą zostało świeżo zaścielone.

marylin3

Od śmierci legendy kina lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych minęły już 53 lata, a przyczyny jej przedwczesnej śmierci nadal budzą wątpliwości. Mało kto wierzy jeszcze w oficjalną wersję o samobójstwie. Na pozór wszystko logicznie się ułożyło. Powszechnie znany portret psychologiczny Marilyn przemawiał za taką wersją wydarzeń. Przeżyła trzy nieudane małżeństwa, była narkomanką, miała za sobą poronienia, stany depresyjne i próby samobójcze. Z powodu notorycznego spóźniania się wytwórnia 20th Century Fox wyrzuciła ją z pracy nad filmem ”Something’s Got to Give”. Aktorka miała prawo czuć się podle. Znajomi wiedzieli ponadto, że często mieszała leki z alkoholem. Śmierć Marylin wskutek przedawkowania narkotyków lub środków nasennych (niekoniecznie z premedytacją) była więc dla opinii publicznej najzupełniej realna i prawdopodobna.

W to proste wyjaśnienie zaczyna się wątpić, kiedy wysłucha się co do powiedzenia mieli najbliżsi Marylin. Evelyn Moriaty, dublerka i przyjaciółka, wspominała, że Marilyn była w doskonałym nastroju. Cieszyła się bardzo, że wytwórnia zdecydowała się przywrócić ją do pracy przy ”Something’s got to give”, i to z wyższą gażą. Miała jeszcze grać w dwóch filmach, m.in. w ”Opowieści o Jean Harlow”.  Jej przyszłość rysowała się w całkiem jasnych barwach. W ostatnim czasie Marilyn zajęta była przygotowaniami do ślubu z Joe DiMaggio. Uroczystość miała odbyć się 8 sierpnia w Los Angeles. Obydwoje zawsze byli ze sobą w kontakcie i uważali, że ich wspólne życie będzie szczęśliwsze niż przedtem. Po ślubie wybierali się w podróż do Nowego Jorku. Zamiast ślubu 8 sierpnia odbył się pogrzeb Marylin…

marylin4Dwadzieścia lat po śmierci aktorki, w roku 1982 prokuratura z Los Angeles wydała oświadczenie w sprawie jej śmierci. Jak stwierdzono, Monroe zmarła prawdopodobnie w efekcie przypadkowego przedawkowania leków. Jednak nie wykluczono na podstawie zebranych dowodów, że mogło dojść do morderstwa. Dr Cyril Wecht, specjalista medycyny sądowej uznał publicznie za możliwe, iż aktorce wstrzyknięto substancję toksyczną. Wracają natychmiast wątpliwości i najróżniejsze teorie na temat śmierci gwiazdy Hollywood. Przypomina się o opinii sierżanta Clemmonsa, który po wstępnych oględzinach sypialni był przekonany, że Marylin padła ofiarą morderstwa. Wskazywałyby na to siniaki na ciele aktorki oraz brak szklanki z wodą do popicia tabletek. Ze względu na kilkugodzinne opóźnienie między śmiercią Marylin, a przybyciem policji, uważa się, że wiele dowodów rzeczowych mogło w tym czasie zniknąć. Wiadome było, że aktorka prowadziła pamiętnik, który nie został odnaleziony, mimo że mógłby być ważnym dowodem. Nie zostało wyjaśnione również tajemnicze zachowanie gosposi, która w tak dramatycznych okolicznościach zajęła się praniem…

Minęło pół wieku, a wciąż nie możemy poznać wszystkich szczegółów i dowiedzieć się dlaczego MM zmarła – alarmowały amerykańskie media.

Przy okazji 50. rocznicy śmierci Marilyn Monroe, agencja Associated Press próbowała dotrzeć do pełnych akt na ten temat. Odpowiedź FBI była zaskakująca: „nie ma już materiałów na temat śmierci gwiazdy”. Nie odnaleziono ich także w Archiwum Państwowym, gdzie najczęściej przechowuje się takie dokumenty. Nic dziwnego, że znów zaczęły krążyć opowieści o spisku Kennedych, którzy pomagając aktorce zejść z tego świata, chcieli ukryć niewygodne fakty na temat jej romansu z prezydentem Johnem F. Kennedym, a także jego bratem Robertem. Przyczyną śmierci Marylin miał stać się tzw. czerwony pamiętnik, w którym zapisywała rozmowy z Robertem Kennedym. Tych notatek nigdy nie odnaleziono. Do dziś powtarzane są też teorie, że powodem morderstwa mogły być kontakty aktorki z CIA, środowiskami komunistów, a nawet mafią. Jedna z najdziwniejszych hipotez zakłada, że Marylin sfingowała samobójstwo, namówiona przez przez Petera Lawforda (szwagra Kennedych). Miał ją do tego nakłonić (obiecując, że zostanie odratowana), by w ten sposób wzruszyć serca Amerykanów i osiągnąć znów szczyty popularności… W 2013 roku sensacje wzbudziły ujawnione pośmiertnie pamiętniki detektywa Freda Otash’a.  Założył on podsłuch w domu Marylin Monroe i opisał to co rzekomo usłyszał w dniu śmierci aktorki.

Ostatnie, co podsłuchałem, to straszny krzyk Marilyn. W jej domu był Robert (Kennedy). Kłócili się, ona wołała, że przekazują ją sobie z bratem jak kawałek mięsa. Potem była szarpanina, on wziął poduszkę i przydusił ją do łóżka. Krzyk ustał, Robert szybko wyszedł i nastała cisza – zanotował Fred 5 sierpnia 1962 roku.

marylin5Aż dziw bierze, dlaczego przez pół wieku nie ujawnił tej szokującej wiadomości… Jest oczywiste, że metody śledcze w latach 60. XX wieku były dużo uboższe niż dziś. Zdecydowanie rozwinęła się toksykologia i badania DNA. Nie były wówczas dostępne bilingi rozmów telefonicznych. Ale pół wieku temu rzetelnie prowadzone śledztwo dawało szanse na wyjaśnienie niespodziewanej śmierci gwiazdy kina. Jeśli tak się nie stało, to można domniemywać, że zbyt wielu ludziom zależało na szybkim przyjęciu wersji o samobójstwie. Po wielu latach, wskutek zgromadzonych dokumentów i opowieści świadków, najbardziej prawdopodobna wydaje się wersja niemyślnego spowodowania śmierci aktorki przez jej lekarza – doktora  Ralpha Greensona. Sekcja zwłok wykazała, że do przyjęcia dużej dawki leku nasennego z grupy barbituranów nie mogło dojść wskutek połknięcia, ani zastrzyku. Pozostała jedynie trzecia droga: lewatywa. Potwierdzały to zaobserwowane przez patologów ślady na okrężnicy: przekrwienie i sinawe zabarwienie.

Nigdy nie widziałem czegoś podobnego podczas autopsji. Coś dziwnego działo się z okrężnicą tej kobiety (…) Jeśli człowiek chce się zabić barbituranami, to połyka prochy i popija je wodą, a nie przygotowuje sobie roztwór i robi lewatywę! – stwierdził jeden z lekarzy.

Lek, który spowodował śmierć aktorki, został wprowadzony przez odbyt. Dla Marylin nie było w tym nic nadzwyczajnego, bo przez lata robiła sobie lewatywy, żeby schudnąć oraz „ze względów higienicznych”. Tym razem doszło jednak do tragicznego zbiegu okoliczności. Poprzedniego dnia drugi z lekarzy aktorki – Hyman Engelberg, bez wiedzy Greensona, dał Marilyn receptę na lek o nazwie nembutal. Po jego zażyciu aktorka była nieco oszołomiona, ale rozdrażniona i nie mogła zasnąć. Doktor zdecydował podać jej coś skuteczniejszego - wodzian chloralu. Zlekceważył przy tym ważną sprawę – wzajemne szkodliwe oddziaływanie tych leków. Rozczarowany decyzją Marylin o zakończeniu współpracy, chciał zadziałać szybko i skutecznie. Namówił ją na lewatywę ze środków uspokajających, a o wykonanie zabiegu poprosił gosposię Eunice Murray. Potem Greenson poszedł do domu, a Marylin po kilku minutach zapadła w nieświadomość i zaczęła umierać, pozbawiona fachowej pomocy. Pranie w środku nocy, tuż obok ciała aktorki, można wyjaśnić tylko tym, że podczas płyn z lewatywy wypłynął i pobrudził prześcieradło. Żeby zatrzeć ślady należało je wyprać przed przybyciem policji. Było też dosyć czasu, aby zatrzeć inne ślady oraz uzgodnić zeznania. Greenson najwyraźniej nie miał ochoty odpowiadać za błąd w sztuce lekarskiej ze skutkiem śmiertelnym, a gosposia za współudział w tej tragicznej pomyłce…

Choć mogło też dojść do morderstwa z premedytacją, jak sugeruje film „Tajemnica śmierci Marilyn Monroe”


853f058c0011ec374a8965c4

Pogrzeb Marylin Monroe odbył się 8 sierpnia 1962 roku o godzinie 13.00. Bez udziału hollywoodzkich gwiazd filmowych, producentów czy reporterów. W ceremonii wzięło udział tylko około 30 zaproszonych osób: krewnych i przyjaciół aktorki. Podczas nabożeństwa żałobnego trumna z ciałem była otwarta. Marilyn była ubrana w zieloną sukienkę, w której pokazała się w Meksyku kilka miesięcy wcześniej. Została pochowana na cmentarzu Westwood Memorial Park w Los Angeles. Mówiono, że kiedyś zażyczyła sobie, aby na jej nagrobku umieszczono napis: „Tu leży Marilyn Monroe, 95-57-90″. Jej życzenie nie zostało spełnione…

„Gdyby Kleopatra miała krótszy nos, całe oblicze ziemi wyglądałoby inaczej” – twierdził słynny filozof Pascal. Człowiek – „myśląca trzcina” musi pogodzić się z faktem, że jego losy zależą w dużej mierze od pozornie nic nieznaczących przypadków i detali…

Ale co do nosa słynnej królowej Egiptu, to wiadomo o nim niewiele. Rzymski denar z końca starej ery nie jest dla niego łaskawy. Można rzec: to nie twarz, to potwarz… Nie ma to oczywiście żadnego znaczenia dla słuszności pascalowego twierdzenia…

Oczywiste, że do detali tak ważnych, jak nos Kleopatry, należą także nosy słynnych gwiazd sceny i filmu. Niejedna z kandydatek na filmową divę, patrząc w lustro, ma wielkie rozterki: „oczy błękitne, jak toń jeziora, usta niczym dojrzała wiśnia, owal twarzy pierwsza klasa, ale nos… za długi, garbaty, za mały, zbyt zadarty, nos nie do przyjęcia!
steel_engraving2

 

A przecież moda „nosowa” zmieniała się. W połowie XIX wieku ideały kobiecego piękna przedstawiano na portretach grawerowanych w stali. Romantyczne damy, blade i pogrążone w zadumie, miały drobne dziecięce twarze, ale ich nosy dziś uznalibyśmy za nieproporcjonalnie duże. Współcześni uważali taki wygląd za bardzo arystokratyczny.

 

Lill Langtry w roku 1885Nieco później wzorcem urody stała się brytyjska aktorka Lillie Langtry, która występowała na scenach po obu stronach Atlantyku. Powszechnie twierdzono, że dama ta była ucieleśnieniem klasycznego piękna, a opinia dotyczyła oczywiście również jej dużego, długiego nosa. Zdobyła uwielbienie publiczności oraz uznanie wyższych sfer. Została nawet kochanką księcia Walii – przyszłego króla Edwarda VII. Słynny pisarz George B. Shaw powiedział o niej z ironią: „Nie podoba mi się ta pani Langtry, ona nie ma prawa być inteligentną, odważną i niezależną, i do tego jeszcze piękną”.

Evelyn Nesbit jako Gibson Girl

 

 

 

Na przełomie XIX i XX wieku karierę robiły rysunki idealnych dziewcząt autorstwa Charlesa Gibsona. Główną inspiracją dla postaci „Gibson Girl” była żona Gibsona – Irene Langhorne i jej siostry. Dziewczyny Gibsona miały kręcone włosy, nosiły je wysoko podpięte z przodu, często z puszczonymi luźno pojedynczymi kosmykami lub z opadającą na ramię częścią fryzury. Rysunkowe ideały Gibsona odbiegały nieco od oryginałów, szczególnie dotyczyło to nosów, które w rzeczywistości były dużo większe.

Gloria SwansonW latach dwudziestych XX wieku, kiedy rodził się hollywoodzki system gwiazd, ranga twarzy i nosów czołowych aktorek niezwykle wzrosła. Wiele kobiet z różnych sfer chciało upodobnić się do Mary Pickford czy Glorii Swanson. Nieprzypadkowo właśnie wtedy rozpoczęła się złota era poprawiaczy urody: wizażystów i chirurgów plastycznych.
Gloria Swanson, kobieta o twarzy niemal doskonałej, ozdobionej bardzo kształtnym, lecz troszkę przydługim nosem, przeżyła z jego powodu chwile grozy. Jeśli wierzyć anegdocie, jaką zamieścił tygodnik „Kino” w roku 1930. Podobno, gdy skończyła w 1919 roku swój pierwszy film z Cecillem de Mille „Don’t change your husband” (Nie zmieniaj męża), słynny reżyser poprosił ją… by udała się do chirurga plastycznego i kazała obciąć sobie koniec nosa! Gloria nie wzięła tej prośby na serio i do drugiego filmu „Male and Female” (Mężczyzna i Kobieta) zjawiła się w nowej sukni, lecz z tym samym nosem… Cecil de Mille spojrzał na nią gniewnie, a w końcu rozkazał kategorycznie:

- Ma pani natychmiast udać się do chirurga! Nos pani psuje mi wszystkie zdjęcia! Rzuca cienie. Stale twarz jest w plamach!

Gloria w płacz! Nie pójdzie do żadnego doktora i nie da się kroić! Może Cecil de Mille jest genialny, ale ona woli już nie grać i w ogóle może nigdy więcej nie stanąć przed obiektywem… Zrobiło się dramatycznie, dalsza kariera gwiazdy srebrnego ekranu stanęła pod wielkim znakiem zapytania. Tygodnik „Kino” pozwolił sobie przy tej okazji wyobrazić jak piękna Gloria wyglądałaby z innym nosem…

gloria0001

Gloria z noskiem prostym

gloria0002

Gloria z noskiem lekko zadartym

gloria0003

Gloria z noskiem lekko garbatym

gloria0004

Gloria z noskiem ostrym

Na szczęście dobry los uratował Glorii nos. Choć mogło też być inaczej. Może to za długi nos spowodował postęp w technice filmowej. Wynaleziono nowe lampy, zrobiono próbę z Glorią Swanson, a właściwie z jej nosem. Mistrz de Mille był zadowolony: „Nie ma cieni!” – zawyrokował.

W kilka miesięcy później Gloria spotkała się przypadkiem z chirurgiem, z którego usług nie chciała skorzystać.

- Dobrze, że panią spotykam – powitał ją uprzejmie – Czy uwierzy pani, że pięć procent moich pacjentek prosi mnie, bym im zrobił nos a la Gloria Swanson?

Utrapienie z tymi nosami!

W latach trzydziestych najjaśniejszymi gwiazdami na hollywoodzkim firmamencie były Greta Garbo i Marlena Dietrich. Gdy Garbo, w wieku niespełna dwudziestu lat, trafiła do Ameryki była wysoką, trochę niezdarną i zakompleksioną dziewczyną. Po angielsku mówiła słabo, a w jej twarzy można było dostrzec wiele defektów: zbyt długi nos, ostre rysy, krzywe zęby. Do tego fatalna fryzura. Z przeciętnej Szwedki wizażyści i oświetleniowcy stworzyli „boską Gretę”.

Greta Garbo w 1925 r. Greta Garbo w karykaturze Greta Garbo jako Anna Karenina
Greta Garbo Grerta Garbo Greta Garbo

Posiadała najdłuższe w dziejach filmu naturalne rzęsy, które oświetlone z góry, rzucały niezwykły cień na policzki. Mówiono, że tak idealnie regularnych rysów nie stworzyłby żaden wybitny artysta. Nawet wydatny nos Grety okazał się doskonale skrojony, jakby według zasad klasycznych proporcji.
Nic dziwnego, że twarz Garbo doczekała się nawet naukowej rozprawki. Literaturoznawca francuski Barthes nazwał ją „wspaniałą twarzą-przedmiotem”, „ideą”, i enigmatycznie opisywał ten fenomen:

Czy to w koronie, czy pod filcowym kapeluszem jej twarz jest zawsze ze śniegu i samotności. Przydomek Boska bez wątpienia w mniejszym stopniu miał oddawać stan najwyższego piękna niż esencję jej osoby cielesnej, która zstąpiła z niebios, gdzie rzeczy są ukształtowane i doprowadzone do największej klarowności.

Z Marleną Dietrich był jeszcze większy kłopot. Prawdopodobnie, gdyby nie trafiła w odpowiednim momencie pod rękę Josefa von Sternberga, jej talenty zmarnowałyby się. W latach dwudziestych nie wyglądała jak wamp. Była nieco otyłą dziewczyną o pospolitej twarzy, wyposażonej w wątpliwej urody szeroki nos. Ten kaczo-wklęsły nos był źródłem kompleksów i wielkim wyzwaniem dla filmowego wizerunku gwiazdy. Aby kusić i zniewalać twarz Marleny wymagała mnóstwa zabiegów: nienaturalnie wyprofilowano jej brwi, doklejono długie sztuczne rzęsy, specjalny makijaż rozjaśniał twarz, powiększał oczy i tuszował nieciekawy kształt nosa. Ważnym elementem makijażu były lekko błyszczące usta, malowane na ciemno, z charakterystycznym łukiem nad górną wargą. W projekt upiększenia nowej gwiazdy zaangażowany był sam Max Factor.

marlene-1924 marlenedietrich_0 Marlena Dietrich
marlenedietrich dietrich_-shanghai-express marlenedietrichdietrichmarlenesevensinners

Jan Kochańczyk w książce „Filmowe kłamstwa i manipulacje, czyli sposób na pranie mózgu” przytacza opinię hollywoodzkiego charakteryzatora Richarda A. Bakera:

…makijażem można dodać każdemu aż 60 – 70 procent urody. Operatorzy filmowi, stosując odpowiednie oświetlenie, mogą dodać dalsze 10 procent. Dawniej to oni właśnie po mistrzowsku tuszowali braki urody Marleny Dietrich (jej „kaczy nos” nabierał cech greckiej doskonałości)…

W filmach z Dietrich stosowano specjalne oświetlenie górne, które maskowało wygląd nosa i dawało pod nim niezwykły efekt „cienia motylka”. Podkreślano w ten sposób tajemniczy wygląd gwiazdy. Jej twarz na ekranie rzadko można zobaczyć z profilu. Kiedy już nie było innego wyjścia, pokazywano ją z odpowiedniego dystansu, aby linia nosa nie zakłócała wizerunku idealnego piękna. Sceny miłosne i dialogi wyglądały dosyć dziwacznie, gdy widz obserwował profil aktora, a obok niego twarz Marleny zawsze zwróconą frontem do kamery.

Kilka lat przed śmiercią Sternberg (zmarł w 1969 roku) podczas spotkania z młodymi filmowcami w Londynie zgodził się pokazać swoją technikę zdjęć. Zaprowadzono go do studia, postawiono przed kamerą jakąś dziewczynę. Sternberg ustawił światła i nagle:

Popatrzcie, ona wygląda naprawdę cudownie, zrobił z niej Marlenę – wyszeptał ktoś z ekipy…

Helena HanfstaenglI na koniec jeszcze jeden nos, który wprawdzie nie należał do olśniewającej gwiazdy Hollywood, ale dramatycznie (niestety) wpłynął na losy świata. Helen Hanfstaengl, brzydkawa pół-Niemka, pół-Amerykanka, miała podobno „wyrazistą twarz, bystre niebieskie oczy, włosy modnie zaczesane do tyłu i ubierała się tradycyjnie, ale szykownie”. Adolf Hitler był nią zachwycony. Nic dziwnego, że w 1923 roku, ścigany przez policję po nieudanym puczu monachijskim, przyszły führer schronił się w jej domu. Był załamany tak bardzo, że wyciągnął pistolet i chciał się zastrzelić. Helen przekonała go, że są ludzie, którzy liczą na niego, wierzą,  iż to on uratuje kraj. Hitler oddał jej broń i poddał się policji. Amerykański dziennikarz Andrew Nagorski w książce „Hitlerland” napisał, że Helen Hanfstaengl, „w najgorszy możliwy sposób wpłynęła na bieg historii”. Jej nos w pewien sposób jest współwinny śmierci milionów Europejczyków i niesłychanych zniszczeń…

A przecież wielu ludzi używa własnego nosa z dużo lepszym skutkiem. Nie tylko dla ludzkości, ale i dla swoich prywatnych celów. Tak, jak w tym zgrabnym wierszyku Antoniego Marianowicza:

Nos był najmilszym mym kompanemFilmowe kłamstwa i manipulacje
I niezawodną mą busolą.
On mi wskazywał zawsze trasę
I nastawienia ideolo…
On zastępował ucho, oko
I wśród organów dzierżył prym,
Więc zadzierałem go wysoko
I wszystko zawsze miałem w nim.
Węszymy, gdzie bessa, a gdzie hossa
Gdzie słuszna linia, dobry wikt!
Jeśli będziemy mieli nosa ,
To nam po nosie nie da nikt!

Czy kogoś dziwi, że utrata nosa może być większą tragedią niż utrata twarzy? Czy ktoś jeszcze nie rozumie rozpaczy asesora kolegialnego Kowalewa*, który w nader niejasnych okolicznościach zgubił był swój nos:

… człowiek bez nosa – to diabli wiedzą co: ptak, nie ptak, obywatel, nie obywatel – nic tylko wziąć i wyrzucić przez okno…

* bohater opowiadania Mikołaja Gogola „Nos”

Źródła:
„Nie dam sobie obciąć nosa – rzekła Gloria Swanson” – Tygodnik „Kino” 1930 nr 34
Zbigniew Pitera „Filmowy Sezam”
Jan Kochańczyk „Filmowe kłamstwa i manipulacje, czyli sposób na pranie mózgu”

http://notespoetycki.blogspot.com/2013/01/nos-kleopatry-samobojstwo-hitlera.html

http://punkanthropology.bloog.pl/id,5648579,title,Nos-Dietrich,index.html?smoybbtticaid=611f55

Dupa niezła, ale czy nam nie potrzeba także twarzy? – zastanawiał się nad jej kandydaturą asystent Sternberga.

W grudniu 1930 roku odbyła się amerykańska premiera nowego filmu Josefa von Sternberga „Maroko”. Okazał się wielkim sukcesem i utorował niemieckiej aktorce grającej główną rolę, Marlenie Dietrich, drogę do światowej kariery. Za swoją kreację otrzymała ona w 1931 roku jedyną w karierze nominację do Oscara dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej. Film dostał łącznie cztery nominacje do tej nagrody, także za: najlepszą scenografię, najlepsze zdjęcia i najlepszą reżyserię. Ale niewiele brakowało, aby amerykańska kariera niemieckiej aktorki skończyła się tak szybko, jak szybko się zaczęła. Wszystko za sprawą zazdrosnej żony…

Marlena i Josef na dworcu w Berlinie 24 kwietnia 1930 roku

O tej zaskakującej sprawie informował 17 sierpnia 1930 roku tygodnik „Kino”:

Niemiecka aktorka filmowa, Marlena Dietrich, której rola w filmie „Niebieski Anioł” stała się rewelacyjną dla jej talentu otrzymała, jak wiadomo engagement do Hollywood. Sukces swój Marlena Dietrich zawdzięczała pono wpływom reżysera Józefa Sternberga i stąd wynikł skandal.

Oto małżonka Sternberga, podejrzewając romans męża z fascynującą gwiazdą ekranu, zwróciła się o pomoc i opiekę do amerykańskich organizacyj kobiecych, które w Stanach Zjednoczonych posiadają wielkie znaczenie i umieją energicznie przeprowadzać swoje postulaty. Pod wpływem zazdrosnej pani Sternberg amerykańskie kobiety ogłosiły zdecydowany bojkot wszystkich filmów, w których wystąpiłaby Marlena Dietrich.

Nie pomogły zaprzeczenia artystki, że nie zamierza rozbijać szczęścia małżeńskiego Sternbergów, ani zapewnienia pozostałego w Berlinie jej męża, że stosunki jego z żoną są jak najlepsze. Amerykanki nie ustąpiły i Marlena Dietrich musiała opuścić Hollywood. Obecnie udała się do Afryki, gdzie ma nakręcać niemiecką wersję kolonjalnego filmu „Marokko”.

Josef i Marlena podczas pracy nad „Błękitnym Aniołem” w roku 1929

Tu wyjaśnić należy pewne nieścisłości w tej informacji. Po pierwsze: Dietrich wcale nie musiała wyjeżdżać do Afryki. Akcja filmu toczyła się wprawdzie w Maroku, ale scen plenerowych nie kręcono w naturalnych warunkach. Egzotyczne pejzaże odtworzono w warunkach studyjnych i na plażach Kalifornii. Żeby było ciekawiej: Marlena po przybyciu do USA zamieszkała u Sternbergów!

Po drugie: żoną Sternberga nie była jakaś „kura domowa”, nieustannie cierpiąca z powodu mężowskich „skoków w bok”, ale aktorka Riza Royce. Co prawda nie grała głównych ról, ale była postacią dość znaną, choćby z serialu Bonanza. Oczywiste, że wiedziała wszystko o bardzo luźnych obyczajach panujących w świecie filmu, bo żyła w nim od dawna. W roku 1930, po czterech latach pożycia, Sternbergowie szukali pretekstu do rozstania. Przyjaciółka Rizy, scenarzystka Frederica Sagor Maas, rozpowiadała, że małżeństwo Sternbergów nie może być skonsumowane, ponieważ „według Rizy, sprzęt Josefa jest uszkodzony”. Związek męża z „niemieckim Aniołem” był nawet na rękę „pani Sternberg”, bo dawał szansę na korzystny rozwód, do którego zresztą wkrótce doszło.

Riza Royce

W tle tej erotyczno-obyczajowej rozgrywki toczyła się prawdziwa walka o moralność. Środowiska konserwatywne i religijne próbowały wprowadzić obyczajowy kaganiec dla przemysłu filmowego. Hollywood uważano za największego winowajcę rzekomego upadku moralnego Ameryki. Od kilku lat działało cenzorskie biuro Willa Haysa, które ostrzyło sobie nożyczki na co odważniejsze sceny filmowe. Filmowcy musieli używać przemyślnych wybiegów, aby ich filmy nie zostały pozbawione kluczowych epizodów lub by właściciele kin nie odmówili ich wyświetlania. W tych warunkach groźby zazdrosnej żony należało traktować bardzo poważnie. Prawdopodobnie Sternbergowie osiągnęli jakiś kompromis, bo bojkotu najnowszego filmu nie było, natomiast jeszcze w tym samym roku doszło do rozwodu.

Co do związku Josefa von Sternberga z Marleną Dietrich, to temat na osobną opowieść. Był na tyle skomplikowany i pokręcony, jak i ta para. Spotkali się po raz pierwszy w Berlinie podczas naboru kandydatek do filmu „Błękitny Anioł”. Pilnie szukano wtedy partnerki dla słynnego Emila Janningsa. Po latach Josef, z właściwą sobie ironią, tak opisał w autobiografii odkrycie nowej gwiazdy:

Dzień rozpoczęcia zdjęć zbliżał się, w powietrzu wisiała katastrofa. Chodziły słuchy, że kobieta, której szukam, nie istnieje. Przeglądając album reklamowy ze zdjęciami aktorek, zatrzymałem się na płaskim, mało interesującym portrecie panny Dietrich. Gdy zapytałem o nią mojego asystenta, tak jak pytałem o inne, wzruszył tylko ramionami i burknął: Dupa niezła, ale czy nam nie potrzeba także twarzy? (…) Miała oczy przymknięte. Jannings powiedział mi potem, że krowa przymyka oczy tylko wtedy, gdy się cieli (…) Wyznała, że nie potrafi grać, że nikt nie umie jej korzystnie fotografować, że prasa odnosi się do niej źle, że nakręciła trzy filmy, w których była naprawdę straszna. Daję słowo – zdarzyło mi się to pierwszy raz – nigdy żaden aktor, któremu proponowałem rolę, nie przyznał się z całą otwartością do swoich braków. Później wyszło na jaw, że grała strasznie nie w trzech, ale w dziewięciu filmach…

Opowieści Sternberga trzeba jednak traktować z przymrużeniem oka. Maria Magdalena, która na początku kariery filmowej przyjęła imię Marleny, nie była głupią gęsią, marzącą o bajkowej karierze w „Fabryce Snów”. Od dzieciństwa uczyła się gry na skrzypcach i podobno miała spore szanse na karierę skrzypaczki, ale porzuciła grę po kontuzji ręki. Już jako nastolatka występowała w filmach i w kabarecie. Kiedy poznała Sternberga była już mężatką i matką pięcioletniej córeczki Marii. Nauczona w domu rodzinnym dyscypliny, silnej woli i ukrywania swych uczuć Marlena nie była z pewnością jedynie bezwolną wykonawczynią poleceń mistrza Josefa. Nawet on przyznawał, że książkę – materiał na scenariusz do „Maroka” podsunęła mu właśnie Marlena. Podobno ona wymyśliła również sposób na uchronienie kultowej sceny – pierwszego w kinie pocałunku lesbijskiego – przed nożycami cenzora.

http://youtu.be/jO0h190oboE

Aktorka otwarcie przyznawała się do biseksualizmu. W Berlinie bywała często w lesbijskich lokalach, gdzie poznawała nowe partnerki. Później też miała wiele kochanek, m. in. pisarkę Mercedes de Acosta, aktorki: Magdalenę del Rio, znaną jako Imperio Argentyna i Tallulah Bankhead. Mówiono, że poszła do łóżka nawet ze swoją największą ekranową rywalką – Gretą Garbo! Poza związkiem ze Sternbergiem, miała też romanse z wieloma innymi sławnymi mężczyznami. Spośród aktorów byli to: Gary Cooper, Jean Gabin, Frank Sinatra, John Wayne, Kirk Douglas, James Stewart, Yul Brynner. Spośród literatów: Erich M. Remarque czy Ernest Hemingway.

Przez swój kontrowersyjny, swobodny styl życia zraziła do siebie środowiska konserwatywne i purytańskie. Natomiast Niemcy długo jeszcze po II wojnie światowej nie mogli jej wybaczyć, że odrzuciła szansę zostania gwiazdą ekranów III Rzeszy, potępiła nazizm i przyjęła amerykańskie obywatelstwo. Odmawiając Hitlerowi i występując z recitalami na frontach dla amerykańskich żołnierzy Marlena skazała się na potępienie przez rodaków i była traktowana jak zdrajczyni. W 1960 roku, gdy przyjechała z koncertami do Berlina obrzucono ją jajkami i wyzwiskami typu „Dietrich do domu!”, „Zuchwała dziwka”, „Podła nikczemna zdrajczyni”.
Za swą działalność podczas wojny Marlena Dietrich otrzymała Medal Wolności – najwyższe odznaczenie cywilne w USA oraz francuską Legię Honorową.

Po wojnie rzadziej grała w filmach, poświęciła się karierze estradowej. Zmarła w Paryżu w 1992 roku. Pochowana została w Berlinie, obok swojej matki, niedaleko domu, w którym przyszła na świat. W dowód osobliwe rozumianej pamięci w 1993 roku nieznani sprawcy sprofanowali grób Marleny Dietrich na cmentarzu Friedhof. Na płycie napisano „zdzira w futrze”, nagrobek obrzucono śmieciami i błotem.
Dopiero w setną rocznicę jej urodzin burmistrz Berlina oficjalnie przeprosił Dietrich za to, że „Niemcy nie docenili jej twórczości za życia”. Rok później nadano jej honorowe obywatelstwo Berlina, a jedno z centralnych miejsc w nowym berlińskim City nazwano placem Marleny Dietrich.

Powered by WordPress Web Design by SRS Solutions © 2017 To ci historia! Design by SRS Solutions

  • RSS
  • Flaker
  • Twitter
  • Tumblr
  • Facebook
  • GoldenLine
  • Nasza Klasa
  • Wykop