To ci historia!

Blog historyczny, ciekawostki historyczne, sensacje

Wpisy z tagiem: 1935 rok

Zamaskowany bandyta z bronią gotową do strzału wpadł do mieszkania, w którym była zebrana cała rodzina. Bez słowa strzelił w twarz wychodzącego z pokoju stołowego dyrektora. Biegański zachwiał się i upadł na podłogę. Zmarł po kilku minutach.

bieganski1

Edward Biegański z orkiestrą gimnazjalną w Łowiczu – rok 1930.

Zamordowanie szanowanego dyrektora gimnazjum państwowego im. Kazimierza Wielkiego, wywołało w Zduńskiej Woli wielkie poruszenie. 48-letni Edward Biegański zajmował wraz z rodziną, składającą się z żony, dwojga nieletnich dzieci i teściowej, służbowe mieszkanie obok szkoły, przy ulicy Złotnickiego (obecnie Dąbrowskiego). Stanowisko dyrektora zduńskowolskiego gimnazjum objął we wrześniu 1934 roku. Poprzednio pełnił funkcję dyrektora gimnazjum im. księcia Józefa Poniatowskiego w Łowiczu.

W związku z tragiczną śmiercią Biegańskiego prasa przypomniała o innym koszmarnym wydarzeniu z jego życia. W 1925 roku w gimnazjum w Wilnie omal nie zginął on w zamachu podczas egzaminu maturalnego. Dwóch maturzystów, uzbrojonych w granat i rewolwery, zaatakowało grono nauczycielskie. Była to najprawdopodobniej jedyna masowa zbrodnia dokonana w polskiej szkole. Zginęło pięć osób, dziewięć zostało rannych. Biegański odniósł ciężkie obrażenia wskutek wybuchu granatu. Po wyleczeniu, w sierpniu 1925 roku przeniesiono go do Łowicza, a 9 lat później przybył do Zduńskiej Woli, gdzie poniósł tragiczną śmierć.

Wkrótce po zbrodni, jeszcze tej samej nocy, 29 stycznia 1935, do  Zduńskiej Woli przybyło kilku śledczych z Łodzi. Akcją kierował nadkomisarz Jan Petri – naczelnik wojewódzkiego urzędu śledczego. Początkowo przeważało przekonanie, że zabójstwo dyrektora gimnazjum nie miało podłoża rabunkowego. Świadczyć o tym miał fakt, że bandyci nie ukradli niczego z mieszkania dyrektora, zabrali tylko drobną sumę mieszkającemu w suterenie woźnemu. Śledczy podejrzewali, że zbrodniarzami mogła kierować chęć zemsty na dyrektorze, który uchodził za pedagoga wymagającego i surowego. Urząd śledczy kilka dni po morderstwie wyznaczył 1000 zł nagrody dla osoby, która pomoże w wykryciu sprawców. Nie wiemy czy znalazł się ktoś taki, w każdym razie policja już w pierwszych tygodniach trafiła na właściwy trop. Wraz z postępem trwającego ponad rok dochodzenia, na pierwszy plan wysunął się motyw rabunkowy napadu. Przypuszczenia, że chodziło o zemstę zostały obalone. Co zatem zdarzyło się tragicznej nocy 29 stycznia 1935 roku?

edward-bieganski

Dyrektor Biegański w swoim gabinecie w Łowiczu

Około godziny 10 wieczorem woźny Walenty Ścigiński leżał w łóżku w suterenie gimnazjum, gdy usłyszał pukanie do drzwi. Na pytanie „kto tam?” odpowiedział mu jakiś niewyraźny kobiecy głos. Nie otworzył, tylko krzyknął głośno „kto tam jest, do diabła?” Po chwili usłyszał, że ktoś oddala się od jego drzwi w kierunku wyjścia. Odczekał chwilę, po czym ubrał się i wyszedł, by sprawdzić co się dzieje na korytarzu. Wtedy wyskoczyło na niego dwóch zamaskowanych mężczyzn z rewolwerami w dłoniach. Bandyci wepchnęli go z powrotem do pokoju i zażądali wydania pieniędzy. Znaleźli jednak tylko 25 zł. Jeden szukał więc dalej, a drugi wyszedł na korytarz. Gdy plądrowano mu mieszkanie, Ścigiński usłyszał krzyk kobiety dobiegający z mieszkania dyrektora. Wtedy napastnik wybiegł, a woźny zamknął drzwi frontowe na klucz i zaczął krzyczeć: „bandyci, bandyci!”.

Podczas napadu na Ścigińskiego, znajdujące się w kuchni na parterze służące: Antonina Królikówna i Stefania Omiecińska usłyszały jakieś szmery z suteren. Królikówna uchyliła drzwi i zapytała głośno: „co się stało?”, ale odpowiedzi nie otrzymała. Wtedy zeszła na dół z zapaloną świecą. Kiedy zauważyła zamaskowanego mężczyznę, zaczęła uciekać, ale nie zdążyła zamknąć za sobą drzwi, bo napastnik je przytrzymał. Pobiegła do następnego pokoju, ale i tam bandyta nie pozwolił jej zamknąć drzwi. Wreszcie spanikowana schowała się pod stołem. W tym momencie z pokoju stołowego wyszedł dyrektor Biegański. Widząc zamaskowanego mężczyznę przystanął. Wtedy bandyta strzelił mu dwukrotnie prosto w twarz. Dyrektor upadł bez słowa, a obaj bandyci wyskoczyli przez okno i uciekli przez ogród. Świadkami tej tragicznej sceny były żona i teściowa Biegańskiego. Wezwano natychmiast policję i lekarza. Doktor Gimbut stwierdził zgon dyrektora. Już pierwsza kula, która przebiła głowę ofiary na wylot, powodując wylew krwi do mózgu, była śmiertelna.

Śledczy wkrótce ustalili, że woźnego Ścigińskiego kilkakrotnie odwiedzała zduńskowolska prostytutka, Natalia Sobierajska, znana jako „Żółta Talka”. Towarzyszyli jej dwaj lub trzej mężczyźni. Bawili się wraz z innymi pracownikami gimnazjum — woźnymi i dozorcą. Pili wódkę w sali gimnastycznej lub w mieszkaniu Ścigińskiego. Sobierajska za udział w tych libacjach otrzymywała od gospodarza drobne, kilkuzłotowe sumy. W czasie jednej z wizyt ukradła mu z szuflady stołu 45 złotych. „Żółta Talka” orientowała się, że woźny Ścigiński jest człowiekiem majętnym. Taką miał opinię w Zduńskiej Woli, a potwierdzał to fakt, że wydając córkę za mąż, dał jej w posagu trzy tysiące złotych.

exp1935-01-31

Gimnazjum w Zduńskiej Woli w roku 1935 – fotografia z Expressu Wieczornego

Okazało się potem, że Sobierajska była kochanką karanego za oszustwa Bronisława Malinowskiego z Zelowa. Spotykała się z nim często, zarówno w Zelowie, jak i w Zduńskiej Woli. Któregoś razu „Żółta Talka” podczas pobytu w Zelowie, spotkała niejakiego Józefa Barczyńskiego. Nadała mu wtedy „robotę” na 5 – 6 tysięcy złotych u woźnego gimnazjum w Zduńskiej Woli. Śledczy stwierdzili, że Zduńska Wola była dobrze znana i Barczyńskiemu, i Malinowskiemu, gdyż razem z innym podejrzanym typem, Józefem Grabowskim, przyjeżdżali często na zduńskowolskie jarmarki, gdzie oszukiwali naiwnych w grze w trzy karty. Ustalono, że wszelkie wiadomości o Ścigińskim i planie budynku gimnazjalnego dostarczyła bandytom Sobierajska.

Podczas przeszukania u Grabowskiego, podejrzanego wcześniej o dokonanie morderstwa handlarza Berenta, policja znalazła rewolwer, z którego strzelano do dyrektora Biegańskiego. Okazało się, że maski użyte podczas napadu zrobiono z tego samego materiału, co suknię matki Barczyńskiego. Prawdopodobnie uszyto je z bluzki, która gdzieś zniknęła. Kiedy aresztowano Grabowskiego, policjant Feliks Majewski słyszał jak matka bandyty szeptała: „to na pewno za Zduńską Wolę”. Świadkowie z Zelowa zeznali, że Sobierajska, na wiadomość o aresztowaniu Malinowskiego miała się wyrazić: „to za Zduńską Wolę”. Znaleziony notes ze szkicem gimnazjum zrobionym przez Malinow­skiego był kolejnym dowodem winy tej szajki przestępców.

Ostatecznie ustalono, że celem napadu było ograbienie woźnego Ścigińskiego. Zabójstwo Biegańskiego spowodowała ciekawość służącej Królikówny, za którą pobiegł zbrodniarz oraz bezmyślna brutalność tego bandyty.

1 i 2 lutego 1936 roku Sąd Okręgowy w Kaliszu na sesji wyjazdowej w Sieradzu rozpatrywał sprawę zabójstwa dyrektora gimnazjum w Zduńskiej Woli. Akta śledztwa składały się z 7 tomów, zaś akt oskarżenia zawierał 22 strony. Na rozprawę wezwano około 50 świadków z 4 powiatów. Na salę policja wpuściła nieznaczną ilość osób, gdyż sami świadkowie zajmowali przeszło pół sali.

Na ławie oskarżonych zasiedli:
1. Józef Grabowski, urodzony w 1904 roku we wsi Kuźnia w gminie Bujny Szlacheckie – karany wcześniej trzy razy za kradzieże.
2. Józef Barczyński, urodzony w 1902 roku w Pabianicach – karany za rozbój i kradzieże.
3. Bronisław Malinowski urodzony w 1906 roku w Pabianicach – karany 6 razy za oszustwo.
4. Natalia Sobierajska urodzona w 1908 roku w Zduńskiej Woli – karana za kradzież.

Nikt z oskarżonych nie przyznał się do winy. Barczyński oświadczył, że nie wie za co znalazł się w areszcie oraz, że Grabowskiego i Malinowskiego nie zna. Potem zaczął plątać się w zeznaniach i potwierdził, że jednak zna Malinowskiego i, że Sobierajska mówiła mu o jakimś bogatym woźnym, do którego należy iść z „maszyną”. Malinowski potwierdził, że zna Barczyńskiego, ale że Grabowskiego widzi po raz pierwszy. Przyznał, że Sobierajska była jego kochanką od kilku lat i odwiedzała go kilka razy w Zelowie. O żadnych planach napadu jednak nie rozmawiali. Potwierdziła te zeznania Natalia Sobierajska, która również nie przyznała się do winy. Na pytanie przewodniczącego sądu co wie o całej sprawie opowiadała, iż zna dobrze tylko Malinowskiego, z którym łączą ją bliższe stosunki. Barczyńskiego widziała tylko raz na zabawie w Zelowie. Bardzo obciążające było zeznanie żony zamordowanego dyrektora, przybyłej aż z Wilna, Józefy Biegańskiej, która rozpoznała w Malinowskim zabójcę męża.

Wieczorem 2 lutego 1936 roku sąd ogłosił wyrok. Józef Grabowski i Bronisław Malinowski zostali skazani na 8 lat więzienia, a Natalia Sobierajska na 3 lata więzienia. Józef Barczyński został uniewinniony. Wszystkich skazanych pozbawiono praw publicznych na 10 lat.

liceum1

I Liceum Ogólnokształcące w Zduńskiej Woli w roku 2015

* * *
Edward Biegański, urodzony 20 lipca 1887 r. w Grodnie był nauczycielem matematyki, dyrektorem szkół państwowych, działaczem Polskiej Partii Socjalistycznej oraz Ochotniczej Straży Pożarnej i Towarzystwa Przyjaciół Związku Strzeleckiego. Za zasługi w pracy społecznej został odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi. Ostatnią drogę ze Zduńskiej Woli do Łowicza odbył w wozie strażackim. 1 lutego 1935 roku udekorowany kwiatami i wieńcami strażacki karawan, jadąc przez Pabianice i Łódź, dotarł do Łowicza. Szczątki dyrektora Edwarda Biegańskiego złożono w rodzinnym grobowcu na Cmentarzu Kolegiackim w Łowiczu.

Tuż przed godziną pierwszą w nocy Wojciech Domański, dróżnik kolejowy w Lipcach, zauważył ponad horyzontem czerwoną kulę ognistą. Po kilku sekundach eksplodowała, dając oślepiające niebiesko-białe światło. Rozległ się huk podobny do wystrzału armatniego, który przeszedł następnie w dudnienie.

bolide_oklahomaByła zimna noc na przedwiośniu. Chmury przesłaniały częściowo niebo usiane gwiazdami. Na polach leżały jeszcze szarobiałe płaty śniegu, a wilgotną glebę skuł marcowy przymrozek. W taką noc okolice podłowickich wsi Krępa, Reczyce, Wrzeczko, aż po Seligów i Łagów stały się terenem niezwykłego zjawiska, które wywołało wśród miejscowej ludności ogromne poruszenie. Około godziny pierwszej mieszkańców wsi zbudziła niezwykła iluminacja i hałas. Na dworze zrobiło się jasno, jak w południe. W nienaturalnie silnym świetle dostrzec można było z łatwością szczegóły budynków i drzew.

W poniedziałek rano, 25 marca 1935 roku w obserwatorium astronomicznym Uniwersytetu Warszawskiego zadzwonił telefon:

Tu mówi Wilczyński, dyrektor seminarium nauczycielskiego w Łowiczu. Donoszę panom, że we wsi Krępa pod Łowiczem znaleziono odłamki meteoru.*

Telefon z Łowicza zrobił w obserwatorium wielkie wrażenie. Odnalezienie meteorytu to przecież zdarzenie bardzo rzadkie. Przelatujący meteor był widziany w wielu miejscach Polski południowej: w Krakowie, Tarnowie, Olkuszu. Znaczne zachmurzenie nieba nie sprzyjało obserwacjom. Krakowskie Obserwatorium Astronomiczne za pośrednictwem prasy prosiło wszystkich, którzy byli świadkami tego zjawiska o przekazywanie informacji.

Podniecony sensacyjną informacją o znalezisku dyrektor warszawskiego obserwatorium, profesor Michał lowicz_ikc_89_1935Kamieński wysłał natychmiast do Łowicza dwóch asystentów: doktora Lucjana Orkisza i magistra Macieja Bielickiego. Młodzi uczeni przybyli do Łowicza 27 marca rano i natychmiast przystąpili do pracy. Od dyrektora Wilczyńskiego dowiedzieli się, że pierwszych informacji o znalezionych meteorytach dostarczył nauczyciel szkoły powszechnej w Krępie – Masztanowicz. Uczniowie powiedzieli mu, że we wsi znaleziono odłamki dziwnego kamienia, który spadł z nieba. Wieśniacy starali się utrzymywać to w tajemnicy. Niektórzy przypuszczali, że „spadły z nieba kamień” ma nadprzyrodzone właściwości. Inni liczyli na godziwy zysk, sądząc, iż odłamki kryją w sobie złoto lub inny cenny materiał. Magister Bielicki opowiadał:

Samochodem, użyczonym przez starostę łowickiego pana Siwka, udaliśmy się do Krępy. Tam natychmiast przystąpiliśmy do badań. Przesłuchaliśmy wszystkich świadków spadnięcia meteoru. Pragnąc uniknąć, o ile to jeszcze było możliwe, przekręceń i ubarwień, przesłuchiwaliśmy metodą sędziów śledczych każdego z osobna. Na ogół opowiadania naocznych świadków były zgodne, jeśli chodzi o momenty zasadnicze.

Według tych relacji przebieg zjawiska był następujący:
Około godziny pierwszej po północy rozjaśniło się nagle, jak w dzień. W ciągu kilku sekund w promieniu kilkunastu kilometrów wszystko było tak jaskrawo oświetlone, jak w pełnym słońcu. Zaraz potem rozległ się głuchy huk, który wstrząsnął szybami domów i zbudził mieszkańców wsi. Chwilę później usłyszeć można było silne detonacje podobne do strzałów z ciężkich dział. Huk przeszedł w ciągłe dudnienie o zmiennym natężeniu, podobne do odgłosów przy „zsypywaniu dużych kamieni”. Określano to mianem „rukotu” lub „wurczenia”. Świadkowie z Wrzeczka i Łagowa mówili o wyraźnych smugach poszczególnych odłamków meteorytu, ścinających gałęzie drzew i głośno uderzających o ziemię. We wsi Krępa powstała panika. „Ten ognisty kamień z nieba, to dopust Boży” – wołano.

… ustaliliśmy, że głuchy huk wysoko nad ziemią powstał najprawdopodobniej w czasie eksplozji meteoru. Eksplozja ta nastąpiła zaś z powodu zmian wewnętrznych wywołanych wysoką temperaturą. Detonacje, jakie nastąpiły później, pochodziły zapewne od uderzeń części roztrzaskanego meteoru o ziemię. Pamiętać trzeba, że szybkość meteoru jest olbrzymia. Wynosi ona kilkadziesiąt kilometrów, na sekundę – wyjaśniał Bielicki.

Andrzej Strugiński ze wsi Wrzeczko obserwował zjawisko z progu swojej chaty. Zaraz po huku zobaczył spadające świecące kamienie w liczbie sześciu lub siedmiu. Dwa z nich spadły na podwórko w odległości 30-40 metrów od niego. Odnalazł je rano. Nie były duże, ważyły nieco ponad 100 gram. We wsi Reczyce mieszkańców przeraziło krótkotrwałe, oślepiające światło. Usłyszeli huk przypominający ostrzał armatni oraz warczenie i świst pojedynczych meteorytów. Niektórzy zauważyli czerwone smugi świetlne o stromym torze i słyszeli uderzenia odłamków o ziemię.

mapka spadku z 1935 r.

W kilka dni po zdarzeniu jeden z gospodarzy ze wsi Krępa, Stanisław Barducha, znalazł przy drodze polnej jakiś dziwny kamień. Był on duży i ciężki, ważył ponad 10 kg. Chłopi we wsi od razu się domyślili, że jest to „kamień z nieba”. Każdy z nich chciał mieć choćby kawałek, więc zaczęli go rozbijać młotami. Barducha skarżył się, że był twardy i rozbijanie szło ciężko. Części meteorytu brali nie tylko chłopi, ale i wojskowi, którzy w tym czasie odbywali manewry pod Łowiczem. Naukowcom udało się uratować z tego tylko trzy kawałki, o łącznej wadze około 2 kilogramów.

W odległości kilkuset metrów od miejsca, w którym Barducha znalazł swój kamień, spadła inna część meteoru o wadze około 4 kg. Kto tę część odnalazł, nie udało się ustalić. Asystenci warszawskiego obserwatorium uzyskali jeszcze czwarty odłamek meteorytu w urzędzie gminnym w Domaniewicach. Opowiadano, że na podwórze jednego z domostw w pobliskiej wsi Łagów spadł również duży odłamek koloru żółtego. Tego żółtego kamienia nie udało się jednak odszukać.

Niewątpliwie wiele odłamków spadłego meteorytu zostało odnalezionych i ukrytych przez różne osoby, które sądziły, że zdobyły skarb lub talizman o nadprzyrodzonych własnościach. Na nic zdały się przekonywania, że meteoryty posiadają jedynie wartość naukową. Potem okazało się, że ta naukowa wartość jednak przełożyła się na finansową. Poszukiwania meteorytów były prowadzone metodą rozmów z miejscowymi gospodarzami i zachęcania ich do poszukiwań w zamian za zapłatę. Metodą tą zgromadzono – jak twierdzili Różycki i Kobyłecki, oddelegowani przez Towarzystwo Muzeum Ziemi w Warszawie – 58 okazów o łącznej wadze około 59 kg.

lowicz01 lowiczd meteoryt Łowicz 3

Meteoryt łowicki był właściwie rojem meteorytów, rozsianym na powierzchni ponad 9 kilometrów kwadratowych. Największe okazy, ważące od 2,5 do 10 kg, znaleziono w rejonie wsi Krępa. Niemal wszystkie większe odłamki zostały zebrane zaraz po spadku. Po II wojnie światowej, w 1951 roku, odkryto w Krępie jeszcze kilka ciekawych okazów. Ważyły: 2159 g, 100 g, 34 g i 19 g. Wszystkie trafiły do Muzeum Ziemi w Warszawie.

Największy zachowany fragment meteorytu Łowicz, ważący 5670 g, znajduje się w zbiorach Obserwatorium Astronomicznego Uniwersytetu Jagiellońskiego. Niewiele mniejszy, o wadze 5650 g, jest w posiadaniu Muzeum Geologicznego UJ. Jednak największy zbiór odłamków łowickiego meteorytu należy do Muzeum Ziemi PAN w Warszawie. W Łowiczu, w I Liceum Ogólnokształcącym im. J. Chełmońskiego, pozostał jeden mały fragment ważący 243,2 g.

Wkrótce po odnalezieniu pierwszych „kamieni z nieba” w Państwowym Zakładzie Mineralogii ustalono, że meteoryt łowicki ma skład przechodni między kamienistym a metalicznym. Według naukowców jest więc dość rzadkim okazem tzw. mezosyderytu.

  W 2012 roku w Łowiczu odbyła się konferencja poświęcona meteorytowi, który spadł 77 lat wcześniej. Z plakatu informacyjnego spoglądał triumfalnie anonimowy znalazca dużego kamienia. Zdjęcie zostało zrobione prawdopodobnie w roku 1935. Nie zadbano jednak o jego opis.lowicz_konferencja-ptmet-2012_plakat

W mieście rozwieszono 50 takich plakatów i dzięki nim udało się zidentyfikować tajemniczego człowieka z meteorytem w dłoniach. Poszukiwanym okazał się nieżyjący już oczywiście Wacław Bryszewski z Krępy, a rozpoznał go jego siostrzeniec. Jedna tajemnica został rozwikłana, ale nadal nie są znane dalsze losy meteorytu, z którym Bryszewski tak dumnie prezentował się przed fotoreporterem.

Naoczni świadkowie spadku meteorytu już nie żyją, ale mieszkańcy Krępy, Wrzeczka i sąsiednich wiosek o wydarzeniu nie zapominają. Nie pozwalają im na to łowcy meteorytów. Nadal pojawiają się na podłowickich polach, zmotywowani chyba nie tylko pasją odkrywczą, ale i rosnącymi cenami kosmicznych znalezisk. W roku 2006 na serwisie aukcyjnym Allegro.pl został wystawiony duży okaz „meteorytu Łowicz”. Mimo, że proponowana cena 33 333,33 zł była bardzo wysoka, aukcja cieszyła się dużym zainteresowaniem. Ostatecznie do zakupu nie doszło, bo zabrakło dowodów na autentyczność kamienia. Późniejsza ekspertyza nie potwierdziła jego meteorytowego pochodzenia.

Chociaż naukowcy szacują, że z całej masy meteoroidu odnaleziono tylko nieco ponad połowę, mało kto wierzy jeszcze w odkrycie meteorytowego skarbu pod Łowiczem. Największe odłamki, które spadły w Krępie i okolicach dawno już trafiły do muzeów i kolekcji prywatnych. Niewykluczone, że jakiś większy kawałek mógł wpaść do któregoś ze stawów lub licznych w tych okolicach strumyków. Masa drobnych odłamków pewnie jeszcze tkwi gdzieś w polach i na łąkach, ale ich odnalezienie i zidentyfikowanie jest trudne. Podczas budowy autostrady A2, przecinającej południowo-wschodnią część tego terenu, nic takiego nie znaleziono.

Łatwiej teraz trafić na miejscowego bajarza, który z przyjemnością opowie którąś z „meteorytowych” anegdot. Na przykład, jak to jeden z rolników wyorał w polu olbrzymi kamień z nieba i zarobił w ten sposób na trzy domy i nowy traktor. Albo, o kryształkach wydobywanych z rozbijanych meteorytów, które służyły chłopom do konstruowania radioodbiorników. Kryształki z nieba jednak nie sprawdziły się, bo radyjka słabo działały…

* * *
*Według oficjalnej definicji Międzynarodowej Unii Astronomicznej meteor to świecący ślad na niebie. Ale tak też mówi się często o latającym obiekcie, który jest przyczyną tego zjawiska. Właściwszą nazwą dla takiego obiektu jest meteoroid. Po upadku na ziemię ten kosmiczny obiekt staje się meteorytem. Meteoroidy są szczątkami starzejących się, rozpadających komet. Wskutek ogromnej szybkości, zetknąwszy się z atmosferą ziemską, rozgrzewają się do bardzo wysokiej temperatury i świecą. O ile meteoroid jest zjawiskiem stosunkowo rzadkim, o tyle bardzo często, zwłaszcza latem, obserwujemy „spadające gwiazdy”. Te małe kosmiczne kamienie spalają się najczęściej w atmosferze i spadają na ziemię jako gwiezdny pył.

Źródła:
Ilustrowany Kurier Codzienny – rok 1935, nr 88

http://wiki.meteoritica.pl

Mieczysław Kobyłecki,”Charakterystyka ogólna meteorytu łowickiego” – 1938 r.

Stanął, z toporem,
Rzeźnik, mięśniami sękaty,
Odwalił się oburącz
I zarąbał kwiaty…
* * *

Pierwsze ścięcie odbyło około godziny 6 rano. Jednym uderzeniem siekiery kat Carl Groepler odciął głowę Benity von Falkenhayn. Niespełna 20 minut później to samo uczynił z Renate von Natzmer.

benita-portretTe nieszczęsne kobiety zostały dwa dni wcześniej uznane za winne zdrady tajemnic wojskowych III Rzeszy i skazane na karę śmierci przez ścięcie. Prośba o ułaskawienie została odrzucona przez Hitlera i obie stracono w poniedziałek, 18 lutego 1935 roku w więzieniu Ploetzensee w Berlinie. Tu na środku placu więziennego stał drewniany kloc, na którym przeprowadzano egzekucje.

Tragedia ta związana była z działalnością agenta polskiego wywiadu, rotmistrza Jerzego Sosnowskiego vel „Ritter von Nałęcz”. Od 1927 roku był on akredytowanym oficerem w polskiej ambasadzie. Brał aktywny udział w życiu arystokratycznym i dyplomatycznym niemieckiej stolicy. Podając się za barona, wszędzie wzbudzał podziw dam. Jego wygląd i tytuł otwierały drzwi do najbardziej ścisłych kręgów. Szybko nawiązał bliskie kontakty z Benitą von Falkenhayn (z domu von Zolikofer-Altenklingen). Ze względu na swoje pochodzenie oraz poprzez męża, Benita miała liczne znajomości wśród pracowników Ministerstwa Wojny (Reichswehrministerium) oraz śmietanki towarzyskiej Berlina. Nie miała natomiast dostępu do tajnych informacji, jakich poszukiwał Sosnowski. Wtedy okazało się czego może dokonać zakochana kobieta. Dzięki kontaktom i namowom Benity, do siatki szpiegowskiej pozyskano Irenę von Jena i Renatę von Natzmer – pracownice tajnych komórek w ministerstwie Reichswehry.

Dokumenty dostarczone przez Renate von Natzmer pozwoliły polskiemu wywiadowi poznać szczegóły tajnej współpracy wojskowej pomiędzy Niemcami i ZSRR. Kontakty Sosnowskiego były tak owocne, że w roku 1934 otrzymał 70 z 200 stron niemieckiego planu mobilizacji i wojny z Polską i przesłał je do kraju.

Wywiad polski zaopatrywał berlińskiego agenta w taką ilość pieniędzy, że mógł on prowadzić rozrzutne życie hulaki i playboya. Nie zapominając o celach pracy operacyjnej, organizował dla znajomych i ich przyjaciół wystawne imprezy, które się odbywały w znanych i eleganckich miejscach, jak Hotel Adlon, bieżnia wyścigów konnych w Karlshorst czy luksusowe hotele na francuskiej Riwierze.

Wszystkie współpracownice Sosnowskiego były również stałymi bywalczyniami jego sypialni. I nie tylko one. Wśród licznej rzeszy kochanek rotmistrza-barona znalazły się także żony dygnitarzy oraz funkcjonariuszy cywilnych i wojskowych organów bezpieczeństwa. Dzięki temu informowany był o próbach zweryfikowania jego tożsamości i zagrożeniach dekonspiracją.

Powodzenie Sosnowskiego w zdobywaniu tajnych wiadomości dla polskiego wywiadu opierało się głównie na jego związkach phoca_thumb_l_jerzy-sosnowski7miłosnych. I tu znów prawdziwe okazało się powiedzenie „kto mieczem wojuje, od miecza ginie”. Upadek tej świetnej kariery spowodowała kolejna romantyczna afera. Tym razem postanowił „baron” usidlić i zwerbować do pracy szpiegowskiej piękną tancerkę o pseudonimie Lea Niako. Była to miłość, która szybko zmieniła się w zazdrość, potem w nienawiść i w końcu doprowadziła do aresztowania Sosnowskiego przez niemiecki kontrwywiad. Maria Kruse czyli Lea Niako odnalazła listy, z których miało wynikać, że Jerzy obiecał małżeństwo innej. Poczuła się zdradzona i pomogła Abwehrze ująć kochanka. Okazało się, że działała na dwa fronty.

Scenę aresztowania siatki szpiegowskiej Sosnowskiego próbował odtworzyć 21 lutego 1935 roku „Głos Poranny” (za „United Press”):

Podejrzane o zdradę stanu, a obecnie stracone kobiety przytrzymane zostały podobno niedawno przez policję śledczą w jednym z najelegantszych lokali Berlina. W pewnej chwili otworzyły się nagle drzwi i wkroczyli nie proszeni goście: „Tajna policja państwowa! Niech nikt nie opuszcza lokalu! Proszę o dokumenty!”
Pewna dama błagała oficera policyjnego, by nie pytał o jej nazwisko, w przeciwnym razie bowiem, jeśli dowie się o tem jej mąż i rodzina, jest stracona. Inna wskoczyła na okno w zamiarze popełnienia samobójstwa. W ostatniej chwili jednak chwycił ją za rękę jeden z policyjnych agentów. Była to właśnie stracona obecnie Benita von Falkenbayn, z domu Zolikofer – Altenklingen.

W tym opisie więcej było dziennikarskiej fantazji niż faktów. Aresztowanie Sosnowskiego i jego wspólników nastąpiło przecież rok wcześniej, w lutym 1934 roku. Witold Kurpis w książce „Berlińska misja” opisał to zdarzenie dokładniej. Akcja policji miała nastąpić podczas przyjęcia w mieszkaniu barona Sosnowskiego, które wydał z okazji udanego debiutu scenicznego swej przyjaciółki Lei. Nie było tam Benity, gdyż odkąd wyszła za barona von Berga, jej stosunki z Jerzym rozluźniły się. Według Kurpisa okoliczności aresztowania były bardzo dramatyczne i intrygujące:

Dochodziła dwudziesta druga. Salon Sosnowskiego zapełniał się gośćmi. On sam, stojąc przy drzwiach, witał uśmiechem damy w wytwornych wieczorowych kreacjach. Na przyjęcie przybyli również pracownicy poselstwa polskiego w Berlinie — dr Dyjas, Gawroński i Perłowski. Sosnowski nie przypuszczał, aby Abwehra w tym dniu zdecydowała się na jakiś stanowczy krok. A później będzie już za późno — kierownik placówki IN-3 postanowił zniknąć z Berlina zaraz po przyjęciu. Nie podejrzewał, że od kilku już godzin piętro wyżej, w mieszkaniu radcy Patschowsky’ego grupa agentów policji oczekuje na rozkazy. Punktleaualnie o godzinie dwudziestej drugiej piętnaście rozległo się energiczne pukanie do drzwi wejściowych i okrzyk:
— Aufmachen! Kriminalpolizei!
Agenci gestapo z pistoletami w ręku wtargnęli do salonu. Wśród gości zapanował popłoch. Część gestapowców, trzymając lufy pistoletów zwrócone w stronę gości, zaczęła okrążać ich, uniemożliwiając wymknięcie się kogokolwiek z salonu.
Wśród lamentu i przeraźliwych okrzyków kierujący akcją komisarz Kubitzky rzucił ostrym głosem:
— Wszyscy ustawić się przy ścianie! Damy osobno!

Najważniejsze wspólniczki Sosnowskiego: Benita, Renata i Irena aresztowane zostały później, we własnych mieszkaniach. Wszystkich zatrzymanych poddano długotrwałemu śledztwu. Pierwsza załamała się Renata von Natzmer. Przyznała, że była agentką polskiego wywiadu od kilku lat i zdradziła śledczym wiele szczegółów dotyczących współpracy z Benitą i Sosnowskim. Jej zeznania potwierdziła Irena von Jena, a potem również Benita von Falkenhayn.

Śledztwo trwało cały rok, proces sądowy tylko kilka dni. Choć w berlińskim sądzie polski agent całą winę starał się wziąć na siebie, nie udało mu się uchronić dwóch współpracownic przed najwyższą karą. 16 lutego 1935 roku Benitę von Falkenhayn i Renatę von Natzmer skazano na śmierć przez ścięcie toporem, a Jerzego Sosnowskiego i Irenę von Jena na dożywotnie więzienie. Lea Niako, która też znalazła się na ławie oskarżonych, skazana została na osiem lat więzienia, ale zaraz zwolniono ją na rozkaz Hitlera.

Natychmiast po ogłoszeniu wyroku polski ambasador, Józef Lipski udał się do ministra spraw zagranicznych III Rzeszy, von Neuratha z prośbą Sosnowskiego o zgodę na poślubienie Benity. Wtedy automatycznie dostałaby ona polskie obywatelstwo i uratowała życie. Wniosek trafił do Hitlera, ale ten odmówił następująco: „Przestępstwo jej jest tak ciężkie, że nie można pójść na żadne ustępstwa w tym wypadku.”

Samego Sosnowskiego uratował immunitet dyplomatyczny. Dwa lata później wymieniono go na siedmiu niemieckich agentów złapanych przez polski kontrwywiad. W kraju nie skończyły się jego problemy. Wskubenitatek niemieckiej prowokacji polskie służby doszły do wniosku, że był podwójnym agentem i pracował również dla III Rzeszy. 7 czerwca 1939 roku skazano go za zdradę na 15 lat więzienia.

Wracając do tragicznego ranka, 18 lutego 1935 roku. Istnieją relacje dotyczące zachowania się skazanych kobiet oraz przebiegu egzekucji. Na ile są wiarygodne, trudno dziś ocenić. Nie wypada jednak nie przytoczyć ich przy tej okazji. Wspomniany wcześniej Witold Kurpis tak przedstawił ostatnie godziny frau von Falkenhayn-Berg:

Przez całą noc poprzedzającą egzekucję Benita pisała spowiedź ze swego życia. Prosiła o przekazanie jej — wraz z innymi pamiątkami — Sosnowskiemu. Śmiało podeszła do pnia katowskiego, a nawet zażądała… pomadki do ust. Według nie sprawdzonych wersji miała powiedzieć: „Umieram za moją przybraną ojczyznę”. Krótki błysk katowskiego topora, najbardziej hańbiącego narzędzia śmierci, i głowa jej potoczyła się po więziennym dziedzińcu.

Zachowały się też wspomnienia o ostatnich godzinach życia Renaty von Natzmer. Podobno wieczorem poprosiła o wino. Okrutny los zadrwił sobie z niej: jedyna butelka, jaką znaleziono w więzieniu Ploetzensee należała do kata. Renata więc, nie wiedząc o tym, wypiła ostatni kirenateeliszek w swym 37-letnim życiu na koszt swego oprawcy…

Z różnych źródeł wiadomo, że wykonawcą obu wyroków był niejaki Carl Groebler z Magdeburga, który dorabiał sobie, jako kat do skromnych zarobków właściciela pralni. Od jednej ściętej głowy wypłacano mu pięćdziesiąt marek, zaś po 20 marek jego pomocnikom. Po egzekucji ciała obu kobiet spalono w krematorium. Urna z prochami Benity spoczywa na cmentarzu przy Kaiser Wilhelm Gedachtniskirche, a Renaty von Natzmer w Wilmersdorf, jednej z dzielnic Berlina.

Prasa ówczesna informowała o egzekucji bardzo skrótowo. Władze niemieckie nie udzielały  informacji o jej szczegółach. Wiadomość o wyroku została podana publicznie na ogromnych czerwonych plakatach już po jego wykonaniu.

Barbarzyńska egzekucja dokonana na dwóch kobietach była czytelnym sygnałem, że reżim hitlerowski, aby osiągnąć swoje cele, nie cofnie się przed żadnym okrucieństwem. Sygnał ten świat zlekceważył. Najostrzejszy sprzeciw wobec tak wykonywanej sprawiedliwości zgłosiła polska poetka…

***

Wyrok wydali Niemcy,
W mętny dzień zimowy,
Na pniu tępej tyranii
Sami tracąc głowy…

Źródła:

„Miłość, szpiegostwo, a na końcu siekiera” na: coldwarhistory.us

http://jerzysosnowski.info

Witold Kurpis „Berlińska misja”

Wykorzystano fragmenty wiersza „Enthauptet!” Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej oraz rysunki nieznanego autora.

Rasizm niejedno ma imię. W III Rzeszy, kraju germańskich „nadludzi”, dochodziło do takich absurdów, jak ten przedstawiony w „Głosie Porannym” 21 lutego 1935 roku.

Jest w Berlinie „klinika dla lalek”, gdzie przywraca się zdrowie ofiarom gier dziecięcych. Ostatnio zgłosiła się do tego zakładu pięcioletnia dziewczynka z wspaniałą „Józefiną Baker”. Murzyńska gwiazda miała złamaną rękę, które to uszkodzenie jej mała właścicielka z wielkiem przejęciem prosiła naprawić, co jej uroczyście przyrzeczono.
Gdy w parę dni później mała klientka przyszła po swą lalkę, usłyszała, co następuje :
- Jesteśmy niepocieszeni, panieneczko, ale nie mogliśmy wykonać zamówienia. Naprawianie czarnych lalek jest nam surowo wzbronione.

Tymczasem łódzka publika czekała niecierpliwie na premierę nowego filmu z Czarną Wenus – „ZouZou”, nie przejmując się karnacją gwiazdy. Widać sądzili, że ciemne laleczki potrafią nie mniej niż blade…

Powered by WordPress Web Design by SRS Solutions © 2017 To ci historia! Design by SRS Solutions

  • RSS
  • Flaker
  • Twitter
  • Tumblr
  • Facebook
  • GoldenLine
  • Nasza Klasa
  • Wykop