Ciąg dalszy relacji z procesu w sprawie zabójstwa na Jasnej Górze. Po aresztowaniu w Krakowie Macoch przesłuchany został przez inspektora austriackiej policji dr Henryka Jasieńskiego. Usiłując umniejszyć swoją winę, ksiądz Damazy plącze się w zeznaniach. Dopiero przyciśnięty do muru wyznaje wszystko, jak na spowiedzi. Zeznania mordercy przedstawia Stanisław Łąpiński – reporter łódzkiego „Rozwoju” 27 lutego 1912 r. [pisownia oryginalna].

Dnia 9 lipca przyjechał do niego, na Jasną Górę, w gościnę, stryjeczny jego brat, Wacław Macoch, urzędnik biura telegraficzno-pocztowego w Granicy (…) Serdecznie przez Damazego przyjęty, Wacław mieszkał dwa dni w jego celi. Na trzeci dzień koło godz. 10 wieczorem, kiedy już mieli się położyć do snu, zaszła między nimi rozmowa nieprzyjemna. Wacław zaczął mu wyrzucać, że mając tyle stosunków i znajomości, nie wyrobił mu posady urzędnika 3 klasy w Warszawie. Damazy tłumaczył się, że był nieraz u naczelnika okręgu pocztowo-telegraficznego w Warszawie, ale z przyczyny rewizyi senatorskiej i aresztowania wielu urzędników nie mógł nic wskórać. Mimo to Wacław nie uspokoił się i zaczął mu wymyślać, za co też Damazy nazwał go młokosem. Ten skoczył, uderzył Damazego w twarz i odwrócił się ażeby wyjść z pokoju. Wtedy Damazy, nie wiedząc co robi, chwycił toporek, rąbnął Wacława w głowę i jeszcze leżącemu zadał parę ciosów – gdzie – nie pamięta. Widząc, że brat jeszcze żyje, dał mu rozgrzeszenie, później chwycił go za gardło i dusił. Wzburzony tem zajściem i zrozpaczony Damazy chciał pozbawić się życia wystrzałem z rewolweru, ale wstrzymał go jakiś głos wewnętrzny. Całą noc płakał i modlił się nad trupem. Chwilami czuł, że rozsądek go opuszcza.

Rankiem oprzytomniawszy trochę, długo wahał się, czy z wyznaniem pójść na policyę, czy też do przeora. Ale kiedy się już rozwidniło zupełnie, zamiast zeznań, owinął trupa w prześcieradło, położył go na materacu, wziął się do ścierania krwi na stole, na podłodze i na ścianach; później zawołał klasztornego sługę, Stanisława Załoga, do którego miał zupełne zaufanie, opowiedział mu, że Wacław Macoch postrzelił się niespodziewanie, a kiedy napadły go konwulsye przedśmiertne, to dobił go toporem. Załóg poradził, żeby nie donosić policyi, ale zapakować w kosz duży i wywieść z klasztoru. Taką samą radę dał mu spowiednik, u którego był rano. We dwóch zawinęli trupa w drugie prześcieradło. Załóg szukał odpowiedniego kosza w klasztorze, ale nie znalazł. Więc Damazy dał mu pieniądze, z któremi sługa poszedł na miasto i sprowadził duży kosz, jako też rogoże. Kosz jednakże był zamały. Szukali więc odpowiedniej skrzyni. Około godz. 1 Załóg i drugi sługa, Józef Błasikiewicz, przynieśli otomanę klasztorną na korytarzyk i postawili ją koło celi Damazego. Po odejściu Błasikiewicza Damazy z Załogiem wnieśli otomanę do celi, włożyli w nią trupa, miejsca puste zapełnili futrem, poduszką i dywanikami z podłogi, poczem owinęli otomanę rogożami, kupionemi przez Załoga w mieście.

Około godz. 8 wieczorem Załóg sprowadził dorożkę, przywołał Błasikiewicza i dwóch innych służących, Floryana i Janka, których nazwiska Damazy nie pamięta, i którzy razem wynieśli otomanę na dorożkę. Błasikiewiczowi Damazy dał 50 kop. za pomoc, innym po kilka kopiejek, nie wydając przed nimi swej tajemnicy. Dorożkarzowi kazał jechać z otomaną do Rudnik, a sam z Załogiem wsiadł do drugiej dorożki i pojechał za pierwszą. W Rudnikach obaj wysiedli, odesłali z powrotem dorożkarza, który ich wiózł, przesiedli się na dorożkę wiozącą trupa i pojechali ku Gidlom, gdzie miał się znajdować głęboki rów, napełniony wodą, wskazywany przez Załoga, jako odpowiedni do ukrycia trupa. Macoch opowiedział dorożkarzowi, że w klasztorze zastrzelił się człowiek i że zwłoki jego należy ukryć, aby klasztorowi oszczędzić przykrości. Dorożkarz na prośbę Macocha obiecał dochować tajemnicy. Gdy przyjechali do rowu, dorożkarz i Załóg wrzucili otomanę w wodę, chociaż Damazy odradzał, mówiąc, że sprzęt drewniany nie zatonie w wodzie, że więc na to samo wyjdzie, jak gdyby go wprost na drodze zostawili. Jakoż otomana pozostała na powierzchni wody, tak  też ją zostawili, pojechali do Nowo-Radomska. Macoch zapłacił dorożkarzowi 30 rubli, Załogowi 20 rubli i obaj z Załogiem pojechali koleją żelazną do Warszawy pociągiem kuryerskim.

Helenie Macochowej, w Warszawie mieszkającej, na pytanie, gdzie jej mąż, odpowiedział Damazy, że mąż pojechał zagranicę, może nawet do Ameryki pokłóciwszy się z Damazym podczas bytności swej u niego w klasztorze. Helena zaczęła płakać, chciała jechać do Częstochowy na poszukiwanie męża. Po dwóch dniach pojechał z nią do Częstochowy (…) W klasztorze oboje przemieszkali trzy dni, poczem Damazemu powiodło się nakłonić Helenę, żeby pojechała do Łodzi, do swego ojca. W kilka dni później napisał do niej, że mimo poszukiwań usilnych nie może odnaleźć Wacława. W jakieś dwa tygodnie później zaszedł do niego Załóg, aby mu powiedzieć, że Błasikiewicz coś podejrzewa i żąda pieniędzy. Wtedy on dał Błasikiewiczowi za milczenie 12 czy 13 rb.

Tu przerwał Macochowi komisarz policyjny Jasieński, zwrócił jego uwagę na nieprawdopodobieństwa, zawarte w opowieści i rzekł:
- Ksiądz, zabiłeś swego brata, kiedy spał!
Macoch zmieszał się i po chwilowej walce wewnętrznej odpowiedział:
- Tak, zabiłem go, kiedy spał. Teraz ze skruchą zupełną powiem całą prawdę.(…)

W r. 1903 [Macoch] zaznajomił się Heleną Krzyżanowską, córką urzędnika pocztowo-telegraficznego w Łodzi i pokochał ją bardzo. Znajomość coraz bliższa doprowadziła do stosunków płciowych. Helena Krzyżanowska, podówczas telefonistka w Łodzi, zakochała się w mechaniku Julianie Bulzackim, a kiedy ten przeniósł się do Warszawy, rzuciła posadę i pojechała za nim, pomimo perswazyi Damazego. W Warszawie musiał Macoch ją wspierać, a nawet wniósł na jej imię 5600 rub. do tamtejszej kasy oszczędności przy ulicy Królewskiej. Ażeby Krzyżanowską, bądź co bądź, zachować dla siebie, swatał ją za swego rodzonego brata i nawet urządził zaręczyny, ale do ślubu z jakichś powodów nie doszło. Wtedy puścił między rodzinę i znajomych pogłoskę, że brat jego umarł, poślubiwszy Helenę Krzyżanowską na łożu śmierci. Żeby zaś nie zostawić jej w położeniu dwuznacznem, sporządził podrobiony akt swego ślubu z Heleną Krzyżanowską i świadectwo metryczne o swojej śmierci. Na zasadzie tych dwu sfałszowanych dowodów postarał się dla niej o paszport na imię Heleny Macochowej, wdowy po Kasprze Macochu. Tak też zameldował ją w Warszawie, gdzie dla niej wynajął mieszkanie.
Ze swym bratem stryjecznym, Wacławem Macochem, który służył w biurze pocztowo-telegraficznem częstochowskiem, Damazy żył niezgodnie. Pojednał się z nim dopiero, gdy Wacław otrzymał posadę w Kaliszu. Za staraniem Damazego przeniesiono Wacława do Granicy i stamtąd przyjeżdżał on często do klasztoru, żeby  odwiedzić brata. W klasztorze, zaznajomił Damazy Wacława z Heleną Krzyżanowską i nakłonił ich do małżeństwa, które zawarli d. 11 lipca 1910 r. w Warszawie. Ślub dawał on sam w asystencyi księdza Izydora Starczewskiego. Wacław Macoch nie wiedział o jego stosunkach miłosnych z Heleną, ale wiedział, że Damazy  jest w niej zakochany i dlatego zabronił mu bywać w swoim domu. W dniu 22 lipca (nowego stylu) Wacław przyjechał do Częstochowy, zamieszkał w jego celi, a 24-go, w nocy, gdy sobie podpili, zaszło między nimi nieporozumienie. Wacław mu robił wymówki za ożenienie go z kobietą kabaretową, która ma mnóstwo znajomych  mężczyzn, powiedział, że w tych dniach znalazł u niej list Juliana Bulzackiego, przekonywający o stosunkach między tym człowiekiem a Heleną. Wzburzony tem wszystkiem Damazy nazwał Wacława młokosem i pokłócił się z  nim. A kiedy Wacław poszedł spać do drugiego pokoju, on długo chodził po swojej celi, nie mogąc zasnąć.  Nagle wzrok jego padł na toporek, leżący koło pieca. Niedługo myśląc, chwycił toporek, wpadł do brata z  krzykiem: „Toś ty mnie obraził?”, rzucił się na brata i uderzył go toporkiem jeden  raz w głowę. Gdy Wacław zeskoczył z łóżka, wymierzył mu jeszcze dwa czy trzy uderzenia, również w głowę. Wacław padł na podłogę i zaczął się kurczyć w męczarni; wtedy Damazy przydusił go za gardło i odpuścił mu grzechy.  Toporek, narzędzie zabójstwa, on przed paru tygodniami wziął od stolarza klasztornego.

Z uwagi, że przy Damazym Macochu znaleziono dość znaczną kwotę i że on, bądź to sam, bądź w towarzystwie  Krzyżanowskiej robił nieraz kosztowne wycieczki do Austryi, Francyi i Włoch, komisarz policyjny Jasieński zadał mu pytanie, skąd czerpał fundusze na takie wydatki.
Początkowo Damazy Macoch objaśnił, że grając, szczęśliwie, wygrał raz na loteryi 4000 rubli, że prócz  tego przeor klasztoru Rejman dał mu 300 rubli na wyjazd zagranicę, później powiedział, że znalezione przy nim pieniądze stanowią jakiś depozyt, nakoniec wyrzekł się tych obu wyjaśnień i oświadczył, że w ciągu ostatnich półczwarta roku przywłaszczał sobie pieniądze z zakrystyi klasztornej, mianowice tak zwane kwoty nieobowiązujące, które składali pobożni i które przechowywano w zakrystyi bez rachunku. Z tych pieniędzy wziął około 9000 rub., prócz tego brał do 10 000 rub. od różnych osób za msze; nadto kasyer klasztoru, ksiądz Bazyli Olesiński, w różnych czasach i rozmaitemi kwotami dał mu w r. 1910 z kasy klasztornej około 3000 rub. Kiedy zaś Macochowi zdarzało się zastępować kasyera, to brał poprostu pieniądze z kasy bez żadnego rachunku. Nie może więc określić, ile pieniędzy wybrał w ten sposób. I jeszcze przypomina sobie,  że kiedy w styczniu 1910 r. umarł kasyer klasztorny, ksiądz Bonawentura Gawełczyk to on, razem z księdzem Bazylim Olesińskim, poszedł do jego jego celi, znalazł w szafie nieboszczyka paczkę obligacyj na ogólnej sumie 20000 rub., z których 1500O rub. doręczyli przeorowi, a 5000 rub. sobie przywłaszczyli; Olesiński wziął 3000 rub., Macochowi dał 2000 rub.

* * *

Zamieszczone rysunki pochodzą z Tygodnika Ilustrowanego nr 10 z 9 marca 1912 roku – autor Z. Badowski.