To ci historia!

Blog historyczny, ciekawostki historyczne, sensacje

Wpisy z tagiem: historia

Buty na potem

1 komentarz

Te elegackie balerinki nie służyły do tańca, ale… do różańca.

Zrobiono je w IV lub V wieku n.e. w Egipcie dla zmarłej chrześcijanki wyznania koptyjskiego. Ponieważ śmierć dla chrześcijan nie jest ostatecznym końcem życia, Koptowie starannie przygotowywali zmarłych do nowego życia, po zmartchywstaniu. Szczególnie dotyczyło to dam. Musiały być modnie ubrane i uczesane. Oczywiście, że buty też musiały być do parady. Francuski egiptolog Albert Gayet w XIX w. szczegółowo opisał ubiory zmarłych kobiet koptyjskich: czerwone skórzane buty ze skóry obszyte złotymi aplikacjami, jedwabne pończochy, haftowane lniane koszule, płaszcze, szale jedwabne ozdobione w orły i lwy.

Buty znajdują się od ponad 100 lat w muzeum sztuki Victoria and Albert Museum w Londynie. Mimo, że należą do wyjątkowo dobrze zachowanych, nie można ustalić dokładnej daty ich wykonania. Ale jakie to ma znaczenie wobec wieczności?

We wtorek rano, 13 grudnia 1932 wstrząsnęła Łodzią wiadomość o wybuchu przed gmachem urzędu wojewódzkiego. Po mieście krążyły pogłoski o niezwykle tragicznych skutkach zamachu. Aby powstrzymać rozpowszechnianie niesprawdzonych informacji, władze wydały oficjalny komunikat o poniższej treści:

W dniu dzisiejszym o godzinie 10 minut 20 rano została podrzucona koło urzędu wojewódzkiego niewielka puszka z jakimś materjałem wybuchowym. W pewnym momencie puszka eksploatowała, w wyniku czego została zabita przechodząca ulicą kobieta – żydówka, której nazwiska dotąd nie ustalono, oraz lekko raniona została jedna osoba.
W gmachu urzędu wojewódzkiego naskutek wybuchu wyleciało kilka szyb.
W tym samym czasie ujawniona została w przedsionku magistratu analogiczna puszka z materiałem wybuchowym, która na szczęście nie zdążyła eksplodować.
Znajdująca się na miejscu policja puszkę tę w porę usunęła.
Na miejsce wypadku przybyły niezwłocznie władze bezpieczeństwa oraz sądowe i wszczęły energiczne dochodzenie. Kilka osób w związku z tym wypadkiem zostało przez władze natychmiat zatrzymanych.
Będący w drodze do Warszawy p. wojewoda Jaszczołt natychmiast powrócił do Łodzi.

Szczegóły tragicznego zdarzenia 14 grudnia relacjonował „Głos Poranny”:

Punktualnie o godzinie 10.20 rozległa się w pobliżu pałacu Poznańskich, gdzie mieści się urząd wojewódzki, NIEZWYKLE SILNA DETONACJA. Słychać ją było na ul. Nowomiejskiej, Ogrodowej, Zachodniej i Stodolnianej. W momencie wybuchu wyleciały z brzękiem szyby w kilku oknach parterowych biur województwa.
W tej samej chwili rozległy się PRZERAŹLIWE KRZYKI I JĘKI. Z ust licznych przechodniów wydarł sie niesamowity okrzyk zgrozy. Okazało się bowiem, że na chodniku w odległości 30 metrów od filji urzędu pocztowego, przy ul. Zachodniej, w miejscu, gdzie znajduje się oszklona galerja, dawny ogród zimowy w Pałacu Poznańskich, EKSPLODOWAŁA PUSZKA Z MATERJAŁEM WYBUCHOWYM.
Eksplozji towarzyszył wysoki słup dymu. Po chwili, kiedy gęsty tuman dymu się rozwiał, stwierdzono, że na chodniku leżą dwie kobiety. JEDNA Z NICH BYŁA ROZSZARPANA przez eksplodujący materiał wybuchowy. Druga była ranna w twarz.
Momentalnie nadbiegła policja, która ZAMKNĘŁA CAŁĄ ULICĘ DLA WSZELKIEGO RUCHU i zaalarmowała pogotowie ratunkowe kasy chorych. Po upływie krótkiego czasu przybyły władze bezpieczeństwa i władze sądowo – śledcze.

Po dokonaniu wizji lokalnej oraz przesłuchaniu naocznych świadków zatrzymano 8 osób do dalszych wyjaśnień. Rozpoczęło się intensywne śledztwo, które przyniosło pierwsze efekty już po kilku godzinach. Tego samego dnia udało się ustalić tożsamość zabitej kobiety, mimo, że nie miała przy sobie żadnych dokumentów. Była nią 48-letnia Żydówka – Mindla Filozof, z domu Goldberg. Ustalono, że w feralny wtorek szła ona od strony ulicy Stodolnianej w kierunku Ogrodowej. Gdy znalazła się za urzędem pocztowym, po stronie gmachu województwa, zauważyła na chodniku jakąś paczkę zawiniętą w papier. Podniosła zawiniątko i odpakowała je. Kiedy zobaczyła, że jest to blaszana puszka bez wartości, wyrzuciła ją. W tej samej chwili nastąpił wybuch, który rozerwał kobietę: wyrwał jej wnętrzności i oderwał fragmenty ciała. Eksplozja była tak silna, że skrawione strzępy ciała zbierano w promieniu kilkunastu metrów! Oderwaną rękę odnaleziono kilkadziesiąt metrów od miejsca wybuchu.
Mindla była żoną tragarza Chaima Filozofa. Zajmowała się roznoszeniem po domach nabiału i drobiu. Tragicznego dnia wyszła z domu przy ulicy Zawiszy ok. godz. 7. Zwykle wracała ok. południa. Kiedy nie przyszła na obiad i nie pojawiła się do wieczora, zaniepokojony mąż zgłosił to na policję. Zawezwany do prosektorium, rozpoznał w zabitej swoją żonę.
Drugą poszkodowaną była 20-letnia robotnica Chana Krajka. Została lekko ranna w twarz. Na miejscu udzielił jej pomocy lekarz pogotowia.
Puszkę z materiałem wybuchowym znaleziono również w przedsionku magistratu przy Placu Wolności, skąd prowadziła droga do głównej kasy miejskiej. Na paczkę zawiniętą w biały papier natknął się pod oszklonymi drzwiami pracownik gospodarczy – Kowalski. Mimo, że spod papieru wystawał lont, Kowalski nie zorientowany co trzyma w ręku, zaniósł pakunek do dozorcy urzędu. Ten podejrzewając, że rzecz może być niebezpieczna, dostarczył ją policjantom.
Dochodzenie w celu wykrycia sprawców nabrało tempa, gdy śledczy ruszyli tropem kolporterów ulotek wzywających do gwałtownych wystąpień w obronie zapomóg finansowych dla robotników sezonowych. W kręgu podejrzeń znaleźli się kierownicy kilku co agresywniejszych związków zawodowych.
Okazało się, że w dniu zamachu, wieczorem w lokalu jednego ze związków doszło do bójki i strzelaniny. Policja postanowiła bliżej przyjrzeć się krewkim związkowcom, co rychło doprowadziło ją do sprawców zamachu.
O aresztowaniu zamachowców oraz o szczegółach ich przestępczej działalności – już wkrótce…

Wielki kryzys gospodarczy lat 30 ubiegłego wieku przyniósł plajty, bezrobocie i biedę. Gazety ówczesne pełne były informacji o samobójstwach wśród bankrutów i o nędzarzach wyrzucanych na bruk. Tragedia, którą opisał łódzki „Głos Poranny”, mogła mieć jeszcze inne przyczyny. Wobec milczenia świadków szczegóły życia rodzinnego Wołoszynów pozostały jednak tajemnicą. ["Głos Poranny" 11.12.1932 r. Styl i pisownia - oryginalne]

W domu przy ul. Podmiejskiej 1, za Placem Reymonta rozegrała się wczoraj straszna tragedja rodzinna. Około godziny 4-ej po południu w mieszkaniu Daniela Wołoszyna, znajdującem się na drugiem piętrze frontowej oficyny, rozległy się
trzy kolejno po sobie następujące strzały.
W chwilę potem z mieszkania poczęły wydobywać się rozpaczliwe krzyki i jęki. Przerażeni sąsiedzi nie wiedzieli co czynić. Po chwili jednak zdobyli się na odwagę i wpadli do mieszkania. Oczom ich przedstawił się okropny widok. Na podłodze małego, jednopokojowego lokalu leżeli
brocząc obficie krwią:
mężczyzna i młoda kobieta. Byli to: 49-letni Daniel Wołoszyn i najstarsza córka jego, 21-letnia Elżbieta.
Wołoszyn leżał w ten sposób na podłodze, że głowa jego ukryta była pod starą kanapą, córka jego miała twarz całą zakrwawioną i nie dawała żadnych znaków życia. Obok niej leżał na ziemi rewolwer.
W ciasnej izdebce lamentowały trzy kobiety: żona, młodsza 17-letnia córka głuchoniema, oraz koleżanka Elżbiety Wołoszyn, która wraz z rodziną była świadkiem okropnego wypadku. Zanim sąsiedzi zdążyli wyjaśnić tragedię żona Wołoszyna popadła w omdlenie.
Jednocześnie prawie zaalarmowano pogotowie ratunkowe kasy chorych oraz władze policyjne. Po upływie kilkunastu minut przybyły władze śledcze z nadkomisarzem Weyerem na czele oraz pogotowie. Lekarz skontatował już tylko
śmierć Elżbiety Wołoszyn.
Dwie kule rewolwerowe przeszyły jej głowę, masakrując twarz. Wołoszyn żył jeszcze.
Kula przebił mu skroń
i utkwiła w czaszce. W stanie beznadziejnym przewieziono natychmiast ciężko rannego do szpitala miejskiego św. Józefa, celem poddania operacji.
Władze śledcze przystąpiły niezwłocznie do śledztwa, celem wyświetlenia tła krwawej tragedji.

Redakcja nasza powiadomiona o wypadku, wydelegowała natychmiast swego współpracownika, który zebrał na miejscu następujące szczegóły:
Dom przy ul. Podmiejskiej 1 jest narożnikiem i wejście doń prowadzi przez ulicę Łączną. Na drugiem piętrze we froncie na wprost klatki schodowej znajduje się mieszkanie, w którem rozegrał się tragiczny epizod. Na drzwiach znajduje się pod szkłem bilet wizytowy z napisem „Daniel Wołoszyn”.
Wołoszyn zajmował wraz z rodziną jeden mały pokoik, z którego oddzielono jeszcze kotarą i szafą maleńki korytarzyk. Umeblowanie mieszkania stanowią dwa łóżka, kanapa, szafa i stół. Wołoszynowie
żyli ostatnio w wielkiej nędzy.
Daniel Wołoszyn, niegdyś zamożny człowiek, w ostatnich latach zarabiał na utrzymanie rodziny jako szofer. W ubiegłym roku stracił zajęcie i przez pewien czas otrzymywał zapomogę. Zaciągał długi, robił co mógł, lecz mimo wszystko rodzina żyła w skrajnej nędzy.
Dopiero w bieżącym roku najstarsza córka, Elżbieta, otrzymała w gimnazjum P. Posnera przy ul. Zawadzkiej 1 posadę nauczycielki. Zarabiała niewiele, oddając wszystko na dom. Skromna pensja nie starczyła jednakże na opędzenie
wszystkich potrzeb, tem bardziej, że trzeba było leczyć młodszą córkę, głuchoniemą.
Nieszczęśliwa matka nieraz czyniła wyrzuty swemu mężowi, że nie zarabia, że nie szuka dla siebie zajęcia, że nie dba o dom i rodzinę. Wołoszyn tłumaczył się; kłótnie z żoną nie ustawały.
W ub. tygodniu do mieszkania Wołoszynów
przybył komornik
aby zająć nędzne meble za jakiś dług. Wołoszynowa tak się przejęła tym wypadkiem, że dostała ataku nerwowego.
Na łożu boleści prosiła starszą córkę o to, aby zajęła się młodszą siostrą – kaleką i dała jej utrzymanie.
Elżbieta złożyła przysięgę,
że jak długo żyć będzie troszczyć się będzie o swą siostrę. Wołoszynowa wróciła do zdrowia.
Daniel Wołoszyn atakowany ciągle z powodu nieróbstwa oświadczył rodzinie, że chce opuścić Polskę i wyjechać do Rosji Sowieckiej. Kiedy mu odpowiedziano, że może uczynić co chce, zażądał pieniędzy na wyjazd. Żona oświadczyła mu w odpowiedzi, że może mu dać tylko 20 zł.
Podobno rozmowa ta toczyć się miała właśnie wczoraj po południu. Zdenerwowany Wołoszyn począł krzyczeć, a w pewnym momencie wydobył nagle z kieszeni rewolwer systemu Browning i
strzelił z tyłu do córki.
Elżbieta szyła akurat, rozmawiając z przyjaciółką. Kula zwaliła ją z krzesła na podłogę.
Żona i głuchoniema córka rzuciły się na ojca, chcąc go obezwładnić, lecz w tej chwili Wołoszyn
przystawił lufę rewolweru do własnej skroni,
aby pozbawić się życia. Padł strzał i samobójca runął na podłogę. Elżbieta w kilka chwil potem wyzionęła ducha.
O tej okropnej tragedji krąży jeszcze
inna wersja.
Głosi ona, że denat utrzymywał intymne stosunki ze swą 17-letnią córką. Wiedziała o tem tylko Elżbieta i stale z tego powodu czyniła gorzkie wyrzuty ojcu. Wczoraj, gdy doszło do kłótni młoda nauczycielka miała odkryć całą tajemnicę wobec matki.
Nastąpił skandal i śmiertelne strzały, oddane przez skompromitowanego Wołoszyna.
Toczące się śledztwo ujawni bez sprzecznie prawdziwe tło zbrodni i samobójstwa. W każdym razie
trzeba jedno skonstatować: dominującą rolę w tej smutnej tragedji rodzinnej
odegrała nędza
Władze śledcze, jak się w ostatniej chwili dowiadujemy, usiłowały zbadać dogorywającego Wołoszyna. Lekarze jednak oświadczyli, iż jest on nieprzytomny, tak, że uzyskanie zeznań jest wykluczone. Przesłuchiwanie naocznych świadków zbrodni trwa.
Wołoszynowa odmówiła wszelkich wyjaśnień. Zanosząc się od płaczu, oświadczyła krótko:
- Dajcie mi spokój, ja strasznie cierpię.
****
Daniel Wołoszyn zmarł w szpitalu, nie odzyskawszy przytomności. Zeznania świadków, szczególnie koleżanki zabitej Elżbiety – Maryli Sicińskiej, nie doprowadziły do wyjaśnienia wszystkich przyczyn tragedii….

To mogło wydarzyć się tylko w kraju, w którym brak wyobraźni nazywa się bohaterstwem, a głupotę patriotyzmem. 182 lata temu grupka spiskowców chcąc wyzwolić Polskę od carskiego imperium, rozpętała awanturę wojenną, nie mającą najmniejszych szans powodzenia.

Poniżej: fragment książki Stanisława Szpotańskiego „Powstanie Listopadowe 1830-1831″ wydanej w 1930 r.

…do teatru, gdzie na przedstawieniu znajdował się generał Chłopicki, wszedł podporucznik Dobrowolski i zwróciwszy się do publiczności zawołał:
— Polacy! do broni! Braci naszych Moskale wyrzynają w Łazienkach! Nie czas się bawić! Damy do domów! — Poczem do Chłopickiego:
— Pomagaj nam, generale, teraz czas!
— Zastanów się pan, co pan robisz?!
— Nie czas zastanawiać się, generale.
— Dajcie mi spokój, odparł Chłopicki. I poszedł do mieszkania jednego z oficerów, gdzie całą noc spędził przy fajce, w ten sposób oceniając wybuch:
— Półgłówki zrobiły burdę, mieszać się do tego nie należy. Pomysł walki z Rosją, w 300.000 wojska zalać nas mogącej, gdy my tylko 50.000 wystawić jesteśmy w stanie, jest pomysłem głów, którym piątej klepki brakuje.

Więcej na temat Powstania Listopadowego – już wkrótce…

„Przyjemnie było patrzeć, jak regularnie walczono z obydwu stron i oglądać nad wyraz miły widok: całe pole bitwy usłane martwymi ciałami” - raportował carowi książę Mienszykow.

Dzisiaj łatwo stanąć przed tłumem i obrzucić przeciwnika politycznego epitetami „zdrajcy”, czy „kolaboranta”. Łatwo uznać siebie samego za „prawdziwego” Polaka-patriotę, a niewygodnego konkurenta nazwać sprzedawczykiem – sługusem obcych mocarstw. Dziś takie wystąpienia nie grożą utratą życia, zdrowia, ani nawet majątku. Bywały jednak czasy, gdy Polacy stawali na przeciw siebie z bronią i walczyli ze sobą bez skrupułów, na śmierć i życie. Kto w czasach saskich był „patriotą”, kto „zdrajcą”, to i dzisiaj stwierdzić trudno.

29 października 1706 roku na polach pomiędzy Kościelną Wsią a Dobrzecem (dziś jest to dzielnica Kalisza) odbyła się jedna z największych bitew tzw. III wojny północnej, w której o hegemonię we wschodniej Europie Szwecja walczyła z koalicją sasko-rosyjsko-duńską. Po stronie Szwecji stanęła część polskiej magnaterii niezadowolona w rządów króla z saskiej dynastii Wettin, po stronie saskiej – regularne polskie wojska.
O bitwie czytamy w czasopiśmie „Przyjaciel Ludu” z 1835 roku:

„Roku 1706 w miesiącu Październiku, stał się Kalisz historycznie sławnym, przez bitwę, która w jego okolicach, to jest na lewym brzegu Prosny, między wsiami Biskupice i Kościelna Wieś, zaszła. Ta bitwa, w której wyższość sił Augustowi II zwycięztwo nad Szwedami zapewniła, to miała szczególnego, że ją zwycięzca mimowolnie staczał. Bo już był wszedł w układy z Karolem XII, już był się zgodził na uciążliwe warunki, i podpisany przez siebie traktat już przy sobie nosił: kiedy zniewolony przytomnością wojska rossyjskiego, i w obawie, by tajemne jego negocyacye nie były Menżykowowi [Mienszykowowi] zdradzone, musiał, acz niechętnie, jeszcze raz rozpocząć kroki nieprzyjacielskie; za co później od króla Szwedzkiego jeszcze twardszymi warunkami został obarczony”.

Dziwna była ta kaliska bitwa. Tak naprawdę nie powinno do niej dojść, bo miesiąc wcześniej śmiertelni wrogowie zawarli układ pokojowy. Król szwedzki Karol XII narzucił Augustowi II – królowi Saksonii i Polski – upokarzający traktat, w którym August – wzamian za pokój w Saksonii – zrzekł się polskiego tronu i zgodził wypłacić odszkodowania wojenne. W październiku 1706 powinien już więc Wettin bawić się na swoim dworze w Dreźnie, dopieszczać liczne kochanki i cieszyć, że Szwedzi rabują w tym czasie inne kraje. Tyle, że o tajnym pokoju nie wiedzieli nic sojusznicy: Rosjanie i Polacy pozostający w służbie (jak im się wydawało) legalnego króla. Dla własnego bezpieczeństwa August wolał tej nowiny nie upowszechniać i stoczyć bitwę z prawie 3-krotnie słabszym liczebnie przeciwnikiem.

Dalej „Przyjaciel Ludu” opisuje przebieg walki:

„Szwedzi pod dowództwem generała Mardenfeldta, zasłonieni bagniskami, samem miastem i wozami, stali za pagórkiem: prawem ich skrzydłem dowodził Potocki, wojewoda Kijowski, lewem Xiążę Sapieha, a środkiem Mardenfeldt. Z drugiej strony sam król August II dowodził lewem skrzydłem, prawem xiążę Mężyków [Mienszykow], a środkiem generał Brand. Bitwa zaczęła się o 3-ciej godzinie po południu z taką natarczywością, że lewe skrzydło Szwedzkie wkrótce przełamane poszło w rozsypkę, chroniąc się do obwarowanego wozami obozu: reszta atoli Szwedów broniła się walecznie aż do godziny 6-tej. Król (August II) sam kilka razy uderzał na czele swej kawaleryi: lecz zawsze ze stratą cofać się musiał, ponieważ piechota Szwedzka stała jak mur i celnie strzelała. Szwedzi przypisują przegraną zmienności wojsk polskich, z nimi połączonych, a które w czasie bitwy do Augusta przeszły: a tak zostało się tylko na placu 4000 Szwedów, którzy przeciwko poczwórnej sile, aż do ciemnej nocy mężnie sie bronili, nieraz nawet ze stratą nieprzyjaciela, i kilka dział mu zabrali; atoli w ciemności zbyt daleko zapuściwszy się, podzieleni na małe oddziały, od przeważnej liczby nieprzyjaciół otoczeni, poddać się musieli. Znaczną zatem ponieśli klęskę. Sam Mardenfeldt, półkownicy Muller i Horn z wielu officerami dostali się w niewolą; artylerya, chorągwie, i wszystkie bagaże zdobyte. Miasto samo wiele wtedy ucierpiało: część znaczna Kalisza wraz z kościołem św. Mikołaja spłonęła.”

O kaliskiej „bitwie narodów” pisał też w swoich pamiętnikach Krzysztof Zawisza – wojewoda miński:

„August 29 października atakował Mardefelta pod Kaliszem, zuchwale cały dzień i całą noc w szyku czekającego. Miał August Moskwy z Mężykowem 16000: wszystko jazdy, Sasów 6000, koronnego wojska z dywizyą Szmigielskiego i Rybińskiego 10000, Kozaków i Kałmuków 6000. Razem 38000. Z Mardefeltem generałem szwedzkim było 4000 szwedów, koronnej milicyi 6000, Litewskiej 3000. Razem 13000. Długo się bili i w ciągłym ogniu trwali. Wreszcie przemogła liczba. Jazda tak szwedzka jako polska uszła. Piechoty na placu legły. Generała wzięto, także przy nim pułkowników: Horna, Marszalla, Millera i innych; wojewodę kijowskiego Potockiego wzięto, który mógłby się schronić, ale żony i dzieci które były w Kaliszu odstępować i porzucić nie chciał. A tak zwycięztwo pierwsze przy Auguście. Saskie duchy podnieśli głowy.”

Bitwa była to dziwna również z innego powodu. Przez kilka popołudniowych godzin morderczą walkę toczyło w pobliżu Kalisza około 50000 ludzi, około 5000 zginęło. Miasto Kalisz zostało złupione i częściowo spalone, ale pamięć o tym fakcie jakby gdzieś przepadła w mrokach dziejów. Dopiero kilka lat temu zaczęto interesować się przebiegiem i skutkami bitwy oraz badać teren pobojowiska. Okazało się, że kopiec w którym pochowano zabitych był od dawna rozgrzebywany przez poszukiwaczy skarbów i podorywany przez rolników, a szczątki poległych roznoszone po polach przez psy…

Korzyść z tej bitwy odnieśli tylko zwycięscy żołdacy: sascy, kozaccy, kałmuccy i … polscy, którym przypadły w udziale łupy znalezione w szwedzkich i polskich taborach, w mieście oraz zabrane pokonanym: zarówno tym poległym, jak i żywym…

Pobitewną grabież opisał (za rzekomo naocznym świadkiem) Józef Kraszewski w „Dziejach Polski za Sasów”

„…Bezbożnie obchodzili się Sasi z Polakami obdzierając ich – pisze współczesny świadek. Panu Łosiowi, sędziemu lwowskiemu, rotmistrzowi pancernej chorągwi, obnażywszy go do koszuli, gdy sygnetu kosztownego z palca dać im nie chciał, czy też nie mógł, a saski żołnierz do owej obdzierania bezbożnej dramy komenderowany, postrzegł u niego ów sygnet, chciał mu go z palcem urżnąć i już go bagnetem ciął, gdyby Łoś na jenerała Brandta nie zawołał o salwowanie…a jednak sygnet musiał dać.”

XIX-wieczny historyk Kazimierz Jarochowski poświęca na opis kaliskiej „bitwy narodów” kilka stron swej pracy „Z czasów saskich spraw wewnętrznych, polityki i wojny”. Nazywa to tragiczne wydarzenie „krwawą komedią” z uwagi na dwulicowe postępowanie Augusta II, który wcześniej zrezygnował z polskiego tronu w zamian za wolność Saksonii od Szwedów.

„Przez cały miesiąc odgrywa król wobec najwierniejszych, najoddańszych sobie Polaków, jak prymasa Szembeka, jak brata jego podkanclerzego, oburzającej hipokryzyi komedyj. „Wolę Saxonię stracić, niźli korony odstąpić; wolałbym gdybym miał przyjść do tego nieszczęścia w jednym kącie polskim, niźli w saskich umierać delicyach,” — otóż słowa, jakie z ust Augustowych słyszeli jego stronnicy przez miesiąc po bitwie Kaliskiej w Warszawie. „W wilią św. Andrzeja” zakommunikował podkanclerzemu Szembekowi, iż „jego ludzie coś pomimo jego woli w Saxonii zrobili” i że dla tego nazajutrz do Saxonii wyjeżdża. Wyjechał też istotnie ; w kilka dni później przeniknęła tajemnica Altranstadtu ku ogólnemu zgorszeniu do Polski….”

No właśnie, a Polska? Po tej augustowej farsie, zwróciła się znów w stronę anty-króla Leszczyńskiego i jego szwedzkiego chlebodawcy. Zupełnie niepotrzebnie, bo niespełna 3 lata po kaliskiej „bitwie narodów” potęga militarna Karola XII zostanie rozbita w pył przez Rosjan. Na tron polski wróci elektor saski.

Jak w takiej politycznej kołomyji można było zachować przyzwoitość, jak rozumieć interes Rzeczypospolitej, która od dziesięcioleci pogrążała się w chaosie i rozłaziła się jak stare prześcieradło…? Kto Polak, kto wróg, kto przyjaciel? Od Sasa do Lasa.

Autorzy obelisku stojącego przed cmentarzem komunalnym w Kaliszu, chcąc upamiętnić bitwę, nie wdawali się w szczegóły. Przyznali historyczną rację Polakom stojącym po stronie króla saskiego. Na tablicy nawet nie wspomniano o tym, że wojska koronne były tylko wsparciem dla Rosjan i Niemców, ani że po stronie Szwedów również walczyli nasi rodacy. Przecież nie mniej patriotyczni i nie mniej bohaterscy…

Powered by WordPress Web Design by SRS Solutions © 2018 To ci historia! Design by SRS Solutions

  • RSS
  • Flaker
  • Twitter
  • Tumblr
  • Facebook
  • GoldenLine
  • Nasza Klasa
  • Wykop