To ci historia!

Blog historyczny, ciekawostki historyczne, sensacje

Wpisy w kategorii: Zbrodnia niesłychana

Wielki kryzys gospodarczy lat 30 ubiegłego wieku przyniósł plajty, bezrobocie i biedę. Gazety ówczesne pełne były informacji o samobójstwach wśród bankrutów i o nędzarzach wyrzucanych na bruk. Tragedia, którą opisał łódzki „Głos Poranny”, mogła mieć jeszcze inne przyczyny. Wobec milczenia świadków szczegóły życia rodzinnego Wołoszynów pozostały jednak tajemnicą. ["Głos Poranny" 11.12.1932 r. Styl i pisownia - oryginalne]

W domu przy ul. Podmiejskiej 1, za Placem Reymonta rozegrała się wczoraj straszna tragedja rodzinna. Około godziny 4-ej po południu w mieszkaniu Daniela Wołoszyna, znajdującem się na drugiem piętrze frontowej oficyny, rozległy się
trzy kolejno po sobie następujące strzały.
W chwilę potem z mieszkania poczęły wydobywać się rozpaczliwe krzyki i jęki. Przerażeni sąsiedzi nie wiedzieli co czynić. Po chwili jednak zdobyli się na odwagę i wpadli do mieszkania. Oczom ich przedstawił się okropny widok. Na podłodze małego, jednopokojowego lokalu leżeli
brocząc obficie krwią:
mężczyzna i młoda kobieta. Byli to: 49-letni Daniel Wołoszyn i najstarsza córka jego, 21-letnia Elżbieta.
Wołoszyn leżał w ten sposób na podłodze, że głowa jego ukryta była pod starą kanapą, córka jego miała twarz całą zakrwawioną i nie dawała żadnych znaków życia. Obok niej leżał na ziemi rewolwer.
W ciasnej izdebce lamentowały trzy kobiety: żona, młodsza 17-letnia córka głuchoniema, oraz koleżanka Elżbiety Wołoszyn, która wraz z rodziną była świadkiem okropnego wypadku. Zanim sąsiedzi zdążyli wyjaśnić tragedię żona Wołoszyna popadła w omdlenie.
Jednocześnie prawie zaalarmowano pogotowie ratunkowe kasy chorych oraz władze policyjne. Po upływie kilkunastu minut przybyły władze śledcze z nadkomisarzem Weyerem na czele oraz pogotowie. Lekarz skontatował już tylko
śmierć Elżbiety Wołoszyn.
Dwie kule rewolwerowe przeszyły jej głowę, masakrując twarz. Wołoszyn żył jeszcze.
Kula przebił mu skroń
i utkwiła w czaszce. W stanie beznadziejnym przewieziono natychmiast ciężko rannego do szpitala miejskiego św. Józefa, celem poddania operacji.
Władze śledcze przystąpiły niezwłocznie do śledztwa, celem wyświetlenia tła krwawej tragedji.

Redakcja nasza powiadomiona o wypadku, wydelegowała natychmiast swego współpracownika, który zebrał na miejscu następujące szczegóły:
Dom przy ul. Podmiejskiej 1 jest narożnikiem i wejście doń prowadzi przez ulicę Łączną. Na drugiem piętrze we froncie na wprost klatki schodowej znajduje się mieszkanie, w którem rozegrał się tragiczny epizod. Na drzwiach znajduje się pod szkłem bilet wizytowy z napisem „Daniel Wołoszyn”.
Wołoszyn zajmował wraz z rodziną jeden mały pokoik, z którego oddzielono jeszcze kotarą i szafą maleńki korytarzyk. Umeblowanie mieszkania stanowią dwa łóżka, kanapa, szafa i stół. Wołoszynowie
żyli ostatnio w wielkiej nędzy.
Daniel Wołoszyn, niegdyś zamożny człowiek, w ostatnich latach zarabiał na utrzymanie rodziny jako szofer. W ubiegłym roku stracił zajęcie i przez pewien czas otrzymywał zapomogę. Zaciągał długi, robił co mógł, lecz mimo wszystko rodzina żyła w skrajnej nędzy.
Dopiero w bieżącym roku najstarsza córka, Elżbieta, otrzymała w gimnazjum P. Posnera przy ul. Zawadzkiej 1 posadę nauczycielki. Zarabiała niewiele, oddając wszystko na dom. Skromna pensja nie starczyła jednakże na opędzenie
wszystkich potrzeb, tem bardziej, że trzeba było leczyć młodszą córkę, głuchoniemą.
Nieszczęśliwa matka nieraz czyniła wyrzuty swemu mężowi, że nie zarabia, że nie szuka dla siebie zajęcia, że nie dba o dom i rodzinę. Wołoszyn tłumaczył się; kłótnie z żoną nie ustawały.
W ub. tygodniu do mieszkania Wołoszynów
przybył komornik
aby zająć nędzne meble za jakiś dług. Wołoszynowa tak się przejęła tym wypadkiem, że dostała ataku nerwowego.
Na łożu boleści prosiła starszą córkę o to, aby zajęła się młodszą siostrą – kaleką i dała jej utrzymanie.
Elżbieta złożyła przysięgę,
że jak długo żyć będzie troszczyć się będzie o swą siostrę. Wołoszynowa wróciła do zdrowia.
Daniel Wołoszyn atakowany ciągle z powodu nieróbstwa oświadczył rodzinie, że chce opuścić Polskę i wyjechać do Rosji Sowieckiej. Kiedy mu odpowiedziano, że może uczynić co chce, zażądał pieniędzy na wyjazd. Żona oświadczyła mu w odpowiedzi, że może mu dać tylko 20 zł.
Podobno rozmowa ta toczyć się miała właśnie wczoraj po południu. Zdenerwowany Wołoszyn począł krzyczeć, a w pewnym momencie wydobył nagle z kieszeni rewolwer systemu Browning i
strzelił z tyłu do córki.
Elżbieta szyła akurat, rozmawiając z przyjaciółką. Kula zwaliła ją z krzesła na podłogę.
Żona i głuchoniema córka rzuciły się na ojca, chcąc go obezwładnić, lecz w tej chwili Wołoszyn
przystawił lufę rewolweru do własnej skroni,
aby pozbawić się życia. Padł strzał i samobójca runął na podłogę. Elżbieta w kilka chwil potem wyzionęła ducha.
O tej okropnej tragedji krąży jeszcze
inna wersja.
Głosi ona, że denat utrzymywał intymne stosunki ze swą 17-letnią córką. Wiedziała o tem tylko Elżbieta i stale z tego powodu czyniła gorzkie wyrzuty ojcu. Wczoraj, gdy doszło do kłótni młoda nauczycielka miała odkryć całą tajemnicę wobec matki.
Nastąpił skandal i śmiertelne strzały, oddane przez skompromitowanego Wołoszyna.
Toczące się śledztwo ujawni bez sprzecznie prawdziwe tło zbrodni i samobójstwa. W każdym razie
trzeba jedno skonstatować: dominującą rolę w tej smutnej tragedji rodzinnej
odegrała nędza
Władze śledcze, jak się w ostatniej chwili dowiadujemy, usiłowały zbadać dogorywającego Wołoszyna. Lekarze jednak oświadczyli, iż jest on nieprzytomny, tak, że uzyskanie zeznań jest wykluczone. Przesłuchiwanie naocznych świadków zbrodni trwa.
Wołoszynowa odmówiła wszelkich wyjaśnień. Zanosząc się od płaczu, oświadczyła krótko:
- Dajcie mi spokój, ja strasznie cierpię.
****
Daniel Wołoszyn zmarł w szpitalu, nie odzyskawszy przytomności. Zeznania świadków, szczególnie koleżanki zabitej Elżbiety – Maryli Sicińskiej, nie doprowadziły do wyjaśnienia wszystkich przyczyn tragedii….

Tragiczna prawda o skutkach dziecięcych zabaw w piwnicy pewnego łódzkiego domu pozostałaby zapewne nieujawniona, gdyby nie pomoc wyszkolonego psa. Niestety, prasa nie podała imienia czworonogiego detektywa. Dziennik „Rozwój” informował 3 czerwca 1912 o niezwykle bulwersującej sprawie.

W ubiegły piątek zniknęła nagle 9-cio letnia Leonia Spielrein, córka kupca i właściciela cegielni, Majera Spielreina, zamieszkałego w domu przy ul. Nowo Targowej nr 12. (…)

Dopiero w sobotę po południu stróż tego domu Jakób Szymański przypadkowo zauważył leżące w jednej z komórek piwnicy oficyny zwłoki zamordowanej Szpielreinówny o czem zawiadomił natychmiast rodziców, a ci ostatni władze policyjne. Przybyli na miejsce zbrodni towarzysz prokuratora, sędzia śledczy i komisarz 3-go cyrkułu policyjnego-znaleźli zwłoki Szpielreinówny obrócone twarzą do ziemi; usta miała zakneblowane słomą; na ciele nie znać było żadnych śladów ran. Dokonana przez lekarza cyrkułowego doktora Górskiego sekcya zwłok wykazała, że Szpilreinówna zastała zgwałconą, a następnie po defloracyi, uduszoną przez zakneblowanie ust. W odległości 15-tu kroków od komórki, w której leżała zamordowana, znaleziono po środku korytarza w piwnicy siennik napełniony przegniłą już słomą. Z siennika tego zbrodniarz pochwycił garść słomy i zakneblował swej ofierze usta, co spowodowało śmierć skutkiem uduszenia. Badając teren dokonanej zbrodni władze śledcze odrazu wpadły na myśl, że przestępca dopuścił się gwałtu, doprowadziwszy swą ofiarę do siennika, a następnie, gdy ta widocznie chciała krzyczeć zakneblował jej usta. Dla zatarcia śladów zbrodni, widząc przed sobą zastygłe zwłoki, trupa zawlókł do komórki i tam pozostawił w pozycyi, w jakiej zastano. Koszulę i ubranie uduszonej dziewczyny znaleziono zakrwawione. (…)

Na razie władze policyjne dokonały rewizyi w całym domu, lecz na ślad zbrodniarza nie natrafiono. Na podstawie więc tylko domysłów, aresztowano na razie subjekta fryzyerskiego, dwóch robotników fabrycznych, służącą Szpilreinów – 26 letnią Annę Witkowską, stróża Jakóba Szymańskiego i syna jego Józefa. Wszystkie te osoby, jak się następnie okazało, nie brały żadnego w zbrodni udziału, ani też o fakcie tym nic nie wiedziały.

Dla wykrycia zbrodniarza chwycono się niezwykłego u nas sposobu. Oto użyto odpowiednio tresowanego psa policyjnego, należącego do żandarma kolejowego. Pies, po obwęszeniu zwłok, skierował się do sąsiedniego domu na ulicy Nowo-Targowej nr 10; za psem szli funkcyonariusze policyi.

Znalazłszy się we wzmiankowanym domu, pies wbiegł po schodach do mieszkania buchaltera Hersza Bleiweissa. Gdy otworzono drzwi, pies zaczął węszyć i schwycił czapkę uczniowską z zielonym lampasem. Czapka ta była własnością starszego syna Bleiweissa, 11-letniego Lejzera-Henocha, który w piątek zeszłego tygodnia podarował ją młodszemu bratu. Henocha nie zastano w domu. Znikł on w piątek wieczorem, tj. w dzień dokonanej zbrodni.

Lejzera-Henocha Bleiweissa przypadkowo aresztowano śpiącego na schodach domu przy ulicy Średniej nr 51. Wziąwszy go za jakiegoś włóczęgę, stróż domu, Antoni Kozielski zatrzymał i zawiadomił o tem rewirowemu. Przyprowadzony do biura 3-go cyrkułu policyjnego, początkowo zaprzeczał kategorycznie, jakoby brał udział w morderstwie. Później atoli, dzięki umiejętnemu badaniu starszego pomocnika komisarza p. Pierwozwańskiego, przyznał się do zgwałcenia dziewczyny.

Twierdzi on, że Szpilreinównę znał od lat paru, bywał w domu jej rodziców, często wyznaczali sobie schadzki, gawędzili ze sobą, a przed dwoma tygodniami umówili się, że pójdą razem do piwnicy; miejsce w piwnicy wskazała Szpilreinówna.

Z okólnikowych opowiadań młodzieńca, bardzo zdenerwowanego, władze policyjne doszły do przekonania, że po zgwałceniu, dziewczyna zaczęła robić mu wymówki, grozić, a następnie krzyczeć; to spowodowało Bleiweissa do zakneblowania jej ust, a następnie dopiero, jak wyżej zaznaczono-zawleczenia trupa do komórki.

Lejzer Bleiweiss zeznał, że po wydostaniu się z piwnicy bał się wrócić do domu, błąkał się zatem po ulicach, poczem znużony wpadł do domu przy ul. Średniej nr 51 i tutaj na schodach zasnął. Czapkę uczniowską umyślnie oddał bratu młodszemu, a zamienił na czapkę bez żadnego lampasu.

Władze policyjne podejrzewają, że mają do czynienia z psychopatą. Pomocnik komisarza, p. Pierwozwański nie ukończył badania, gdy na skutek rozporządzenia naczelnika wydziału śledczego p. Rachmaninowa, -aresztowanego Bleiweissa odwieziono do wydziału śledczego, dokąd wezwany został także sędzia śledczy.

Ojciec Bleiweissa zeznał, że syn jego Lejzer uczył się w domu prywatnie, był pilny i nigdy nie zdradzał anormalnego stanu umysłu.

Kiedy wczoraj sprowadzono psa, który wykrył ślady zbrodni, do 3-go cyrkułu policyjnego, w którym znajdował się Bleiweiss, pies, zauważywszy zbrodniarza, chciał rzucić się na niego.

Początkowo władze policyjne chciały ustawić rzędem kilku chłopców razem z Bleiweissem, aby przekonać się, czy pies pozna w jednym z nich zbrodniarza. Idąc za radą właściciela psa, eksperymentu tego zaniechano, gdyż obawiano się, aby pies nie poszarpał zbrodniarza.

Wymienione wyżej osoby, aresztowane w sobotę, jako podejrzane o udział w zbrodni, wypuszczone na wolność. (a)

„Najstarszy z żydów pierwszy, wedle podania, przebił nożem jedną Hostię, z której zaraz krew wytrysnęła i twarz mu znacznie skropiła (…) Za przykładem pierwszego, poszła i reszta żydów. Zbrodnicze ich ręce nurzały się we krwi”

Kościół katolicki uroczyście obchodzi dziś Święto Bożego Ciała. To jedno z młodszych świąt, ale za to jedno z bardziej widowiskowych, ze względu na tłumne procesje, paraliżujące ruch w wielu miastach. Obchodzone jest od XIII wieku, a powodem jego wprowadzenia były objawienie i cud. Objawienie miała mieć francuska zakonnica Julianna, która ponoć w 1245 została zaszczycona rozmową z samym Chrystusem. Zażądał on wówczas ustanowienia święta ku czci Najświętszej Eucharystii. I nawet wyznaczył dzień uroczystości Bożego Ciała – czwartek po niedzieli Świętej Trójcy. Oficjalnie do Rzymu wprowadził to święto papież Urban IV w 1264 roku. A skłonił go do tego cud, jaki rzekomo zdarzył się we włoskiej wiosce Bolsena, gdzie rozlane mszalne wino zmieniło się w krew chrystusową.

Ale takie cuda i dziwy nie omijały też Polski. W Poznaniu wskutek legendy o żydowskich świętokradcach i latających hostiach powstały dwa kościoły: kościół Bożego Ciała oraz kościół Najświętszej Krwi Pana Jezusa.

Poznańska legenda o skradzionych hostiach przez całe wieki uchodziła za szczerą prawdę i dowód na zbrodniczą działalność Żydów. A i dziś wielu religijnych fanatyków, a nawet kościelnych hierarchów traktuje tę bajkę jako świadectwo autentycznych wydarzeń. Tym bardziej, że cud poznański został uwiarygodniony bullą papieską Bonifacego IX, a więc nie można traktować go jako legendy, bo podważałoby się w ten sposób autorytet Stolicy Apostolskiej.
Treść tej historii spisana została w roku 1926 przez Mieczysława Noskowicza w książce „Najświętsze trzy Hostie”. Książka niedawno została wznowiona przez wydawnictwo WERS i cieszy się ogromnym zainteresowaniem katolickich fundamentalistów.
Oto zadziwiająca opowieść o profanacji boskiego ciała.
15 sierpnia 1399 doszło w Poznaniu do nadzwyczajnych zdarzeń. Na błoniach nad Wartą, gdzieś w miejscu skrzyżowania dzisiejszych ulic Strzeleckiej i Królowej Jadwigi, pastuszek opiekujący się krowami zauważył nagle, że bydło klęka, patrzy w górę i podziwia unoszące się w powietrzu Trzy Hostie. Blask bił taki, że na miejsce zbiegły się tłumy, a wkrótce przybyły też miejskie władze oraz duchowieństwo z biskupem poznańskim Wojciechem Jastrzębcem. Dominikanin Jan Ryczywół uniósł patenę i Trzy Hostie natychmiast na nią spłynęły. Orszak z biskupem na czele odprowadził Hostie do kościoła farnego św. Marii Magdaleny. Na miejscu cudu biskup polecił wznieść drewnianą kaplicę, do której zaczęło pielgrzymować coraz więcej pątników. Wieść o kulcie rozszerzała się na cały region, a wkrótce także na cały kraj. Kiedy o historii Trzech Hostii dowiedział się król Władysław Jagiełło, postawił w tym miejscu kościół Bożego Ciała, a obok niego klasztor Karmelitów Trzewiczkowych.

Jak ustaliło ”śledztwo”, cud na błoniach, był efektem żydowskiej profanacji. Pewna mieszkanka Poznania, chrześcijanka o imieniu Krystyna, przekupiona przez miejscowych Żydów, wkradła się do ówczesnego kościoła Dominikanów i wyniosła pod osłoną nocy Trzy Hostie. Następnie przekazała je Żydom. Świętokradcy przenieśli konsekrowane Hostie do podziemi dawnej kamienicy Świdwów-Szamotulskich. Tam rzekomo doszło do potwornej profanacji: Hostie położono na drewnianym stole, kłuto, przebijano nożami, deptano… Z tak męczonego Ciała Chrystusowego w końcu trysnęła krew na podłogę i ściany. Kilka kropel upadło na stojącą obok niewidomą Żydówkę, która natychmiast odzyskała wzrok. Żydów ogarnęło wówczas przerażenie. Żeby zatrzeć ślady, próbowali utopić Trzy Hostie w piwnicznej studzience. Ale one ciągle wypływały na wierzch. Wtedy postanowili wynieść Hostie poza miasto i porzucić je daleko, na nadwarciańskich łąkach. W drodze na to miejsce pod wpływem Trzech Hostii nastąpiło jeszcze kilka cudownych uzdrowień. Owinięte w szmaty Hostie zostały zakopane przez Żydów w ziemi. Następnie w cudowny sposób odnaleźli je pastuszkowie.

Dla katolika to ciekawa, wzruszająca, dydaktyczna historyjka z happy andem. Utwierdzająca jego wiarę, która bez cudów i tajemnic byłaby płytka jak przykościelna kałuża. Tyle tylko, że religijna propaganda tak chętnie powołującą się na owe „fakty”, udokumentowane przez kościelnych kronikarzy, omija jak może jeden istotny dla tej historii „fakt”, który w XXI wieku jest już nieco niewygodny i podważa codzienne nawoływania o miłość do bliźniego. Oczywiście „sprawcy” profanacji zostali surowo ukarani, co oznacza, że zamieszani w sprawę rabin i trzynastu Żydów oraz Krystyna i jej córka spłonęli na stosie urządzonym na podmiejskich polach. Sprawiedliwości stało się zadość. Oskarżeni, jak zwykle bywało w takich procesach, przyznali się nie tylko do wszystkiego co im zarzucano, ale i do wielu innych myślo-zbrodni. Ówczesne metody przesłuchań były przecież dużo skuteczniejsze od dzisiejszych. Ukarani zostali również potomkowie „świętokradców”. Gmina żydowska musiała co roku wpłacać na procesję Bożego Ciała datek w wysokości 800 tynfów, a trzech starszych z gminy dla przykładu chodziło z nożami w ręku na czele procesji.
Współcześni propagatorzy tej „budującej” historii nie kwapią się również do uczciwego przyznania, że z kawałka pieczywa nie da się nijak wydobyć ani kropli krwi. Choćby nie wiadomo jak był wypieczony i uświęcony…

Ponad dwieście lat po cudzie karmelici zaświadczą, że odnaleźli w piwnicy przy ul. Żydowskiej stół dębowy, na którym kłuto hostie. „Stół od niewiernych Żydów, iżby się zbrodnia nie wydała, w filarze przez długi czas aż do bieżącego roku był ukryty”. Odnajdą na stole ślady krwi. Za swą zdumiewająca spostrzegawczość ojczulkowie dostaną od miasta w darze rzeczoną kamienicę i przebudują ją na kościół Najświętszej Krwi Pana Jezusa. Później odkryją jeszcze w piwnicy studnię, w której hostie były topione przez Żydów. Po oczyszczeniu ze „śmieci i odchodów” napełnią ją wodą „ku radości miasta, a zwłaszcza chorych, którzy pijąc ową wodę, poczęli powracać do zdrowia z wielu słabości”. Do dziś w Wielką Sobotę wierni ustawiają się w kolejce do tej studni.

Przez całe wieki w kościele przy Żydowskiej wisiała tablica: „Ty Boże, jak za taką krzywdę nagrodzimy? / Twoję, gdy ciężką mękę w Poznaniu widzimy. / Ty sam Boże jakoś jest zawsze sprawiedliwy, / Ty wyniszcz aż do szczętu ten naród złośliwy”. Dopiero w 2005 roku metropolita poznański abp Stanisław Gądecki kazał ją zdjąć.

Ta historia pokazuje sposób, w jaki kościół dochodził do olbrzymich bogactw, zaczynając od władzy nad ludzkimi umysłami. Wystarczyło ogłosić odpowiedni cud, aby stosownie do jego rangi otrzymać w darze świątynię lub posiadłość ziemską. Na głoszenie boskiej chwały nie wypadało przecie skąpić złotówek. Nawet królowi, skoro władza jego od Boga pochodziła…

Historia trzech hostii na youtubie

* * *

Wszystkie ilustracje pochodzą z książki Mieczysława Noskowicza „Najświętsze trzy Hostie”, wydanej w Poznaniu w 1926 r.

„Oddano go potem na kaźń i najpierw ukarano jego język i usta, którymi okrutnie znieważył Boga; potem pieczono jego rękę, narzędzie najszpetniejszego płodu, spalono karty bluźnierstwa, po czym sam potwór tego wieku, bogobójca i prawołomca, został pochłonięty przez pokutne płomienie, choć nie wiadomo, czy i one mogły zgładzić takie bezeceństwo.”
Tak opisywał śmierć Kazimierza Łyszczyńskiego biskup Andrzej Chryzostom Załuski – zażarty przeciwnik i główny oskarżyciel polskiego ateisty.

Potworne męczarnie na jakie w 1689 roku skazano Łyszczyńskiego w rzeczywistości nie doszły do skutku, albowiem, w swej łaskawości, król Jan III Sobieski złagodził wyrok i skazanemu humanitarnie ścięto mieczem głowę. Po czym ciało spalono, a „popioły jego nabito w końcu w działo i ku Tatarii wystrzelono*”

Po 11 latach od egzekucji, opisując zdarzenie, kanclerz wielki koronny – biskup Załuski raczył o tym zapomnieć, wychodząc najwyraźniej z założenia, że zasądzona kara była najsprawiedliwszą za zbrodnię, jakiej rzekomo dopuścił się Łyszczyński. I większą stanowiła przestrogę dla innych „potworów” i „bezbożników”.

O procesie polskiego ateisty pisał niejaki N. Rasiński we wspomnieniach z czasów Jana Sobieskiego i Augusta II. Pod rokiem 1689 znajdujemy notatkę:
„Łyszczyński powątpiewając o bytności Boga, poważył się zdanie to jawnie wynurzyć. Pasek w swoich pamiętnikach mówi, iż nawet sobie znalazł był stronników. Sposób podobnego myślenia, powszechnie w oczach wszystkich zgrozą będący, ściągnął karę męczeńską na niego. (…) Rafał Leszczyński, Wojewoda poznański, ojciec Króla naszego Stanisława, wystawiając w swej mowie postępek ten jako obraz zuchwałości człowieka, „muszę tedy,” rzecze, „W. Król. Mości, Panu memu miłościwemu, zalecić karę dla przykładu, a nie ułaskawienie. Nic mnie od mego postanowienia nie odwiedzie, bo jeśli w niebie na litość zasłuży, przeczyści się owszem przez ogień. Niech bezbożne pisma z ręku i w ręku będą palone, sam w ogień żywo wrzucony, i proch jego wystrzelony, aby tak zginęła z hukiem pamięć jego bezbożności!”

Co napisał Łyszczyński, że zasłużył sobie na taką pogardę i straszliwą śmierć?. Oto fragmenty jego pism:
„Zaklinamy was , o teologowie, na waszego Boga, czy w ten sposób nie gasicie światła Rozumu, czy nie usuwacie słońca ze świata, czy nie ściągacie z nieba Boga waszego, gdy przypisujecie Bogu rzeczy niemożliwych, atrybuty i określenia przeczące sobie. (…)
Człowiek jest twórcą Boga, a Bóg jest tworem i dziełem człowieka. (…)
Religia została ustanowiona przez ludzi bez religii, aby ich czczono, chociaż Boga nie ma. Pobożność została wprowadzona przez bezbożnych. Lęk przed Bogiem jest rozpowszechniany przez nie lękających się, w tym celu, żeby się ich lękano. (…)
Prosty lud oszukiwany jest przez mądrzejszych wymysłem wiary w Boga na swoje uciemiężenie; tego samego uciemiężenia broni jednak lud, w taki sposób, że gdyby mędrcy chcieli prawdą wyzwolić lud z tego uciemiężenia, zostaliby zdławieni przez sam lud.”

Tylko tyle i aż tyle. Jego pisma, widać nie godziły bezpośrednio w dobro Boga na tyle, aby został ukarany natychmiast piorunem z nieba, ogniem piekielnym lub chociażby uschnięciem bluźnierczej ręki. Godziły natomiast w interesy Kościoła, z którymi musiał liczyć się nawet sam król.

Dziś za wyjątkowe barbarzyństwo uważamy (stosowane dotąd przez islamskich ekstremistów) ścinanie ludzi mieczem, a za szczyt barbarzyństwa kanibalizm i składanie ofiar z ludzi, co praktykowało w przeszłości wiele ludów. I zapominamy lub chcemy zapomnieć, że taką samą ofiarę złożono z Łyszczyńskiego.

Jego kaźń była potrzebna, aby ułagodzić boski gniew, jaki (jak wierzono lub udawano, że wierzono) spadnie na kraj i rodaków za bluźnierstwo. Występek Łyszczyńskiego – mówiło się wówczas w najwyższych sferach Rzeczypospolitej (nawet król Jan III tak twierdził) – przyczyniło się do nieszczęść, jakie na kraj spadały. Wyraźnie to powiedział w czasie procesu wojewoda sieradzki Jan Pieniążek. To, że obrady sejmu polskiego są mało skuteczne jest wynikiem obrazy boskiej. Spowodowanej po pierwsze „pojawieniem się człowieka, który zaprzecza istnieniu Boga”, po drugie „bluźnierstwami” skierowanymi przeciwko Najświętszej Marii Pannie w Gdańsku, a także obrazą biskupa chełmińskiego, Kazimierza Opalińskiego, przez mieszczan toruńskich, i po trzecie „bezprawnym” budowaniem nowych szkół przez Żydów.

Co Bóg o tym myślał, nigdy się nie dowiemy. Bo gorliwi jego słudzy nie pozwolili Mu zająć w tej sprawie stanowiska. Sami wykonali mokrą robotę, nie czekając na boski wyrok. Jak wiemy przykładne ukaranie ateisty nie pomogło Ojczyźnie i z roku na rok pogrążała się ona w anarchii, aż została podzielona pomiędzy silniejszych sąsiadów.

Kiedy zatem słyszysz drogi czytelniku o katolickim monopolu na patriotyzm lub o potrzebie zachowania naszych chrześcijańskich korzeni, pamiętaj o Łyszczyńskim. Jego proces i śmierć to jeden z tych, tak ważnych dla nas korzeni. I to wcale jakiś byle jaki korzonek, ale korzeń całkiem dorodny…

Nie zapominaj o człowieku, który odważył się samodzielnie myśleć, ale i nie zapominaj o jego oprawcach, którzy często w literaturze historycznej przedstawiani są jako wzór szlachetności i patriotyzmu. Oto oni:

  • biskup inflancki, Mikołaj Popławski – jednocześnie senator RP i inkwizytor-reprezentant rzymskiej Kongregacji św. Inkwizycji
  • nuncjusz papieski Giacomo Cantelmo (1640-1702) domagał się w procesie Łyszczyńskiego zastosowania procedury świętej inkwizycji tj. tortur, w celu wykrycia i ukarania innych ateistów
  • biskup kijowski Andrzej Chryzostom Załuski, wyjątkowo zaangażowany w proces, konsekwentnie żądał jak najsurowszej kary dla ateisty
  • biskup poznański Jan Stanisław Witwicki
  • prymas Michał Stefan Radziejowski
  • biskup wileński Konstanty Kazimierz Brzostowski
  • król Jan III Sobieski – dla „świętego!” spokoju zgodził się na uwięzienie i sąd nad szlachcicem (zresztą zasłużonym dla ojczyzny w czasie wojen ze Szwedami i Moskwą) za czyny nie podlegające świeckim paragrafom.

No i szczególnie odrażający typ, konfident, złodziej i krzywoprzysięzca – Jan Kazimierz Brzoska. Dłużnik, który aby nie oddać długu, ukradł nieprawomyślną książkę Łyszczyńskiego i doniósł na niego do wojewody, a potem uparcie trzymał się fałszywych zeznań, mimo złożonej przysięgi. Skorzystał na tym dodatkowo, bo zgodnie z ówczesnym prawem, otrzymał część majątku straconego ateisty.

Pamiętajmy o ofierze z Łyszczyńskiego, by nie poszła ona na marne!

* * *

* czyli  ku krajom pogańskim, jak wtedy sądzono

Powered by WordPress Web Design by SRS Solutions © 2017 To ci historia! Design by SRS Solutions

  • RSS
  • Flaker
  • Twitter
  • Tumblr
  • Facebook
  • GoldenLine
  • Nasza Klasa
  • Wykop