To ci historia!

Blog historyczny, ciekawostki historyczne, sensacje

Wpisy z tagiem: gabriel narutowicz

Przedwojenni endecy uważali, że reprezentują cały polski naród. Po wygraniu wyborów parlamentarnych w listopadzie 1922 roku, spodziewali się, że ich kandydat zostanie wybrany na prezydenta. Oczekiwali pełni władzy. Innego scenariusza oraz ustępstw nie dopuszczali… I srodze się zawiedli…

Koalicja partii narodowo-chrześcijańskich, występująca pod nazwą Chrześcijański Związek Jedności Narodowej wygrała wybory do Sejmu (169 mandatów) i Senatu (48 mandatów). Miała duże szanse na utworzenie rządu koalicyjnego z innymi partiami prawicowymi. Wkrótce potem, na początku grudnia 1922 roku, Polska emocjonowała się pierwszymi w historii wyborami prezydenckimi. Zgodnie z uchwaloną rok wcześniej Konstytucją Marcową, elekcji dokonywało Zgromadzenie Narodowe czyli połączone siły Sejmu i Senatu.

narutowicz-portretW sytuacji, gdy partie prawicowe dysponowały większością mandatów faworytem był kandydat endeków Maurycy hrabia Zamoyski. Wydawało się, że żaden z pozostałych czterech kandydatów nie będzie w stanie uzyskać większej liczby głosów. Tak też było w pierwszej turze głosowania, którą hrabia Zamoyski wygrał z 222 głosami. Zostawił konkurentów daleko w tyle, ale nie uzyskał bezwzględnej większości, tylko 41%. Popierany przez Józefa Piłsudskiego i część ludowców Stanisław Wojciechowski dostał 105 głosów, kandydat mniejszości Baudouin de Courtenay – 103. Gabriel Narutowicz, inżynier hydrolog, minister spraw zagranicznych, zgłoszony przez PSL Wyzwolenie uzyskał 62 głosy. Najmniejsze poparcie miał lider PPS socjalistów Ignacy Daszyński – 49 głosów.

W drugiej rundzie nie było wielkich zmian. Zamoyski pozostał na czele z 228 głosami. Drugi był Wojciechowski – 153. Na trzecie miejsce awansował Narutowicz, który, dzięki oddaniu mu głosów przez zwolenników Baudouina de Courtenaya uzyskał ich aż 151. Kolejne głosowanie dało Narutowiczowi 158 głosów i wyniosło go na drugą pozycję. Mocnym liderem pozostał Zamoyski z 228 głosami. Trzeci był Wojciechowski – 150. W czwartej turze Wojciechowski (145 głosów) odpadł i do decydującego głosowania przeszli Zamoyski (224) i Narutowicz (171).

Wyścig po prezydenturę miała zaskakujący finał. Prawica przeliczyła się, jej kandydat nie uzyskał poparcia spoza swego obozu. Głosy oddawane wcześniej na Wojciechowskiego przejął Narutowicz. Uzyskał ich 289, przy 227 Zamoyskiego. Spory udział w tym wyborze mieli parlamentarzyści z list mniejszości narodowych, którzy nie zamierzali popierać kandydata z endecji. Piłsudski stawiał na Wojciechowskiego, ale potem wsparł Narutowicza. Poza partiami narodowo-chrześcijańskimi nikt nie chciał prezydenta ze skrajnej prawicy. Nawet przedstawiciele chłopskiej PSL Piast, późniejsi koalicjanci narodowców w rządzie tzw. Chjeno-Piasta, nie zagłosowali na niego, bo jako największy posiadacz ziemski w II RP był przeciwny reformie rolnej.

Kraj opanowała narodowa histeria. Prasa endecka oskarżała Narutowicza o to, że nie jest katolikiem, tylko masonem i, że wybrali go nie-Polacy. Kwestionowano prawo do głosu mniejszości, a parlamentarzystów Polaków głosujących przeciw Zamoyskiemu uznano za renegatów, którzy „wolą iść z Żydami, Niemcami i Rusinami, aniżeli z większością polską”. „Gazeta Poranna – 2 grosze” wiadomość o wyborze Narutowicza zatytułowała „Zwycięstwo nad Polską” i ubolewała nad „klęską” narodu:

W głosowaniu wczorajszem formalnie zwyciężona została „prawica” Sejmu, faktycznie – zwyciężona została Polska, jako państwo Narodu Polskiego. Ale nie została zwyciężona ostatecznie. Walka o Polskę, o prawa Narodu Polskiego trwa dalej, i w walce tej Naród Polski musi być zwycięzcą.

Zdaniem prawicy, w wyniku demokratycznego wyboru pierwszego prezydenta Polska znalazła się w śmiertelnym zagrożeniu. Demagogiczna propaganda wyprowadziła zwolenników endecji na ulice Warszawy i całego kraju. Narodowa Demokracja ogłosiła, że nie zaakceptuje żadnego rządu, który zostanie utworzony przez „prezydenta narzuconego przez obce narodowości”. Publicznie wezwała do niedopuszczenia do zaprzysiężenia głowy państwa. Nastroje podkręcał generał Józef Haller. Z balkonu swego mieszkania przy Alejach Ujazdowskich zagrzewał tłum do walki słowami:

Rodacy i towarzysze broni! Wy, a nie kto inny, piersią swoją osłanialiście, jakby twardym murem, granice Rzeczypospolitej, rogatki Warszawy. W swoich czynach chcieliście jednej rzeczy, Polski. Polski wielkiej, niepodległej. W dniu dzisiejszym Polskę, o którą walczyliście, sponiewierano. Odruch wasz jest wskaźnikiem, iż oburzenie narodu, którego jesteście rzecznikiem, rośnie i przybiera jak fala.

Mimo takiej nagonki, prezydent elekt nie zdecydował się zrezygnować ze stanowiska. Marszałek sejmu Maciej Rataj ogłosił zaprzysiężenie na 11 grudnia, ale przeciwnicy Narutowicza postanowili do tego nie dopuścić. Wzywali tłum, aby blokował dojazd i przejścia do sejmu. Starali się wszelkim metodami, aby na sali nie było wymaganego kworum poselskiego, przed którym miał składać przysięgę. Posłowie prawicy wskazywali bojówkom innych posłów, by ich zatrzymywano i bito. Policja nie reagowała na ekscesy. Nie zabezpieczyła też przejazdu Narutowicza Alejami Ujazdowskimi. Kiedy otwarty powóz w asyście szwoleżerów, znalazł się na wysokości alei Róż zablokowano ulicę wysoką barykadą z ławek i skrzyń na śmieci. W kierunku Narutowicza poleciały kule śnieżne, bryły lodu, laski. Jeden demonstrantów podbiegł do powozu i chciał uderzyć prezydenta elekta laską w głowę. Zrezygnował w ostatniej chwili, gdy Narutowicz spojrzał mu prosto w oczy i zapytał: „Dlaczego?”

gazeta-por-2gr-11-12-1922

Dzięki sprawnej reakcji dowódcy szwoleżerów, barykada została rozebrana i pojazd ruszył w dalszą drogę. Do sejmu Narutowicz dotarł spóźniony dziewięć minut. Jeszcze przed zaprzysiężeniem posłowie prawicy usiłowali przekonywać marszałka Rataja, że „bezwyznaniowy”, Narutowicz nie może złożyć przysięgi na Ewangelię, a nawet gdyby to uczynił, to nie będzie ona ważna w świetle prawa bożego i państwowego. Po stwierdzeniu kworum przysięga została jednak przyjęta, a obecni posłowie zgotowali prezydentowi owację na stojąco.

14 grudnia 1922 roku w Belwederze naczelnik państwa Józef Piłsudski przekazał urząd Gabrielowi Narutowiczowi. W ceremonii uczestniczyli marszałkowie sejmu i senatu: Maciej Rataj i Wojciech Trąmpczyński oraz premier Julian Nowak. Piłsudski wzniósł historyczny toast, stojąc w postawie zasadniczej:

Panie Prezydencie Rzeczypospolitej! Czuję się niezwykle szczęśliwy, że pierwszy w Polsce mam wysoki zaszczyt podejmowania w moim jeszcze domu i w otoczeniu mojej rodziny pierwszego Obywatela Rzeczypospolitej Polskiej. Panie Prezydencie! Jako jedyny oficer polski czynnej służby, który dotąd przed nikim nie stawał na baczność, staję oto na baczność przed Polską, którą Ty reprezentujesz, wznosząc toast: Pierwszy Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej niech żyje!

Treść toastu od razu przekazano prasie, by uspokoić nastroje przez odwołanie się do autorytetu Piłsudskiego. Miało to także pomóc prezydentowi powołać nowy rząd reprezentujący wszystkie sił polityczne.

15 grudnia, pierwszego dnia urzędowania, prezydent Narutowicz wśród korespondencji znalazł trzy anonimy grożące mu śmiercią. Jeden z nich „kulturalnie” ostrzegał:

Szanowny Panie Ministrze! Wobec wyboru pana ministra na prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej głosami lewicy i mniejszości narodowych, bloku nam wrogiego, będąc pewnymi, że pan minister będzie ugodowcem, będzie zmuszony wywdzięczać się blokowi mniejszości, że p. minister nie stworzy rządu o silnej ręce, rządu, że tak powiemy, poznańskiego, wreszcie, że pan minister śmiał przyjąć ofiarowaną sobie kandydaturę, grozimy panu ministrowi jak najfantastyczniejszym mordem politycznym. Z poważaniem polski faszysta.

16 grudnia Gabriel Narutowicz podpisał akt łaski wobec skazanego na śmierć za zabójstwo. To miał być dobry wstęp do jego prezydentury. Wkrótce okazało się, że był to pierwszy i jedyny dokument podpisany przez prezydenta Narutowicza. Potem udał się on na spotkanie z metropolitą warszawskim, kardynałem Aleksandrem Kakowskim. Hierarcha ten był mu życzliwy i potępiał ataki na niego. Podczas spotkania kardynał określił Narutowicza, jako człowieka prawego i wybitnego oraz prosił o zniesienie upokorzeń dla wspólnego dobra. Podniesiony na duchu prezydent udał się do galerii Zachęty na otwarcie wystawy malarstwa, gdzie powitano go oklaskami.  Narutowicz zamienił kilka zdań z ambasadorem brytyjskim i jego małżonką. Kiedy pogratulowała mu prezydentury, odparł, że bardziej odpowiednie byłyby… kondolencje.

Chwilę później, gdy prezydent oglądał obraz „Szron” Teodora Ziomka, padły trzy strzały. Narutowicz upadł. Strzelał z odległości metra Eligiusz Niewiadomski, malarz, krytyk sztuki, a jednocześnie gorliwy narodowiec. Bez oporu dał się rozbroić. Przybyły na miejsce lekarz stwierdził krwotok wewnętrzny i zatrzymanie akcji serca prezydenta.

Wiadomość o zbrodni została wstrzymana przez władze. Kazano zamknąć wszystkich obecnych w Zachęcie oraz nie informować prasy i radia. Powodem takiego działania był rozpoczynający się właśnie pogrzeb robotnika, zabitego pięć dni wcześniej podczas zamieszek ulicznych. Był on zwolennikiem Narutowicza i władze obawiały się, że tragiczna wiadomość o zamordowaniu prezydenta, doprowadzi do regularnej wojny domowej. Informacja o śmierci prezydenta dotarła do narodu dopiero po pogrzebie robotnika-socjalisty.

narutowicz-zlozenie-ciala

Gabriela Narutowicza pochowano 19 grudnia 1922 roku w podziemiach katedry św. Jana w Warszawie. Na trasie żałobnego konduktu, w Alejach Ujazdowskich, Nowym Świecie i Krakowskim Przedmieściu zebrały się tłumy. Szacowano, że pierwszego prezydenta Rzeczpospolitej żegnało około 500 tysięcy Polaków. Tylko w okolicach zamku królewskiego doszło do próby zakłócenia konduktu żałobnego.

Julian Tuwim, poeta pochodzenia żydowskiego, który doznał wielu upokorzeń ze strony narodowców, napisał wiersz „Pogrzeb prezydenta Narutowicza”. Jego pierwsze wersy są gorzkim oskarżeniem o hipokryzję zwolenników polityki narodowo-chrześcijańskiej, dwulicowość prowadzącą do zbrodni…

Krzyż mieliście na piersi, a brauning w kieszeni,
Z Bogiem byli w sojuszu, a z mordercą w pakcie,
Wy, w chichocie zastygli, bladzi, przestraszeni,
Chodźcie, głupcy, do okien – i patrzcie! i patrzcie!

Polacy docenili ofiarę życia Gabriela Narutowicza. Jego imieniem nazwano ulice, place i budynki użyteczności publicznej w całej Polsce. Niestety, śmierć ta tylko na krótko uspokoiła polityczne emocje Polaków. Przekonanie, że mord polityczny nie może być niczym usprawiedliwiony, że jest działaniem niedopuszczalnym i zbrodnią wobec demokracji, nie stało się powszechne. Dla wielu zbrodniarz Eligiusz Niewiadomski był bohaterem, który poświęcił życia dla Ojczyzny.

Zabójca prezydenta Narutowicza miał jednodniowy proces 30 grudnia 1922 roku. Nie przyznał się do winy, ale do zabójstwa człowieka, którego utożsamiał ze „złem”, jakie spadło na Polskę. Początkowo chciał zabić Piłsudskiego, ale kiedy ten zrezygnował z kandydowania na urząd prezydenta postanowił znaleźć inny symbol. Niewiadomski nie wyraził skruchy i zwrócił się o karę śmierci, więzienie bowiem uważał za poniżające. Sąd skazał go na śmierć przez rozstrzelanie. Wyrok wykonano pod Cytadelą warszawską, wczesnym rankiem 31 stycznia 1923 roku. Ostatnie słowa skazańca brzmiały: „Strzelcie mi w głowę i w serce, ginę za Polskę, którą gubi Piłsudski”.

Zabójcę prezydenta pochowano na Powązkach. Mimo, że pogrzeb odbył się o 6 rano, zgromadził około 10 tysięcy ludzi. Przed grobem Niewiadomskiego ustawiały się warty, przynoszono znicze i kwiaty. Z czasem zaczęto usprawiedliwiać jego zbrodnię i przedstawiać go jako człowieka, który oddał życie na ołtarzu ojczyzny. W roku jego śmierci 300 dzieci otrzymało na chrzcie rzadkie imię Eligiusz. Środowiska narodowców do dziś uważają Eligiusza Niewiadomskiego za szlachetnego idealistę, który poświęcił się dla Polski. A za winne jego przedwczesnej śmierci uznają tajemnicze „żydostwo”…

narutowicz-grob-niewiadomskiego

* * *

Tekst powstał na podstawie i z wykorzystaniem fragmentów biografii Jana Karskiego autorstwa Waldemara Piaseckiego.

Jan Karski. Jedno życie. Kompletna historia, tom I (1914-1939). Madagaskar

„Pozostawił po sobie testament, w którym wyraża gorące życzenie, aby Litwa jak najprędzej porozumiała się z Polską” (…).. pozbawił się życia z powodów niewyjaśnionych w swojem mieszkaniu, bezpośrednio po powrocie od lekarza” – donosiła z Rygi Polska Agencja Telegraficzna (PAT) w styczniu 1933 r.

31 grudnia 1932 roku w Kownie zastrzelił się starszy brat pierwszego prezydenta Polski – Stanisław Narutowicz (na Litwie znany jako Stanislovas Narutavičius). Bezpośrednie przyczyny tego desperackiego kroku nie zostały do końca wyjaśnione. Pozostawiony testament wskazywał, że chodziło o niepowodzenia polityczne. Jako litewski działacz o polskim pochodzeniu Narutowicz musiał być srodze rozczarowany stanem stosunków pomiędzy dwoma ojczyznami. Wyglądały one bowiem znacznie gorzej niż obecnie. Litwini uzyskali niepodległość z poczuciem historycznych krzywd doznanych od Polaków, które wzmocniło jeszcze odebranie im stolicy – Wilna wraz z okręgiem. Pozostali na Litwie Polacy czuli się szykanowani przez władze litewskie, a wielu polskich polityków było rozczarowanych faktem, iż prastare ziemie Rzeczpospolitej Obojga Narodów pozostawały poza granicami odrodzonego państwa polskiego. Nie były to dobre podstawy do współpracy i obustronnej życzliwości. Możliwe jednak, jak twierdzą historycy litewscy, że Narutowicza do samobójstwa skłoniły problemy prywatne i choroba.

Stanisław Narutowicz był człowiekiem znanym i zasłużonym dla młodego państwa litewskiego. Urodził się w rodzinnym majątku Brewiki na Żmudzi. Pochodził z rodziny szlacheckiej osiadłej tam od pokoleń. Jego ojciec – Jan Narutowicz był uczestnikiem powstania styczniowego. Stanisław przez wiele lat działał w organizacjach niepodległościowych i oświatowych. Zajmował się również dziennikarstwem, wydawał w 1890 roku pismo „Tygodnik Powszechny”. Od września 1917 roku był członkiem Taryby (Rady Litewskiej) oraz współtwórcą i sygnatariuszem aktu niepodległości Litwy (16 lutego 1918). Potem jednak zrezygnował z udziału w Radzie, bo nie chciał pogodzić się z polityką uległości wobec Niemiec. Wrócił do swojego gospodarstwa w Brewikach, ale nie zaprzestał działalności politycznej: w latach 1919–31 był radnym okręgu telszańskiego. Przez pewien czas pracował w sądzie okręgowym w Kownie jako sędzia (miał wykształcenie prawnicze uzyskane na uniwersytecie w Sankt Petersburgu).

Stanisław Narutowicz był politykiem lojalnym wobec Litwy, działał na rzecz tego kraju i jej mieszkańców, ale nie zapominał o swoich polskich korzeniach. Co ciekawe: na akcie niepodległości Litwy podpisał się polskim nazwiskiem. Był bardzo zaangażowany w projekt zbliżenia pomiędzy dwoma narodami, które przez kilka wieków żyły w jednym państwie. Bracia Narutowiczowie byli dobrym przykładem powiązań polsko-litewskich. Obaj skończyli tak tragicznie, jak tragicznie nierozwiązywalne okazały się polsko-litewskie konflikty. Polscy narodowcy nienawidzili Gabriela m.in. z powodu brata Litwina. Stanisławowi również nie pomagało to pokrewieństwo, jak również koligacje rodzinne z marszałkiem Piłsudskim (był żonaty z Joanną Billewicz – kuzynką Piłsudskiego).

Stanisław Narutowicz zabił się niemal dokładnie w 10 rocznicę śmierci brata. Miał 70 lat. Pochowano go w rodzinym grobowcu na cmentarzu w miasteczku Olsiady (Alsedžiai). Działalność w kierunku pojednania polsko-litewskiego próbował kontynuować syn Stanisława – Kazimierz. Również bez powodzenia. Po radzieckiej inwazji na Litwę w 1940 roku został zesłany wraz z rodziną za koło podbiegunowe. Po wojnie zamieszkał w Poznaniu, gdzie zmarł w 1987 roku.

Pamięć o Polaku, który był litewskim patriotą, przetrwała w odrodzonej Litwie. W 1995 roku na miejscu pochówku Narutowicza gmina postawiła pomnik z napisem: „Prawnik, sygnatariusz 1918 roku – STANISLOVAS NARUTAVICIUS (1862–1932 r.)”. W Wilnie jego imieniem nazwano jedną z ulic, a litewska poczta w 2002 roku wydała znaczek z jego podobizną. W zeszłym roku ukazała się w Wilnie książka profesora Stasysa Vaitekunasa „Stanislovas Narutavičius: sygnatariusz i jego czasy“. Media litewskie tak przedstawiają bohatera publikacji: „Był jednym z tych ludzi, którzy szukali dobrych stosunków z Polską, ale nigdy nie chciał, aby Polska i Litwa znów stały się jednym państwem. Niestety, niektórzy nadal nazywają go zdrajcą narodu, najemnikiem, choć nigdy nie sprzedał swojego kraju”.

Mimo wciąż nie rozwiązanych wielu problemów w kontaktach polsko-litewskich, można wnioskować, że są już lepsze prognozy na przyszłość. Może to szansa, aby kiedyś powstało powiedzienie: Polak, Litwin dwa bratanki, do kawioru i kaszanki…

Ostatnie chwile Narutowicza – relacja naocznego świadka – fragmenty wspomnień ówczesnego premiera rządu – prof. Juliana Nowaka. Gabriel narutowicz był ministrem spraw zagranicznych w jego gabinecie.
za: Głos Poranny 23.12.1932 r. – w 10-lecie zamachu.
styl i pisownia – oryginalne
Nie będę tu siedział 7 lat
Nie było 7 lat, nie było 7 dni…

Ostatnie chwile Narutowicza – relacja naocznego świadka. Wspomnienia ówczesnego premiera rządu – prof. Juliana Nowaka* opublikował w 10-lecie zamachu „Głos Poranny” 23 grudnia 1932 roku.  Gabriel Narutowicz w gabinecie Nowaka był ministrem spraw zagranicznych.

Niedziela w Belwederze

W Belwederze odbywały się przez niedzielę narady nad ceremonjałem zawiezienia Narutowicza do sejmu w celu złożenia przysięgi i powrotu z sejmu. Z powodu niepokoi, jakie bądź co bądź w stolicy przez niedzielę miały miejsce, jazda tam i z powrotem budziła pewną troskę.
Narutowicz chciał początkowo jechać do sejmu z ministerstwa spraw zagranicznych, czemu sprzeciwił się minister Kamieński, albowiem nie miałby w takim razie dostatecznej ilości policji, aby obsadzić nią drogę z ulicy Wierzbowej do Sejmu, a następnie z sejmu do mieszkania Narutowicza w Łazienkach, względnie do Belwederu. Obiekcje Kamieńskiego uznałem za słuszne i stanęło na tem, że Narutowicz pojedzie do sejmu ze swego mieszkania w Łazienkach (…).
Decyzja co do towarzyszenia śp. Narutowiczowi w jego przejeździe z Łazienek do sejmu uległa następnie, wskutek decyzji urzędu protokołu dyplomatycznego, zmianie w tym kierunku, iż Narutowicza, jako będącego do chwili zaprzysiężenia jeszcze tylko ministrem spraw zagranicznych, przewiezie do sejmu szef protokołu, hr. Przeździecki, o czem zostałem zawiadomiony za pośrednictwem wiceministra Studzińskiego, ówczesnego szefa kancelarji prezydjum rady ministrów.

Jaja na ministrów, kamienie na prezydenta

Około godziny wpół do 12 wyruszyliśmy do sejmu. Na przedzie w automobilu otwartym: p. Kamieński, a za nim ja. Pojechaliśmy ulicą Mazowiecką i Bracką, przecinając Aleje Jerozolimskie, a potem ulicą Piękną na Wiejską do sejmu. Nigdzie większego nagromadzenia się publiczności nie zauważyłem, dopiero gdyśmy wjeżdżali w Aleję Ujazdowską, przecinając ją od ulicy Pięknej, napotkaliśmy kordon policyjny, zabezpieczający dostęp do Aleji oraz przejazd przez Aleje i wjazd w ulicę Piękną, który to kordon na narożnikach był wzmocniony silnemi patrolami. Oprócz tego w ulicy Pięknej poza Aleją Ujazdowską było kilkunastu policjantów konnych, ustawionych we front. Liczba demonstrantów wynosiła tu kilkaset osób, głównie młodzieży i obecna tam policja wystarczała aż nadto do ich usunięcia.
Demonstranci przywitali nasze automobile świstem i drwiącemi okrzykami, a ministra Kamieńskiego i jadących z nim urzędników obrzucili śniegiem i jajami. Demonstranci zbrojni byli w kije, któremi potrząsali, grożąc. Policja, stojąc na baczność, przypatrywała się demonstrantom i nam z niezamąconym spokojem.
Wreszcie przedostaliśmy się do sejmu i tam oczekiwaliśmy przyjazdu Narutowicza, który się spóźnił i przyjechał po kwadransie na pierwszą. Przyczyną spóźnienia było, jak mi zameldowano, to, że w Alejach napotkał pojazd Narutowicza i towarzyszący mu szwoleżerowie barykadę z ławek ogrodowych, któremi Aleje były zamknięte. Dowodzący plutonem oficer tak manewrował koniem, że jego zadem usunął jedną ławkę z barykady i przez tę przerwę przejechała część plutonu, poprzedzająca powóz, a następnie pojazd. Wtedy na chwilę pojazd nie miał żadnej osłony z boków i demonstranci dotarli do samego powozu i obrzucili prezydenta bryłami śniegu, a nawet i kamieniami. Zajściu przyglądała się policja, stojąc na baczność zupełnie bezczynnie, jak to stwierdzili naoczni świadkowie.
Wreszcie Prezydent w towarzystwie p. Przeździeckiego i otoczony szwoleżerami dotarł do sejmu. W sejmie na zapytanie marszałka Rataja, czy wybór przyjmuje – silnym, zdecydowanym głosem odrzekł, że przyjmuje i przysięgę złożył.

Dzieci klękły na jezdni i nie chcą ustąpić

Po przysiędze odjazd prezydenta do Belwederu zwłóczył się, albowiem nadchodziły wiadomości, że nagromadziły się znaczniejsze tłumy w Alejach, które zagradzają komunikację oraz, że mają miejsce duże demonstracje na Placu Trzech, gdzie padają strzały. Zażądałem od p. Kamieńskiego, aby użył wojska i porządek przywrócił, p. Kamieński pojechał osobiście zbadać sytuację, a my, to jest orszak prezydenta Narutowicza i ministrowie czekaliśmy wciąż w sejmie w poczekalni ministrów możności odjazdu. Podczas tego czekania przybiegł do mnie jakiś funkcjonariusz policji, donosząc, że jechać Alejami nie można i trzeba powracać inną drogą, bo dzieci szeregiem zagrodziły drogę w Alejach w ten sposób, że klękły na szosie i nie chcą ustąpić. Tu już wzięła mnie pasja, krzyknąłem, że na dzieci, gdy są nieposłuszne, są wszak rózgi, ale to przecie nie może być brane poważnie pod uwagę, jako przeszkoda i orszak w każdym razie powróci tą samą drogą, którą przybył.
Niedługo także zgłosił się generał Rozwadowski z meldunkiem, że wojsko częściowo już wyszło, a częściowo niebawem wyjdzie policji na pomoc. Wreszcie mogliśmy odjechać – ja jechałem tuż za prezydentem Narutowiczem, a za mną wszyscy ministrowie i w ten sposób, już bez przeszkody odprowadziliśmy prezydenta do Belwederu.

Nie będę tu siedział 7 lat

… w piątek w południe było u mnie dwóch panów z Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych, p. Okoń i jeszcze drugi pan, z zaproszeniem wzięcia udziału w wernisażu wystawy w sobotę, o godzinie 12. Oświadczyli, że zaprosili także prezydenta Narutowicza.
Piątek minął spokojnie, jakkolwiek atmosfera była duszna. Wieczorem o godzinie 7-ej pojechałem do Belwederu odwiedzić prezydenta Narutowicza. Był rad, że mnie widzi, jednak, jak i przy poprzednich widzeniach się naszych w ostatnich dniach kilka razy powtórzył: „ciężko panie premierze – ciężko”. Oświadczył mi, że powierzy utworzenie gabinetu Darowskiemu i, że pragnie, aby wszyscy ministrowie zatrzymali swoje teki (…). Będzie to tymczasowy gabinet, aż do momentu, gdy będzie mógł powstać gabinet parlamentarny na jakiejś większości oparty, co, jak miał nadzieję, wnet nastąpi.
Opowiedziałem Narutowiczowi, że jestem zaproszony na jutro, sobotę, na godzinę dwunastą, w południe na otwarcie wystawy w Towarzystwie Zachęty Sztuk Pięknych i, że mówili mi, iż zaprosili pana prezydenta. Sądzę jednak, że prezydent nie ma potrzeby iść tam, jestem zdania, że winien on urzędowanie swoje rozpocząć od jakiegoś ważniejszego aktu państwowego. Wystarczy jeśli na jutrzejszym wernisażu będę obecny ja sam i będę reprezentował równocześnie prezydenta Rzeczypospolitej.
Narutowicz dał wyraz swojego zadowolenia z tego, że ja tam będę, obstawał jednak przy tem, że na otwarcie wystawy przyjedzie.
Wspominał mi, że przede mną był u niego poseł Głąbiński i, że była mowa o jego ewentualnem zrzeczeniu się, przyczem Narutowicz zauważył: „na to jeszcze czas, w każdym razie nie będę tu siedział 7 lat”. Doradzałem prezydentowi, aby się nie zamykał w Belwederze i aby prowadził życie ruchliwsze, bo nigdzie niema napisane, że prezydent musi się w mieszkaniu swojem zamknąć.
Żegnając się z prezydentem, jeszcze raz zaznaczyłem, że nie uważam za potrzebny przyjazd jego na otwarcie wystawy Zachęty, i że ja tam będę punktualnie o dwunastej.

Trzy strzały w galerii

W sobotę załatwiałem rzeczy urzędowe, a jakie dziesięć minut przed dwunastą pojechałem z żoną do Zachęty. Zajechałem tam w przeciągu pięciu minut i zastałem sporo publiczności oraz komitet wystawy w westibulu, czekających na prezydenta. Spostrzegłem angielskiego posła Maxa Müllera z żoną, który mi mówił, że właśnie przeszedł grypę i nie czuje się jeszcze zdrów zupełnie, ale mimo to się zebrał, bo chciał być obecny przy pierwszym publicznym występie prezydenta Narutowicza. Zauważyłem i posła Tomasiniego. Kilkanaście minut po dwunastej zajechał przed gmach automobil prezydenta, który był u kardynała Kakowskiego z wizytą, a od niego przyjechał do Zachęty. Prezydent przywitał się z obecnymi w westibulu i wszyscy poszliśmy na piętro, celem obejrzenia wystawy. Na życzenie komitetu pozostaliśmy w paltach, obawiano się bowiem, że jest w salach za chłodno.

Szedłem tuż za Narutowiczem. Rozpoczęliśmy oglądanie obrazów (…),  obejrzeliśmy obrazy jednej z krótszych ścian sali i doszliśmy do środka dłuższej ściany, gdy nagle rozległ się suchy trzask trzech po sobie szybko następujących strzałów. Stałem tuż obok prezydenta Narutowicza i dotykałem go w ścisku rękawem mej lewej ręki – na moment umysł wogóle nie zdawał sobie sprawy, co właściwie zaszło, dopiero po tym momencie jak błyskawica zjawiła się myśl: to zamach – przemknęło mi przez głowę,  że pewnie na prezydenta.

Potem nagle wszczął się zamęt i zamieszanie na sali. Naokoło blade, wystraszone twarze – jakaś pani łkała. Nie zapomnę twarzy posła Müllera: bladej, jak płótno z powodu wstrząsu nerwów w jego świeżą chorobą osłabionym organizmie. O kilka kroków ujrzałem słusznego mężczyznę stojącego z wyciągniętą prosto do góry prawą ręką, w której trzymał brauning – zrozumiałem, że to morderca – przybliżyłem się do niego, aby go uchwycić za rękę i obezwładnić, ale uprzedził mnie jakiś oficer i jeszcze ktoś, którzy go rozbroili i wyprowadzili do przyległego pokoju.
Prezydent Narutowicz leżał na posadzce z rozpiętem ubraniem i z obnażoną piersią – z przestrzelonej klatki piersiowej spływała krew. Szukałem pulsu. Pulsu nie było już – prezydent nie żył. Zabrałem przerażoną żonę i pojechałem do prezydjum, celem wydania zarządzeń i zwołania rady ministrów. Ciałem prezydenta zajęło się jego otoczenie belwederskie.

* * * * *
Szli wołając – Polska! Polska!
Wtem zza mojżeszowego krzaka
Wyjrzał Bóg i zapytał
Polska? Ale jaka?

No właśnie, jaka? W 4 lata po odzyskaniu niepodległości, w 2 lata po dramatycznej obronie przed najazdem bolszewików, naród polski nie był w stanie wyłonić demokratycznie władzy, której podporządkowaliby się wszyscy obywatele. Czyżby niepodległość przerosła jego zdolności do zespołowego kierowania swym losem? Może stary Bismarck miał rację, mówiąc: „Dajcie Polakom rządzić, a sami się wykończą”. Czy to tradycyjna polska anarchia nie pozwoliła na powstanie narodu z silnym instynktem państwowym? A za niepowodzenia każe zawsze winić kogoś innego: Niemca, Moskala, Żyda, jakichś mitycznych Onych…?

* * * * *

*Julian Ignacy Nowak (1865-1946) – polski polityk, premier, lekarz i mikrobiolog. W latach 1911–1912 był dziekanem Wydziału Lekarskiego, a w latach 1921–1922 był rektorem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Należał do Stronnictwa Prawicy Narodowej. W 1922 (od 31 lipca do 14 grudnia) był premierem rządu pozaparlamentarnego, w którym Gabriel Narutowicz pełnił funkcję ministra spraw zagranicznych.

Powered by WordPress Web Design by SRS Solutions © 2017 To ci historia! Design by SRS Solutions

  • RSS
  • Flaker
  • Twitter
  • Tumblr
  • Facebook
  • GoldenLine
  • Nasza Klasa
  • Wykop