Co mógłby powiedzieć zegar o swoim pochodzeniu, gdyby umiał mówić?

Jak to! Miałżeby mnie zbudować ten tępy rzemieślnik, mnie, co odmierzam czas, zaznaczam tak ściśle bieg słońca, powtarzam głośno godziny, które wskazuję! Nie, to niepodobieństwo!

25 grudnia (niektóre źródła podają, że było to 19 grudnia) 1709 roku w Saint-Malo w Bretanii urodził się Julien Offray de La Mettrie. Ten francuski lekarz i filozof, trochę dziś zapomniany jeden z czołowych materialistów XVIII wieku, został nazwany w XIX wieku „obijanym urwisem materializmu francuskiego”. julien_offray_de_la_mettrieZasłużył sobie na to miano niezwykłym talentem polemicznym i bezkompromisowością w głoszeniu poglądów. Temperament szermierza kazał mu rozdawać razy na lewo i prawo i czekać na niechybną reakcję zaatakowanych.

Wrogów miał wszędzie. Wydział lekarski Wszechnicy Paryskiej został przez niego dotkliwie sponiewierany licznymi satyrami i pamfletami, chłoszczącymi zacofanie, a nawet nieuctwo lekarzy paryskich. Kler wszystkich wyznań dzieło życia La Mettriego – traktat „Człowiek-maszyna” – uważał za wyjątkowo szkodliwą książczynę. Nawet wolnomyśliciele, tacy jak Wolter, Maupertuis czy Diderot nie mogli liczyć na żadne względy. La Mettrie ich poglądy krytykował równie bezceremonialnie, jak wywody teologów i idealistów.

Człowiek, który poświęcił życie na dowodzenie materialności natury ludzkiej, pierwsze wykształcenie zdobywał w religijnym kolegium jansenistowskim w Caen. Długo pozostawał pod wpływem teologii jansenistów. Potem zainteresowały go fizyka i medycyna. Kształcił się w słynnej wówczas szkole Boerhaave’a w Lejdzie. Tam zaczął kształtować się jego materialistyczny światopogląd. Jako lekarz praktykował w rodzinnym mieście Saint-Malo, potem został lekarzem wojskowym w Paryżu.

Praca medyka nie pochłonęła go jednak całkowicie. Czytał filozofów, obserwował pacjentów i wyciągał wnioski. W 1745 roku anonimowo wydał swoje pierwsze dzieło filozoficzne „Historia naturalna duszy”. Książka ta, jawnie głosząca materializm, została skonfiskowana i publicznie spalona w Paryżu. W następnym roku La Mettrie opublikował ironiczno-polemiczną rozprawę przeciw przedsiębiorczym lekarzom, którzy nie są zainteresowani nowymi zdobyczami nauki. Po opublikowaniu kolejnego krytycznego artykułu musiał opuścić Francję. Wyjechał do bardziej liberalnej Holandii, w której drukowano zakazane książki z całej Europy. Tu La Mettrie wydał, znowu anonimowo, książkę życia: „Człowiek-maszyna”. Wywołała ona burzę wśród obrońców ustalonych porządków. Wydawca został ukarany grzywną, a autor znów musiał uciekać, bo szybko odkryto jego nazwisko i groziło mu więzienie.

W obronie lekarza-filozofa stanął król pruski Fryderyk II, „monarcha oświecony”, który napisał nawet „Pochwałę La Mettriego”. Możemy przeczytać tam na temat „Człowieka-maszyny”:

Dzieło to, które musiało przejąć wstrętem ludzi, będących już z racji swego stanu jawnymi wrogami postępu rozumu ludzkiego, podniosło wszystkich kapłanów lejdejskich przeciwko autorowi: kalwini, katolicy i ewangelicy zapomnieli w owej chwili, że dzielą ich sprawy współistotności, wolności woli, msza rekwialna oraz nieomylność papieża – i połączyli się wszyscy celem prześladowania filozofa.

Znienawidzony przez Polaków, twórca pierwszego rozbioru Rzeczpospolitej, Fryderyk II zwany Wielkim, chętnie przyjął pod swój dach filozofa – „ofiarę klech”. Wrogowie niepokornego materialisty nie dawali jednak za wygraną. Na jego temat powstawały niezliczone kompromitujące opowieści. Najczęściej dotyczyły rzekomo szczególnie wyuzdanego trybu życia La Mettriego, „lubieżnego wyznawcy Epikura”.

Jedyny konsekwentny ateista na dworze pruskim, bezwzględny krytyk kleru, filozofów i idealistów, wiedział, że jest otoczony przez wrogów. Obawiał się, że pewnego dnia zostanie usunięty za swoją filozoficzną odwagę, padnie ofiarą „złości pobożnych”. Duchowni oraz konserwatyści nienawidzili La Mettriego przede wszystkim za jego śmiałe, doskonale udokumentowane wywody, podważające obowiązujący światopogląd, który dał im władzę. Wykazywał ten lekarz-filozof, na przykład, brak pozytywnego oddziaływania religii na społeczeństwo:

Ponieważ możemy powiedzieć na podstawie licznych doświadczeń, że religia nie pociąga za sobą bezwzględnej uczciwości, to z tych samych powodów mamy prawo sądzić, że ateizm jej jej nie wyklucza.

W oparciu o swoje obserwacje, doświadczenie lekarskie oraz wiedzę fachową La Mettrie dowodził, że wszelkie czynności przypisywane zwykle duszy zależą w istocie od funkcjonowania ciała. Podważał tym samym powszechne jeszcze przekonanie o istnieniu nieśmiertelnej duszy, podstawie chrześcijańskiego porządku świata. Człowieka przedstawiał, jako skomplikowany mechanizm stworzony przez naturę, ściśle powiązany ze światem przyrody:

 Jesteśmy podobni do zegara (…) który mówiłby na przykład tak: „Jak to! Miałżeby mnie zbudować ten tępy rzemieślnik, mnie, co odmierzam czas, zaznaczam tak ściśle bieg słońca, powtarzam głośno godziny, które wskazuję! Nie, to niepodobieństwo!” Tak samo pogardzamy, niewdzięczni, ową, że użyję wyrażenia chemików, wspólną macierzą wszystkich królestw przyrody. Wyobrażamy sobie albo raczej zakładamy istnienie przyczyny wyższej od tej, której wszystko zawdzięczamy i która stworzyła wszystko w sposób zaiste niepojęty. Nie, materia jest rzeczą nędzną tylko dla oczu prostaków, którzy jej nie dostrzegają w najwspanialszych jej tworach. Przyroda nie jest bynajmniej ograniczonym rzemieślnikiem. Stwarza miliony ludzi z większą łatwością i upodobaniem, niż zegarmistrz wysilający się nad zbudowaniem bardzo skomplikowanego zegara…

La Mettrie zmarł w Berlinie 11 listopada 1751 roku, mimo dobrego stanu zdrowia. Rzekomo wskutek własnego nieumiarkowania, po zjedzeniu zbyt dużej ilości pasztetu truflowego. W sumie w niewyjaśnionych okolicznościach. Jak prawdziwy ateista odmówił spowiedzi przed śmiercią.

Przeciwnicy materializmu La Mettriego bawili się przez ponad sto lat dowcipami, które napisał o nim Wolter. Najśmieszniejszy był chyba ten o marnej maszynie, którą unieruchomił jeden pasztet. Ale sam Wolter był też autorem opinii, że „La Mettrie byłby zbyt niebezpieczny, gdyby nie był szalony”. Aby przestał być niebezpiecznym, należało go zrobić szaleńcem albo zabić… Nic dziwnego, skoro napisał takie rzeczy:

W dziedzinie badania przyrody jesteśmy jak krety: przebywamy takie tylko przestrzenie, jak to zwierzę, i jedynie pycha nasza zakreśla granice temu, co nie ma granic.

Niechaj zresztą nikczemne pospólstwo myśli sobie inaczej, niechaj śmie twierdzić, iż nie ma prawości bez wiary w objawienie – słowem, iż potrzeba którejkolwiek bądź innej religii niż religia naturalna! O nędzy! O litości! I jakież to dobre mniemanie wpaja nam każdy o swojej religii! Nie zabiegamy tutaj o poklask gminu. Kto wznosi w swym sercu ołtarz zabobonowi, ten jest urodzonym bałwochwalcą, pozbawionym poczucia cnoty.