To ci historia!

Blog historyczny, ciekawostki historyczne, sensacje

Wpisy w kategorii: Zbrodnia niesłychana

Wśród mieszkańców podłódzkich wsi zapanował strach. Krążyły opowieści o „potworze”, „wampirze”, który zabija kobiety. Ludzie bali się wychodzić po zmroku.

Gałkówek w gminie Koluszki ma historię sięgającą średniowiecza. Otoczona lasami wieś w okresie międzywojennym stała się popularnym letniskiem. Przyjemny mikroklimat, bogactwo leśnego runa i bliskość Łodzi powodują, że do dziś jest celem wyjazdów rekreacyjnych łodzian. W PRL-u te sielskie tereny zyskały ponurą sławę i miano „Wampirówka” – polskiej stolicy zbrodni. Ważną rolę w tej makabrycznej historii odegrała miejscowa jednostka wojskowa oraz las bukowo-jodłowy.

las-galkow

Las gałkowski. Źródło: mapio.net

31 lipca 1952 roku w lesie koło Gałkówka znaleziono zwłoki starszej kobiety. Okazało się, że 67- letnia Józefa Pietrzykowska poniosła śmierć wskutek uduszenia, podczas zbierania jagód. Milicja stwierdziła, że morderca miał zamiar odbyć z nią stosunek seksualny, ale ponieważ stawiała opór, udusił ją. Śledztwo nie przyniosło efektów i zostało umorzone z powodu niewykrycia sprawcy.

Pięć miesięcy później, po świętach Bożego Narodzenia, łódzka milicja otrzymała wiadomość o znalezieniu ciała 32-letniej Marii Kunki w lesie, w pobliżu wsi Rydzynki koło Tuszyna. Kobieta zaginęła trzy dni wcześniej. Zaniepokojona rodzina rozpoczęła poszukiwania, w wyniku których natrafiono na zwłoki w świerkowym zagajniku. Ofiara została zgwałcona, a następnie uduszona przez zaciśnięcie szalika na szyi. Oprócz motywu seksualnego, brano pod uwagę również rabunkowy, ponieważ z palców denatki zniknęła złota obrączka i pierścionek. I tym razem śledczy okazali się bezradni, po pięciu tygodniach śledztwo umorzono.

galkowek-zwlokiTych dwóch zbrodni nie łączono ze sobą, do czasu, gdy w marcu 1953 roku na polu pod lasem w Józefowie, doszło do trzeciej. 21-letnia Teresa Piekarska została brutalnie zgwałcona, a następnie uduszona przez zaciśnięcie szalika na szyi. Zwłoki kobiety leżały na polu obok drogi, którą codziennie wieczorem wracała z pracy. Pies milicyjny doprowadził śledczych do przystanku tramwajowego. Podejrzewano, że morderca mógł przyjechać tramwajem i pójść za swoją ofiarą. Nic więcej jednak nie ustalono. Kolejny raz nie udało się znaleźć sprawcy.

O bezskutecznym przebiegu śledztw nie informowano opinii publicznej, aby nie wzbudzać paniki. Mimo to wśród mieszkańców podłódzkich wsi zapanował strach. Krążyły opowieści o „potworze”, „wampirze”, który zabija kobiety. Ludzie bali się wychodzić po zmroku. Wtedy „wampir” na prawie dwa lata zrobił sobie przerwę w zabójczym procederze. Wrócił do Gałkówka i zaatakował ponownie w nocy z pierwszego na drugiego stycznia 1955 roku. Zwłoki 22-letniej Ireny Dunajskiej znaleziono dzień później w pobliżu torów kolejowych, obok drogi prowadzącej do wsi Zielona Góra. Ofiara, tak jak poprzednie, miała na szyi zaciśnięty szalik. Medycy sądowi, oprócz licznych zadrapań na ciele, zauważyli złamaną żuchwę. Prawdopodobnie ofiara stawiała opór i morderca musiał użyć znacznej siły, by ją obezwładnić. Śledztwo znów nie doprowadziło do ustalenia sprawcy.

Do kolejnych zabójstw doszło w roku następnym, w marcu 1956. W lasku przy drodze koło Gałkówka znaleziono zwłoki 18-letniej uczennicy technikum w Łodzi, Heleny Walos. „Wampir” dopadł dziewczynę, gdy szła od stacji w Gałkówku do siostry w pobliskiej Borowej. Zgwałcił ją i udusił szalikiem. Ciało odciągnął w mniej uczęszczane miejsce i przykrył płaszczem. Pies tropiący doprowadził śledczych do przystanku kolejowego w Gałkówku i tam trop się urwał. W sierpniu tego samego roku w krzakach jeżyn obok drogi z Gałkówka do Koluszek natrafiono na kolejne zwłoki. Ich zaawansowany rozkład wskazywał, że śmierć nastąpiła co najmniej kilka dni wcześniej. W denatce rozpoznano 22-letnią Helenę Klatę, mieszkankę Borowej. Jej zgon nastąpił wskutek uduszenia. Tym razem „wampir” posłużył się chustką ofiary. Biegli stwierdzili, że i ta kobieta została zgwałcona.

stanislaw-modzelewskiŚmierć Heleny Klaty zakończyła serię zabójstw na tle seksualnym popełnionych przez nieznanego sprawcę w okolicach Gałkówka. Zeznania świadków oraz kilku kobiet, które przeżyły napad „wampira” doprowadziły śledczych do wniosku, że seryjny morderca jest kolejarzem. Na tej podstawie aresztowano trzech podejrzanych, ale prawdziwego sprawcy nie udało się odnaleźć. Śledztwo w sprawie sześciu morderstw łódzka prokuratura umorzyła w 1957 roku. Mijały miesiące i lata. Opinia publiczna powoli zapominała o „wampirze z Gałkówka”. Coraz bardziej prawdopodobne było, iż zbrodniarz pozostanie nieznany i bezkarny.

Niespodziewany zwrot w sprawie nastąpił po dziesięciu latach. 14 września 1967 roku warszawska milicja przyjęła zgłoszenie śmierci staruszki we własnej wannie. Przybyłego na miejsce funkcjonariusza zdziwiło, że denatka, 87-letnia Maria Gołacka, leżała w wannie ubrana i miała cięte rany na ciele. Sekcja zwłok wykazała, iż staruszka została uduszona, a potem pocięta żyletką. Komenda Stołeczna MO wszczęła w tej sprawie śledztwo, które szybko przyniosło efekty. Z zeznań sąsiadów ofiary wynikało, że miała zatargi z mieszkańcem tej samej kamienicy, Stanisławem Modzelewskim. Jak ustalili śledczy, Modzelewski, kierowca z zawodu, często zmieniał pracę i był karany za kradzieże oraz spowodowanie wypadku drogowego. Ponadto regularnie bił żonę. Modzelewska zwierzyła się kiedyś jednemu z sąsiadów, że nigdy nie miała z mężem normalnego stosunku płciowego, a ojcem jej dziecka jest inny mężczyzna. W tej sytuacji podjęto decyzję o aresztowaniu Modzelewskiego. Zatrzymania dokonano 24 września 1967 roku w Patokach koło Łasku, w domu teściów podejrzanego.

Do zabójstwa Marii Gołackiej Modzelewski przyznał się dopiero po kilku przesłuchaniach. Jak wyjaśnił, po wypiciu wódki nabrał chęci do „zabawienia się z kobietą”. Podczas kolejnych przesłuchań Modzelewski stawał się coraz bardziej rozmowny. Opowiadał śledczym o swoim dzieciństwie, służbie wojskowej, którą odbywał w Gałkówku i o pierwszych latach małżeństwa w Łodzi. Wreszcie wspomniał o swoich kontaktach z kobietami i o zabójstwach popełnionych w okolicach Gałkówka.

Okazało się, że od lutego 1951 do grudnia 1952 roku pełnił służbę w jednostce wojskowej w Gałkówku. Jako kierowca dobrze poznał te tereny, co pomogło mu popełniać zbrodnie. Pierwszą kobietę zamordował jeszcze przed wyjściem z wojska, drugą– kilka dni po ukończeniu służby i przeprowadzce z żoną do Łodzi. Co było zaskakujące, po pierwszej zbrodni Modzelewskiego zatrzymano za bójkę z innym żołnierzem. W areszcie w Koluszkach na krótko osadzono mordercę, który w przyszłości miał zabić jeszcze sześć kobiet. Ostatecznie Modzelewski przyznał się do zamordowania ośmiu kobiet. Ósmej zbrodni, popełnionej w Łodzi, jednak mu nie udowodniono, gdyż nie odnaleziono ciała ofiary.

Proces seryjnego mordercy rozpoczął się w styczniu 1969 roku. Oskarżono go o dokonanie siedmiu morderstw i usiłowania czterech. Ponadto odpowiadał za nielegalne posiadanie broni i dwa rozboje. Rozprawa trwała jedenaście dni. Ponieważ Modzelewski przyznał się do wszystkich zarzucanych mu przestępstw oraz szczegółowo i wiarygodnie opisał przebieg zbrodni, jedyną niewiadomą był wymiar kary.
galkowek-dunajska2

Na podstawie rozbieżnych opinii biegłych psychiatrów sąd nie mógł jednoznacznie określić czy ten maniak seksualny w chwili zbrodni był świadomy swoich czynów. Ostatecznie sędziowie uznali, że żadne z zaburzeń stwierdzonych u Modzelewskiego, nie świadczy o jego ograniczonej poczytalności. Mógł odpowiadać przed sądem za każde morderstwo.

Sąd wojewódzki w Łodzi 5 lutego 1969 roku skazał go na karę śmierci. Obrona wniosła od wyroku rewizję, którą Sąd Najwyższy odrzucił i podtrzymał wyrok kary śmierci. Rada Państwa nie skorzystała z prawa łaski. Modzelewskiego powieszono w listopadzie 1969 roku w więzieniu przy ulicy Rakowieckiej w Warszawie. Mieszkańcy Gałkówka i okolic wciąż pamiętają o historii „wampira”. Jeszcze żyją krewni i znajomi ofiar oraz świadkowie zdarzeń czy wizji lokalnych z udziałem mordercy. Jedną z ofiar, Irenę Dunajską przypomina pomnik w Gałkowie Małym.

Takie chuchro?! To jest ten wyrafinowany, okrutny zwierz?! „Zwierz” miał wygląd speszonego kretyna.

W poniedziałek 12 listopada 1928 roku Łódź budziła się do życia po święcie 10-lecia odzyskania niepodległości. Robotnicy idący do pracy znaleźli w rowie przy ulicy Milionowej zwłoki młodej kobiety. Miała na sobie długi wełniany sweter i grubą chustkę narzuconą na ramiona. Sądząc po kałuży krwi, została zamordowana. Około godziny ósmej powiadomiono policję. Na miejsce zbrodni przyjechały władze śledcze z nadkomisarzem Weyerem. Zamordowana leżała twarzą do ziemi. Zakrzepła krew świadczyła, że zbrodni dokonano w nocy z niedzieli na poniedziałek. Nazwiska zamordowanej na miejscu nie udało się ustalić.

sklad_grzegGdy policja prowadziła czynności wstępne, o godzinie 9 rano, pracownik składu fortepianów przy ulicy Piotrkowskiej 117, jak zwykle zameldował się w pracy. Ku jego zdziwieniu, drzwi prowadzące do składu były zamknięte. Udał się na pierwsze piętro do mieszkania właścicieli, Marii i Bronisława Tyszerów. Ale nikt nie reagował na pukanie do drzwi. Tknięty złym przeczuciem postanowił udać się do brata szefa, Engelberta Tyszera, który mieszkał niedaleko, w domu przy zbiegu ulic Piotrkowskiej i Nawrot. Po chwili dwaj mężczyźni wrócili na Piotrkowską 117. Wezwali syna dozorcy domowego, by wyważył okno na pierwszym piętrze i dostał się do mieszkania. Przeszukawszy mieszkanie znaleźli klucze od zakładu. Chwilę potem weszli do składu fortepianów i ujrzeli makabryczny widok. Obok pianina leżał w kałuży krwi Bronisław Tyszer. Zrozpaczony brat zamordowanego pobiegł do następnego pomieszczenia. W kącie obok jednego z fortepianów znalazł przykryte dywanem zwłoki Marii Tyszer.

O godzinie jedenastej na miejsce zbrodni przybyli prokuratorzy i policja. Dochodzeniem zajął się sędzia śledczy Grzesik i kierownik urzędu śledczego Weyer. Stwierdzono, że zabójstwa dokonano tępym narzędziem, młotkiem lub siekierą. Obie ofiary pozbawiono życia silnymi ciosami w tylną część głowy. Na miejscu nie znaleziono narzędzia mordu. Poza odciskami palców na pianinie, niczego więcej nie odkryto. Śledczych zaintrygowała nieobecność służącej Tyszerów. Na podstawie zeznań lokatorów ustalono, że była w mieszkaniu w niedzielę w godzinach wieczorowych. Przed jedenastą w nocy odjechała taksówką w towarzystwie dwóch mężczyzn. Stwierdzono, że służąca – Józefa Borowska mogła paść ofiarą bandytów. Okazało się, że właśnie jej ciało znaleziono przy ulicy Milionowej. W prosektorium rozpoznała je siostra. Śledczy podejrzewali, że służąca była w zmowie ze zbrodniarzami. Prawdopodobnie morderstwo miało motyw rabunkowy. Tyszerowie należeli do ludzi majętnych. Byli właścicielami dwóch domów. Jak ustalono, zamierzali kupić kolejną nieruchomość i w tym celu pobrali z banku 40 tysięcy dolarów. W jednym z pokoi stała kasa pancerna, w której właściciele przechowywali pieniądze, ale nie została otwarta. Kluczowym śladem stał się rachunek wystawiony na nazwisko Stanisława Łaniuchy. W nocy z wtorku na środę, do mieszkania na czwartym piętrze domu przy ulicy Targowej 33, wkroczyła policja z bronią. Podczas rewizji znaleziono pokrwawiony garnitur, splamiony krwią kołnierzyk i krawat oraz toporek strażacki ze śladami krwi leżący na szafie. Całą rodzinę zatrzymano do wyjaśnienia.

skladStanisław Łaniucha wyznał, że jest mordercą. Opowiedział o motywach i szczegółach zbrodni. Przed trzema laty był pomocnikiem stroiciela fortepianów w firmie „Grzegorzewski”. Niedawno przestał tam pracować i przeniósł się do firmy konkurencyjnej. Do właścicieli składu fortepianów czuł niechęć i żal. Opowiadał jak ciężko pracował u Tyszerów za 4 złote na tydzień. Tyszerową uważał za osobę złą, bezlitosną i skąpą. Obiecywała, że wyśle go na naukę do Warszawy, a potem wyrzuciła z pracy. Ciągle tułał się po różnych robotach i wszędzie ludzie go oszukiwali i wyzyskiwali. Z zamiarem morderstwa nosił się od dłuższego czasu, lecz nie wiedział, jak to zrealizować. W niedzielę, jedenastego listopada przyszedł do składu Tyszerów o dziesiątej. Zakład był zamknięty, więc udał się do mieszkania na pierwszym piętrze. Tyszerowej powiedział, że dostał spadek i chce kupić pianino. Umówili się na trzecią po południu, by zrealizować zakup. Świadkiem tej rozmowy była służąca, Józefa Borowska.

O trzeciej wraz z Łaniuchą do składu poszła sama Tyszerowa. Zamiast pieniędzy dostała kopertę z pociętymi papierami. Zaczęła krzyczeć, więc uderzył ją toporkiem w głowę. Cios był śmiertelny. Napastnik chwycił ofiarę za nogi i ściągnął z fotela na podłogę. Potem zadał jeszcze kilka ciosów i przeciągnął ciało do pokoju frontowego. Zrabował sakiewkę z 70 złotymi, klucze od kasy i mieszkania, zdjął z ręki ofiary złoty zegarek oraz obrączkę.
Po dwudziestu minutach do składu wszedł właściciel. Zanim zauważył cokolwiek podejrzanego, zbrodniarz poprosił, by zagrał na pianinie, które wybrał. Gdy Tyszer usiadł przy klawiaturze, otrzymał cios toporkiem w głowę. Uderzenie nie było dość silne, by pozbawić go przytomności. Zaczął się bronić, lecz po chwili otrzymał drugie uderzenie i padł martwy. Łaniucha wyciągnął mu portfel, przeciągnął ciało pod okno zakrywając pokrowcem od fortepianu. Zdecydował się wrócić do mieszkania i otworzyć kasę. Okazało się jednak, że miała dodatkowe zabezpieczenia. W pokoju znalazł 350 złotych. Zabrał też luksusowy budzik i tuzin srebrnych łyżeczek. Założył na siebie palto oraz kapelusz Tyszera i wyszedł.

tyszerByła szósta po południu, gdy Łaniucha udał się na róg Nawrot i Piotrkowskiej, wziął taksówkę i kazał zawieść się na ulicę Tatrzańską. Na polu obok stawu zakopał skradzione przedmioty. Wrócił tą samą taksówką na Nawrot. Wówczas zaświtała mu myśl, że musi zabić służącą Józefę Borowską, która mogła być świadkiem zbrodni. Poszedł na Piotrkowską 117 i zastał tam służącą stojącą pod drzwiami. Powiedział, że przychodzi zapłacić rachunek za kupione pianino i poczeka razem z nią na powrót Tyszerów. Zaproponował Borowskiej spacer. Odmówiła i poszła do mieszkania rządcy domu. Około ósmej służąca wyszła stamtąd zaniepokojona przedłużającą się nieobecnością pracodawców. Łaniucha pożegnał się i poszedł do pobliskiej cukierni Piątkowskiego. Spotkanemu tam chłopcu dał 3 złote za fatygę oraz 5 złotych prosząc, aby udał się na Piotrkowską 117 i przekonał Borowską, że przychodzi z polecenia Tyszerów. Mieli rzekomo przysłać jej 5 złotych na taksówkę, z żądaniem, by przyjechała natychmiast na ulicę Tatrzańską, do fabryki Steigerta. Kiedy chłopiec rozmawiał ze służącą, pojawił się Łaniucha. Oświadczył Borowskiej, że uda się razem z nią na Tatrzańską i tam zapłaci za pianino. Na swoje nieszczęście zgodziła się i pojechała z mordercą. W pewnej chwili Łaniucha zaproponował, że wysiądą i przejdą kawałek drogi pieszo. Kiedy znaleźli się na polach za fabryką, uderzył Borowską toporkiem w głowę. Służąca bez życia osunęła się do rowu. Zbrodniarz przykrył ciało jej własną chustką. Potem odkopał ukryte łupy, wrócił do domu na Targową 33 i schował je w komórce. Następnego dnia wszystko przepakował i rozniósł znajomym na przechowanie. Na koniec zeznania Łaniucha dodał, że zamierzał również zamordować właściciela składu fortepianów przy ulicy 1 Maja.

tyszerowaProces Stanisława Łaniuchy odbył się 21 lutego 1929 roku. Zbrodniarz zrzekł się obrońcy. W ciągu kilku dni napisał swoją obronę i wyuczył się tekstu na pamięć. Zainteresowanie rozprawą było ogromne. Łodzian szczególnie dziwił stan psychiczny oskarżonego. Zastanawiano się, jaką ponurą tajemnicę kryje jego zbrodnicza psychika. Bezpośrednio po dokonaniu ohydnego mordu, wrócił do domu i spokojnie położył się spać. Równie spokojnie zachowywał się w więzieniu. Dopisywał mu apetyt i ciągle dopominał się o jedzenie. Przed procesem dopytywał, czy pozwolą mu ubrać się w garnitur. Wieczorem poszedł spać wcześniej niż zwykle, by na rozprawie być wypoczętym. Nie zauważono u niego wyrzutów sumienia, ani żadnej troski o przyszłość.

Kiedy o 9.30 wprowadzono Stanisława Łaniuchę na salę rozpraw, publiczność była rozczarowana. Drobny, niski i szczupły, niespełna 20-letni młodzieniec nie wyglądał na bezlitosnego i perfidnego zbrodniarza. Ciemno-blond włosy starannie zaczesane do góry. Ciemny garnitur, czysta koszula, gustowny krawat. Na sali sądowej można było usłyszeć szepty: „ Takie chuchro?! To jest wyrafinowany, okrutny zbir Łaniucha? !” ”Zbir” uśmiechał się głupkowato, machał ręką, zakrywał twarz. Chwilami przybierał jakąś błazeńską minę. „Okrutny zwierz” miał wygląd speszonego kretyna. Sala odbierała to, jako wyraz cynizmu. Podczas rozprawy Łaniucha odpowiadał na pytania z namysłem i wahaniem. W pewnym momencie zniecierpliwiony wzruszył ramionami, mówiąc:laniucha_stan

- Po co te wszystkie pytania? Przecież przyznałem się. Niech to wszystko będzie prędzej.

W ostatnim słowie niewiele powiedział na swoją obronę:

- To sobie wtedy pomyślałem, że to pasożyty nie warte, żeby dożyły dziesięciolecia niepodległości naszej Polski. Tylko, że to wszystko myślałem sobie o Tyszerowej, bo pan Tyszer to był dobry człowiek.

Sąd uznał Stanisława Łaniuchę winnym trzech zabójstw i skazał na karę śmierci przez powieszenie. Oskarżony wysłuchał wyroku w spokoju. Dopiero, kiedy skład sędziowski opuszczał salę rozpraw, podniósł ręce do góry w wywołał konsternację okrzykiem:

- Niech żyją ładne kobietki!

Łaniucha nie został powieszony. Rok później prezydent Rzeczypospolitej, Ignacy Mościcki zamienił mu karę śmierci na dożywotnie ciężkie więzienie.

Kochani rodzice!
Donoszę Wam, iż jestem zdrów. O Franku nic nie wiem. Gibasiewicz jest tutaj ze mną. Proszę pisać do mnie częściej!! Ściskam wszystkim. Feliks

Kartkę tej treści 24-letni podporucznik rezerwy Feliks Chyłka wysłał do rodziców mieszkających w Ustkowie koło Krotoszyna 30 listopada 1939 roku. Kilka miesięcy później, wiosną 1940 roku został zamordowany przez NKWD w Piatichatkach pod Charkowem. W cywilu Feliks był lekarzem w rodzinnym Ustkowie. W 1934 roku ukończył Państwowe Gimnazjum im. T. Kościuszki w Jarocinie, rok później kurs podchorążych rezerwy przy 29 pułku piechoty. Po mianowaniu w 1937 roku na podporucznika rezerwy został przydzielony do 60 pułku piechoty w Ostrowie Wielkopolskim. Tam odbywał ćwiczenia rezerwy jako dowódca plutonu.

kartka1_0 kartka2

Nie wiemy w jaki sposób Feliks Chyłka znalazł się w sowieckiej niewoli. Jego pułk walczył w bitwie nad Bzurą oraz w obronie Warszawy. W kilkudniowych walkach w stolicy wzięło udział około 1300 żołnierzy 60 pułku z Ostrowa. 27 września nastąpiło zawieszenie broni, po którym żołnierze złożyli broń i zostali odesłani do przejściowych obozów jenieckich. Prawdopodobnie jakaś część żołnierzy ostrowskiego pułku nie poddała się i ruszyła walczyć dalej na wschód.

chylka_0Wiosną 1940 roku na polecenie najwyższych władz ZSRR, zamordowano około 22 tysiące polskich obywateli, w tym na ponad 10 tysięcy oficerów wojska i policji. Decyzję o zlikwidowaniu „wrogów władzy sowieckiej” Biuro Polityczne podjęło 5 marca. Na zachowanym do dzisiaj rozkazie widnieją podpisy Józefa Stalina i pięciu innych członków Politbiura. 

3 kwietnia 1940 z  obozu w Kozielsku na miejsce zbrodni w Katyniu wyjechał pierwszy transport z polskimi jeńcami. Wyroki wykonywali funkcjonariusze NKWD. Jeńcom zabierano pas, obrączkę, zegarek, krępowano ręce, po czym strzelano im w tył głowy i martwych wrzucano do dołu. Taka sama była „procedura” masowych zbrodni w Charkowie i Kalininie, gdzie rozstrzelano oficerów z obozów w Starobielsku i Ostaszkowie… W ciągu czterdziestu dni zamordowano łącznie 21 768 polskich oficerów, ponad pół tysiąca ofiar na dobę…

Feliks Chyłka obecnie spoczywa na Cmentarzu Ofiar Totalitaryzmu w Charkowie – Piatichatkach, utworzonym w latach 1999–2000 z inicjatywy Federacji Rodzin Katyńskich. Pochowano na nim 4 302 oficerów Wojska Polskiego i polskich cywili zamordowanych w 1940 przez NKWD, a także około 2 000 Ukraińców, Rosjan i Żydów, którzy również padli ofiarą reżimu stalinowskiego.

Więcej na ten temat na stronie Muzeum Regionalnego w Krotoszynie

Zamaskowany bandyta z bronią gotową do strzału wpadł do mieszkania, w którym była zebrana cała rodzina. Bez słowa strzelił w twarz wychodzącego z pokoju stołowego dyrektora. Biegański zachwiał się i upadł na podłogę. Zmarł po kilku minutach.

bieganski1

Edward Biegański z orkiestrą gimnazjalną w Łowiczu – rok 1930.

Zamordowanie szanowanego dyrektora gimnazjum państwowego im. Kazimierza Wielkiego, wywołało w Zduńskiej Woli wielkie poruszenie. 48-letni Edward Biegański zajmował wraz z rodziną, składającą się z żony, dwojga nieletnich dzieci i teściowej, służbowe mieszkanie obok szkoły, przy ulicy Złotnickiego (obecnie Dąbrowskiego). Stanowisko dyrektora zduńskowolskiego gimnazjum objął we wrześniu 1934 roku. Poprzednio pełnił funkcję dyrektora gimnazjum im. księcia Józefa Poniatowskiego w Łowiczu.

W związku z tragiczną śmiercią Biegańskiego prasa przypomniała o innym koszmarnym wydarzeniu z jego życia. W 1925 roku w gimnazjum w Wilnie omal nie zginął on w zamachu podczas egzaminu maturalnego. Dwóch maturzystów, uzbrojonych w granat i rewolwery, zaatakowało grono nauczycielskie. Była to najprawdopodobniej jedyna masowa zbrodnia dokonana w polskiej szkole. Zginęło pięć osób, dziewięć zostało rannych. Biegański odniósł ciężkie obrażenia wskutek wybuchu granatu. Po wyleczeniu, w sierpniu 1925 roku przeniesiono go do Łowicza, a 9 lat później przybył do Zduńskiej Woli, gdzie poniósł tragiczną śmierć.

Wkrótce po zbrodni, jeszcze tej samej nocy, 29 stycznia 1935, do  Zduńskiej Woli przybyło kilku śledczych z Łodzi. Akcją kierował nadkomisarz Jan Petri – naczelnik wojewódzkiego urzędu śledczego. Początkowo przeważało przekonanie, że zabójstwo dyrektora gimnazjum nie miało podłoża rabunkowego. Świadczyć o tym miał fakt, że bandyci nie ukradli niczego z mieszkania dyrektora, zabrali tylko drobną sumę mieszkającemu w suterenie woźnemu. Śledczy podejrzewali, że zbrodniarzami mogła kierować chęć zemsty na dyrektorze, który uchodził za pedagoga wymagającego i surowego. Urząd śledczy kilka dni po morderstwie wyznaczył 1000 zł nagrody dla osoby, która pomoże w wykryciu sprawców. Nie wiemy czy znalazł się ktoś taki, w każdym razie policja już w pierwszych tygodniach trafiła na właściwy trop. Wraz z postępem trwającego ponad rok dochodzenia, na pierwszy plan wysunął się motyw rabunkowy napadu. Przypuszczenia, że chodziło o zemstę zostały obalone. Co zatem zdarzyło się tragicznej nocy 29 stycznia 1935 roku?

edward-bieganski

Dyrektor Biegański w swoim gabinecie w Łowiczu

Około godziny 10 wieczorem woźny Walenty Ścigiński leżał w łóżku w suterenie gimnazjum, gdy usłyszał pukanie do drzwi. Na pytanie „kto tam?” odpowiedział mu jakiś niewyraźny kobiecy głos. Nie otworzył, tylko krzyknął głośno „kto tam jest, do diabła?” Po chwili usłyszał, że ktoś oddala się od jego drzwi w kierunku wyjścia. Odczekał chwilę, po czym ubrał się i wyszedł, by sprawdzić co się dzieje na korytarzu. Wtedy wyskoczyło na niego dwóch zamaskowanych mężczyzn z rewolwerami w dłoniach. Bandyci wepchnęli go z powrotem do pokoju i zażądali wydania pieniędzy. Znaleźli jednak tylko 25 zł. Jeden szukał więc dalej, a drugi wyszedł na korytarz. Gdy plądrowano mu mieszkanie, Ścigiński usłyszał krzyk kobiety dobiegający z mieszkania dyrektora. Wtedy napastnik wybiegł, a woźny zamknął drzwi frontowe na klucz i zaczął krzyczeć: „bandyci, bandyci!”.

Podczas napadu na Ścigińskiego, znajdujące się w kuchni na parterze służące: Antonina Królikówna i Stefania Omiecińska usłyszały jakieś szmery z suteren. Królikówna uchyliła drzwi i zapytała głośno: „co się stało?”, ale odpowiedzi nie otrzymała. Wtedy zeszła na dół z zapaloną świecą. Kiedy zauważyła zamaskowanego mężczyznę, zaczęła uciekać, ale nie zdążyła zamknąć za sobą drzwi, bo napastnik je przytrzymał. Pobiegła do następnego pokoju, ale i tam bandyta nie pozwolił jej zamknąć drzwi. Wreszcie spanikowana schowała się pod stołem. W tym momencie z pokoju stołowego wyszedł dyrektor Biegański. Widząc zamaskowanego mężczyznę przystanął. Wtedy bandyta strzelił mu dwukrotnie prosto w twarz. Dyrektor upadł bez słowa, a obaj bandyci wyskoczyli przez okno i uciekli przez ogród. Świadkami tej tragicznej sceny były żona i teściowa Biegańskiego. Wezwano natychmiast policję i lekarza. Doktor Gimbut stwierdził zgon dyrektora. Już pierwsza kula, która przebiła głowę ofiary na wylot, powodując wylew krwi do mózgu, była śmiertelna.

Śledczy wkrótce ustalili, że woźnego Ścigińskiego kilkakrotnie odwiedzała zduńskowolska prostytutka, Natalia Sobierajska, znana jako „Żółta Talka”. Towarzyszyli jej dwaj lub trzej mężczyźni. Bawili się wraz z innymi pracownikami gimnazjum — woźnymi i dozorcą. Pili wódkę w sali gimnastycznej lub w mieszkaniu Ścigińskiego. Sobierajska za udział w tych libacjach otrzymywała od gospodarza drobne, kilkuzłotowe sumy. W czasie jednej z wizyt ukradła mu z szuflady stołu 45 złotych. „Żółta Talka” orientowała się, że woźny Ścigiński jest człowiekiem majętnym. Taką miał opinię w Zduńskiej Woli, a potwierdzał to fakt, że wydając córkę za mąż, dał jej w posagu trzy tysiące złotych.

exp1935-01-31

Gimnazjum w Zduńskiej Woli w roku 1935 – fotografia z Expressu Wieczornego

Okazało się potem, że Sobierajska była kochanką karanego za oszustwa Bronisława Malinowskiego z Zelowa. Spotykała się z nim często, zarówno w Zelowie, jak i w Zduńskiej Woli. Któregoś razu „Żółta Talka” podczas pobytu w Zelowie, spotkała niejakiego Józefa Barczyńskiego. Nadała mu wtedy „robotę” na 5 – 6 tysięcy złotych u woźnego gimnazjum w Zduńskiej Woli. Śledczy stwierdzili, że Zduńska Wola była dobrze znana i Barczyńskiemu, i Malinowskiemu, gdyż razem z innym podejrzanym typem, Józefem Grabowskim, przyjeżdżali często na zduńskowolskie jarmarki, gdzie oszukiwali naiwnych w grze w trzy karty. Ustalono, że wszelkie wiadomości o Ścigińskim i planie budynku gimnazjalnego dostarczyła bandytom Sobierajska.

Podczas przeszukania u Grabowskiego, podejrzanego wcześniej o dokonanie morderstwa handlarza Berenta, policja znalazła rewolwer, z którego strzelano do dyrektora Biegańskiego. Okazało się, że maski użyte podczas napadu zrobiono z tego samego materiału, co suknię matki Barczyńskiego. Prawdopodobnie uszyto je z bluzki, która gdzieś zniknęła. Kiedy aresztowano Grabowskiego, policjant Feliks Majewski słyszał jak matka bandyty szeptała: „to na pewno za Zduńską Wolę”. Świadkowie z Zelowa zeznali, że Sobierajska, na wiadomość o aresztowaniu Malinowskiego miała się wyrazić: „to za Zduńską Wolę”. Znaleziony notes ze szkicem gimnazjum zrobionym przez Malinow­skiego był kolejnym dowodem winy tej szajki przestępców.

Ostatecznie ustalono, że celem napadu było ograbienie woźnego Ścigińskiego. Zabójstwo Biegańskiego spowodowała ciekawość służącej Królikówny, za którą pobiegł zbrodniarz oraz bezmyślna brutalność tego bandyty.

1 i 2 lutego 1936 roku Sąd Okręgowy w Kaliszu na sesji wyjazdowej w Sieradzu rozpatrywał sprawę zabójstwa dyrektora gimnazjum w Zduńskiej Woli. Akta śledztwa składały się z 7 tomów, zaś akt oskarżenia zawierał 22 strony. Na rozprawę wezwano około 50 świadków z 4 powiatów. Na salę policja wpuściła nieznaczną ilość osób, gdyż sami świadkowie zajmowali przeszło pół sali.

Na ławie oskarżonych zasiedli:
1. Józef Grabowski, urodzony w 1904 roku we wsi Kuźnia w gminie Bujny Szlacheckie – karany wcześniej trzy razy za kradzieże.
2. Józef Barczyński, urodzony w 1902 roku w Pabianicach – karany za rozbój i kradzieże.
3. Bronisław Malinowski urodzony w 1906 roku w Pabianicach – karany 6 razy za oszustwo.
4. Natalia Sobierajska urodzona w 1908 roku w Zduńskiej Woli – karana za kradzież.

Nikt z oskarżonych nie przyznał się do winy. Barczyński oświadczył, że nie wie za co znalazł się w areszcie oraz, że Grabowskiego i Malinowskiego nie zna. Potem zaczął plątać się w zeznaniach i potwierdził, że jednak zna Malinowskiego i, że Sobierajska mówiła mu o jakimś bogatym woźnym, do którego należy iść z „maszyną”. Malinowski potwierdził, że zna Barczyńskiego, ale że Grabowskiego widzi po raz pierwszy. Przyznał, że Sobierajska była jego kochanką od kilku lat i odwiedzała go kilka razy w Zelowie. O żadnych planach napadu jednak nie rozmawiali. Potwierdziła te zeznania Natalia Sobierajska, która również nie przyznała się do winy. Na pytanie przewodniczącego sądu co wie o całej sprawie opowiadała, iż zna dobrze tylko Malinowskiego, z którym łączą ją bliższe stosunki. Barczyńskiego widziała tylko raz na zabawie w Zelowie. Bardzo obciążające było zeznanie żony zamordowanego dyrektora, przybyłej aż z Wilna, Józefy Biegańskiej, która rozpoznała w Malinowskim zabójcę męża.

Wieczorem 2 lutego 1936 roku sąd ogłosił wyrok. Józef Grabowski i Bronisław Malinowski zostali skazani na 8 lat więzienia, a Natalia Sobierajska na 3 lata więzienia. Józef Barczyński został uniewinniony. Wszystkich skazanych pozbawiono praw publicznych na 10 lat.

liceum1

I Liceum Ogólnokształcące w Zduńskiej Woli w roku 2015

* * *
Edward Biegański, urodzony 20 lipca 1887 r. w Grodnie był nauczycielem matematyki, dyrektorem szkół państwowych, działaczem Polskiej Partii Socjalistycznej oraz Ochotniczej Straży Pożarnej i Towarzystwa Przyjaciół Związku Strzeleckiego. Za zasługi w pracy społecznej został odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi. Ostatnią drogę ze Zduńskiej Woli do Łowicza odbył w wozie strażackim. 1 lutego 1935 roku udekorowany kwiatami i wieńcami strażacki karawan, jadąc przez Pabianice i Łódź, dotarł do Łowicza. Szczątki dyrektora Edwarda Biegańskiego złożono w rodzinnym grobowcu na Cmentarzu Kolegiackim w Łowiczu.

Ostatnie chwile Narutowicza – relacja naocznego świadka – fragmenty wspomnień ówczesnego premiera rządu – prof. Juliana Nowaka. Gabriel narutowicz był ministrem spraw zagranicznych w jego gabinecie.
za: Głos Poranny 23.12.1932 r. – w 10-lecie zamachu.
styl i pisownia – oryginalne
Nie będę tu siedział 7 lat
Nie było 7 lat, nie było 7 dni…

Ostatnie chwile Narutowicza – relacja naocznego świadka. Wspomnienia ówczesnego premiera rządu – prof. Juliana Nowaka* opublikował w 10-lecie zamachu „Głos Poranny” 23 grudnia 1932 roku.  Gabriel Narutowicz w gabinecie Nowaka był ministrem spraw zagranicznych.

Niedziela w Belwederze

W Belwederze odbywały się przez niedzielę narady nad ceremonjałem zawiezienia Narutowicza do sejmu w celu złożenia przysięgi i powrotu z sejmu. Z powodu niepokoi, jakie bądź co bądź w stolicy przez niedzielę miały miejsce, jazda tam i z powrotem budziła pewną troskę.
Narutowicz chciał początkowo jechać do sejmu z ministerstwa spraw zagranicznych, czemu sprzeciwił się minister Kamieński, albowiem nie miałby w takim razie dostatecznej ilości policji, aby obsadzić nią drogę z ulicy Wierzbowej do Sejmu, a następnie z sejmu do mieszkania Narutowicza w Łazienkach, względnie do Belwederu. Obiekcje Kamieńskiego uznałem za słuszne i stanęło na tem, że Narutowicz pojedzie do sejmu ze swego mieszkania w Łazienkach (…).
Decyzja co do towarzyszenia śp. Narutowiczowi w jego przejeździe z Łazienek do sejmu uległa następnie, wskutek decyzji urzędu protokołu dyplomatycznego, zmianie w tym kierunku, iż Narutowicza, jako będącego do chwili zaprzysiężenia jeszcze tylko ministrem spraw zagranicznych, przewiezie do sejmu szef protokołu, hr. Przeździecki, o czem zostałem zawiadomiony za pośrednictwem wiceministra Studzińskiego, ówczesnego szefa kancelarji prezydjum rady ministrów.

Jaja na ministrów, kamienie na prezydenta

Około godziny wpół do 12 wyruszyliśmy do sejmu. Na przedzie w automobilu otwartym: p. Kamieński, a za nim ja. Pojechaliśmy ulicą Mazowiecką i Bracką, przecinając Aleje Jerozolimskie, a potem ulicą Piękną na Wiejską do sejmu. Nigdzie większego nagromadzenia się publiczności nie zauważyłem, dopiero gdyśmy wjeżdżali w Aleję Ujazdowską, przecinając ją od ulicy Pięknej, napotkaliśmy kordon policyjny, zabezpieczający dostęp do Aleji oraz przejazd przez Aleje i wjazd w ulicę Piękną, który to kordon na narożnikach był wzmocniony silnemi patrolami. Oprócz tego w ulicy Pięknej poza Aleją Ujazdowską było kilkunastu policjantów konnych, ustawionych we front. Liczba demonstrantów wynosiła tu kilkaset osób, głównie młodzieży i obecna tam policja wystarczała aż nadto do ich usunięcia.
Demonstranci przywitali nasze automobile świstem i drwiącemi okrzykami, a ministra Kamieńskiego i jadących z nim urzędników obrzucili śniegiem i jajami. Demonstranci zbrojni byli w kije, któremi potrząsali, grożąc. Policja, stojąc na baczność, przypatrywała się demonstrantom i nam z niezamąconym spokojem.
Wreszcie przedostaliśmy się do sejmu i tam oczekiwaliśmy przyjazdu Narutowicza, który się spóźnił i przyjechał po kwadransie na pierwszą. Przyczyną spóźnienia było, jak mi zameldowano, to, że w Alejach napotkał pojazd Narutowicza i towarzyszący mu szwoleżerowie barykadę z ławek ogrodowych, któremi Aleje były zamknięte. Dowodzący plutonem oficer tak manewrował koniem, że jego zadem usunął jedną ławkę z barykady i przez tę przerwę przejechała część plutonu, poprzedzająca powóz, a następnie pojazd. Wtedy na chwilę pojazd nie miał żadnej osłony z boków i demonstranci dotarli do samego powozu i obrzucili prezydenta bryłami śniegu, a nawet i kamieniami. Zajściu przyglądała się policja, stojąc na baczność zupełnie bezczynnie, jak to stwierdzili naoczni świadkowie.
Wreszcie Prezydent w towarzystwie p. Przeździeckiego i otoczony szwoleżerami dotarł do sejmu. W sejmie na zapytanie marszałka Rataja, czy wybór przyjmuje – silnym, zdecydowanym głosem odrzekł, że przyjmuje i przysięgę złożył.

Dzieci klękły na jezdni i nie chcą ustąpić

Po przysiędze odjazd prezydenta do Belwederu zwłóczył się, albowiem nadchodziły wiadomości, że nagromadziły się znaczniejsze tłumy w Alejach, które zagradzają komunikację oraz, że mają miejsce duże demonstracje na Placu Trzech, gdzie padają strzały. Zażądałem od p. Kamieńskiego, aby użył wojska i porządek przywrócił, p. Kamieński pojechał osobiście zbadać sytuację, a my, to jest orszak prezydenta Narutowicza i ministrowie czekaliśmy wciąż w sejmie w poczekalni ministrów możności odjazdu. Podczas tego czekania przybiegł do mnie jakiś funkcjonariusz policji, donosząc, że jechać Alejami nie można i trzeba powracać inną drogą, bo dzieci szeregiem zagrodziły drogę w Alejach w ten sposób, że klękły na szosie i nie chcą ustąpić. Tu już wzięła mnie pasja, krzyknąłem, że na dzieci, gdy są nieposłuszne, są wszak rózgi, ale to przecie nie może być brane poważnie pod uwagę, jako przeszkoda i orszak w każdym razie powróci tą samą drogą, którą przybył.
Niedługo także zgłosił się generał Rozwadowski z meldunkiem, że wojsko częściowo już wyszło, a częściowo niebawem wyjdzie policji na pomoc. Wreszcie mogliśmy odjechać – ja jechałem tuż za prezydentem Narutowiczem, a za mną wszyscy ministrowie i w ten sposób, już bez przeszkody odprowadziliśmy prezydenta do Belwederu.

Nie będę tu siedział 7 lat

… w piątek w południe było u mnie dwóch panów z Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych, p. Okoń i jeszcze drugi pan, z zaproszeniem wzięcia udziału w wernisażu wystawy w sobotę, o godzinie 12. Oświadczyli, że zaprosili także prezydenta Narutowicza.
Piątek minął spokojnie, jakkolwiek atmosfera była duszna. Wieczorem o godzinie 7-ej pojechałem do Belwederu odwiedzić prezydenta Narutowicza. Był rad, że mnie widzi, jednak, jak i przy poprzednich widzeniach się naszych w ostatnich dniach kilka razy powtórzył: „ciężko panie premierze – ciężko”. Oświadczył mi, że powierzy utworzenie gabinetu Darowskiemu i, że pragnie, aby wszyscy ministrowie zatrzymali swoje teki (…). Będzie to tymczasowy gabinet, aż do momentu, gdy będzie mógł powstać gabinet parlamentarny na jakiejś większości oparty, co, jak miał nadzieję, wnet nastąpi.
Opowiedziałem Narutowiczowi, że jestem zaproszony na jutro, sobotę, na godzinę dwunastą, w południe na otwarcie wystawy w Towarzystwie Zachęty Sztuk Pięknych i, że mówili mi, iż zaprosili pana prezydenta. Sądzę jednak, że prezydent nie ma potrzeby iść tam, jestem zdania, że winien on urzędowanie swoje rozpocząć od jakiegoś ważniejszego aktu państwowego. Wystarczy jeśli na jutrzejszym wernisażu będę obecny ja sam i będę reprezentował równocześnie prezydenta Rzeczypospolitej.
Narutowicz dał wyraz swojego zadowolenia z tego, że ja tam będę, obstawał jednak przy tem, że na otwarcie wystawy przyjedzie.
Wspominał mi, że przede mną był u niego poseł Głąbiński i, że była mowa o jego ewentualnem zrzeczeniu się, przyczem Narutowicz zauważył: „na to jeszcze czas, w każdym razie nie będę tu siedział 7 lat”. Doradzałem prezydentowi, aby się nie zamykał w Belwederze i aby prowadził życie ruchliwsze, bo nigdzie niema napisane, że prezydent musi się w mieszkaniu swojem zamknąć.
Żegnając się z prezydentem, jeszcze raz zaznaczyłem, że nie uważam za potrzebny przyjazd jego na otwarcie wystawy Zachęty, i że ja tam będę punktualnie o dwunastej.

Trzy strzały w galerii

W sobotę załatwiałem rzeczy urzędowe, a jakie dziesięć minut przed dwunastą pojechałem z żoną do Zachęty. Zajechałem tam w przeciągu pięciu minut i zastałem sporo publiczności oraz komitet wystawy w westibulu, czekających na prezydenta. Spostrzegłem angielskiego posła Maxa Müllera z żoną, który mi mówił, że właśnie przeszedł grypę i nie czuje się jeszcze zdrów zupełnie, ale mimo to się zebrał, bo chciał być obecny przy pierwszym publicznym występie prezydenta Narutowicza. Zauważyłem i posła Tomasiniego. Kilkanaście minut po dwunastej zajechał przed gmach automobil prezydenta, który był u kardynała Kakowskiego z wizytą, a od niego przyjechał do Zachęty. Prezydent przywitał się z obecnymi w westibulu i wszyscy poszliśmy na piętro, celem obejrzenia wystawy. Na życzenie komitetu pozostaliśmy w paltach, obawiano się bowiem, że jest w salach za chłodno.

Szedłem tuż za Narutowiczem. Rozpoczęliśmy oglądanie obrazów (…),  obejrzeliśmy obrazy jednej z krótszych ścian sali i doszliśmy do środka dłuższej ściany, gdy nagle rozległ się suchy trzask trzech po sobie szybko następujących strzałów. Stałem tuż obok prezydenta Narutowicza i dotykałem go w ścisku rękawem mej lewej ręki – na moment umysł wogóle nie zdawał sobie sprawy, co właściwie zaszło, dopiero po tym momencie jak błyskawica zjawiła się myśl: to zamach – przemknęło mi przez głowę,  że pewnie na prezydenta.

Potem nagle wszczął się zamęt i zamieszanie na sali. Naokoło blade, wystraszone twarze – jakaś pani łkała. Nie zapomnę twarzy posła Müllera: bladej, jak płótno z powodu wstrząsu nerwów w jego świeżą chorobą osłabionym organizmie. O kilka kroków ujrzałem słusznego mężczyznę stojącego z wyciągniętą prosto do góry prawą ręką, w której trzymał brauning – zrozumiałem, że to morderca – przybliżyłem się do niego, aby go uchwycić za rękę i obezwładnić, ale uprzedził mnie jakiś oficer i jeszcze ktoś, którzy go rozbroili i wyprowadzili do przyległego pokoju.
Prezydent Narutowicz leżał na posadzce z rozpiętem ubraniem i z obnażoną piersią – z przestrzelonej klatki piersiowej spływała krew. Szukałem pulsu. Pulsu nie było już – prezydent nie żył. Zabrałem przerażoną żonę i pojechałem do prezydjum, celem wydania zarządzeń i zwołania rady ministrów. Ciałem prezydenta zajęło się jego otoczenie belwederskie.

* * * * *
Szli wołając – Polska! Polska!
Wtem zza mojżeszowego krzaka
Wyjrzał Bóg i zapytał
Polska? Ale jaka?

No właśnie, jaka? W 4 lata po odzyskaniu niepodległości, w 2 lata po dramatycznej obronie przed najazdem bolszewików, naród polski nie był w stanie wyłonić demokratycznie władzy, której podporządkowaliby się wszyscy obywatele. Czyżby niepodległość przerosła jego zdolności do zespołowego kierowania swym losem? Może stary Bismarck miał rację, mówiąc: „Dajcie Polakom rządzić, a sami się wykończą”. Czy to tradycyjna polska anarchia nie pozwoliła na powstanie narodu z silnym instynktem państwowym? A za niepowodzenia każe zawsze winić kogoś innego: Niemca, Moskala, Żyda, jakichś mitycznych Onych…?

* * * * *

*Julian Ignacy Nowak (1865-1946) – polski polityk, premier, lekarz i mikrobiolog. W latach 1911–1912 był dziekanem Wydziału Lekarskiego, a w latach 1921–1922 był rektorem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Należał do Stronnictwa Prawicy Narodowej. W 1922 (od 31 lipca do 14 grudnia) był premierem rządu pozaparlamentarnego, w którym Gabriel Narutowicz pełnił funkcję ministra spraw zagranicznych.

Powered by WordPress Web Design by SRS Solutions © 2017 To ci historia! Design by SRS Solutions

  • RSS
  • Flaker
  • Twitter
  • Tumblr
  • Facebook
  • GoldenLine
  • Nasza Klasa
  • Wykop