To ci historia!

Blog historyczny, ciekawostki historyczne, sensacje

Wpisy z tagiem: historia

Buty na potem

1 komentarz

Te elegackie balerinki nie służyły do tańca, ale… do różańca.

Zrobiono je w IV lub V wieku n.e. w Egipcie dla zmarłej chrześcijanki wyznania koptyjskiego. Ponieważ śmierć dla chrześcijan nie jest ostatecznym końcem życia, Koptowie starannie przygotowywali zmarłych do nowego życia, po zmartchywstaniu. Szczególnie dotyczyło to dam. Musiały być modnie ubrane i uczesane. Oczywiście, że buty też musiały być do parady. Francuski egiptolog Albert Gayet w XIX w. szczegółowo opisał ubiory zmarłych kobiet koptyjskich: czerwone skórzane buty ze skóry obszyte złotymi aplikacjami, jedwabne pończochy, haftowane lniane koszule, płaszcze, szale jedwabne ozdobione w orły i lwy.

Buty znajdują się od ponad 100 lat w muzeum sztuki Victoria and Albert Museum w Londynie. Mimo, że należą do wyjątkowo dobrze zachowanych, nie można ustalić dokładnej daty ich wykonania. Ale jakie to ma znaczenie wobec wieczności?

We wtorek rano, 13 grudnia 1932 wstrząsnęła Łodzią wiadomość o wybuchu przed gmachem urzędu wojewódzkiego. Po mieście krążyły pogłoski o niezwykle tragicznych skutkach zamachu. Aby powstrzymać rozpowszechnianie niesprawdzonych informacji, władze wydały oficjalny komunikat o poniższej treści:

W dniu dzisiejszym o godzinie 10 minut 20 rano została podrzucona koło urzędu wojewódzkiego niewielka puszka z jakimś materjałem wybuchowym. W pewnym momencie puszka eksploatowała, w wyniku czego została zabita przechodząca ulicą kobieta – żydówka, której nazwiska dotąd nie ustalono, oraz lekko raniona została jedna osoba.
W gmachu urzędu wojewódzkiego naskutek wybuchu wyleciało kilka szyb.
W tym samym czasie ujawniona została w przedsionku magistratu analogiczna puszka z materiałem wybuchowym, która na szczęście nie zdążyła eksplodować.
Znajdująca się na miejscu policja puszkę tę w porę usunęła.
Na miejsce wypadku przybyły niezwłocznie władze bezpieczeństwa oraz sądowe i wszczęły energiczne dochodzenie. Kilka osób w związku z tym wypadkiem zostało przez władze natychmiat zatrzymanych.
Będący w drodze do Warszawy p. wojewoda Jaszczołt natychmiast powrócił do Łodzi.

Szczegóły tragicznego zdarzenia 14 grudnia relacjonował „Głos Poranny”:

Punktualnie o godzinie 10.20 rozległa się w pobliżu pałacu Poznańskich, gdzie mieści się urząd wojewódzki, NIEZWYKLE SILNA DETONACJA. Słychać ją było na ul. Nowomiejskiej, Ogrodowej, Zachodniej i Stodolnianej. W momencie wybuchu wyleciały z brzękiem szyby w kilku oknach parterowych biur województwa.
W tej samej chwili rozległy się PRZERAŹLIWE KRZYKI I JĘKI. Z ust licznych przechodniów wydarł sie niesamowity okrzyk zgrozy. Okazało się bowiem, że na chodniku w odległości 30 metrów od filji urzędu pocztowego, przy ul. Zachodniej, w miejscu, gdzie znajduje się oszklona galerja, dawny ogród zimowy w Pałacu Poznańskich, EKSPLODOWAŁA PUSZKA Z MATERJAŁEM WYBUCHOWYM.
Eksplozji towarzyszył wysoki słup dymu. Po chwili, kiedy gęsty tuman dymu się rozwiał, stwierdzono, że na chodniku leżą dwie kobiety. JEDNA Z NICH BYŁA ROZSZARPANA przez eksplodujący materiał wybuchowy. Druga była ranna w twarz.
Momentalnie nadbiegła policja, która ZAMKNĘŁA CAŁĄ ULICĘ DLA WSZELKIEGO RUCHU i zaalarmowała pogotowie ratunkowe kasy chorych. Po upływie krótkiego czasu przybyły władze bezpieczeństwa i władze sądowo – śledcze.

Po dokonaniu wizji lokalnej oraz przesłuchaniu naocznych świadków zatrzymano 8 osób do dalszych wyjaśnień. Rozpoczęło się intensywne śledztwo, które przyniosło pierwsze efekty już po kilku godzinach. Tego samego dnia udało się ustalić tożsamość zabitej kobiety, mimo, że nie miała przy sobie żadnych dokumentów. Była nią 48-letnia Żydówka – Mindla Filozof, z domu Goldberg. Ustalono, że w feralny wtorek szła ona od strony ulicy Stodolnianej w kierunku Ogrodowej. Gdy znalazła się za urzędem pocztowym, po stronie gmachu województwa, zauważyła na chodniku jakąś paczkę zawiniętą w papier. Podniosła zawiniątko i odpakowała je. Kiedy zobaczyła, że jest to blaszana puszka bez wartości, wyrzuciła ją. W tej samej chwili nastąpił wybuch, który rozerwał kobietę: wyrwał jej wnętrzności i oderwał fragmenty ciała. Eksplozja była tak silna, że skrawione strzępy ciała zbierano w promieniu kilkunastu metrów! Oderwaną rękę odnaleziono kilkadziesiąt metrów od miejsca wybuchu.
Mindla była żoną tragarza Chaima Filozofa. Zajmowała się roznoszeniem po domach nabiału i drobiu. Tragicznego dnia wyszła z domu przy ulicy Zawiszy ok. godz. 7. Zwykle wracała ok. południa. Kiedy nie przyszła na obiad i nie pojawiła się do wieczora, zaniepokojony mąż zgłosił to na policję. Zawezwany do prosektorium, rozpoznał w zabitej swoją żonę.
Drugą poszkodowaną była 20-letnia robotnica Chana Krajka. Została lekko ranna w twarz. Na miejscu udzielił jej pomocy lekarz pogotowia.
Puszkę z materiałem wybuchowym znaleziono również w przedsionku magistratu przy Placu Wolności, skąd prowadziła droga do głównej kasy miejskiej. Na paczkę zawiniętą w biały papier natknął się pod oszklonymi drzwiami pracownik gospodarczy – Kowalski. Mimo, że spod papieru wystawał lont, Kowalski nie zorientowany co trzyma w ręku, zaniósł pakunek do dozorcy urzędu. Ten podejrzewając, że rzecz może być niebezpieczna, dostarczył ją policjantom.
Dochodzenie w celu wykrycia sprawców nabrało tempa, gdy śledczy ruszyli tropem kolporterów ulotek wzywających do gwałtownych wystąpień w obronie zapomóg finansowych dla robotników sezonowych. W kręgu podejrzeń znaleźli się kierownicy kilku co agresywniejszych związków zawodowych.
Okazało się, że w dniu zamachu, wieczorem w lokalu jednego ze związków doszło do bójki i strzelaniny. Policja postanowiła bliżej przyjrzeć się krewkim związkowcom, co rychło doprowadziło ją do sprawców zamachu.
O aresztowaniu zamachowców oraz o szczegółach ich przestępczej działalności – już wkrótce…

We wtorek rano, 13 grudnia 1932 roku wstrząsnęła Łodzią wiadomość o zamachu przed gmachem urzędu wojewódzkiego. U zbiegu ulic Ogrodowej i Zachodniej, pod pałacem Poznańskich, w którym mieściły się wówczas władze województwa, eksplodowała jakaś puszka z materiałem wybuchowym. Śmierć poniosła jedna osoba, druga została lekko ranna. Wybuch był tak silny, że oderwaną dłoń zabitej kobiety znaleziono kilkanaście metrów od ciała. Ofiar mogło być dużo więcej, gdyby policja nie znalazła i nie usunęła drugiej takiej samej puszki podrzuconej w przedsionku urzędu.
Władze bezpieczeństwa w związku z zamachem ogłosiły specjalny komunikat.
Więcej o zamachu – już jutro.

Wielki kryzys gospodarczy lat 30 ubiegłego wieku przyniósł plajty, bezrobocie i biedę. Gazety ówczesne pełne były informacji o samobójstwach wśród bankrutów i o nędzarzach wyrzucanych na bruk. Tragedia, którą opisał łódzki „Głos Poranny”, mogła mieć jeszcze inne przyczyny. Wobec milczenia świadków szczegóły życia rodzinnego Wołoszynów pozostały jednak tajemnicą. ["Głos Poranny" 11.12.1932 r. Styl i pisownia - oryginalne]

W domu przy ul. Podmiejskiej 1, za Placem Reymonta rozegrała się wczoraj straszna tragedja rodzinna. Około godziny 4-ej po południu w mieszkaniu Daniela Wołoszyna, znajdującem się na drugiem piętrze frontowej oficyny, rozległy się
trzy kolejno po sobie następujące strzały.
W chwilę potem z mieszkania poczęły wydobywać się rozpaczliwe krzyki i jęki. Przerażeni sąsiedzi nie wiedzieli co czynić. Po chwili jednak zdobyli się na odwagę i wpadli do mieszkania. Oczom ich przedstawił się okropny widok. Na podłodze małego, jednopokojowego lokalu leżeli
brocząc obficie krwią:
mężczyzna i młoda kobieta. Byli to: 49-letni Daniel Wołoszyn i najstarsza córka jego, 21-letnia Elżbieta.
Wołoszyn leżał w ten sposób na podłodze, że głowa jego ukryta była pod starą kanapą, córka jego miała twarz całą zakrwawioną i nie dawała żadnych znaków życia. Obok niej leżał na ziemi rewolwer.
W ciasnej izdebce lamentowały trzy kobiety: żona, młodsza 17-letnia córka głuchoniema, oraz koleżanka Elżbiety Wołoszyn, która wraz z rodziną była świadkiem okropnego wypadku. Zanim sąsiedzi zdążyli wyjaśnić tragedię żona Wołoszyna popadła w omdlenie.
Jednocześnie prawie zaalarmowano pogotowie ratunkowe kasy chorych oraz władze policyjne. Po upływie kilkunastu minut przybyły władze śledcze z nadkomisarzem Weyerem na czele oraz pogotowie. Lekarz skontatował już tylko
śmierć Elżbiety Wołoszyn.
Dwie kule rewolwerowe przeszyły jej głowę, masakrując twarz. Wołoszyn żył jeszcze.
Kula przebił mu skroń
i utkwiła w czaszce. W stanie beznadziejnym przewieziono natychmiast ciężko rannego do szpitala miejskiego św. Józefa, celem poddania operacji.
Władze śledcze przystąpiły niezwłocznie do śledztwa, celem wyświetlenia tła krwawej tragedji.

Redakcja nasza powiadomiona o wypadku, wydelegowała natychmiast swego współpracownika, który zebrał na miejscu następujące szczegóły:
Dom przy ul. Podmiejskiej 1 jest narożnikiem i wejście doń prowadzi przez ulicę Łączną. Na drugiem piętrze we froncie na wprost klatki schodowej znajduje się mieszkanie, w którem rozegrał się tragiczny epizod. Na drzwiach znajduje się pod szkłem bilet wizytowy z napisem „Daniel Wołoszyn”.
Wołoszyn zajmował wraz z rodziną jeden mały pokoik, z którego oddzielono jeszcze kotarą i szafą maleńki korytarzyk. Umeblowanie mieszkania stanowią dwa łóżka, kanapa, szafa i stół. Wołoszynowie
żyli ostatnio w wielkiej nędzy.
Daniel Wołoszyn, niegdyś zamożny człowiek, w ostatnich latach zarabiał na utrzymanie rodziny jako szofer. W ubiegłym roku stracił zajęcie i przez pewien czas otrzymywał zapomogę. Zaciągał długi, robił co mógł, lecz mimo wszystko rodzina żyła w skrajnej nędzy.
Dopiero w bieżącym roku najstarsza córka, Elżbieta, otrzymała w gimnazjum P. Posnera przy ul. Zawadzkiej 1 posadę nauczycielki. Zarabiała niewiele, oddając wszystko na dom. Skromna pensja nie starczyła jednakże na opędzenie
wszystkich potrzeb, tem bardziej, że trzeba było leczyć młodszą córkę, głuchoniemą.
Nieszczęśliwa matka nieraz czyniła wyrzuty swemu mężowi, że nie zarabia, że nie szuka dla siebie zajęcia, że nie dba o dom i rodzinę. Wołoszyn tłumaczył się; kłótnie z żoną nie ustawały.
W ub. tygodniu do mieszkania Wołoszynów
przybył komornik
aby zająć nędzne meble za jakiś dług. Wołoszynowa tak się przejęła tym wypadkiem, że dostała ataku nerwowego.
Na łożu boleści prosiła starszą córkę o to, aby zajęła się młodszą siostrą – kaleką i dała jej utrzymanie.
Elżbieta złożyła przysięgę,
że jak długo żyć będzie troszczyć się będzie o swą siostrę. Wołoszynowa wróciła do zdrowia.
Daniel Wołoszyn atakowany ciągle z powodu nieróbstwa oświadczył rodzinie, że chce opuścić Polskę i wyjechać do Rosji Sowieckiej. Kiedy mu odpowiedziano, że może uczynić co chce, zażądał pieniędzy na wyjazd. Żona oświadczyła mu w odpowiedzi, że może mu dać tylko 20 zł.
Podobno rozmowa ta toczyć się miała właśnie wczoraj po południu. Zdenerwowany Wołoszyn począł krzyczeć, a w pewnym momencie wydobył nagle z kieszeni rewolwer systemu Browning i
strzelił z tyłu do córki.
Elżbieta szyła akurat, rozmawiając z przyjaciółką. Kula zwaliła ją z krzesła na podłogę.
Żona i głuchoniema córka rzuciły się na ojca, chcąc go obezwładnić, lecz w tej chwili Wołoszyn
przystawił lufę rewolweru do własnej skroni,
aby pozbawić się życia. Padł strzał i samobójca runął na podłogę. Elżbieta w kilka chwil potem wyzionęła ducha.
O tej okropnej tragedji krąży jeszcze
inna wersja.
Głosi ona, że denat utrzymywał intymne stosunki ze swą 17-letnią córką. Wiedziała o tem tylko Elżbieta i stale z tego powodu czyniła gorzkie wyrzuty ojcu. Wczoraj, gdy doszło do kłótni młoda nauczycielka miała odkryć całą tajemnicę wobec matki.
Nastąpił skandal i śmiertelne strzały, oddane przez skompromitowanego Wołoszyna.
Toczące się śledztwo ujawni bez sprzecznie prawdziwe tło zbrodni i samobójstwa. W każdym razie
trzeba jedno skonstatować: dominującą rolę w tej smutnej tragedji rodzinnej
odegrała nędza
Władze śledcze, jak się w ostatniej chwili dowiadujemy, usiłowały zbadać dogorywającego Wołoszyna. Lekarze jednak oświadczyli, iż jest on nieprzytomny, tak, że uzyskanie zeznań jest wykluczone. Przesłuchiwanie naocznych świadków zbrodni trwa.
Wołoszynowa odmówiła wszelkich wyjaśnień. Zanosząc się od płaczu, oświadczyła krótko:
- Dajcie mi spokój, ja strasznie cierpię.
****
Daniel Wołoszyn zmarł w szpitalu, nie odzyskawszy przytomności. Zeznania świadków, szczególnie koleżanki zabitej Elżbiety – Maryli Sicińskiej, nie doprowadziły do wyjaśnienia wszystkich przyczyn tragedii….

To mogło wydarzyć się tylko w kraju, w którym brak wyobraźni nazywa się bohaterstwem, a głupotę patriotyzmem. 182 lata temu grupka spiskowców chcąc wyzwolić Polskę od carskiego imperium, rozpętała awanturę wojenną, nie mającą najmniejszych szans powodzenia.

Poniżej: fragment książki Stanisława Szpotańskiego „Powstanie Listopadowe 1830-1831″ wydanej w 1930 r.

…do teatru, gdzie na przedstawieniu znajdował się generał Chłopicki, wszedł podporucznik Dobrowolski i zwróciwszy się do publiczności zawołał:
— Polacy! do broni! Braci naszych Moskale wyrzynają w Łazienkach! Nie czas się bawić! Damy do domów! — Poczem do Chłopickiego:
— Pomagaj nam, generale, teraz czas!
— Zastanów się pan, co pan robisz?!
— Nie czas zastanawiać się, generale.
— Dajcie mi spokój, odparł Chłopicki. I poszedł do mieszkania jednego z oficerów, gdzie całą noc spędził przy fajce, w ten sposób oceniając wybuch:
— Półgłówki zrobiły burdę, mieszać się do tego nie należy. Pomysł walki z Rosją, w 300.000 wojska zalać nas mogącej, gdy my tylko 50.000 wystawić jesteśmy w stanie, jest pomysłem głów, którym piątej klepki brakuje.

Więcej na temat Powstania Listopadowego – już wkrótce…

Powered by WordPress Web Design by SRS Solutions © 2017 To ci historia! Design by SRS Solutions

  • RSS
  • Flaker
  • Twitter
  • Tumblr
  • Facebook
  • GoldenLine
  • Nasza Klasa
  • Wykop