To ci historia!

Blog historyczny, ciekawostki historyczne, sensacje

Wpisy z tagiem: film

Usłyszeć głos filmowej gwiazdy: Chaplina, Negri czy Garbo… To marzenie widzów niemego kina spełniło się na przełomie lat 20. i 30.  Ale nie wszyscy z tego się cieszyli…

31 października 1929 roku po raz pierwszy w Łodzi wyświetlono film dźwiękowy. Niespodziankę taką sprawił wielbicielom X Muzy kinoteatr „Capitol” przy ulicy Zawadzkiej 16 (obecnie Próchnika). Łodzianie obejrzeli „Śpiewaka z Broadwayu”, film śpiewno-dźwiękowy (o oryginalnym tytule „Lucky Boy”) z George`em Jesselem w roli głównej. Główny bohater, zwany „Lucky Boy”, oczarował widownię pięcioma piosenkami, z których „Oczy mojej matki” i „Niezapominajki”, należały wówczas do najpopularniejszych szlagierów amerykańskich.

Dyrekcja kinoteatru długo utrzymywała projekcję w tajemnicy. 28 października w „Kurierze Łódzkim” poinformowano, że „Capitol” będzie nieczynny do czasu ukończenia montażu aparatury projekcyjnej w celu wyświetlenia pierwszego filmu śpiewno-dźwiękowego. Dopiero w dniu seansu gazety opublikowały zapowiedź i całostronicowe reklamy filmu. Następnego dnia w „Echu” recenzent „Steep” z pewną dozą krytycyzmu, ale i z entuzjazmem relacjonował swoje wrażenia:

Pierwszy film dźwiękowy, jaki zobaczyliśmy w Łodzi nie jest wprawdzie ideałem, lecz w dziejach kinematografii stanowi nowy krok naprzód, przynosi nam zupełnie nowy rodzaj wrażeń artystycznych.
Niewątpliwie, dominującym uczuciem każdego widza i słuchacza jest tu uczucie podziwu dla zwycięskiego ducha ludzkiego. Jakieś dziwne wrażenie niepokoju ogarnia człowieka, słuchającego owych przemawiających dziś i śpiewających widziadeł na ekranie. (..) Cudowny ten wynalazek kryje w sobie fantastyczne wręcz możliwości…

kurier01„Śpiewaka z Broadwayu” wyemitowano na aparatach „Chronophone Gaumont”, a synchronizację filmu wykonano na amerykańskich aparatach RCA Photophone w wytwórni Tiffany Ton. W tym samym czasie w innym łódzkim kinie „Splendid” (ulica Narutowicza 20) instalowano aparaturę firmy Western Electric. 29 października 1929 roku „Splendid” chwalił się w „Kurierze” sprzętem za 200 tysięcy złotych i zapowiadał pierwszą projekcję filmu dźwiękowo-śpiewnego. „Capitol” (po wojnie – Włókniarz) niespodziewanie go wyprzedził, ale to „Splendid” (po wojnie – Bałtyk) jest uważany za pierwsze w Łodzi kino dźwiękowe. Na inaugurację 14 listopada 1929 roku (2 tygodnie po „Capitolu”) pokazał „Statek komediantów” – adaptację broadwayowskiego musicalu „Show Boat”. Później grał m.in. słynnego „Śpiewaka jazzbandu” i „Śpiewającego błazna” z Alem Jolsonem oraz sfilmowane rewie z Broadway`u.

Projekcje filmowe dotarły do Łodzi wkrótce po opatentowaniu kinematografu braci Lumière. 1 sierpnia 1896 roku w parku w Helenowie odbył się jeden z pierwszych pokazów w Polsce. Pierwsze stałe kino (zwane wtedy kinematografem) otworzyli bracia Krzemińscy w 1899 roku, przy ul. Piotrkowskiej. Przed I wojną światową działało w Łodzi kilkanaście kin. Wojna i niemiecka okupacja spowodowały początkowo upadek wielu małych placówek, ale tuż przed odzyskaniem niepodległości ich liczba wróciła do poziomu przedwojennego. Od pierwszych lat niepodległości liczba kin zdecydowanie rosła. W 1924 r. działały w Łodzi już 22, a w latach trzydziestych było ich 33-34. Spośród miast II Rzeczypospolitej tylko Warszawa miała więcej kin.

Powody tak znacznego „ukinowienia” Łodzi wyjaśniają statystyki: przeciętny mieszkaniec miasta w latach trzydziestych odwiedzał kino raz w miesiącu. Mimo, że ubożsi łodzianie często mieli dylemat: kupić coś dla ducha (bilet do kina) czy dla ciała? Kilogram wieprzowiny kosztował wtedy około 3 złotych, a dobrej kiełbasy – 5 złotych. Za najdroższy bilet do kina trzeba było zapłacić 4,5 złotego, ale była i oferta dla biednych: w Miejskim Kinematografie Oświatowym można było wejść na seans nawet za 10 groszy. Po pojawieniu się filmów dźwiękowych publiczność nadal chętnie (mimo kryzysu) odwiedzała kinoteatry.

Duże zainteresowanie widzów jednak nie przynosiło kinoteatrom szybkich sukcesów finansowych. Obciążone były wysokim podatkiem widowiskowym oraz koniecznością kupowania tzw. świadectw przemysłowych. Dodatkowym, i to bardzo poważnym wydatkiem, była instalacja aparatury dźwiękowej. W roku 1929 kosztowała około 20 tys. dolarów czyli przy ówczesnym kursie prawie 180 000 złotych. Dodatkowo, inwestycja ta obciążona była dużym ryzykiem. W roku 1930 panowało jeszcze dość powszechne przekonanie, że w przyszłości istnieć będą równolegle dwie sztuki filmowe: niema i dźwiękowa. Ponieważ koszty wynajmu „dźwiękowców” były dwukrotnie wyższe od filmów niemych, powodowało to ciągły niedostatek w repertuarach filmów w wersji dźwiękowej. Nawet kina z aparaturą dźwiękową (Capitol, Grand-kino, Casino) grały na przemian filmy nieme i dźwiękowe.

aktorzy

W tej sytuacji trudno dziwić się, że nie wszyscy podzielali entuzjazm dla filmu dźwiękowego. Właściciele ponad 50 kin z województwa łódzkiego, działający w Związku Kinoteatrów Łódzkich, zebrali się 8 stycznia 1930 roku, aby zapobiec dalszemu rozpowszechnianiu się „dźwiękowców”. Kierowała nimi obawa przed utratą zysku i przed kosztowną inwestycją, na którą składał się często nie tylko zakup drogiej aparatury, ale również konieczność gruntownej modernizacji budynku kina, lub nawet wybudowania nowego. Dla lepszego efektu swoje wystąpienie ozdobili patriotycznymi szarfami oraz antyamerykańskimi i antytrustowymi hasłami. Swoje stanowisko przestawili w specjalnej uchwale, która stwierdzała, że wyświetlanie filmów dźwiękowych w obcym języku

przynosi państwu duże straty zarówno pod względem materialnym, jak i moralnym, krzewi obcą kulturę, mowę, obyczaje już nie tylko wzrokowo, lecz i słuchowo…

Związek kinoteatrów orzekł ponadto, że film dźwiękowy osłabia polski bilans handlowy, przyczynia się do „uprawiania wrogiej nam propagandy”, powoduje bezrobocie wśród muzyków (zatrudnianych przez kina nieme), utrudnia rodzimą produkcję filmową oraz obniża poziom sztuki filmowej. Właściciele kin postanowili nie instalować aparatów dźwiękowych w kinoteatrach województwa łódzkiego, zwrócić się do władz o wprowadzenie podwójnej cenzury – oddzielnych dla taśmy filmowej i dla ilustracji dźwiękowej, nie współpracować z dostawcami filmów, którzy oferują filmy dźwiękowe i wymuszają instalowanie aparatów dźwiękowych oraz zaapelować do wszystkich zrzeszeń wojewódzkich o podjęcie takich samych działań. Bojkot oczywiście poparli muzycy, którym według kiniarzy z winy filmu dźwiękowego, groziła utrata środków do życia. W kwietniu 1930 roku odbył się w Warszawie walny zjazd związku zawodowego muzyków, podczas którego zażądali od rządu stworzenia specjalnego funduszu zapomogowego dla bezrobotnych muzyków. Składać się mieli na to właściciele kin obciążeni specjalnym podatkiem.

Środowisko filmowe było podzielone w sprawie dźwiękowej nowości. Niektórzy widzieli w niej szansę na rozwój własnej kultury filmowej, w reakcji na bariery językowe. Inni, zachwyceni osiągnięciami filmu niemego uważali, że raczkujący dźwiękowiec nigdy nie dojdzie do takiego poziomu artystycznego. 6 kwietnia 1930 roku łódzkie elity artystyczne przeprowadziły „sąd” nad filmem dźwiękowym. W Teatrze Kameralnym odbyła się zabawna rozprawa na niby, w której rolę przewodniczącego pełnił literat-satyryk Stanisław Bal, zaś w roli ławy przysięgłych występowała publiczność. Oskarżyciele filmu dźwiękowego – Wacław Ścibor-Rylski i Aleksander Ford – dowodzili, że nie posiada on wartości literackich, ani artystycznych. Mechaniczny głos i dźwięk nie dają koniecznego kontaktu między widownią a wyświetlanym obrazem, podczas gdy w filmie niemym kontakt ten stwarza orkiestra, złożona z żywych ludzi. Obrońca Stanisław Feliks wykazywał, że film dźwiękowy jest dowodem nieustającego postępu ludzkości, którego nic zatrzymywać nie może i nie powinno. Potem „zeznawali” świadkowie. Jako pierwszy zabrał głos dziennikarz „Hasła Łódzkiego” Stanisław Sapociński. Z humorem potraktował sprawę, porównując film dźwiękowy do pięknej kobiety, która tak długo jest piękna i pociągająca, dopóki milczy. Zauroczenie kończy się, kiedy otworzy usta… Literat Stanisław Rachalewski wygłosił wiersz o filmie, po czym nawoływał do niepowiększania kadr bezrobotnych muzyków wskutek rozpowszechniania nowinki technicznej. Obrony filmu dźwiękowego podjął się łódzki artysta-malarz Konstanty Mackiewicz. W swoim przemówieniu dowodził wartości filmu dźwiękowego. Na zakończenie złożył wniosek, żeby film ten uniewinnić, a pod sąd oddać jego przeciwników… Przewodniczący zamknął posiedzenie sądu propozycją, by publiczność czyli ława przysięgłych sama w domu wydała wyrok w sprawie filmu dźwiękowego…

Tak też się stało. Publika głosując nogami szybko wyleczyła kiniarzy z miłości do filmu niemego… Bojkot kin łódzkich w dużej mierze stracił aktualność i sens już w marcu 1930 roku wraz z pojawieniem się pierwszego filmu mówionego po polsku: „Moralności Pani Dulskiej” w reżyserii Bolesława Newolina.

kino-luna-ok-1915

Akcja zrzeszenia kinoteatrów tylko na chwilę zahamowała proces udźwiękowienia kin. Wbrew uchwale w ciągu roku 1930 we wszystkich ważniejszych kinach łódzkich, takich jak „Capitol”, „Grand-Kino”, „Casino” (później „Polonia”), zainstalowano aparaturę dźwiękową. W następnym roku zrobiły to „Luna” (ul. Przejazd 1, obecnie Tuwima 1/3) i „Przedwiośnie” (ul. Żeromskiego 74/76). Spośród większych kin przy filmie niemym najdłużej trwała „Resursa” (ul. Kilińskiego 123). W 1931 roku jego kierownictwo przeprowadziło plebiscyt wśród widzów, który potwierdził, że ma ono pozostać przy filmie niemym. Jednak w 1933 roku, po remoncie i zmianie nazwy na „Stylowy” i to kino zostało udźwiękowione. W tym samym roku prawie wszystkie łódzkie kina, nawet peryferyjne, przeszły na system dźwiękowy. Tylko dwie placówki usytuowane na Bałutach, przy ul. Młynarskiej: „Lux” oraz „Przyszłość Kultury i Oświaty” grające filmy dla najuboższej widowni, pozostały nieme aż do swojego końca…

Dupa niezła, ale czy nam nie potrzeba także twarzy? – zastanawiał się nad jej kandydaturą asystent Sternberga.

W grudniu 1930 roku odbyła się amerykańska premiera nowego filmu Josefa von Sternberga „Maroko”. Okazał się wielkim sukcesem i utorował niemieckiej aktorce grającej główną rolę, Marlenie Dietrich, drogę do światowej kariery. Za swoją kreację otrzymała ona w 1931 roku jedyną w karierze nominację do Oscara dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej. Film dostał łącznie cztery nominacje do tej nagrody, także za: najlepszą scenografię, najlepsze zdjęcia i najlepszą reżyserię. Ale niewiele brakowało, aby amerykańska kariera niemieckiej aktorki skończyła się tak szybko, jak szybko się zaczęła. Wszystko za sprawą zazdrosnej żony…

Marlena i Josef na dworcu w Berlinie 24 kwietnia 1930 roku

O tej zaskakującej sprawie informował 17 sierpnia 1930 roku tygodnik „Kino”:

Niemiecka aktorka filmowa, Marlena Dietrich, której rola w filmie „Niebieski Anioł” stała się rewelacyjną dla jej talentu otrzymała, jak wiadomo engagement do Hollywood. Sukces swój Marlena Dietrich zawdzięczała pono wpływom reżysera Józefa Sternberga i stąd wynikł skandal.

Oto małżonka Sternberga, podejrzewając romans męża z fascynującą gwiazdą ekranu, zwróciła się o pomoc i opiekę do amerykańskich organizacyj kobiecych, które w Stanach Zjednoczonych posiadają wielkie znaczenie i umieją energicznie przeprowadzać swoje postulaty. Pod wpływem zazdrosnej pani Sternberg amerykańskie kobiety ogłosiły zdecydowany bojkot wszystkich filmów, w których wystąpiłaby Marlena Dietrich.

Nie pomogły zaprzeczenia artystki, że nie zamierza rozbijać szczęścia małżeńskiego Sternbergów, ani zapewnienia pozostałego w Berlinie jej męża, że stosunki jego z żoną są jak najlepsze. Amerykanki nie ustąpiły i Marlena Dietrich musiała opuścić Hollywood. Obecnie udała się do Afryki, gdzie ma nakręcać niemiecką wersję kolonjalnego filmu „Marokko”.

Josef i Marlena podczas pracy nad „Błękitnym Aniołem” w roku 1929

Tu wyjaśnić należy pewne nieścisłości w tej informacji. Po pierwsze: Dietrich wcale nie musiała wyjeżdżać do Afryki. Akcja filmu toczyła się wprawdzie w Maroku, ale scen plenerowych nie kręcono w naturalnych warunkach. Egzotyczne pejzaże odtworzono w warunkach studyjnych i na plażach Kalifornii. Żeby było ciekawiej: Marlena po przybyciu do USA zamieszkała u Sternbergów!

Po drugie: żoną Sternberga nie była jakaś „kura domowa”, nieustannie cierpiąca z powodu mężowskich „skoków w bok”, ale aktorka Riza Royce. Co prawda nie grała głównych ról, ale była postacią dość znaną, choćby z serialu Bonanza. Oczywiste, że wiedziała wszystko o bardzo luźnych obyczajach panujących w świecie filmu, bo żyła w nim od dawna. W roku 1930, po czterech latach pożycia, Sternbergowie szukali pretekstu do rozstania. Przyjaciółka Rizy, scenarzystka Frederica Sagor Maas, rozpowiadała, że małżeństwo Sternbergów nie może być skonsumowane, ponieważ „według Rizy, sprzęt Josefa jest uszkodzony”. Związek męża z „niemieckim Aniołem” był nawet na rękę „pani Sternberg”, bo dawał szansę na korzystny rozwód, do którego zresztą wkrótce doszło.

Riza Royce

W tle tej erotyczno-obyczajowej rozgrywki toczyła się prawdziwa walka o moralność. Środowiska konserwatywne i religijne próbowały wprowadzić obyczajowy kaganiec dla przemysłu filmowego. Hollywood uważano za największego winowajcę rzekomego upadku moralnego Ameryki. Od kilku lat działało cenzorskie biuro Willa Haysa, które ostrzyło sobie nożyczki na co odważniejsze sceny filmowe. Filmowcy musieli używać przemyślnych wybiegów, aby ich filmy nie zostały pozbawione kluczowych epizodów lub by właściciele kin nie odmówili ich wyświetlania. W tych warunkach groźby zazdrosnej żony należało traktować bardzo poważnie. Prawdopodobnie Sternbergowie osiągnęli jakiś kompromis, bo bojkotu najnowszego filmu nie było, natomiast jeszcze w tym samym roku doszło do rozwodu.

Co do związku Josefa von Sternberga z Marleną Dietrich, to temat na osobną opowieść. Był na tyle skomplikowany i pokręcony, jak i ta para. Spotkali się po raz pierwszy w Berlinie podczas naboru kandydatek do filmu „Błękitny Anioł”. Pilnie szukano wtedy partnerki dla słynnego Emila Janningsa. Po latach Josef, z właściwą sobie ironią, tak opisał w autobiografii odkrycie nowej gwiazdy:

Dzień rozpoczęcia zdjęć zbliżał się, w powietrzu wisiała katastrofa. Chodziły słuchy, że kobieta, której szukam, nie istnieje. Przeglądając album reklamowy ze zdjęciami aktorek, zatrzymałem się na płaskim, mało interesującym portrecie panny Dietrich. Gdy zapytałem o nią mojego asystenta, tak jak pytałem o inne, wzruszył tylko ramionami i burknął: Dupa niezła, ale czy nam nie potrzeba także twarzy? (…) Miała oczy przymknięte. Jannings powiedział mi potem, że krowa przymyka oczy tylko wtedy, gdy się cieli (…) Wyznała, że nie potrafi grać, że nikt nie umie jej korzystnie fotografować, że prasa odnosi się do niej źle, że nakręciła trzy filmy, w których była naprawdę straszna. Daję słowo – zdarzyło mi się to pierwszy raz – nigdy żaden aktor, któremu proponowałem rolę, nie przyznał się z całą otwartością do swoich braków. Później wyszło na jaw, że grała strasznie nie w trzech, ale w dziewięciu filmach…

Opowieści Sternberga trzeba jednak traktować z przymrużeniem oka. Maria Magdalena, która na początku kariery filmowej przyjęła imię Marleny, nie była głupią gęsią, marzącą o bajkowej karierze w „Fabryce Snów”. Od dzieciństwa uczyła się gry na skrzypcach i podobno miała spore szanse na karierę skrzypaczki, ale porzuciła grę po kontuzji ręki. Już jako nastolatka występowała w filmach i w kabarecie. Kiedy poznała Sternberga była już mężatką i matką pięcioletniej córeczki Marii. Nauczona w domu rodzinnym dyscypliny, silnej woli i ukrywania swych uczuć Marlena nie była z pewnością jedynie bezwolną wykonawczynią poleceń mistrza Josefa. Nawet on przyznawał, że książkę – materiał na scenariusz do „Maroka” podsunęła mu właśnie Marlena. Podobno ona wymyśliła również sposób na uchronienie kultowej sceny – pierwszego w kinie pocałunku lesbijskiego – przed nożycami cenzora.

http://youtu.be/jO0h190oboE

Aktorka otwarcie przyznawała się do biseksualizmu. W Berlinie bywała często w lesbijskich lokalach, gdzie poznawała nowe partnerki. Później też miała wiele kochanek, m. in. pisarkę Mercedes de Acosta, aktorki: Magdalenę del Rio, znaną jako Imperio Argentyna i Tallulah Bankhead. Mówiono, że poszła do łóżka nawet ze swoją największą ekranową rywalką – Gretą Garbo! Poza związkiem ze Sternbergiem, miała też romanse z wieloma innymi sławnymi mężczyznami. Spośród aktorów byli to: Gary Cooper, Jean Gabin, Frank Sinatra, John Wayne, Kirk Douglas, James Stewart, Yul Brynner. Spośród literatów: Erich M. Remarque czy Ernest Hemingway.

Przez swój kontrowersyjny, swobodny styl życia zraziła do siebie środowiska konserwatywne i purytańskie. Natomiast Niemcy długo jeszcze po II wojnie światowej nie mogli jej wybaczyć, że odrzuciła szansę zostania gwiazdą ekranów III Rzeszy, potępiła nazizm i przyjęła amerykańskie obywatelstwo. Odmawiając Hitlerowi i występując z recitalami na frontach dla amerykańskich żołnierzy Marlena skazała się na potępienie przez rodaków i była traktowana jak zdrajczyni. W 1960 roku, gdy przyjechała z koncertami do Berlina obrzucono ją jajkami i wyzwiskami typu „Dietrich do domu!”, „Zuchwała dziwka”, „Podła nikczemna zdrajczyni”.
Za swą działalność podczas wojny Marlena Dietrich otrzymała Medal Wolności – najwyższe odznaczenie cywilne w USA oraz francuską Legię Honorową.

Po wojnie rzadziej grała w filmach, poświęciła się karierze estradowej. Zmarła w Paryżu w 1992 roku. Pochowana została w Berlinie, obok swojej matki, niedaleko domu, w którym przyszła na świat. W dowód osobliwe rozumianej pamięci w 1993 roku nieznani sprawcy sprofanowali grób Marleny Dietrich na cmentarzu Friedhof. Na płycie napisano „zdzira w futrze”, nagrobek obrzucono śmieciami i błotem.
Dopiero w setną rocznicę jej urodzin burmistrz Berlina oficjalnie przeprosił Dietrich za to, że „Niemcy nie docenili jej twórczości za życia”. Rok później nadano jej honorowe obywatelstwo Berlina, a jedno z centralnych miejsc w nowym berlińskim City nazwano placem Marleny Dietrich.

Powered by WordPress Web Design by SRS Solutions © 2017 To ci historia! Design by SRS Solutions

  • RSS
  • Flaker
  • Twitter
  • Tumblr
  • Facebook
  • GoldenLine
  • Nasza Klasa
  • Wykop