To ci historia!

Mało znane i nieznane historie z tej ziemi…

Fragmenty mało znanego pamiętnika Wiktora Jaworskiego – oficera, przedstawiciela Rządu Tymczasowego. Krytyczna, miejscami sensacyjna relacja uczestnika powstania. Wspomnienia pod tytułem „Notatki o powstaniu w łęczyckim powiecie” przez Stanisława Bellinę, opublikowane zostały przez Agatona Gillera w zbiorze „Polska w walce” [Paryż, rok 1868]. Pisownia oryginalna, śródtytuły – clivie.

Część IIMasakra w Dobrej czyli trafiła kosa na Moskala

Pobyt w Zgierzu ułatwił Moskwie otrzymanie rzeczywistych wiadomości o sile i uzbrojeniu powstańców i ośmielił ją do zaczepnego ruchu. Powstańcy powrócili na obozowisko pod Dobrą – Moskale w liczbie kilkuset piechoty i sotni kozaków poszli za nimi. Lecz oficerowie carscy nie spieszyli się do bitwy. Marsz odbywali powolnie, a na kwadrans przed wejściem do boru (24 Lutego) zatrzymali się przez dziesięć minut dla popasu, na którym raczyli żołnierzy swoich gorzałką. Nasi mieli więc dosyć czasu do przygotowania się do boju, lecz nie było ładu i komendy w obozie. Można było uniknąć bitwy i pójść głębiej w bory, lub też zdecydowawszy się na walkę, rozstawić się jak należy, dobrze przetrzepać Moskali, którzy nie mieli wielkiej siły, zostawali pod wpływem dziwnego strachu i tylko gorzałką zachęcili się do bitwy. Sawickiego nie było, wydalił się z obozu po żywność i inne potrzeby dla powstańców.

Co robił i gdzie był Dr. Dworzaczek w chwili uderzenia na obóz Moskali? Nie wiadomo. Nie było go przecież widać na miejscu w początku bitwy, a gdy już popłoch między powstańcami stał się ogólnym, powstrzymać go nie umiał. Zsiadłszy z konia, pieszo wraz z innymi uchodził. Koloniści niemieccy z Nowosolny schwytali go i związanego dostawili do Łodzi. Moskale przewieźli go do Łęczycy, zkąd po ośmiomiesięcznem więzieniu wysłany na wygnanie do Rossji. Doktór Dworzaczek człowiek z poświęceniem i zdolny urzędnik, wodzem był żadnym, nie dziw więc, że został pod Dobrą rozbity.

Bój przedłużał się od południa do piątej wieczorem i zamienił się w końcu na ręczne zapasy. Obraz pobojowiska był przerażający. Około siedmdziesięciu najokropniej pokaleczonych polskich trupów i bardzo wielu ciężko poranionych, obdartych do naga przez moskiewskie żołdactwo, zaległo pole bitwy. Niektórzy ranni przewiezieni byli do Łodzi, z tych zaraz siedmiu wyzionęło ducha. Pomiędzy poległymi był Gadomski akademik, Orłowski i dwie kobiety. Jedna, Marja Piotrowiczowa z domu Rogalińska,lat 23 licząca, żona nauczyciela wiejskiego, napadnięta i obskoczona przez Moskali, odpędzała ich kosą od siebie, w końcu legła zabita obok swego męża; drugą była Katarzyna, służąca. Pastwienie się żołdaków nad ciałami zabitych kobiet świadczyło o dzikości wojska. Piotrowiczowa miała dwieście pięćdziesiąt ran na swojem ciele. Inne trupy nosiły ślady również barbarzyńskiego okrucieństwa.

Wrażenie jakie ta klęska sprawiła, było najgorsze. Powstanie łęczyckie długo nie mogło po niej przyjść do siły i poważniejszego wystąpienia. Wiele nadziei w niwecz się obróciło, duch w powiecie osłabł, zapał wojenny zmniejszył się w Polakach, a Moskale nabrali otuchy. Lecz mieszkańcy okolicy, nie poprzestali na tej nieszczęśliwej próbie. Sawicki powtórnie zaczął zbierać ochotników, a otrzymawszy nominację na organizatora sił zbrojnych powiatu łęczyckiego, zaczął się szczerze krzątać około sformowania i uzbrojenia oddziału. Organizacja jednak miejscowa cywilna, niechętnie widziała go na wyższym stopniu i nie chciała mu pomagać, co rozumie się niszczyło jego dobre chęci. Sawicki był popularnym w niższej klasie ludności, lecz nie posiadał stosunków i uznania pomiędzy właścicielami. Kredyt zaś i zaufanie w mieszczaństwie utracał powoli z powodu nadużyć, jakich się dopuszczali ajenci, którymi się wyręczać musiał. Temi to nadużyciami tłumaczyła miejscowa organizacja i niestety słusznie swoją niechęć do nowego wojennego organizatora powiatu. Sądzę jednak, że gdyby mu była gorliwie dopomogła, zapobiegłaby przez to nie jednemu smutnemu lub gorszącemu zdarzeniu.
Cdn…

Fragmenty mało znanego pamiętnika Wiktora Jaworskiego – oficera, przedstawiciela Rządu Tymczasowego. Krytyczna, miejscami sensacyjna relacja uczestnika powstania. Wspomnienia pod tytułem „Notatki o powstaniu w łęczyckim powiecie” przez Stanisława Bellinę, opublikowane zostały przez Agatona Gillera w zbiorze „Polska w walce” [Paryż, rok 1868]. Pisownia oryginalna, śródtytuły – clivie.

Część I – Patriotyzm i sztucery

Powiat łęczycki, nie był w Polsce ostatnim co do okazania uczuć patrjotycznych w manifestacjach, jak również w pochwyceniu za oręż w 1863 roku. W roku 1860-61 i 62 manifestacje jakie czyniła ludność Warszawy, powtarzały się to w krótkim czasie, chociaż wiele miast w tym powiecie jest fabrycznych, a w nich jak naprzykład w Łodzi, prawie większość mieszkańców składa się z Niemców.

Siła narodowa, jaka ogarnęła Polskę, była tak potężną, że ulegali jej nawet zwykle niechętni nam cudzoziemcy, tak dalece, że pomiędzy napływową, obcą ludnością łęczyckiego powiatu, ruch był rownież ogólny, jak pomiędzy polskimi mieszkańcami, i różnica narodowości pomiędzy niemi zacierała się z dniem każdym. Z biernego w początkach zachowania się, przerzucili się Niemcy w czynnych przeciwników Moskali, a mianowicie też więksi właściciele majątków ziemskich pochodzenia niemieckiego, okazali się gorliwymi polskimi patrjotami. Udział ich w uroczystościach narodowych był bardzo szczery. Niemki ubrały się w żałobne suknie jak i Polki. W miastach nie łatwo było widzieć inną barwę sukni jak czarną lub szarą.

W rocznicę unji Litwy z Polską z miast naszych wyszły świetne processje do krzyży przy drogach stojących, z narodowemi chorągwiami, wieczorem zaś rzęsista illuminacja, szczególniej w Łodzi, była świadectwem radości mieszkańców. W Zgierzu, gdzie się znajdowałem, nie widziałem jednego ciemnego okna. Wszędzie gorzało światło wśród wieńców i bukietów. W rocznicę śmierci Kościuszki, we wszystkich kościołach katolickich, protestanckich i żydowskich odbyły się nabożeństwa. Umiarkowanie w tych uroczystościach zachowane było, a porządek i spokój nie był naruszonym. Tylko w stolicy powiatu, Łęczycy, wyszła ludność z granic przyzwoitych i dopuściła się z zniewagi biskupa kujawsko-kaliskiego księdza Marszewskiego, któremu wyprawiła kocią muzykę, wśród nieprzyjaznych okrzyków i kamieni oprowadzając karetę jego po rynku (3 Września 1861).

W początkach Lutego 1863 roku, w mieście Łodzi został sformowanym pierwszy zbrojny oddział powiatu łęczyckiego, wynoszący pareset ludzi, na owe czasy nie źle uzbrojony, bo trzecia część powstańców posiadała sztucery. Oddział ten poprowadził w Sieradzkie ksiądz J. C. W parę tygodni drugi oddział także z kilkuset ludzi sformowany został w okolicach Łodzi i Zgierza. Nad tym oddziałem w braku uzdolnionych oficerów objął dowództwo nieznający wojny doktor Dworzaczek, naczelnik cywilny powiatu łęczyckiego. Pod dowództwem zdolnego fachowego oficera, mógł był ten oddział szybko wzrosnąć do tysiąca ludzi. Wszystko sprzyjało jego organizacji. Okolica leśna, znaczny napływ ochotników ułatwiał formację. Moskwa wówczas posiadała w powiatowych miastach nie tak liczne załogi, ażeby się nie można było kusić o ich zniesienie. Odsunięcie Józefa Sawickiego od dowództwa który miał zasługę zebrania oddziału, wywarło niekorzystny wpływ na młodzież, która sprzyjała Sawickiemu.
Stojąc w lasach pod wsią Dobrą w okolicach Strykowa, blisko przez trzy tygodnie zostawali łęczyccy powstańcy w spokojności, nie zaczepiani przez nieprzyjaciela. W nocy z dnia 21 na 22 Lutego ruszyli z miejsca i przymaszerowali do Zgierza w celu zebrania większej liczby ochotników i różnych rekwizytów wojskowych. Mieszczanie przyjęli ich z prawdziwym zapałem.

Cdn…

Sto lat temu, 25 styczniu 1912 roku z reporterską rzetelnością łódzki „Rozwój” informował o wpadkach i wypadkach:

(a) Napad. Dziś w południe na rogu ulicy Zagajnikowej i Dzielnej w fabryce Dawida Nojgoldberga napadło 4-ch ludzi na pracownika kantoru, Stanisława Bugaj i pod groźbą zabójstwa zażądali od niego wydania pieniędzy, które niósł z banku dla administracyi fabrycznej. Gdy na wezwanie napadnięty podniósł ręce do góry, bandyta przeszukał mu kieszenie, zabrał 290 rb., jakie miał przy sobie, poczem wszyscy czterej bandyci bezkarnie zbiegli w kierunku ulicy Wierzbowej. Ocalala tylko dziesięciorublówka w złocie, którą Bugaj miał w kieszeni od kamizelki.

(p) Samoobrona konia. W dniu wczorajszym przechodnie na ul. Młynarskiej nr 15 byli świadkami ciekawego wypadku. Do dość dużego wozu załadowanego po brzegi węglem, zaprzężony był dość mizernie wyglądający koń, który mimo nieświetnego swego wyglądu, ciągnął ciężar, jak mógł. Gdy jednak jedno z kół wpadło w rów, koń, chociaż wytężał wszystkie siły wozu nie mógł wyciągnąć. Wówczas woźnica począł biedne zwierze w nielitościwy sposób okładać batem. Nie pomogły nawet perswazye i przestrogi przechodniów. Wreszcie koń, zniecierpliwiony widocznie postępowaniem swego pana, tak nieszczęśliwie kopnął go, że zmiażdżył mu kość czołową i nosową, przyczem woźnica doznał wstrząśnienia mózgu. Przybyły lekarz Pogotowia, po opatrunku na miejscu wypadku, wstanie groźnym i nieprzytomnym odwiózł ofiarę „końskiej samoobrony” do szpitala Poznańskich. Nazwisko i adres woźnicy nieznane.

Wtedy chyba nie było jeszcze pewne, że kobieta to człowiek, stąd bywały i  takie ogłoszenia:

Fragmenty pamiętnika Alfonsa Parczewskiego – urodzonego w Wodzieradach k. Łasku prawnika, historyka, działacza społeczno-politycznego, profesora i rektora Uniwersytetu w Wilnie. [Pisownia oryginalna, tytuł oraz śródtytuły - clivie].

Epilog – powstańcze echa

W marcu 1864 r. zostałem odwieziony przez matkę do gimnazjum w Kaliszu. Tutaj został mi w pamięci bardzo dokładnie jeden obrazek. Było to w zimie. Wczesnym wieczorem, gdy było już ciemno, przechodziłem koło klasztoru franciszkanów. Stał tam szereg furmanek, na których siedzieli zakonnicy, a przy nich uzbrojeni żołnierze z karabinami w ręku. Był to akt doraźnego zamknięcia wielu klasztorów w Kaliskiem. Będący w nich zakonnicy zostali wszyscy zawiezieni do klasztoru kaliskiego franciszkanów, który miał pozostawiony sobie charakter klasztoru etatowego. Ale obietnicy swej pod tym względem rząd rosyjski, jak zwykle, nie dotrzymał. Do klasztoru, pomimo nadanego mu charakteru, nowicjusze dopuszczani nie byli. Zczasem faktycznie konwent cały wymarł. Co do gimnazjum kaliskiego, to w latach 1864-65 było ono zupełnie polskiem. Krótko przed mojem przybyciem tamże, nauczyciel języka rosyjskiego i inspektor bardzo dokuczliwy dla uczniów, chociaż Polak, Przystanowski, pospolicie Pryster nazywany, wyszedł skutkiem ostrego wystąpienia uczniów klas wyższych. Kilku z nich zostało wydalonych, ale gimnazjum czas jakiś pozostało zupełnie polskiem.

Gdy w r. 1864 już jako gimnazjasta przyjechałem na wielkanocne wakacje do Wodzierad, ojca odwiedziłem w Łodzi, gdzie był jeszcze w areszcie, ale już domowym tylko. Mieszkał w hotelu Engla pod groźbą zakazu opuszczania go i z obowiązkiem meldowania się w urzędzie wojennym. Gdym na wielkie wakacje przyjechał, już ojciec był w domu. Miał tylko nakaz czas jakiś w oznaczonych terminach meldować się u naczelnika wojennego w Pabjanicach. Naczelnikiem tym był oficer Usakowski. I jego pamiętam także bardzo dobrze. Typ przyzwoity, od Bremsena zgoła odmienny. Zdaje się, pochodził z szlachty ziem naszych wschodnich. Tak się skończyła likwidacja powstania w moich stronach rodzinnych.

Na zakończenie tej garstki wspomnień z dawno minionych lat jeszcze kilka ech, kilka szybko niknących, tonących w ciszy i zapomnieniu odgłosów powstania styczniowego – ale już nie z okolic Łodzi i z czasów nieco późniejszych. W gimnazjum kaliskiem byłem bardzo krótko. Doskonale w domu przez mego nauczyciela przygotowany, zwłaszcza w przedmiotach filologicznych i historycznych, przyjęty zostałem odrazu do klas wyższych. W jesieni 1865 roku, lubo bardzo młodziutkiemu i niemającemu granicy wieku, udało mi się zostać studentem Szkoły Głównej. W zimie stan wojenny, prawnie i formalnie nigdy potem niezniesiony, był jeszcze faktycznie przestrzegany w Warszawie. Wieczorami trzeba było na ulicy chodzić z latarką. Kilka razy zdarzyło mi się z powodu opóźnienia wejść w konflikt z tym przepisem. Za każdym razem byłem przez stójkowego zatrzymany i odprowadzony do cyrkułu. Tam jednak kończyło się tylko na spisaniu protokółu, czy też może tylko na wylegitymowaniu się co do osoby.

Wśród studentów Szkoły Głównej było oczywiście bardzo wielu, którzy w oddziałach powstańczych w różnych bitwach walczyli. Byli jednak i tacy, którzy, pomimo wieku odpowiedniego do noszenia broni i udziału w walce zbrojnej, „do lasu” nie wyciągnęli. Opowiadano, że była podobno pod tym względem jakaś świadoma dyrektywa, aby przez opuszczenie ogólne kazimiroskiego pałacu nie spowodować zamknięcia polskiej wyższej uczelni. Może z tego powodu, może i dlatego, że niewszyscy mieli ochotę iść w ogień, Szkoła Główna przetrwała do r. 1869, wywierając swoją naprawdę wysoce pożyteczną działalność. W psychologji całej młodzieży nastąpiło pewne ostudzenie. W audytorjach, w wielkiej auli, gdzie przez pierwsze dwa lata odbywały się wykłady wydziału prawnego, wreszcie w czasie przerw między godzinami przy kawie u „szwajcara” – o ostatnich wypadkach, o powstaniu zwykle nie mówiono. Natomiast było ono przedmiotem gawęd, rozmów, żalów przeszłości i nadziei na przyszłość w małych prywatnych kółkach.

Pamiętam takie kółko, w którem często bywałem, a które zbierał student prawnik Wacław Horodyński z okiem wystrzelonem w bitwie pod Poddębicami w oddziale Oborskiego, syn Karola Horodyńskiego, starego pułkownika z wojen napoleońskich. Na zebraniach tych między innymi bywał Henryk Sienkiewicz. Zbieraliśmy się w tem kółku na Tamce w jakimś poddaszowym pokoju. Ale jednocześnie było także kółko studentów, dla których powstanie nie było tylko pięknem minionem wspomnieniem, ale zarazem obowiązkiem bliskiej, w każdym razie niezbyt odległej przyszłości. Wtem przekonaniu, aby się odpowiednio przygotować do walki zbrojnej, uczęszczaliśmy, bodaj w zimie 1867 r., na lekcje fechtunku do instytutu gimnastycznego Majewskiego na Sewerynowie. Chodziło nas coś około dwudziestu pięciu, a może trzydziestu. (…)

Wogóle jednak wśród większości studentów zapanował modny w Warszawie pozytywizm – nietylko jako kierunek filozoficzny, ale także jako dyrektywa dla życia społecznego, dla wszystkich jego aktualnych zagadnień. „Precz z wszystkiemi ideałami!” – stało się powszechnem hasłem. Przegląd Tygodniowy Adama Wiślickiego, będący organem tego
kierunku, stał się ogromnie rozpowszechnionem pismem. Pisało w nim wielu młodych, także z Szkoły Głównej. Jedną z charakterystycznych cech nowego kierunku było pilne śledzenie ruchu umysłowego w Rosji i uświadamianie o nim opinji polskiej. W dziedzinie literackiej i publicystycznej Warszawy zaczęła się walka starych z młodymi, oryginalna
z tego powodu, że właśnie starzy przechowali kult dla ideału, gdy tymczasem młodzi schylali głowy ku nizinom życia i prozie rzeczywistości. Cały ten kierunek rozszerzał się coraz więcej, jednając sobie zwolenników wśród młodzieży.

Była jednakże i opozycja, wierna dawniejszym ideałom i wspomnieniom powstania. Zamierzaliśmy nawet wydawać pismo perjodyczne, jako antytezę Przeglądu Tygodniowego. Było to w latach siedemdziesiątych, może pierwszym lub drugim. (…) Tytuł czasopisma miał być, o ile pamiętam, Ognisko, ale pewny tego nie jestem. Komitet cenzury odmówił pozwolenia na wydawnictwo, lubo program nie zawierał w sobie nic podejrzanego. W aktach cenzury, które pozostały w Warszawie, prawdopodobnie znaleźć można przyczyny, dla których nastąpiła dość niezwykła w owych czasach odmowa. Nie mogąc działać w drodze publicystyki, postanowiliśmy jednak w tem samem kole działać wśród ludu wiejskiego w kierunku jego narodowego uświadomienia, w duchu niepodległości.(…)

Przedtem jednak zaszedł w dążeniach polskich do wywalczenia niepodległości pewien epizod, będący jakby dalszym ciągiem i zamknięciem styczniowego powstańczego cyklu naszych porozbiorowych dziejów. (…) Otóż, jak wiadomo, w czasie rosyjsko-tureckiej wojny w roku 1877 w gorętszych umysłach obudziły się nadzieje walki z Rosją i zdobycia niepodległości. Anglja, mając własne interesa na Wschodzie, podniecała polskie pragnienia, a tureckie zwycięstwo pod Plewną zdawało się dawać im punkt oparcia. W Galicji zawiązała się w celach czynnej akcji Konfederacja Narodu Polskiego, ostatnia konfederacja, jaka wogóle w dziejach Polski miała miejsce. Sformował się nawet rząd narodowy. Ja, siedząc w Kaliszu i rzadko bywając wtedy w Warszawie, o całej tej akcji nic nie wiedziałem, ale w duszy odczuwałem, że moment do czynu nastąpił. (…)

Na jesieni 1877 roku, będąc we Lwowie, a potem kilka razy w Złoczowskiem, zaszedłem do Agatona Gillera. Były członek rządu narodowego, gorący w ciągu całego życia patriota-emigrant, wydawał mi się zupełnie autorytatywnem źródłem dla orjentacji, tem więcej, że poznałem go przed kilku laty w Zakopanem i znałem dobrze jego brata, wspomnianego już poetę i nauczyciela gimnazjalnego w Kaliszu. Do Gillera zatem zwróciłem się we Lwowie, aby zapoznać się z całą polityczną sytuacją i naszą w niej narodową akcją. Spoglądał on na całą rzecz życzliwie, ale bez zapału i żadnych realnych widoków dla całej akcji nie przedstawił; zresztą odesłał mnie do Koszyca, jako głównego w tej sprawie
działacza na gruncie lwowskim. Ale i Koszyc, lubo zwolennik akcji i wystąpienia narodu w czasie wojny, mówił o zamiarach i życzliwości Anglji, ale konkretnego planu działania, jego metod i widoków nie przedstawił. Wkrótce rozwiały się ówczesne nadzieje. Układ w San-Stephano i traktat berliński położyły im koniec.

Koniec

1 stycznia 1930 roku Kurjer Łódzki relacjonował sądowy finał brutalnej napaści na policjanta.

Fragmenty pamiętnika Alfonsa Parczewskiego – urodzonego w Wodzieradach k. Łasku prawnika, historyka, działacza społeczno-politycznego, profesora i rektora Uniwersytetu w Wilnie. [Pisownia oryginalna, tytuł oraz śródtytuły - clivie].

Część VI – Represje barona Bremsena

W noc ostatniej bytności zbrojnych powstańców w Wodzieradach ojca w domu już nie było. Siedział aresztowany w więzieniu w Łodzi. Wogóle ku końcowi lata zaczęły się w naszych stronach duże represje. Kierował niemi baron Bremsen, mianowany naczelnikiem wojennym Łodzi wraz z okręgiem. Do okręgu tego wcielone zostały sąsiednie najbliższe części powiatów sieradzkiego, piotrkowskiego, rawskiego i łęczyckiego. Przedtem zaś Łódź nie stanowiła żadnego centrum, była zwykłem miastem w obrębie powiatu łęczyckiego. Sąd pokoju z Zgierza przeniósł do Łodzi Bremsen, nie czekając na decyzję Komisji Rządowej Sprawiedliwości, do której sprawa translokacji sądu należała. Aresztowania zarządzał na szeroką skalę, i to mianowicie w sferze ziemiańskiej.
Ojca mego zaaresztował oddział łódzkiego garnizonu i powiózł w stronę Szadku do Wólki Przatowskiej. Właścicielem jej był Ignacy Leopold, bardzo czynny w organizacji powstańczej. Prawdopodobnie zatem, a nawet na pewno można twierdzić, że ów oddział rosyjski zamierzał go aresztować. Gdy już zbliżał się do wsi, a było to w nocy, od strony Wólki odezwał się donośny głos rosyjski: „Kto idiot – kto idzie?”. Rosyjscy jeźdźcy przekonani, że natrafili na swój oddział, odpowiedzieli po rosyjsku, że swoi – czy też” kozacy”. Tymczasem nastąpił zawód. Z owego patrolu, mówiącego po rosyjsku, huknął wystrzał z strzelby. Kula przedziurawiła ojcu memu czapkę. Prawdziwy tragizm zrządził, że ojciec o mało co nie zginął od kuli, wystrzelonej przez Rosjanina, służącego w polskim obozie. Gdyż w Wólce Przatowskiej stał mały oddział polski, a ów na warcie patrolujący jeździec był Rosjaninem, który jeszcze w czerwcu był wzięty do niewoli przez oddział Miśkiewicza w małej utarczce rekonesansowej pod Wartą. Odtąd pozostał on w szeregach powstańczych i służył w nich zupełnie lojalnie. Pochodził z gubernji kazańskiej czy permskiej, wygląd miał tatarski. Pamiętam go dobrze, bo jakiś czas przebywał także w Wodzieradach. Jak się nazywał, nie wiem. Znany był pod nadanem mu nazwiskiem Przybylskiego, niby ten, który przybył. Wiele później został uwięziony gdzieś niedaleko Łęczycy i w mieście tem rozstrzelany. Wówczas po owym alarmującym wystrzale w Wólce Przatowskiej na alarmie się tylko skończyło.
Oddział polski, nieliczny niewątpliwie, wszedł do lasu i ruszył w dalszą drogę. Oddział rosyjski, nie widząc z jakim przeciwnikiem ma do czynienia, cofnął się do Łodzi, skąd wkrótce ojciec mój wypuszczony powrócił do domu. Ale nie na długo. Został bowiem uwięziony powtórnie, i na ten raz na czas dłuższy.
Przy okazji następnego, już na czas dłuższy dokonanego aresztowania ojca widziałem raz jeden Bremsena. Miał wstrętny zewnętrzny wygląd. Typowy rosyjski Niemiec; uosobienie w jednym człowieku syntezy dwóch naszych wrogów. Gdy matka prosiła go o uwolnienie ojca, odburknął, że to mało, że właściwie i mnie powinien był za agitację buntowniczą uwięzić. Jeśli tego nie czyni, to z uwagi na mój wiek dziecięcy. Pamiętam, że to było w Wodzieradach. Wogóle represje były wtedy liczne. Z naszej okolicy aresztowani byli ziemianie: Bolesław Kozarski z Wilamowa, Kazimierz Leopold z Tarnówki, Eugenjusz Dobek z Leśnicy, z rawskiej części okręgu łódzkiego Turobojski i Bom, z pod Piotrkowa Hilary Maleszewski. Ten ostatni był mimo uwięzienia w doskonałym humorze. Opowiadał mianowicie, że razu jednego wartujący przy nim żołnierz zapytał, za co został uwięziony. „Kuricu sworował”, była odpowiedź Maleszewskiego. „U nas bywa to samo, też w takim razie więżą” – zauważył nieorjentujący się w całej sytuacji sołdat.
Oczywiście wszystkich nazwisk uwięzionych nie pamiętam. W więzieniu łódzkiem siedziały niewątpliwie setki. Wspominam tylko o ziemianach. Dwa dni w tygodniu, zdaje mi się wtorki i piątki, były dostępne dla rodzin uwięzionych do widywania się z więźniami. Matka korzystała i często bardzo jeździła do Łodzi, zabierając nas ze sobą, mnie i młodszą ode mnie siostrzyczkę Melanię. Niekiedy jeździła z nami razem do swego męża najbliższa sąsiadka z Leśnicy p. Julja Dobkowa. W gmachu więziennym był oddzielny, niezbyt wielki pokój dla tych spotkań. Bywało w nim gwarno, żywo, czasami nawet wesoło. Widzenia nie trwały nigdy długo i zawsze w obecności warty i oficera. W oficerskiem kole, służącem pod rozkazami Bremsena, byli także i Polacy. Był pułkownik czy podpułkownik Karnicki, jak się okazało – znajomy ojca, bo kiedyś przed laty w czasie kampanji węgierskiej czy wojny krymskiej, gdy oddziały rosyjskie, prawdopodobnie dla zapobieżenia wybuchowi polskiego ruchu zbrojnego, stały nawet po wsiach, on stał w Wodzieradach, czy może gdzieś w najbliższej okolicy. Był także młody oficer Libek, rodem, zdaje się, z Podola.
Do Łodzi jeździliśmy zwykle przez Lutomiersk i Konstantynów, czasami, lubo rzadko, przez Pabjanice. Szosa była dopiero od Konstantynowa i Pabjanic. Łódź ówczesna była niewielkiem miastem, bardzo dalekiem od tego, czem się stała później, od tej Łodzi, kiedym ją po raz ostatni widział w dniach wielkiego zjazdu śpiewaczego w początkach bieżącego wieku. Na ulicy Piotrkowskiej były małe parterowe domki lub puste place. W bok od niej, w jedną i drugą stronę pustki także lub ogrody. Głównym, centralnym punktem życia był Nowy Rynek, a na nim Magistrat, dom zboru ewangelickiego, szkoła powiatowa i niewysokie zresztą kamienice. Daleko, w kierunku Pabjanic, w końcu już Piotrkowskiej ulicy – fabryka Geyera, bodaj największa wtedy, w Łodzi, ożywiała Wólkę, a więc część miasta, do obrębu jego wcieloną, leżącą niewątpliwie na miejscu dawniejszej wsi tegoż nazwiska. W przeciwną stronę, ku Zgierzowi – była już bardziej rozbudowana, po miejsku wyglądająca, najstarsza, przeważnie żydowska część miasta. Radogoszcz był zwykłym majątkiem ziemskim z staroświeckim dworem i ładnym ogrodem, polami przedzielony od miasta. Należał w owym czasie do p. Ansberty z Badyńskich Rogolińskiej, 2-do voto Michalskiej. Była to kobieta już stara, bardzo ruchliwa, patrjotyczna, opowiadała wszystkim, jak mąż jej został zamordowany przez Moskali. Z tego, powodu była dobrze znaną w Łodzi. Obok niej z łódzkich mieszkańców owych czasów pozostali mi w pamięci dwaj bardzo sympatyczni ludzie: dr. Plichta, którego i przedtem znałem, bo jako lekarz bywał u nas w Wodzieradach, i rejent Jaworski, już wówczas starzec o wielkiej patrjarchalnej brodzie i niezwykle poważnym wyglądzie.
Gdyśmy do Łodzi dla odwiedzenia ojca przyjeżdżali, powóz z końmi stawał zwykle w hotelu Engla na Piotrkowskiej, a czasem w „Paradyzie”. Paradyz był to staroświecki zajazd parterowy z dużem podwórzem, ogrodem i stajniami, z drugorzędną restauracją – na Piotrkowskiej ulicy, niedaleko od Wólki. Matka i wogóle rodziny, przyjeżdżające do więźniów politycznych, zatrzymywały się dla obiadów w cukierni Szwetysza na rynku; w domu narożnym, gdzie wpadała ulica i droga od Konstantynowa. Oboje małżonkowie Szwetyszowie robili wrażenie bardzo sympatyczne, ludzi zupełnie spolonizowanych i dla sprawy powstania życzliwych. U nich mówiono i dowiadywano się o Bremsenie, o rosyjskim zarządzie wojennym, o przyszłych losach uwięzionych. Losy te zaczynały się klarować. Dla wielu, zwłaszcza ziemian, kary pieniężne stawały się drogą do uwolnienia. Jak one, były określane, jaką decyzją formalną wymierzane, jak były płacone i kto z nich właściwie korzystał, – nie wiedziałem wówczas i dzisiaj, wypowiedzieć dokładnych wspomnień nie mogę. Chodziła tylko wieść, niebardzo ukrywana, że, z tych „sztrafów” korzystał osobiście Bremsen.
To też wysokość kar była stosowana nietyle do stopnia winy, ukaranego, ile do jego zamożności. Kozarski z Wilamowa, znany z zamożności, zapłacił, jak to było wiadomem, sześć tysięcy rubli, lubo czynnego udziału w organizowaniu powstania nie przyjmował. Siedział zresztą bardzo krótko. Dobek z Leśnicy nie chciał nic zapłacić, to też był zesłany, zdaje się, na dwa lata, w każdym razie na niezbyt długo do gubernij wewnętrznych Rosji, gdzieś nad Wołgę. Ojciec mój musiał zapłacić tysiąc pięćset rubli. Poza tem poniósł materjalną stratę, bo kolonistów, którzy nabyli na prawie wieczysto-czynszowem parę włók z folwarcznych pól (późniejsza kolonja Alfonsów) i dali tylko bardzo małe zaliczki, musiał zwolnić z zapłaty całego umówionego szacunku. Było to jakby wynagrodzenie od rządu za to, że niektórzy z nich chodzili istotnie z donosami do Łodzi. W powietrzu czuć było ukaz o uwłaszczeniu: akt politycznego charakteru i nasłanie komisarzy włościańskich, jako awangardy ogólnej rusyfikacji urzędów w Królestwie Polskiem.

Rejent Rokosowski musiał mieć przykre wspomnienia z Sylwestra 1929/1930 w Zduńskiej Woli. Kurjer Łodzki 1 stycznia 1930 (środa) donosił:

Fragmenty pamiętnika Alfonsa Parczewskiego – urodzonego w Wodzieradach k. Łasku prawnika, historyka, działacza społeczno-politycznego, profesora i rektora Uniwersytetu w Wilnie. [Pisownia oryginalna, tytuł oraz śródtytuły - clivie].

Część V – Kaukaski kindżał z Sędziejowic

O bitwie tej [pod Sędziejowicami-przyp. clivie] podaję tutaj niektóre szczegóły, pochodzące od tych, którzy w niej udział przyjmowali. Otóż oddział młodych Rosjan z pośród elity wojskowej w Warszawie wybrał się na ochotnika przeciw powstańcom w Kaliskie. Byli tam młodzi ludzie z arystokracji, był Groten, syn znanej w swoim czasie przełożonej instytutu żeńskiego w Puławach. Oddział cały liczył podobno 40-50 ludzi. W okolicach Zduńskiej Woli i Widawy działali przeciw małemu oddziałowi polskiemu Magnuskiego. W przekonaniu, że właśnie z tym nielicznym oddziałkiem mają do czynienia, wpadli na wiele liczniejszy obóz Taczanowskiego. Zamknęli się na cmentarzu, gdzie się dzielnie bronili. Piechocie naszej, której większość uzbrojona była w kosy, niebardzo się udało w tej walce i dopiero oddział oficerów polskich, zebranych na ochotnika, opanował sytuację i rozbił Rosjan. Piechota działać zaczęła dopiero wtedy, gdy już nasi oficerowie ochotnicy zdobyli cmentarz. Rosjanie, z wyjątkiem bodaj dwóch, których wyratowali od śmierci oficerowie w chwili, gdy spaść miały na nich kosy, wyginęli na miejscu. Jeszcze w wiele lat potem w Poznańskiem u Jana Parczewskiego, brata Walentego Parczewskiego, widywałem odziedziczony po nim zdobyty wówczas piękny kaukaski kińdżał, który z pod Sędziejewic pochodził. Po tej bitwie obóz Taczanowskiego, z wyjątkiem oddziału Parczewskiego, który chwilowo tylko był z nim połączony i wrócił napowrót w Łęczyckie, ruszył w stronę Częstochowy.

W parę dni później stoczona została nieszczęśliwa bitwa pod Kruszyną. Przemagające siły rosyjskie, które z kilku stron nadciągnęły, wzięły górę nad naszymi. Oddział Taczanowskiego został rozbity. Piechotą naszą w tej bitwie dowodził Franciszek Kopernicki. O nim słów kilka. Pochodził z rodziny polskiej na kresach południowo-wschodnich. Był rodzonym bratem antropologa i profesora krakowskiego Izydora oraz znanego w Warszawie pedagoga Walerego. Żonaty był z Gillerówną, siostrą Agatona Gillera i Stefana, znanego pod pseudoninem Stefana z Opatówka, poety i nauczyciela gimnazjum w Kaliszu. Po upadku powstania zamieszkał stale w Stanisławowie. Siostra jego, wdowa po Szczęsnym Miłkowskim, zesłańcu na Syberię po r. 1863, jest babką p. Grzybowskiego, obecnego posła Rzeczypospolitej Polskiej w Pradze Czeskiej.
Po nieszczęśliwej bitwie pod Kruszyną większy oddział piechoty już się nie sformował. Taczanowski ustąpił z widowni wojennej. Z rozbitej kawalerji jego zorganizował się nieco większy oddział, ale już niedorównywujący temu, jaki był przedtem. Skład oficerski był także odmienny od poprzedniego. Oddziałem tym dowodził pułkownik Matusewicz, podobno z
wojska rosyjskiego. Oddział ten został rozbity pod Rudnikami w Wieluńskiem. Wiem o tem z opowiadania owego Józefa Skonieczki z Wodzierad, który w bitwie tej został ranny. Od czasu bitwy pod Kruszyną w naszej najbliższej okolicy widziałem już tylko jeden nieliczny oddział kawalerji i to znowu w Kwiatkowicach. Nie pamiętam jego dowódcy, wśród oficerów został mi w pamięci tylko jeden – Pstrokoński. Natomiast często w naszych stronach przechodziły małe piesze oddziały, zatrzymując się w Wodzieradach. Liczyły one zwykle nie więcej jak kilkudziesięciu ludzi, uzbrojonych w sztucery z bagnetami. Nazywano je niekiedy oddziałami żandarmów wieszających z powodu, iż zadaniem ich między innemi było tępienie szpiegostwa i denuncjacji. Oddziały te pamiętam jakoś ku końcowi lata i w początkach jesieni. Jednym dowodził wspomniany już kilkakrotnie Tyc. Innym – Rybiński, starszy człowiek, z siwizną na głowie, o którym mówiono, że walczył już w czasie rewolucji 1830 roku. On także to potwierdzał.
Jakiś oddział, ale nie pamiętam już pod czyjem dowództwem, rozwiązał się w Wodzieradach i broń w lesie zakopał. Musiało to być już ku końcowi ruchu zbrojnego. W pamięci pozostał mi najlepiej oddział, a raczej tylko jego dowódca Birtus. Ojciec, a z nim także i ja zostaliśmy późno w nocy, gdy jeszcze było ciemno, przebudzeni w oficynie, w której sypialiśmy. Zbudzony zobaczyłem, że Birtus, dziwnie sympatyczny mężczyzna w okularach, siedząc przy łóżku ojca, wypytywał go o różne szczegóły, o miejscowości sąsiednie, o drogi, o to, czy są wpobliżu Rosjanie. Jakby to wczoraj było, pamiętam doskonale, że przez chwilę wziął w rękę świeży numer Tygodnika Ilustrowanego, leżący przy łóżku ojca, rzucił okiem na rycinę, przedstawiającą Adama Śmigielskiego i zrobił z jej powodu krótką uwagę. Zatrzymać się dłużej z swym oddziałem, który stał przed dworem lub na podwórzu, mimo gotowości ojca, aby oddział ugościć, nie chciał. Ruszył w drogę i wkrótce dowiedzieliśmy się, że w odległości jakich 15 kilometrów od Wodzierad, w kierunku północno-­zachodnim, między Małyniem a Jeżewem został rozbity. Birtus, wzięty do niewoli, został prawie natychmiast w Łodzi rozstrzelany. Był Ślązakiem z Księstwa Cieszyńskiego, prawdopodobnie pochodził z Jabłonkowa, gdyż w wiele późniejszych latach podczas wędrówki po Księstwie Cieszyńskiem zobaczyłem w Jabłonkowie na szyldach kupieckich bardzo liczne nazwisko Birtusów.
Ostatni raz uzbrojonych powstańców w r. 1863 widziałem już w późnej jesieni. Było to w nocy. Do pokoju matki wdworze, w którym i ja spałem, weszło dwóch uzbrojonych powstańców. Jeden robił wrażenie oficera, a w każdym razie inteligenta. Przyprowadzili z sobą kolonistę z kolonji wodzieradzkiej Apolonja, imieniem Łukasz, nazwiska zapomniałem. Zaaresztowali go z powodu denuncjacyj, z któremi chodził do Moskali do Łodzi. Matkę pytali także o niektóre wyjaśnienia, a lubo matka broniła go, ile że owego „Łukę”, jak go pospolicie nazywano, ojciec mój przedtem bardzo lubił, obrona nie pomogła; „Łuka” istotnie chodził do Łodzi ze skargami, to też powstańcy, którzy byli na koniach, a które trzymał trzeci z nich, gdy dwaj weszli do pokoju, zabrali go z sobą w kierunku Kwiatkowic, gdzie na polu znaleziono go potem zarąbanego na śmierć szablami.

Cdn…

Fragmenty pamiętnika Alfonsa Parczewskiego – urodzonego w Wodzieradach k. Łasku prawnika, historyka, działacza społeczno-politycznego, profesora i rektora Uniwersytetu w Wilnie. [Pisownia oryginalna, tytuł oraz śródtytuły - clivie].

Część IV – Szpiedzy, warchoły, malkontenci…

Pod wieczór umilkły w Kwiatkowicach śpiewy, umilkł tętent jazdy. Taczanowski wyruszył gdzieś ku południowi czy zachodowi, Parczewski na północ w Łęczyckie. Odtąd kilka razy jeszcze widziałem oddziały kawalerii. W Mikołajewicach zatrzymał się raz oddział jazdy gostyńskiej. Dowodził nim Edmund  Callier, Wielkopolanin, którego w późniejszych czasach często widywałem w Poznaniu, gdy redagował Tygodnik Wielkopolski i pisywał liczne historyczno-geograficzne monografje z dziejów Wielkopolski. Taczanowskiego widziałem po raz wtóry w jakieś kilka tygodni później w Krokockiej Woli. Oddział jego był już znacznie liczniejszy niż w Kwiatkowicach. Byli także inni dowódcy, bez swych oddziałów, niby asystujący czasowo. Był Oksiński, tego pamiętam doskonale; zdaje się, był także Luttich.
Do Krokockiej Woli  pojechałem już nie sam, ale z oficerem powstańczym Adolfem Koberem, który służył przedtem w wojsku rosyjskiem. Jechaliśmy bryczką, a towarzyszył nam jeździec z powstania, w mundurze i przy broni, który się odbił od jakiegoś patrolu, odcięty przez oddział rosyjski. Kober dłuższy czas przebywał w Wodzieradach, przygotowując większe formacje oddziałów piechoty. Raz o mało co nie wpadł w ręce rosyjskie, a że służył przedtem w wojsku rosyjskiem, byłby na  pewno rozstrzelany. Było to w prześliczny poranek lata, w początkach sierpnia lub w końcu lipca; folwarczna służąca, imieniem Zuzanna, idąc z pola rano, spostrzegła wojsko rosyjskie od strony Łasku i Chorzeszewa, pośpieszyła przez  ogród i zawiadomiła o niebezpieczeństwie. Kober zdążył przez ogród i łąkę schować się do lasu. Tam się posunął daleko, i już blisko od jego skraju zobaczył na drodze ludzi biało ubranych. Sądząc, że to włościanie, wysunął się ku ich spotkaniu i dopiero wtedy spostrzegł, że ci, ku którym dążył, byli odzianymi w letnie białe „rubaszki” sołdatami. Cofnął się śpiesznie i tylko niezwykła gęstwina tej części lasu, tak zwanych w miejscowej nomenklaturze „źródlisk”, ocaliła go od uwięzienia i śmierci. Wrócił pod wieczór do wodzieradzkiego dworu, gdyż widocznie owo szukanie go w lesie miało charakter przypadkowy i nie było skutkiem denuncjacji. Przetrwał szczęśliwie powstanie, zamieszkał jako emigrant w Strassburgu, gdzie po zaanektowaniu Alzacji skutkiem wojny 1870 roku uzyskał automatycznie obywatelstwo niemieckie i w tym charakterze
osiedlił się w Poznańskiem. Jak mi mówiono na wiele lat przed wojną w Poznaniu, mieszkał stale w Buku.
W tym czasie, w sierpniu ukazał się w naszych stronach oddział pieszy pod dowództwem Tyca. Był to oddział nieliczny, może koło 40 ludzi, uzbrojony w sztucery, bez uniformów. Z oddziałem tym wiąże się moje czysto osobiste wspomnienie. Już od wiosny marzyłem o tem, aby wstąpić jako szeregowiec do powstania. Razem z moim rówieśnikiem, synem przyjaciela mego ojca, radcy Dyrekcji Głównej Towarzystwa Kredytowego Antoniego Klimaszewskiego z Bąków, Stefanem Klimaszewskim, który bawił wtedy u nas w gościnie, wybieraliśmy się potajemnie uciekać do obozu Oborskiego. Oddział ten kręcił się wtedy w Łęczyckiem. Tymczasem w chwili, gdyśmy się wybierali na piechotę w podróż, przyszła wiadomość, że Oborski został rozbity gdzieś między Poddębicami a Uniejowem. Narazie musiałem odłożyć mój zamiar, ale go nie porzuciłem. Rozstać się z nim nie mogłem.
Gdy już latem obozy kawalerji zaczęły się ukazywać w naszych stronach, zwracałem się do dowódców z prośbą o przyjęcie. Tak było w oddziałach Miśkiewicza, Calliera, a chcąc zjednać sobie Taczanowskiego, ofiarowałem mu wcale nieosobliwy wiersz na cześć wodzów powstańczych, a szczególniej jego ułożony. Nic nie pomogło – wszędzie spotykała mnie odmowa. Jeden z powstańców w obozie Taczanowskiego nazwał mnie wprost dzieciakiem. W rzeczywistości byłem nim jeszcze, a wyglądałem znacznie młodziej, niż na lata, które już miałem.(…)
Utraciwszy nadzieję dostać się do kawalerji, usiłowałem być przyjętym do oddziału piechoty. Otuchy pod tym względem dodawała mi znajomość z Tycem. Widząc, że oddział jego zatrzymał się rano w sąsiedniej Leśnicy, a obiad miał zamówiony w Wodzieradach, pobiegłem tam dotąd. Wyraziłem swą prośbę dowódcy o przyjęcie mnie do oddziału, życzenie moje poparł będący czasowo przy Tycu, widocznie z ramienia władz organizacyjnych, Poznańczanin Powidzki i cała sprawa była, zdawało się, pomyślnie załatwiona. Razem z oddziałem Tyca wróciłem do Wodzierad i gdy po zjedzonym obiedzie powstańcy ruszyli w dalszą drogę w kierunku wschodnim ja przez ogród wybiegłem i zaraz za wsią przyłączyłem się do oddziału, otrzymałem sztucer i uzbrojony już maszerowałem z innymi w szeregu dwójek czy trójek. Czułem się niepospolicie dumny i uszczęśliwiony nadzieją udziału w przyszłych walkach z wrogiem. Tymczasem los zrządził inaczej.
Oddział zatrzymał się na kolonji Teodorów, aby tam zaaresztować kogoś, zdaje się Niemca, oskarżonego o szpiegostwo. To wystarczyło, że matka moja, podejrzywając co się stało, wziąwszy do pomocy ogrodnika Paluszkiewicza, bryką zaprzężoną w parę koni dopędziła nas. Zacząłem uciekać w stronę pobliskiego lasu, ale ów ogrodnik dogonił mnie, przyprowadził przed naczelnika Tyca, który teraz stanął stanowczo po stronie mojej matki i kazał mi wracać do domu. Gdyby nie ów przystanek w Teodorowie, oddział ruszyłby w las janowicki i dalej w lasy dóbr łaskich, a wtedy matka jużby mnie napewno nie dogoniła. Skutkiem owego postoju, prysła moja nadzieja partyzantki. Już odtąd nie ponawiałem starań o przyjęcie do oddziału. Jeździłem tylko na kucu po sąsiednich kolonjach i wioskach, zachęcając młodych parobków do powstania. Wielkich skutków cała ta moja impreza nie dała. Józef Skonieczka z Wodzierad był bodaj jedynym, którego udało mi się namówić.
Z okresu letnich miesięcy mogę też zaznaczyć kilka pozostałych w mojej pamięci fragmentów, bliżej co do czasu nieokreślonych; a więc – wyjazd ojca z jakiemiś zleceniami władz polskich rzemiennym dyszlem w okolicę Kalisza nad granicę pruską, to znowu zatrzymanie się w Wodzieradach na popas całego furgonu z bronią, który prowadził Zdzisław Błeszyński z Żelisławia pod Błaszkami, ranny w r. 1861 w dzień lutowej manifestacji na Krakowskiem Przedmieściu w Warszawie. Dochodziły także przykre wiadomości o zamieszkach, które miały miejsce w oddziale Taczanowskiego pod Łaskiem, spowodowanych brakiem dostatecznej karności wśród pewnej grupy powstańców, wchodzących przedtem w skład oddziału Miśkiewicza. Zamieszki te zaraz się uspokoiły, lecz rezultat ich był bardzo bolesny, mianowicie powstaniec, nazwiskiem Kubarski, został za niekarność rozstrzelany pod Widawą. Pod Łaskiem także miał miejsce inny fakt. Mianowicie przez oddział nasz została na szosie w lesie aresztowana i powieszona młoda kobieta, będąca szpiegiem rosyjskim. Nazwisko jej Sójka, należała do półinteligentnej sfery.
W drugiej połowie sierpnia, jakoś już ku końcowi, był w naszych stronach duży ruch organizacyjny w kierunku formowania piechoty dla Taczanowskiego. Zjechało się i u nas kilku oficerów, wybierających się do nowej formacji. Z rosyjskiego wojska był dawniej już przebywający Kober oraz Malukiewicz, z wojska austriackiego byli Birtus i Nykel. Byli jeszcze i inni, których nazwisk nie pamiętam. Wtedy, czy może jeszcze wcześniej, i to bardziej prawdopodobne, był u nas oficer Młochowski, który pozostał mi w pamięci, że głośno i ostro narzekał na błędy wodzów powstańczych, zwłaszcza jakiegoś dowódcy z okolic Rawy. W owe sierpniowe dni zebrani w naszym dworze głośno rozmawiali o planach przyszłych działań. Rozkładali mapę, o której jeden wyraził się: „to nasza ewangelja, która nas do zbawienia doprowadzi”. Wreszcie wyjechali wszyscy. Po ich wyjeździe w niedługim czasie przyszły wieści o bitwie pod Sędziejewicami, w której Mniewski został ciężko ranny w rękę w chwili, gdy szwadron swój prowadził do ataku. Rękę amputowano mu.

Powitanie Nowego Roku oraz karnawał to nie tylko czas zabawy i radości. Stare kroniki wypadków pełne były zdarzeń bulwersujących i tragicznych.

2 stycznia 1934 r. Głos Poranny informował [pisownia oryginalna]:

We wsi Gruszczyce pow. kaliskiego, w zagrodzie Stefana Kozłowskiego wydarzył się straszny wypadek. Gdy domownicy przebudzili się w dniu onegdajszym, znaleźli 2-letniego Piotra Kozłowskiego, w kołysce w kałuży krwi.
Stwierdzono, że dziecko ma przegryzioną krtań i nie żyje. O wypadku natychmiast powiadomiono policję, która wszczęła dochodzenie, w toku którego ustalono, że sprawcą morderstwa jest kot, który w nocy, gdy wszyscy pogrążeni byli we śnie, wskoczył na kołyskę i zagryzł chłopca. Następnie kot zniknął i poszukiwania za nim nie dały rezultatu.

* * *
W dniu wczorajszym o godz. 9.15 rano pociąg osobowy Nr 556, zdążający z Pabjanic do Łodzi, na przejeździe kolejowym  pod wsią Retkinia najechał na stojącą na torze i przyglądającą się orkiestrze miejscowej straży ogniowej 8-letnią Zofję Gawlik, mieszkankę tej wsi. Koła pociągu zmasakrowały ciało dziewczynki. Zwłoki nieszczęśliwej zabezpieczono na miejscu do czasu zejścia władz sądowo – lekarskich.(p)
* * *
w dniu onegdajszym dom przy ulicy Mianowskiego 33 [w Łodzi] był widownią tragicznego wypadku. W domu tym zamieszkują małżonkowie Ryczkowscy, którzy posiadają trzymiesięczną córeczkę imieniem Helusia.
Matka dziecka, Zofja, chcąc je uspokoić, włożyła mu do ust smoczek, sama zaś zajęła się pracą domową. Po pewnym czasie, gdy matka zajrzała do  dziecka, stwierdziła z przerażeniem, że Helena nie żyje. Wezwany lekarz pogotowia  ratunkowego stwierdził śmierć niemowlęcia wskutek uduszenia się smoczkiem (p)
* * *
Nocy Sylwestrowej liczni przechodnie znaleźli w kałuży krwi przy zbiegu ulic Wólczańskiej i Żwirki [w Łodzi] ciało jakiegoś młodego mężczyzny.
Niezwłocznie powiadomiono  policję. Przybyły na miejsce lekarz pogotowia stwierdził kilka ran kłutych klatki piersiowej i po udzieleniu pierwszej pomocy przewiózł poszkodowanego do szpitala św. Józefa przy ul. Drewnowskiej.
Ofiara jest nieprzytomna. Zdołano jednak stwierdzić, iż nazywa się Stanisław Pudlarz, ma lat 31, adresu jednak jego  nie udało się ustalić, jak również powodu napadu.

Powered by WordPress Web Design by SRS Solutions © 2012 To ci historia! Design by SRS Solutions