To ci historia!

Blog historyczny, ciekawostki historyczne, sensacje

Wpisy z tagiem: Głos Poranny

Oskarżano się o kłamstwa, manipulacje, plagiaty, a nawet o bicie fałszywej monety. Zdarzały się też kpiny z małego przyrodzenia przeciwnika… Międzywojenna prasa łódzka nie przebierała w środkach, aby pogrążyć konkurencję.
Podłożem konfliktów w łódzkiej prasie międzywojennej były wydarzenia wcześniejsze. „Głos Polski” prowadził Marceli Sachs, były współpracownik m. in. „Godziny Polskiej”, finansowanej podczas wojny przez Niemców. Po odejściu okupanta Sachs przejął wydawnictwo i zaczął wydawać własną gazetę. Przez pozostałych wydawców był uważany za niemieckiego kolaboranta i bezprawnego użytkownika drukarni, która ich zdaniem była mieniem państwowym. Szczególnie ostro protestował „Rozwój”, dziennik opcji narodowej, który przez całą wojnę nie mógł się ukazywać.

republika1925-0

Odpowiedź „Głosowi Polskiemu” i w ogóle byłym prasowym szpiclom okupacyjnym, bandytom pióra, szantażystom i denuncjantom – Ilustrowana Republika 4.11.1925

Inni również nie oszczędzali wydawcy „Głosu”. W roku 1922 zdesperowany Sachs oskarżył o oszczerstwo redaktora dziennika „Straż Polska”, Józefa Petryckiego, który otwarcie zarzucił mu korzystanie z pieniędzy niemieckiego okupanta oraz nazwał „pruskim denuncjatorem i prowokatorem”. Po przesłuchaniu świadków, m.in. prezydenta miasta Aleksego Rżewskiego, mecenasa Piotra Kona oraz wydawcę „Rozwoju” – Wiktora Czajewskiego, sąd uniewinnił Petryckiego. Tym samym przyznał, że zarzuty wobec Sachsa nie były oszczerstwem i są dowody na to, iż współpracował on z okupantem. Właściciel „Głosu Polskiego” wiele stracił w opinii publicznej, ale po zapłaceniu odszkodowania na rzecz państwa, utrzymał wydawnictwo.
„Głos Polski” w tym czasie należał do najpoczytniejszych łódzkich dzienników, ale był to początek jego końca. U Sachsa pracowała cała czołówka łódzkich dziennikarzy, m. in.: Czesław Nusbaum-Ołtaszewski, Władysław Polak, Gustaw Wassercug, Jan Urbach, Eugeniusz Kronman. W 1923 roku Ołtaszewski i Polak, przy finansowej pomocy Maurycego Poznańskiego i dwóch innych udziałowców, założyli spółkę i zaczęli wydawać nowy dziennik poranny – „Republika” oraz popołudniowy „Express”. W krótkim czasie „Republikanie” przejęli znaczną część czytelników „Głosu” i osiągnęli największy nakład wśród pism porannych w Łodzi – 20 000 egzemplarzy. Rywalizacja o czytelnika i reklamodawców bywała bardzo ostra. Polemiki prasowe przybierały formę niewybrednych pyskówek i osobistych wycieczek.
W styczniu 1925 roku „Głos” w artykule „Wylęgarnia kaczek”, zarzucił „Republice” kierowanie się zasadą: „czytelnik nie świnia – wszystko zje” i serwowanie sensacji wyssanych z palca. Jako przykłady podano informacje o rezygnacji prezydenta miasta Mariana Cynarskiego, o zakupie przez Wojciecha Korfantego „Ilustrowanego Kuriera Codziennego” i planowanej dymisji premiera Grabskiego.
Następnego dnia „Republika” odpowiedziała zdecydowanie, iż jej fachowe służby informacyjne pozyskują nie tylko stereotypowe wiadomości , takie same jak wszystkie redakcje, ale również zakulisowe, trudniej dostępne. Przy okazji wyszydziła „Głos Polski”, który jej zdaniem stosuje prymitywne metody walki o czytelnika. „Łatwiej dementować cudze informacje, niż zdobywać własne” – stwierdziła i dodała, że taka taktyka popłaca tylko na bardzo krótką metę, a dowodem jest fakt spadającego z dnia na dzień nakładu „Głosu Polskiego” i nieustannie wzrastającego nakładu „Republiki”.
3 maja 1925 roku „Głos Polski” podał zaskakującą informację, która miała powalić konkurencję na kolana. Zaczynała się super sensacyjnie:
„Wczoraj o godzinie 9-ej i pół rano do lokalu, zajmowanego przez wydawnictwo dzienników „Republika” i „Express Wieczorny” przy ulicy Piotrkowskiej nr. 49, przybył silny oddział policji i zamknąwszy wszystkie wyjścia, przystąpił do gruntownej rewizji. Przeszukaniu poddane zostały pomieszczenia, zajmowane zarówno, przez administrację jak redakcję i drukarnię „Republiki” i „Expressu Wieczornego”.
Czego szukała policja w wydawnictwie „Republiki”? Zdaniem „Głosu”, to tam właśnie prowadził trop śledztwa w sprawie fałszywych srebrnych dwuzłotówek, które niedawno pojawiły się w obiegu. W wyniku przeszukania drukarni odkryto rzekomo niezaprzeczalne dowody przestępczej działalności:
„W ręce policji kryminalnej dostała się kunsztownie i przemyślnie skonstruowana fabryczka fałszywych dwuzłotówek metalowych, oraz poważna ilość gotowych monet, nie pozostawiających żadnych wątpliwości, iż tu właśnie, w lokalu „Republiki” i „Expressu Wieczornego” znajdowała się wytwórnia fałszywych pieniędzy. Wskutek rewizji tej dwie osoby zostały aresztowane.”
„Republika” następnego dnia zdementowała te rewelacje.
„W powyższych wiadomościach niema ani krzty prawdy. Stanowią one jeden ciąg kłamstw, fałszów i źle ukrywanych insynuacji. Wydawnictwo „Republiki” i „Expressu” pociąga winnych rozsiewania fałszywych i szkodzących nam wiadomości do odpowiedzialności sądowej.
Sprawa została wyjaśniona w „Expressie Wieczornym” 4 maja 1925 roku w artykule o znamiennym tytule „Łajdactwo”. Poinformowano, że operator prasy Krampf odbił na tekturowej matrycy dwuzłotówkę z obu stron. Inni pracownicy, kiedy je odkryli zanieśli do dyrekcji. Ta, obawiając się, że drukarze mogliby rzeczywiście nowoczesne maszyny wykorzystać do drukowania pieniędzy, wezwała policję. Krampfa poddano kilkudniowej dyskretnej obserwacji. Śledczy nie stwierdzili jednak niczego podejrzanego w jego działaniach. Nic nie wniosły do sprawy rewizje w pomieszczeniu, w którym pracował, ani w jego mieszkaniu. Nie znaleziono żadnej fałszywej monety i po przesłuchaniu kilku osób sprawę umorzono.
Koncern Republika wniósł sprawę do sądu zarzucając „Głosowi” działanie z zamiarem skompromitowania najgroźniejszych konkurentów, podważenia zaufania wśród czytelników i zrujnowania wydawnictwa. Do rozstrzygnięcia sporu nie doszło, gdyż sąd sprawę umorzył uznając, że brakuje podstaw do jej wszczęcia.
22 maja 1926 roku konflikt rozgorzał z nową siłą, wskutek opublikowania na pierwszej stronie „Expressu Wieczornego Ilustrowanego” informacji w formie ogłoszenia oskarżającej Marcelego Sachsa o kradzież rosyjskiej nowelki. Treść tej fikcyjnej, bardzo obraźliwej reklamy była następująca:
„Marceli Sachs – obecnie wydawca „Głosu Polskiego”, dawniej redaktor szpiclowskiej „Godziny Polski”, używający fałszywie tytułu doktora praw, ukradł pisarzowi rosyjskiemu L. d`Orowi nowelkę p.t. „Tak było”!
Następnego dnia w „Republice” w artykule pod tytułem „Ukradłeś Marceli Sachs!” na dowód plagiatu przedstawiono opublikowaną w 1916 roku treść utworu Sachsa oraz rosyjskiego oryginału. Redaktor „Głosu” tłumaczył się, iż nigdy nie twierdził, że jest to jego własny utwór, ale wyłącznie tłumaczenie, a informację o tym przeoczyła redakcja. Można powątpiewać czy w tydzień po zamachu majowym czytelników mogły poruszyć te odgrzewane afery, dotyczące wykształcenia i twórczości literackiej redaktorów łódzkich gazet. Mieli przecież pod dostatkiem wrażeń związanych z groźbą wojny domowej i niepewną sytuacją polityczną w kraju.
Trzy lata później doszło do bezprzykładnej w dziejach prasy kradzieży, której tym razem ofiarą padł Marceli Sachs. Chory na gruźlicę i częściowo sparaliżowany właściciel „Głosu Polskiego” wydzierżawił gazetę spółce swoich współpracowników, po czym wyjechał za granicę na leczenie. Kierujący spółką „Ilustrowana Prasa Wieczorna” Gustaw Wassercug i Eugeniusz Kronman, postanowili bezwzględnie wykorzystać przedłużająca się nieobecność Sachsa. 1 lutego 1929 roku przygotowali do druku nową gazetę o nazwie „Głos Poranny”, będącą niemal kalką „Głosu Polskiego”, wykorzystując przygotowane do niego materiały. Nie wahali się też zabrać listy prenumeratorów i przekonać ich do nowego tytułu. Redakcję z ulicy Piotrkowskiej 98 przenieśli do pobliskiego budynku przy Piotrkowskiej 101. Z dnia na dzień zniknął „Głos Polski”, a w jego miejsce zaczął wychodzić „Głos Poranny”. Sachs o sprawie dowiedział się dopiero po powrocie do kraju. Przeżył szok, kiedy od sprzedawcy w kiosku usłyszał, że jego gazety już nie ma, ale może poczytać sobie „Głos Poranny”. Próbował jeszcze walczyć, reaktywował „Głos Polski”, ale nie był w stanie pozyskać odpowiedniej liczby prenumeratorów, aby utrzymać pismo. Pogrążył się w długach i wkrótce umarł.

sachs1
Po ostatecznym upadku „Głosu Polskiego”, do rywalizacji na epitety przystąpili dawni koledzy z redakcji Sachsa: Gustaw Wassercug, naczelny „Głosu Porannego” i Władysław Polak, naczelny „Expressu”. Pod byle pretekstem, redaktorzy wyciągali na forum publiczne fakty i detale z życia osobistego. Wassercug na przykład, zarzucając Polakowi tendencyjność recenzji teatralnych, ironicznie wypytywał w „Głosie” o szczegóły jego długiej wizyty w garderobie pewnej aktoreczki. Władysław Polak sięgał po bardziej intymne i wyrafinowane argumenty. Potrafił w otwartym liście prasowym zwracać się do naczelnego „Głosu” określeniami typu: „O, Guciu, perło Wschodu i Wschodniej!” lub „Mój ty malutki Gutasku”, tak jakby coś więcej wiedział o szczegółach anatomicznych byłego kolegi.
Prasowe pyskówki nie wynikały tylko z osobistych antypatii redaktorów. Często skandale i sensacje wywoływano świadomie, licząc na lepszą sprzedaż swoich pism oraz przyciągnięcie reklamodawców. Przy bardzo ostrej konkurencji na rynku, codzienne gazety starały się schlebiać przede wszystkim czytelnikom o najmniej wybrednych gustach. Zapominano o zawodowym kodeksie postępowania, wymagającym szacunku dla cudzych poglądów oraz pisania o faktach, a nie o własnych fantazjach. Górę brała zasada: cel uświęca środki…

Nasz współczesny arcymistrz sucharów Karol S., aczkolwiek człowiek twórczy i oryginalny, mógłby wiele skorzystać na lekturze starej prasy. Najlepsze sucharburgery siadają przy dowcipie, jakim próbował rozbawić czytelników Głos Poranny 30 stycznia 1935.

Po stawie pływa stara kaczka z kaczętami.
Nagle na brzegu ukazuje się redaktor pewnego pisma sensacyjnego i zaczyna się rozbierać.
W tym momencie stara kaczka woła do swych małych:
- Dzieci odsuńcie się! Tatuś chce się kąpać!

kaczka_dziennikarska

Kaczka dziennikarska – rękodzieło. Źródło: http://fotoforum.gazeta.pl

Mało zorientowanym w sprawach drobiu i mediów drukowanych przypominamy skąd wziął się termin „kaczka dziennikarska”:

Wymyślił ją podobno Egide Norbert Cornelissen, Belg żyjący na przełomie XVIII i XIX wieku. Ten żołnierz i literat o specyficznym poczuciu humoru, postanowił sprawdzić, jak daleko sięga naiwność czytelników. Zamieścił w prasie ogłoszenie o sprzedaży kaczki. Kupców zachęcał zmyśloną historią tego ptaka. Niezwykła kaczka miała pochodzić rzekomo z makabrycznej hodowli. Autor ogłoszenia twierdził, że była ostatnią z dwudziestu kaczek, jakie posiadał początkowo. Kaczki te po kolei zabijał i dawał pozostałym na pożarcie. W końcu została jedna, która wskutek potwornego kanibalizmu miała wykazywać się niezwykłą drapieżnością i siłą. Niezwykła była również jej cena, przewyższająca pięciokrotnie cenę zwykłej kaczki. Mimo to, chętnych kupców nie brakowało. Eksperyment Cornelissena powiódł się, okazało się, że „ciemny lud” (i nie tylko ciemny) łyka każdą niedorzeczność, byle była poparta jakimś pseudonaukowym opisem.

„Kaczka dziennikarska” oznacza zatem świadomie kłamliwą, albo niepotwierdzoną informację opublikowaną w mass-mediach. Co takiego stworzył „redaktor pewnego pisma sensacyjnego”, że trafił do prasowego dowcipu, niestety nie wiemy…

Rasizm niejedno ma imię. W III Rzeszy, kraju germańskich „nadludzi”, dochodziło do takich absurdów, jak ten przedstawiony w „Głosie Porannym” 21 lutego 1935 roku.

Jest w Berlinie „klinika dla lalek”, gdzie przywraca się zdrowie ofiarom gier dziecięcych. Ostatnio zgłosiła się do tego zakładu pięcioletnia dziewczynka z wspaniałą „Józefiną Baker”. Murzyńska gwiazda miała złamaną rękę, które to uszkodzenie jej mała właścicielka z wielkiem przejęciem prosiła naprawić, co jej uroczyście przyrzeczono.
Gdy w parę dni później mała klientka przyszła po swą lalkę, usłyszała, co następuje :
- Jesteśmy niepocieszeni, panieneczko, ale nie mogliśmy wykonać zamówienia. Naprawianie czarnych lalek jest nam surowo wzbronione.

Tymczasem łódzka publika czekała niecierpliwie na premierę nowego filmu z Czarną Wenus – „ZouZou”, nie przejmując się karnacją gwiazdy. Widać sądzili, że ciemne laleczki potrafią nie mniej niż blade…

Może to być policzek wymierzony prawicowym antysemitom, ale trzeba przypomnieć fakt, że niepodległość zawdzięczamy również rewolucji niemieckiej i Żydom. Największym wrogiem wolnej Polski byli sami Polacy. Zanim odzyskali niepodległość już szykowali się do wojny domowej…

Jak doszło do rozbrojenia Niemców i unieszkodliwienia silnego garnizonu pruskiego, okupującego ziemie polskie? Interesujące szczegóły tych listopadowych wydarzeń z roku 1918 przedstawił 19 lat później „Głos Poranny”. Autor artykułu opublikowanego 11 listopada 1937 roku, Jan Urbach opierał się na dokumentach niemieckich i wspomnieniach polskich wojskowych. Poniżej przedstawiamy jego obszerne fragmenty…

* * *

Krótkotrwały był żywot ludowego rządu lubelskiego. Polska Komisja Likwidacyjna, w skład której wchodzili również endecy i konserwatyści, a która uważała się za jedyną reprezentację zachodniej Małopolski, odmówiła posłuszeństwa temu pierwszemu polskiemu rządowi. Lwów krwawił już w walce z Ukraińcami, w Warszawie rządził jeszcze von Beseler, a członkowie rządu ludowego sami uznali swą władzę za tymczasową. Daszyński w „Pamiętnikach” opisał scenę charakterystyczną: w bankach lubelskich było niewątpliwie kilkanaście milionów koron, rząd przejął od Austriaków zapasy cukru na 7-8 milionów, a mimo to borykał się z wielkimi trudnościami finansowymi. Wszyscy pracowali bezinteresownie i minister skarbu Medard Downarowicz na zapytanie premiera Daszyńskiego, czy skarb dysponuje większymi funduszami, z uśmiechem poinformował, że ma… swoich aż 400 koron!

Reakcja, endecja, dla której dość nagłe usunięcie Austriaków i ukonstytuowanie suwerennego rządu, i to ludowego, było wielką niespodzianką, szybko ocknęła się i poczęła nie przebierać w środkach, aby sparaliżować działalność władzy polskiej. Próbowano skłonić Roję [generał Bolesław Roja], aby wyruszył z Krakowa na Lublin, a gdy to nie udało się, wówczas gen. Rozwadowski miał odegrać rolę „usmiritiela”, lecz i ten wycofał się z tej przykrej imprezy. Owe wysiłki godne lepszej sprawy czyniono w chwili, gdy Lwów był w ogniu walki i rząd ludowy poważną cześć nowo utworzonej armii wysłał na odsiecz bohatersko walczącej młodzieży lwowskiej.

Tymczasem dziejowe zdarzenia toczą się szybko w sposób nader dla nas korzystny. W dniu 9 listopada 1918 wybucha w Niemczech rewolucja. Kajzer Wilhelm II, zdawało się przed wojną wszechpotężne bożyszcze, przemawiające z chorobliwą butą przy każdej okazji o swym bohaterstwie i odwadze, po przegranej wojnie, jako nędzny tchórz pozostawia armię i ucieka do Holandii… W garnizonach wybucha bunt żołnierski, po usunięciu oficerskiego zwierzchnictwa formują się rady żołnierskie. Nareszcie drgnęła i Warszawa. Tegoż dnia, w którym wybuchła rewolucja w Berlinie, tj. 9 listopada, również w garnizonie niemieckim w Warszawie w godzinach wieczornych ukonstytuowała się pierwsza rada żołnierska. (…)

Według niemieckich źródeł na przestrzeni 61 250 km kw. części Królestwa pod okupacją pruską było wojska niemieckiego 38 batalionów landszturmu, jeden pułk dragonów, 4 szwadrony landszturmu i jedna nowo utworzona bateria artylerii polowej. Z tej informacji wynikałoby, że wszystkiego około 35 000 żołnierzy, jednak pułkownik Różycki przypuszcza, że ogółem było około 80 000 wojska i urzędników.

Na wiadomość o rewolucji berlińskiej pierwszy uciekł z Warszawy generał gubernator von Beseler. Podobno rada regencyjna ułatwiła ucieczkę „bohaterskiemu” zdobywcy Belgii, który po krzyżacku rządził Polską. Uciekł, ponieważ obawiał się spotkania oko w oko z Piłsudskim, który znajdował się już w drodze z Magdeburga do Warszawy. W dniu 10 listopada 1918 roku rano przybył Piłsudski z Sosnkowskim i tego dnia komenda naczelna POW oraz władze organizacyjne PPS rzuciły hasło rozbrojenia Niemców w Warszawie.

Jednocześnie w garnizonie niemieckim rozegrały się wypadki, które niewątpliwie poważnie zaważyły na szali dni listopadowych . (…) Okazuje się, że Żydy rozbroiły garnizon pruski w Warszawie, skłaniając żołnierzy do oddania broni wojsku polskiemu, do zaniechania oporu, do całkowitego zaufania Piłsudskiemu (…) ta broń odegrała niezmiernie ważną rolę przy odparciu pierwszych najazdów, a więc użyta była przede wszystkim przeciwko Sowietom. Źródła niemieckie podają, że po ucieczce „bohatera” generała von Beselera, pozostał szef sztabu gubernatorstwa, pułkownik Nethe, który zamierzał uchwycić władzę i stawić opór „napastnikom” polskim. Wspomina o tym i pułkownik Różycki.

Wówczas — według oficjalnego sprawozdania niemieckiego — rudowłosy żyd – sierżant”, dr. praw Domke, rodem ze Śląska Górnego, wraz z Żydami Himelreichem, pisarzem sądu gubernialnego i Metzem, żołnierzem, w płomiennych przemówieniach na radzie żołnierskiej przekonali obecnych, że… nie należy dopuścić do zbrojnej utarczki z polakami… Wzburzenie Polaków przeciw Niemcom jest zupełnie usprawiedliwione, nie można też odmówić Polakom do pewnego stopnia prawa własności w stosunku do zapasów, nagromadzonych w magazynach niemieckich… Rada żołnierska winna wszelkimi siłami dążyć do polubownego załatwienia sprawy, uważając za swoje najważniejsze zadanie jak najszybszą ewakuację do kraju…

W przemówieniu na niemieckiej radzie żołnierskiej żołnierz Żyd Metz na projekt pułkownika Nethe, by skoncentrować wszystkie siły zbrojne w obrębie cytadeli i Pragi i zmusić Polaków do zezwolenia na wywóz wszystkim zapasów broni, oświadczył, że:

Słuszna jest w stosunku do Niemców nienawiść i uraza Polaków, zniszczonych doszczętnie i wyczerpanych przez ustawiczne sekwestry i rekwizycje. Z tego względu Polacy nigdy nie zgodzą się pertraktować z junkrami, jako przedstawicielami dawnego systemu….

Ponieważ owym mówcom – Żydom niektórzy na radzie stawiali zarzut, iż właściwie nie mają oni piśmiennych zapewnień i zobowiązań ze strony Piłsudskiego, wówczas dr. Domke oświadczył, że należy bez jakichkolwiek dokumentów ufać słowom Piłsudskiego. Celowo obszerniej opisałem przebieg pamiętnej nocnej rady żołnierskiej, bowiem zwycięstwo wniosków Domkego, Metza i Himelreicha, klęska junkra Nethego, umożliwiły znacznie szybsze rozbrojenie okupantów bez większych ofiar. (…)

Piłsudski natychmiast po przyjeździe do Warszawy 10 listopada odbył późnym wieczorem naradę z delegacją niemieckiej rady żołnierskiej. Na czele jej stał dr. Domke; poznańczyk Marcinkowski był tłumaczem. Rozmowa odbyła się w nader przyjaznym nastroju. Delegacja bez wahań przyjęła warunki Piłsudskiego: oddanie broni i sprzętu wojennego, oddanie parku kolejowego oraz zaniechanie przez żołnierzy niemieckich porachunków ze swymi oficerami.

W nocy z 10 na 11 listopada zaczęto rozbrajać oddziały, poszczególnych oficerów, żołnierzy niemieckich i obsadzać peowiakami, akademikami i robociarzami najważniejsze obiekty wojskowe. O 9 rano komendant Piłsudski udał się do gmachu gubernatorskiego, gdzie zebrała się niemiecka rada żołnierska, do której wśród niezwykłej ciszy przemówił:

Żołnierze niemieccy, przemawia do was więzień stanu dotychczasowego waszego rządu. Rząd ten doprowadził was na brzeg przepaści, lecz wyście wydarli z jego rąk władzę i ustanowiliście swój własny, żołnierski rząd! Wyście zmęczeni tym pięcioletnim blisko krwawieniem. Celem waszego nowego rządu, rady żołnierskiej, jest doprowadzenie szczęśliwie was do waszych chat, do waszych żon i dzieci, do waszej ojczyzny. Pamiętajcie, że stać się to tylko wtedy może, jeżeli okażecie absolutny posłuch tej waszej nowej władzy. Znajdujecie się wśród narodu, który wasz dotychczasowy rząd traktował bezwzględnie, z cała brutalnością. Ja, jako przedstawiciel narodu polskiego, oświadczam wam, że naród polski za grzechy waszego rządu nad wami mścić się nie chce i będzie!

Garnizon niemiecki w Warszawie liczył 12 000 żołnierzy i 18 000 urzędników, służby pomocniczej, szpitalnej, razem 30 tysięcy ludzi, czyli liczba poważna, która byłaby groźna w razie oporu. Rozbrajanie w stolicy odbywało się, jak wspomnieliśmy, na ogół spokojnie, planowo, bez większych krwawych ofiar. Żołnierze niemieccy gorliwie wypełniali rozkazy rady żołnierskiej i oddawali broń. Niemiecka rada żołnierska wydała piękną odezwę do „Braci Polaków”, o której pisze urzędowy raport niemiecki, że „każdy jej wiersz świadczył dostatecznie o tym, że Żydzi brali udział w jej układaniu”.

Na początku rozbrajania zastrzelony został junkier – lejtenant von Honwald, który stawiał opór i nie chciał podporządkować się radzie żołnierskiej. Wieczorem, około godz. 9-tej 11 listopada, poważniejsza strzelanina wynikła w pobliżu dworca wiedeńskiego, wywołując popłoch. Wspomina o niej śp. p. pułkownik Boerner. Była to potyczka, którą musiał stoczyć oddział akademików z kilkunastu oficerami niemieckimi, którzy strzelali z hotelu „Polonia”. O wiele groźniej było w pobliżu cytadeli, w której przebywał i nie chciał poddać się pułk, tzw. „Jablonnaregiment”, około 2 000 bagnetów, zbuntowany przez pułkownika Nethe i grupę najbardziej znienawidzonych oficerów. Pułk nie chciał podporządkować się dyrektywom rady żołnierskiej. Kompania tego pułku obsadziła ratusz warszawski i dopiero, gdy peowiacy ustawiali w pobliskich domach karabiny maszynowe i przypuścili 13 listopada zdecydowany atak, kompania pruska po pewnym oporze dała się rozbroić.

Cytadela została otoczona i dopiero 16 listopada podpisano umowę, w myśl której żołnierzom zezwolono zabrać ze sobą broń boczną, karabiny, a oddziałom karabinów maszynowych – ciężkie karabiny. Uzbrojenie jednak zostanie wyznaczonym oficerom polskim wydane za pokwitowaniem przed przekroczeniem granicy w Mławie i Skalmierzycach. Lekkie karabiny maszynowe, amunicja i pozostały materiał wojenny został bezzwłocznie wydany.
Doniosłe znaczenie miało szybkie obsadzenie przez peowiaków stacji granicznych w Mławie i Skalmierzycach, zaś linii kolejowej z Ostrołęki do granicy Prus przez polskich podchorążych z Ostrowia. W ciągu dni 11, 12, 13 listopada peowiacy, akademicy, robotnicy, chłopi, legioniści, dawni żołnierze armii rosyjskiej, młodzież szkolna prawie na całym terenie b. Królestwa z wielką ofiarnością przeprowadziła rozbrojenie wszystkich posterunków niemieckich.

Jedną z najpiękniejszych kart zdolności organizacyjnych narodu polskiego był egzamin, jaki w tym okresie zdało kolejnictwo nasze. W dniu 13 listopada kursowały koleje prawie na wszystkich liniach, i tegoż dnia odszedł pierwszy transport wojskowych do Niemiec, ostatni zaś 19-go. Przez punkty graniczne w Mławie i Skalmierzycach w ciągu dni sześciu wyjechało 30 000 Niemców.

W Mławie przy przekroczeniu granicy Niemcy oddali władzom polskim 12 000 karabinów, 120 karabinów maszynowych, 2 miliony naboi karabinowych, mnóstwo granatów ręcznych. Również i w Skalmierzycach oddano moc broni. W ten sposób rada żołnierska dotrzymała słowa i bez zbytecznego rozlewu krwi zostali ewakuowani okupanci, którzy całe uzbrojenie i zapasy pozostawili odrodzonemu państwu polskiemu…

* * *

Już po opracowaniu tego materiału natrafiłem na tekst wykorzystujący fragmenty tego samego artykułu z „Głosu Porannego”, zatytułowany Rola Żydów Niemieckich w rozbrajaniu garnizonu pruskiego. Jak świadczyłby tytuł , celem autora (autorki ?) przede wszystkim było przypomnienie mało znanego epizodu z listopada 1918 roku. Jednak z komentarzy pod tekstem można wnioskować, że do zdarzeń opisanych przez „Głos” podchodzi z wyraźną rezerwą, jeśli nie z powątpiewaniem. Najpoważniejszym zarzutem wobec artykułu sprzed 76 lat jest fakt, że jego autor – redaktor Jan Urbach – był ojcem znanego skądinąd Jerzego Urbana…

Pod koniec każdego roku powstają zwykle prorocze wizje zdarzeń dotyczących najbliższej przyszłości. Nie inaczej było i w roku 1932. O najbardziej znanych przepowiedniach: francuskiego astrologa Henri J. Gauchon`a oraz wróżki Madamme Fraya informował łódzki „Głos Poranny”.
Pytany przez dziennikarzy o przewidywany przebieg roku 1933 Gauchon opowiadał m. in.:

Horoskop podkreśla szczególnie dwa wydarzenia o nadzwyczajnym znaczeniu. W marcu doczeka się świat czegoś niezmiernie pocieszającego: najprawdopodobniej ważny krok naprzód na polu rozbrojenia(!). W sierpniu natomiast wyłaniają się symptomy poważnych zamieszek, może nawet rewolucji w Europie, ale kontury jej są na razie niewyraźne i niepewne (..). W połowie sierpnia będzie takie same zaćmienie słońca, jak w roku 1914*. I chociaż nie należy się obawiać aż takiej katastrofy, jak w roku 1914, to jednak i w roku 1933, mimo równowagi pewnych sił astralnych, rozegrają się krwawe wydarzenia, które pociągną za sobą wiele ofiar. (…) Tak samo wydaje mi się pewną z początkiem roku 1933, poprawa sytuacji gospodarczej w całej Europie. Natomiast 4 i 5 czerwca nastąpi krach na wszystkich giełdach. (…)
Największym wydarzeniem roku przyszłego dla Niemiec, będzie fakt ustąpienia Hindenburga** z areny politycznej. Rozpocznie się tym samym wzrost znaczenia Hugenberga***. W Rosji objawi się nagle niezmiernie ostry zwrot do ustroju kapitalistycznego. Nastąpią też 3 ogromne katastrofy żywiołowe, a to: 20 marca, 28 kwietnia i 17 maja. W dwu pierwszych datach szaleć będą straszne orkany, które spowodują groźną katastrofę okrętową, zbliżoną rozmiarami do tragedii zatonięcia „Titanica”.

Ogólnie rzec biorąc astrolog miał sporo racji, tyle, że racji inaczej. Klęski naturalne miały miejsce, ale nie takie i nie wtedy. Rewolucji w Europie w 1933 nie było, chyba, że za taką uznać można rozwój sytuacji w Rosji, gdzie owszem dokonał się ostry zwrot, ale nie w kierunku kapitalizmu (jak przepowiadał Gauchon), ale w kierunku zaostrzania walki z wewnętrzną konkurencją.
W Niemczech do głosu doszedł nie Hugenberg, ale inny pan H. i wcale nie był to początek rozbrojenia, a wręcz przeciwnie.
Nie było też krachu na giełdzie, a nawet 15 marca nowojorska giełda zanotowała rekord wszechczasów: wzrost 15,34 % w ciągu jednego dnia. Za to w 1933 roku doszło do dwóch zaćmień słońca (w lutym i w sierpniu), ale aby je przewidzieć nie trzeba było być słynnym astrologiem, wystarczyło zajrzeć do pierwszego lepszego kalendarza.

Bardziej optymistyczne były przepowiednie jasnowidzącej madame Fraya, ocierające się o fantastyczno-naukowe wizje Julesa Verne`a:

Uda się pewnemu Anglikowi odkrycie od dziesięcioleci poszukiwanego zarazka raka i środek na zwalczanie go. Jako dowód skuteczności swego okrycia, zaszczepi sobie samemu te zarazki i sam się z nich wyleczy.
Drugą sensacją świata będzie w połowie kwietnia lot pewnego Francuza do stratosfery, który osiągnie wprost niewiarogodny rekord wysokości, przyćmiewając tym samym w zupełności prof. Piccarda****.
Pewien technik niemiecki wynajdzie natomiast samolot, lądujący i startujący zupełnie pionowo i zabezpieczony przed ewentualną katastrofą.

Niestety, naukowcy widać przepowiedni madame nie przeczytali… i optymizmu jej nie potwierdzili…

Poza wizjami zawodowych przewidywaczy „Głos Poranny” przypominał także „poważniejsze” prognozy, autorstwa ówczesnej gwiazdy dziennikarstwa:

Zdolny, ale jeszcze bardziej sprytny dziennikarz amerykański Knickerbocker, w wydanej ostatnio książce: „Quo vadis Europa?” stara się odpowiedzieć, czy też znaleźć odpowiedź na aktualne pytanie: Czy Europa wyzdrowieje? Czy powalona ciężką chorobą – kryzysem na łoże niemocy i powolnego, acz bolesnego konania, podniesie się i znów prowadzić będzie normalny tryb bytowania? Czy kryzys, który obecnie tak okropne przynosi skutki, pogłębi się jeszcze bardziej, czy też należy oczekiwać bliskiego zniknięcia tego potwornego zjawiska powojennego? Czy jest on tworem jedynie naszych nienormalnych czasów, czy też genezy jego szukać należy w owych baśnią dobrobytu zamglonych czasach? Na te wszystkie pytania autor odpowiada:
1. Europa się podniesie i znów wróci tak długo oczekiwany dobrobyt.
2. Kryzys zniknie tak, jak zniknęły wszystkie poprzednie depresje.
3. Kryzys obecny nie jest odosobniony w historji świata, gdyż ludzkość przeżywała już podobne, może nie tak gwałtowne i potworne kataklizmy ekonomiczne, z których z biegiem czasu i po przebrnięciu trudnej strefy, znów wypłynęła na szerokie i spokojne wody normalnych czasów.
Skąd autor czerpie wiarę w jasną przyszłość Europy, a tem samem i świata? W jaki sposób mógł ten sprytny dziennikarz w zamąconej wodzie obecnych stosunków wyłowić złote rybki nadziei, któremi karmi swych czytelników? (…) Siada więc sobie do wytwornego Cadillaca czy dwupłatowego Junkers’a, i odwiedza kolejno wielkie stolice. Bo w stolicach państw siedzą ludzie, którzy losy nasze i naszej biednej skorupki mają w swojem ręku. (…)

Na zadane pytania władcy zgodnie odpowiadają: Nie ma potrzeby narzekać na jutro. Owszem, przyznają, że dzisiaj nie jest dobrze, jest poprostu źle, ale to wszystko nie dowodzi o przegranem jutrze. Pod ich rządami kraje z biegiem lat strząsną ze siebie te momenty, które utrudniają im oddech i swobodny rozwój. Jednem słowem trzeba tylko  przetrzymać, a jutro zabłyśnie wszystkiemi barwami olśniewającej tęczy szczęścia i dobrobytu (…).

Aby do reszty zamydlić oczy swym czytelnikom [Knickerbocker], oświadcza ni mniej ni więcej: „Klasie robotniczej wiedzie się o wiele lepiej w naszych złych czasach, aniżeli w czasach tzw. „dobrobytu”. Dowód: w cesarskim zamku wiedeńskim nie było łazienki, podczas gdy w nowowybudowanych domach robotniczych w stolicy Austrji nawet mieszkanie jedno-izbowe posiada łazienkę. Stąd prosty wniosek:  robotnik w czasie dzisiejszej depresji żyje sobie lepiej, aniżeli cesarz austriacki żył w swoim zamku (…).

Ten krytyczny artykuł dziennikarz „Głosu” (podpisujący się B. Br.) kończy następująco:

P. Knickerbockera zaprowadziłbym do stęchłych izb robotników łódzkich, do nędznych, zimnych nor chałupników, do chylących się ku ziemi chałup chłopskich, zmusiłbym go, aby zajrzał w otchłań życia i pracy naszych górników i hutników. Czy to jest normalny stan rzeczy? Czy tak powinno być zawsze? Najstraszniejsza, coraz bardziej rosnąca nędza obok stosów gromadzonego złota.

Wniosek z powyższego jest oczywisty: punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i stanu portfela, niezależnie czy mamy kryzys czy ekonomiczny raj, czy jest rok 1933, 2013 czy 2053. Inaczej wygląda finansowa zapaść według Gates`a, Bloomberga czy innego Rockefellera, inaczej według ekspedientki w polskim miasteczku, o którego istnieniu rekiny biznesu nawet nie słyszały. A może być i tak, jak u ciotki poety, że kryzys zaczyna się wtedy, gdy on „wszystko zechlał i odszedł z tą zdzirą”…

* * *

Objaśnienia:

* 21 sierpnia 1914 roku miało miejsce  całkowite zaćmienie słońca nad Grenlandią i północno-wschodnią Europą. Było widoczne w Polsce i zbiegło się z początkiem walk na froncie wschodnim I wojny światowej, stąd wielu ludzi uznało je za tragiczne fatum.

** Paul von Hindenburg – niemiecki wojskowy, feldmarszałek i polityk, w latach 1925-1934 Prezydent Rzeszy (Republiki Weimarskiej i w początkach III Rzeszy). Zmarł 2 sierpnia 1934.

*** Alfred Hugenberg – wpływowy niemiecki biznesmen i polityk. Był członkiem pierwszego gabinetu Adolfa Hitlera, powołanego w roku 1933.

**** Auguste A. Piccard – szwajcarski fizyk, wynalazca i badacz. W 1930 roku skonstruował balon stratosferyczny, na którym wykonał loty stratosferyczne, osiągając maksymalną wysokość 23 000 m.

Więcej o przepowiadaczach przyszłości:

Kabaret Ani Mru Mru – Jasnowidz (10-lecie Ani… przez rock610rich

Powered by WordPress Web Design by SRS Solutions © 2017 To ci historia! Design by SRS Solutions

  • RSS
  • Flaker
  • Twitter
  • Tumblr
  • Facebook
  • GoldenLine
  • Nasza Klasa
  • Wykop