Fragmenty pamiętnika Alfonsa Parczewskiego – urodzonego w Wodzieradach k. Łasku prawnika, historyka, działacza społeczno-politycznego, profesora i rektora Uniwersytetu w Wilnie. [Pisownia oryginalna, tytuł oraz śródtytuły - clivie].

Część I – Szlachta z powiatu sieradzkiego szykuje się do walki. Śpiewy patriotyczne i szarpie.

W lutym 1861 r. zapowiedziane zebranie Towarzystwa Rolniczego w Warszawie budziło powszechny interes, ciągnęło ziemian do stolicy Królestwa. W powietrzu czuć było coś niezwykłego. Ojciec mój wybierał się także, ale w ostatniej chwili skutkiem cierpienia w ręku musiał zaniechać podróży. Jakoś bardzo niedługo potem wchodzi ojciec do pokoju matki, w którym i ja się znajdowałem, i w stanie pewnego wstrząsu duchowego odzywa się: „Siedem tysięcy zostało zabitych”. Nie objaśnia bliżej, gdzie i kto zabity. Matka także nie pyta, milczy skutkiem silnego wrażenia. Nie było potrzeby bliższych objaśnień. Zgóry wiedziano, że to było w Warszawie, że ofiarami byli nasi, a mordercami Moskale. Owa rozmowa stoi mi dzisiaj żywo w pamięci. Jakbym ją słyszał i widział wczoraj. Wiadomość o lutowych wypadkach na Krakowskiem Przedmieściu i olbrzymich ofiarach przywiózł kotlarz Brzóska z Lutomierska. Wkrótce potem wyjaśniła się prawdziwa i dokładna wiadomość o pięciu poległych, wśród których był i znajomy nam Marceli Karczewski, ziemianin z Sieradzkiego, z pod Zduńskiej Woli.

Nadeszła epoka narodowych manifestacyj. Przedewszystkiem więc śpiewy patriotyczne w niedziele w kościołach. W Mikołajewicach próbowano ich także; ja z moim rówieśnikiem Stanisławem Lazarewem z Żytowic chcieliśmy swoje głosy przyłączyć do chóru, ale proboszcz X. Żak zabronił śpiewów patrjotycznych.  Nie był on i przedtem wśród ziemian lubiony. Należał do generacji duchownych, którzy wraz z X. Biskupem Marszewskim z Prus Zachodnich do diecezji kujawsko-kaliskiej się przenieśli. Byli jednak wśród tej grupy inni, powszechnie szanowani kapłani, jak X. Szulc, prałat kolegjaty kaliskiej, i  bratanek jego również prałat, obaj proboszczowie w Pabjanicach. Po wydaniu zakazu śpiewów patrjotycznych przez X. Żaka rodzice przestali jeździć do  kościoła w Mikołajewicach, jeździli natomiast do pobliskich Kwiatkowic, gdzie proboszcz X. Górecki na śpiewy narodowe pozwalał. Rozlegały się wówczas co niedziela pieśni: „Boże, coś Polskę” i „Z dymem pożarów”, tak długo, dopóki wogóle nie nastąpiły pod tym względem represje. Jedno bardzo uroczyste  nabożeństwo o charakterze patriotycznym pamiętam w Szadku, wyszło mi jednak z pamięci, czy to było za Kościuszkę, Czartoryskiego, czy może najprawdopodobniej na pamiątkę Unji Lubelskiej. Wpobliżu kościoła parafialnego, przy drodze prowadzącej do Zadzimia został wzniesiony i tego dnia poświęcony wielki krzyż drewniany. Zjazd był ogromny, ziemianie zjechali się i z dalszych okolic – z pod Lutomierska, Poddębic i Łasku. Ojciec zabrał mnie z sobą; pamiętam doskonale, że wielu było w narodowych ubiorach, kontuszach i czamarach, w konfederatkach na głowie. Na bryczkach lśniły różne kolory, głównie niebieski, który, rzecz dziwna, pozostał mi w pamięci jak najdokładniej.
Obok manifestacyj narodowych, był, lubo pewnie nie we wszystkich dworach i dworkach ziemiańskich, ruch w kierunku szerzenia oświaty i narodowego uświadomienia włościan. Rodzice moi założyli własnym kosztem szkołę elementarną dla dzieci wiejskich w Wodzieradach. Sprowadzili w tym celu nauczyciela. Dla dzisiejszych mieszkańców tej wsi [lata 20. XX w. ] będzie może interesującem dowiedzieć się, że owa szkoła mieściła się w domu, jednym z większych, położonym wprost drogi, która wówczas od strony Chorzeszowa wpadała do wsi. Lubiłem często do owej szkoły zaglądać, a musiała ona być w naszych stronach rzadkością, nie mówiono bowiem w owych czasach, aby w której z sąsiednich wsi „szkółkę” również założono. W Wodzieradach stała się także w dziedzinie społecznej druga pokrewna założeniu szkółki rzadkość. Oto ojciec mój, nie czekając ukazów, zaraz po warszawskich manifestacjach uwłaszczył pańszczyźnianych włościan. I o tem w innych majątkach okolicznych nie było słychać.

Tymczasem w powietrzu unosiło się przeczucie walki zbrojnej. Późną jesienią 1862 r. matka w długie wieczory jesienne skubała szarpie dla przyszłych rannych. My z siostrą pomagaliśmy jej w tej robocie. Przeczucie nie  omyliło. Zaraz w początkach powstania przywieziono do Wodzierad pierwszych rannych z bitwy pod Nowosolną [w źródłach historycznych znana jako bitwa pod Dobrą], w okolicach Łodzi stoczonej, w której z naszej strony dowodził Dworzaczek. Dwaj byli mieszkańcami Łodzi: Bidorf i Lebelt. Trzecim był Grochulski. O Lebelcie mówiono wówczas, że on w imieniu władz narodowych pokwitował zabranie w Łodzi funduszu rządowego na rzecz powstania, i z tego powodu schwytanie jego przez Rosjan byłoby z wielkiem niebezpieczeństwem i obawą ciężkich represyj połączone. Z tego może powodu nie wrócił już do kraju po upadku powstania.

Cdn…