To ci historia!

Blog historyczny, ciekawostki historyczne, sensacje

Wpisy z tagiem: kalisz

Ziemianin – przedsiębiorca to w świadomości Polaków była postać podejrzana. Jeszcze dziś spotyka się opinie, że kogoś kto liczył zyski i straty, a nie walczył o niepodległość z bronią w ręku, nie można nazwać patriotą.

Wolałbym z lichem dawne ubóstwo nasze, trochę nawet starego nieładu, a większe zasoby ducha, a gorętsze serca, a silniejsze uczucia. Niech mi nikt nie dowodzi, że można być najlepszym gospodarzem, agronomem, spekulantem, przemysłowcem i najczulszym a najpoetyczniejszym z ludzi. To są podobno żywioły, które z sobą nigdy w parze chodzić nie będą.

Przerobi się świat na wielki kantor gospodarsko-industrjalno-komersyjny, ludzie na komisantów, książki na regestra, życie na rachubę podwójną przez habet i debet… i zapewne… komuś z tém będzie dobrze, ale nam starszym i leniwego umysłu ludziom, tęskno za szaraczkową przeszłością naszą!!

Józef Ignacy Kraszewski w powieści „Choroby wieku” z 1856 roku trafnie przedstawiał rozterki Polaków połowy XIX wieku. Stawiał tezę o podstawowej sprzeczności między wartościami duchowymi, rzekomo wyższymi, a rozwojem gospodarczym. Modernizacja gospodarki wiejskiej oraz aktywność w przemyśle i finansach rzekomo miały być sprzeczne z charakterem narodowym Polaków. Porządek, solidna kalkulacja, efektywne działanie, poprawianie materialnego bytu – obce polskiej tradycji. W opinii wielu wręcz zagrażały istnieniu narodu, który zbyt upodabniał się do Niemców czy Holendrów. Stąd wynikały uprzedzenia i zła sława przedsiębiorczych Polaków, którzy otwierali zakłady przemysłowe, przetwórnie płodów rolnych, zajmowali się handlem czy udzielali pożyczek. Dotyczyło to w szczególności ziemian, którzy mieli być ostoją tradycyjnych wartości.

jablkowski-jozef

Okres po rozbiorach jest u nas postrzegany jako czas tragicznych w skutkach powstań narodowych. Ale były to również dziesięciolecia postępu technicznego, narodzin przemysłu i masowej komunikacji. Także na ziemiach polskich pod zaborami rozwijała się myśl ekonomiczna i powstawały podwaliny nowoczesnej gospodarki. Produkcją i handlem zajmowali się nie tylko obcy: Niemcy, Czesi czy Żydzi. Także Polacy. Jednemu z takich ludzi poświęcona była niedawna prelekcja w Muzeum Okręgowym w Sieradzu. Należał z pewnością do pionierów modernizacji wsi oraz prekursorów polskiej przedsiębiorczości. O dziewiętnastowiecznym wizjonerze biznesu, Józefie Jabłkowskim opowiadała jego praprawnuczka Monika Jabłkowska.

Jabłkowscy herbu Wczele pochodzą z Jabłkowa w powiecie wągrowieckim. Pierwszy datowany zapis z 1399 roku dotyczy Wczelicza z Jabłkowa.  Do województwa sieradzkiego rodzina przybyła około 1710 roku. W 1715 roku Wojciech Jabłkowski kupił od Psarskich dobra Smaszków pod Błaszkami za 12 tysięcy 200 zł polskich. W lipcu 1728 roku sprzedał tę wieś Michałowi Wargawskiemu. Znaczącą postacią w rodzinie był starosta zgierski, a od 1744 podstoli sieradzki – Ludwik Jabłkowski  urodzony około roku 1690 – właściciel Orzeżyna. Dwukrotnie żonaty: najpierw z Marianną Rupniewską, potem Joanną z Lipskich. Umarł około 1750 roku. Jego syn z pierwszego małżeństwa – Jan Jabłkowski, cześnik szadkowski sprzedał Orzeżyn za 67 tysięcy złotych w roku 1781 Zbierzchowskiemu. Druga żona Ludwika – Joanna po jego śmierci wyszła w 1752 roku powtórnie za mąż za właściciela Cielc Mateusza Zarembę Cieleckiego. Potem Cielce przeszły na własność Jabłkowskich. Według „Regestru Diecezjów” Franciszka Czaykowskiego, czyli rejestru właścicieli ziemskich w Koronie w latach 1783-84, wieś należała już wtedy do Jabłkowskiego, nieznanego z imienia. Inne źródło podaje, że Cielce nabył ojciec Józefa – Ignacy Jabłkowski (ok. 1790-1834) od Felicjana Otockiego herbu Dołęga dopiero w 1806 roku. Jabłkowscy byli również właścicielami m. in. majątku Wola Krokocka i Krokocice, kupionego w 1780 od Walewskich.

jablkowski-dwor_0

16 sierpnia 1817 roku w dworku w Cielcach przyszedł na świat Józef Antoni Jabłkowski , syn Ignacego i Zuzanny z d. Kożuchowskiej. Przyszły przedsiębiorca otrzymał staranne wykształcenie. Posługiwał się pięcioma językami. Poza polskim i rosyjskim, również francuskim, niemieckim i angielskim. Uczęszczał do Szkoły Tymczasowo – Wydziałowej na Lesznie w Warszawie. Miała ona siedzibę w pałacu Działyńskich, który obecnie znajduje się przy alei Solidarności 74. Młody Jabłkowski zamieszkał na stancji pułkownika Józefa Paszkowskiego. Ten uczestnik kampanii rosyjskiej Napoleona, wykładowca szkół wojskowych i powstaniec listopadowy w roku 1833 otrzymał zezwolenie na prowadzenie pensji męskiej dla kilku chłopców. Mieściła się przy ulicy Świętokrzyskiej i działała przez 13 lat. Wykładali w niej znakomici profesorowie zamkniętego po powstaniu Uniwersytetu Warszawskiego. W programie nauczania i wychowania były coroczne wycieczki po kraju, które prowadził Paszkowski. Pokazywał młodzieży kopalnie i zakłady metalurgiczne w Olkuskiem oraz fabryki włókiennicze w Łodzi, Zgierzu, Zduńskiej Woli. Być może Jabłkowski był ich uczestnikiem i stąd wzięło się jego zainteresowanie przemysłem.

jablkowski-dzialynski-palace

Po ukończeniu szkoły w Warszawie wyjechał do pruskiego Wrocławia, gdzie w latach 1836-39 studiował prawo i agronomię na Królewskim Uniwersytecie zu Breslau. Potem wrócił do Cielc i objął majątek po ojcu. Cielce stały się poligonem doświadczalnym Józefa – reformatora i przedsiębiorcy. Jabłkowski należał do szczupłego grona posiadaczy ziemskich w Królestwie , którzy gospodarzyli nie z obowiązku wobec rodzinnej tradycji, ale dla rozwoju majątku. Gospodarstwo rolne uważał za taką samą działalność,  jak każde inne przedsiębiorstwo, które może dobrze prosperować, jeśli jest właściwie zarządzane. Aby poprawić wydajność pracy folwarku, w 1846 roku przeprowadził oczynszowanie chłopów.

Oddał włościanom ziemię w wieczyste użytkowanie wzorując się na hrabim Andrzeju Zamoyskim (1800-1874), przywódcy reformatorskiego obozu ziemiańskiego. Najważniejszym punktem programu Zamoyskiego była „praca organiczna”. Aby pobudzić naród polski do „życia”, konieczne było wyrwanie Polaków z apatii i nauczenie pracowitości. Dlatego pierwszą rzeczą, którą uczynił Zamoyski po przejęciu rodzinnych dóbr, było zniesienie pańszczyzny i przeprowadzenie oczynszowania chłopów, oparte na długoletnich dzierżawach. W tym kierunku poszła też reforma Jabłkowskiego w dobrach cieleckich. Każdy czynszownik otrzymał ziemię w użytkowanie, a na własność zagrodę, narzędzia i zwierzęta gospodarskie. Zawierano umowy czynszowe, czasowe lub wieczyste, zabezpieczone hipotecznie. Dla bezrolnych przewidziane były dzierżawy. Na wypadek nieurodzaju stworzono rezerwę zbożową. Chłopi mogli otrzymać także pożyczkę na zagospodarowanie. Przy drodze do Tomisławic powstało dla czynszowników całe osiedle czteroizbowych murowanych domków z ogródkiem.

Jabłkowskiemu bliskie były idee pozytywistyczne, które rozkwitły w Polsce dopiero po powstaniu styczniowym. Podstawy pod przyszłe zmiany w świadomości elit polskich tworzyło czasopismo „Roczniki Gospodarstwa Krajowego”. Mocno propagowało ono konieczność postępu w rolnictwie. Poprawa efektywności gospodarowania miała prowadzić do podniesienia poziomu życia i wzmocnienia poczucia wspólnoty wśród całej społeczności.  Służyć temu miał m. in. rozwój przetwórstwa płodów rolnych oraz szerzenie oświaty na wsi. Jabłkowski od 1858 roku należał do prezydium sekcji ogólnej „Roczników”.

jablkowski-rsp

Pod zarządem Józefa majątek Cielce systematycznie wzrastał. W 1850 roku obejmował już około 1660 ha i kilka wsi, w tym Tomisławice, Krąków i Zielęcin. Z pozytywistycznego programu postępowego ziemiaństwa wprost wynikało założenie przez Jabłkowskiego cukrowni w Cielcach.

Gazeta Codzienna w styczniu  1852 roku informowała:

We wsi Cielcach pow. Kaliskim, założona została nowa fabryka cukru z buraków, należąca do W. Józefa Jabłkowskiego; znakiem fabrycznym do znaczenia wyrobów z tej fabryki, będzie pieczęć okrągła z napisem na około „fabryka cukru w Cielcach” a w środku litery J. J.

Do zarządzania cukrownią właściciel zaangażował polskie kierownictwo i , aby zapewnić rozwój fabryki, 33 procent udziałów przekazał jej administratorowi. Dla ułatwienia transportu wyrobów zbudowano kolej wąskotorową łączącą Cielce ze stacją kolei Warszawsko-Kaliskiej w Kociołkach (Błaszki). Zakład początkowo produkował rocznie mączkę cukrową o wartości od 58 000 do 64 000 rubli i zatrudniał około 80 osób. Po kilku latach zatrudnienie wzrosło do 150. Przy fabryce powstała kolonia mieszkalna dla pracowników. Mieli oni wolne niedziele, co w ówczesnym przemyśle nie było normą. Według niektórych źródeł  działalność przemysłowa Józefa Jabłkowskiego zaczęła się wcześniej, już w roku 1848. Miał wtedy uruchomić w dobrach Ralewice fabrykę szklaną. Prawdopodobnie chodzi o małą hutę szkła, zamkniętą w 1877 roku. Z braku drewna, jak podaje podaje Słownik Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich.

jablkowski-wagon

Chęć do pracy organicznej spowodowała powołanie w 1852 roku szkółki powszechnej. Nielegalne, bo bez oficjalnego pozwolenia władz. Dzięki łapówkom dla carskich urzędników szkoła mogła funkcjonować i nauczać wiejskie dzieci. Musiała mieć niezły poziom, skoro Jabłkowscy posyłali tam także własne potomstwo. W szkolnictwo Józef zainwestuje jeszcze dwadzieścia lat później. W Kaliszu w roku 1873 przy ówczesnej ulicy Nadwodnej (dziś Parczewskiego) z jego inicjatywy powstała prywatna szkoła realna, znana później jako szkoła Pawłowicza. Ukończyło ją czterech synów Józefa.

Tymczasem Jabłkowski otwierał kolejne przedsięwzięcia. W 1860 roku z dwoma wspólnikami założył Dom Handlowo-Komisowy Rolników Kaliskich. Powołana na 6 lat spółka zajmowała się komisową sprzedażą artykułów rolnych i innych m. in bawełny, cukru, tkanin, metali i wyrobów kolonialnych. Także sprowadzaniem wszelkich towarów na zamówienie oraz działalnością bankową. Firma posiadała filie w Koninie, Kole i Sieradzu. Gwarantowała wspólnikom wypłacanie corocznej 5-procentowej dywidendy.

Dom Handlowo-Komisowy przetrwał powstanie styczniowe i po 6 latach zakończył działalność. W jego miejsce ci sami wspólnicy w 1866 roku  powołali do życia w Kaliszu Dom Handlowo – Komisowy Jabłkowski, Radoliński, Skupieński i S-ka, z kapitałem 150 tysięcy rubli w akcjach sturublowych. Nowa spółka miała poszerzony zakres działalności finansowej, o kredyty osobiste, lokaty terminowe, rachunki na żądanie. Miała też skupować udziałów innych firm oraz nabywać lasy do odsprzedaży. Przez 9 lat działania „Dom” wypłacał rocznie 8-9 procent dywidendy.

jablkowski-akcje

Jednak najgłośniejszym biznesem, w którym miał udziały Józef Jabłkowski była spółka akcyjna budująca Drogę Żelazną Fabryczno-Łódzką z Koluszek do Łodzi. W lecie 1865 roku zawiązało się pod kierownictwem Jana Blocha, znanego bankiera i współinwestora kolei w Rosji, towarzystwo złożone z bankierów i przedsiębiorców. Oprócz Jabłkowskiego znaleźli się w nim Augustyn Repphan, Maurycy Mamroth, Edward Frankenstein, Matyas Rozen i Karol Scheibler. Kapitał towarzystwa wyniósł 1 250 000 rubli i był podzielony na 12 500 akcji sturublowych. Józef Jabłkowski objął akcje założycielskie na sumę 250 tys. rubli (20% kapitału) i wszedł do rady zarządzającej. W gronie założycieli był jedynym ziemianinem i jedyną osobą pochodzenia polskiego. W lipcu 1865 roku Towarzystwo otrzymało zezwolenie na budowę linii kolejowej. 14 sierpnia podpisano umowę i zatwierdzono statut Towarzystwa, które uzyskało koncesję na eksploatację linii przez 75 lat. Prace rozpoczęto 1 września, a już 18 listopada 1865 roku zakończono roboty torowe. Kolej o długości 25,5 wiorst (ponad 27 kilometrów) powstała w niespełna 3 miesiące. Pierwszy pociąg wjechał oficjalnie do Łodzi 19 listopada 1865 roku.

dw-fabryczny

Kolej fabryczno-łódzka była linią bardzo dochodową. Udział w przedsięwzięciu tej rangi dawał zabezpieczenie finansowe dla rodziny Jabłkowskich na pokolenia. Niestety, wkrótce przyszła katastrofa, która zniweczyła wszystkie dotychczasowe osiągnięcia biznesowe Józefa Jabłkowskiego. W 1876 umarł bezpotomnie jeden z akcjonariuszy spółki Dom Handlowo-Komisowy, Roman Radoliński. Jego spadkobiercy bezpodstawnie oskarżyli pozostałych wspólników o ukrywanie majątku. Józef Jabłkowski i Antoni Skupieńskizostali aresztowani, a spółka postawiona w stan upadłości.

O sprawie donosił w maju 1877 roku Kurjer Warszawski:

Otrzymujemy wiadomość dotyczącą regulacji interesów kaliskiego domu handlowego „Jabłkowski, Radoliński, Skupieński i S-ka”, którego upadłość wyrokiem sądu okręgowego z dnia 26-go marca r. b. uznaną została, iż wyznaczeni dwaj kuratorowie masy — w dniu 12-tym kwietnia dokonali opieczętowania kantoru i składów upadłego domu, a następnie jeden z kuratorów udał się dla dopełnienia tejże czynności w majątkach: Zborowie, Żelazkowie, Cielcach, Krakowie, Tomisłowicach, Zichcinie, oraz Piątku małym, Zernikach, Karnowie, Dąbrowie, Łychowie i Młyniskach. Obecnie kuratorowie pracują nad sporządzeniem bilansu na zasadzie ksiąg i rachunków handlowych, do czego zbierane są też informacje od upadłych dłużników.

jablkowski-reklamaJózef spędził dwa lata w więzieniu i, mimo późniejszej rehabilitacji, stracił cały majątek. W wyniku licytacji sprzedano wszystkie nieruchomości i dobra ziemskie Jabłkowskich. Po uwolnieniu z więzienia Józef z rodziną przeprowadził się do Warszawy, gdzie podjął pracę u znanego fabrykanta Wilhelma Raua. Ostatnie lata życia przepracował jako inspektor fabryk metalurgicznych. W tym czasie podjął jeszcze jedno przedsięwzięcie, które miało kolosalne znaczenie dla jego potomków. Podczas zjazdu rodzinnego na początku lat 80-tych powołał związek rodowy Spójnia mający wspierać jego dzieci w trudnych sytuacjach i mobilizować do rozwoju zawodowego. Był to rodzaj kasy zabezpieczającej, do której pieniądze wpłacali zarabiający członkowie rodziny. Dzięki tym funduszom w roku 1884 rodzina założyła przy ulicy Widok 6 sklep z galanterią dla Anieli, najmłodszej córki Józefa. Cztery lata później przeniesiono go do lokalu przy ulicy Hożej 8. Były to początki słynnego z elegancji Domu Towarowego „Bracia Jabłkowscy”, znaku firmowego międzywojennej Warszawy. Oddany w 1914 roku siedmiokondygnacyjny budynek, projektu Karola Jankowskiego i Franciszka Lilpopa, był w owym czasie jednym z najnowocześniejszych w stolicy. Przetrwał dwie wojny i doczekał likwidacji firmy w roku 1950.

Józef Antoni Jabłkowski zmarł 4 maja 1889 roku w Warszawie. Jego syn, Józef Jabłkowski junior zlecił opracowanie szczegółowego życiorysu ojca, jako lektury dla kolejnych pokoleń rodziny. Firma „Dom Towarowy Bracia Jabłkowscy”, zlikwidowana przez władze komunistyczne, została po latach reaktywowana i w 2013 roku odzyskała swój budynek przy ulicy Brackiej 25.

Cywilizacja teraźniejsza zaślepia nas, nie dając rozpoznać granicy, gdzie kończy się rozumna zapobiegliwość i postęp rozsądny, a poczyna szał handlarski, spekulacyjny i zupełne zmaterializowanie ludzkości. (…) Nigdzie jeszcze równolegle postęp materialny nie sprowadził za sobą rozwinienia i spotęgowania moralnego – chleb będzie, ale serc nie stanie…

- dywagował Józef Ignacy Kraszewski w powieści „Choroby wieku”. Słynny pisarz, pokrzepiciel polskich serc, zapomniał jednak przekazać rodakom pewnej ważnej maksymy, aktualnej do dziś:

Dlaczego biednyś? Boś głupi. Dlaczego głupiś? Boś biedny…

Żadne czarowanie duchem i potęgą moralną nie ma sensu, gdy pusto w portfelu i do garnka nie ma co włożyć… I nie wypada przy tym usprawiedliwiać się lenistwem umysłowym, albowiem, jak mawiał słynny fraszkopisarz:

Głupota nie zwalnia od myślenia…

* * *

20634070_1820394248273186_7302553973641183232_n

Historię XIX-wiecznego wizjonera biznesu – Józefa Jabłkowskiego, przedstawiła jego praprawnuczka Monika Jabłkowska z Warszawy. Wraz z nią do Muzeum Okręgowego w Sieradzu 3 sierpnia 2017 roku przyjechały dwie prawnuczki wizjonera biznesu: Ewa Mackiewicz i Teresa Tymieniecka, obie Jabłkowskie z domu.

Czternastoletni Adam Asnyk spotkał szesnastoletnią Walerię i, jak to się zdarza u młodych poetów, zakochał się bez pamięci…

Ja ją kochałem – tak mi się zdaje -
Bo cudną była w szesnastej wiośnie
Umiała patrzeć na mnie miłośnie
I rwać mi serce w nadziemskie kraje
A więc w jej oczach pełnych tęsknoty
Tonąłem wzrokiem i tak na jawie
Śniłem o różach, które ciekawie
Ponad jej włosów wybiegły sploty
Tak, że je zrywać ustami chciałem
I byłbym przysiągł, że ją kochałem…

Tak w „Legendzie pierwszej miłości” po latach znany poeta Adam Asnyk* opisywał swoje uczucia do Walerii. A wszystko zaczęło się w Kalinowej** w tajemniczym dworze państwa Szrubarskich, gdzie w 1852 roku młody Adam spędził święta Wielkanocne. Pięknie położony w centrum parku, otoczony fosą, kalinowski dwór stał się niemym świadkiem pierwszych uczuć młodego poety.

W 1847 roku rejent kaliski Kancelarii Ziemiańskiej, Piotr Paweł Szrubarski kupił dobra Kalinowa, Gorzałów i Kokoszki. Rejent Szrubarski był przyjacielem Kazimierza i Konstancji Asnyków oraz ojcem chrzestnym ich syna Adama Prota. Znał się również z Janem Nawrockim, który był patronem***, najpierw przy Sądzie Pokoju, a następnie przy Trybunale Cywilnym w Kaliszu.

kalinowa01

W „Biesiadzie Literackiej” w 1902 roku Zofia Sokołowska tak opisała spotkanie w Kalinowej:

Czternastoletni chłopiec zaproszony na Święta Wielkanocne na wieś do Kalinowej, należącej kalisz-asnykwówczas do państwa Szrubarskich, poznał pannę Walerię N. (Nawrocka), która także zjechała tam z rodzicami. Szesnastoletnie dziewczę miało umysł bardzo rozwinięty i łączyło inteligencję z porywającym wdziękiem. (…) Asnyk zakochał się w niej od razu i zaczął snuć różaną przędzę marzeń, które rzeczywistość miała potargać okrutnie.
Uczucie jego nie mogło uzyskać wzajemności, wiadomo bowiem jakim okiem dorosła panienka, dumna z pierwszej długiej sukni, patrzy z wysokości lat szesnastu na młodszego od siebie chłopca w szkolnym mundurku. Bawili się jednak doskonale z sobą, gdyż panna Waleria, wesoła z natury zapominała o swojej nowej godności, z Asnyka zaś był wielki urwis, który wdzierał się na najwyższe drzewa, przeskakiwał przez rowy, płoty…

Państwo Asnykowie wiedząc o miłości syna i znając zalety panny Walerii, pragnęli mieć ją za synową. Marzyli, żeby za uzbierane pieniądze, do których dołączyłby posag panny, kupić dla nich wieś, tą samą Kalinową, w której się poznali. Waleria Nawrocka jednak w 1856 roku wyszła za mąż  za Stanisława Skoniecznego. Adam Asnyk podczas ślubu był w kościele. Jakie musiał przeżywać męczarnie widząc swoją ukochaną w białej sukni, przysięgającą miłość i wierność innemu mężczyźnie…?

… Pytałem siebie, czy jestem godnykalinowa_1912_lipiec_wies_ilus
Takiej miłości czystej, łagodnej.
Lecz czułem tylko, że byłbym dla niej
Gotów me życie poświęcić w dani
I byłbym rzucił wszystko — gdy trzeba,
I poszedł za nią prosto do nieba,
I byłbym poszedł za nią do piekła…
Gdyby nie… była z drugim uciekła…

Autor: Zbyszek Ciszewicz – Kalinowa nasza mała Ojczyzna

* * *

* Adam Prot Asnyk – poeta i dramatopisarz, podpisujący się jako Jan Stożek lub El…y, urodził się 11 września 1838 w Kaliszu. Po miłosnym zawodzie z Walerią, długo nie mógł znaleźć odpowiedniej kandydatki na żonę. Ożenił się dopiero w 1875 roku z Zofią Kaczorowską. Rok później Zofia umarła w połogu, zostawiając mu syna Włodzimierza. Poeta zmarł 2 sierpnia 1897 w Krakowie. Został pochowany w Krypcie Zasłużonych na Skałce w Krakowie.

** Kalinowa wieś w województwie łódzkim, w gminie Błaszki. W miejscowym dworze, według tradycji, toczyła się akcja opery „Straszny dwór” Stanisława Moniuszki. We wsi znajduje się również jeden z najcenniejszych zabytków  w powiecie sieradzkim – gotycki kościół św. Marii Magdaleny, ufundowany przez Jana Zarembę w latach z 1465-1468.

*** Patron to oficjalna nazwa obrońcy publicznego przy trybunale (sądzie) cywilnym w XIX wieku. Dom Nawrockich mieścił się przy Alei Józefiny (dziś Aleja Wolności 13) i stanowił część budynku sądu.

W sierpniu 1914, w pierwszych dniach wielkiej wojny, niemieckie wojska zbombardowały i spaliły Kalisz. Miasto bezbronne, opuszczone przez wojsko rosyjskie. Do dziś nie udało się ustalić prawdziwej przyczyny tego barbarzyństwa. Poniższa relacja świadka wydarzeń została opracowana na podstawie cyklu artykułów w łódzkim dzienniku „Rozwój”, opublikowanym w 1918 roku. Mikołaj Kostenko [Kostienko] był przed wojną pomocnikiem komisarza cyrkułu, a po wyjściu Rosjan został naczelnikiem miejskiej policji. Kostenko odmówił współpracy z niemieckim komendantem. Aresztowany w czwartek 6 sierpnia wraz ze współpracownikiem, Cieślakiem, stanął przed sądem wojennym…
* * *
Śledztwo w sprawie wypadków kaliskich rozpoczęło się już wcześniej. Jego rezultatem było rozstrzelanie owych kilkunastu pod wiatrakiem. Były już pewne papiery. Na śledztwie tym zeznawał i dr. Dresser, który nakładał opatrunki i wyjmował kule z ciała mniej rannym. Dowiódł on, że niektóre kule w ciałach żołnierzy pochodziły z mauzerów, niektóre zaś były karabinowe.
Na śledztwie powiedziano mu, że to wykluczone, aby zabłąkana kula karabinowa mogła zabić żołnierza. Dr. Dresser natychmiast po śledztwie Kalisz opuścił, udając się w stronę Warszawy.
Po dokładnym przesłuchaniu odesłano Kostenkę i Cieślaka do Poznania. Zawiązano im znów oczy i popędzono na dworzec. Tu wpakowano ich do wagonu, gdzie zdjęto im opaski. Warta składała się z czterech żołnierzy i podoficera, który trzymał w ręku szablę obnażoną i rewolwer. Była to już godzina siódma wieczór. Od rana nie mieli nic w ustach, wargi i gardło zaschło tak, że Cieślak już przed sądem nie mógł słowa wymówić, bo język mu zdrętwiał. Dokonano koło nich tak ścisłej rewizji, że kazano im zdjąć obuwie i kamizelki, które zabrano do poprucia. Kiedy w wagonie znów odezwał się Cieślak, pytając dokąd jadą, to podoficer przyłożył mu szablę do twarzy i krzyczał, że jeśli się jeszcze raz odezwie, to mu język utnie… Przywieziono ich do Poznania i umieszczono w więzieniu, pod silną strażą. Na jednej tylko stacji otrzymali po filiżance kawy.

Kalisz-dworzec

Dworzec kolejowy w Kaliszu – przed I wojną

 

A teraz oceńmy psychiczne walki tych ludzi, którzy od 9 rano do 7 wieczór przepędzili czas z zawiązanymi oczyma. Widzieli oni już takich w Kaliszu, których wiedli pod wiatrak i rozstrzeliwali. Mieli tak samo zawiązane oczy. Szli w tą samą stronę i stali u tego samego wiatraka.
Przyjazd niespodziewany samochodu, był, jak utrzymywali sami, dla nich ratunkiem. Przynajmniej na razie! Jadąc jednak w towarowym wagonie sądzili, że jadą dalej pod tym samym zarzutem. Czekali końca przez 10 z górą godzin i w Ostrowie jeszcze nie byli pewni, że przekonali władzę o swojej niewinności. Że w tych papierach jest już może zapisany wyrok śmierci.
- Z każdą godziną jednak – mówił Kostenko – człowiek coraz bardziej drętwiał. Już własna osoba nie wchodziła w grę. Przed oczyma stała tylko osierocona rodzina.
W więzieniu przyjęto ich dosyć uprzejmie.
- Jutro pójdziecie na szubienicę – mówił z ironią uradowany dozorca. Nie powtarzał tego tylko im. To był zwykły jego komplement dla wszystkich tu przybywających, ale o tym nikt z nowoprzybyłych nie wiedział.
- Już tu kilkunastu powiesili – mówił dalej – I was tu niedługo potrzymam.
Zdenerwowanie i wyczerpanie tak jednak bardzo ich ogarnęło, że rzuciwszy się na pryczę drewnianą natychmiast zasnęli. W nocy obudzono ich i zabrano im do rewizji palta i rzeczy. Potem trudno już było zasnąć.
Kostenko był żonaty z poddaną niemiecką, więc umiał trochę po niemiecku. Zażądał adwokata, ale żaden przyjść nie chciał. Podobno palestra tych spraw początkowo nie miała bronić.
- Zaczęto opróżniać Poznań, więc więźniów wysłano do obozu w Hafelbergu*. W Hafelbergu z początku straszne panowały stosunki. Zagnieździła się okropna zaraza ; w starym obozie ludzie marli, jak muchy; z trzech tysięcy osób wymarło dwie trzecie. Pocieszał katolików ksiądz, który bardzo słabo mówił po polsku. Zalecał cierpienia ofiarować Bogu. Czasami wyprowadzał na cmentarz zwłoki i wtedy pocieszał strapionych w ten sposób: „Moi mili, kochani bracia, jeden z was odszedł, ale to nic, nie smućcie się bardzo, bo i wy tam pójdziecie”. Potem wracał do obozu i sprzedawał różańce i koronki.

plan1914

Mapa zniszczeń w Kaliszu

Cieślaka uwolnili i pozwolili mu wrócić po 9 miesiącach do Kalisza. Kostenkę wysłano do Celle**. Główna strzelanina w Kaliszu zaczęła się właśnie dnia tego, w którym go wywieziono. Atak nastąpił nocą. Zniszczono ulice: Mariańską, Warszawską, Złotą, Rzeźniczą i Kapitulną. Było to wymierzenie sprawiedliwości jakoby za wykroczenia przeciwko armii niemieckiej. Bombardowanie powtórzyło się w sobotę i niedzielę. Potem miasto podpalono słomą i naftą. „Sprawiedliwości” stało się zadość…

Konsul hiszpański odwiedził obóz w Kistryniu***, był tam też Eltlinger rejent z Warszawy. Chcieli mu podać petycję — odmówił, bo dał słowo, że żadnych petycji ani dowodów brać nie będzie, nie przyjął nawet bułek czarnych, nie wiadomo z jakiej mieszaniny pieczonych. Dziwił się tylko, widząc takie pieczywo…

Koniec

*Być może chodzi o Hafenberg w Niemczech

**Celle k. Hanoweru

***Kostrzyń nad Odrą

* * *

Na tym kończymy wspomnienia Mikołaja Kostenki. Dalszych losów kaliskiego policjanta niestety nie znamy…
Dziennik „Rozwój” nadał cyklowi artykułów podtytuł „Przyczynek do pruskiego tyraństwa”, co wydaje się uzasadnione wobec tak brutalnego potraktowania miasta i jego mieszkańców. Podczas trzytygodniowego ostrzeliwania i podpalania miasta zniszczeniu uległo ponad 400 budynków mieszkalnych, 9 zakładów przemysłowych i kilka budynków użyteczności publicznej, m.in. ratusz i teatr. Straty oceniono na gigantyczną kwotę 33,6 mln rubli. Pod koniec 1914 roku miasto liczyło tylko około 5000 mieszkańców, podczas gdy w roku 1910 – łącznie z ludnością niestałą i wojskiem – ponad 50 tysięcy. Do sprawy kaliskiej tragedii będziemy jeszcze wracać przy okazji wspomnień innych świadków.

W sierpniu 1914, w pierwszych dniach wielkiej wojny, niemieckie wojska zbombardowały i spaliły bezbronne, opuszczone przez wojsko rosyjskie, miasto Kalisz. Do dziś nie udało się ustalić prawdziwej przyczyny tego barbarzyństwa. Poniższa relacja świadka wydarzeń została opracowana na podstawie cyklu artykułów w łódzkim dzienniku „Rozwój” opublikowanym w 1918 roku. Mikołaj Kostenko [Kostienko] był przed wojną pomocnikiem komisarza cyrkułu, a po wyjściu Rosjan został naczelnikiem miejskiej policji. Kostenko odmówił współpracy z niemieckim komendantem. 5 sierpnia władze niemieckie wezwały mieszkańców, pod groźbą śmierci, aby zwracali broń. Mimo, że żądanie zostało spełnione, w mieście znów rozpętała się strzelanina…

* * *

Zniszczona wieża ciśnień w Kaliszu

Zniszczona wieża ciśnień w Kaliszu

Kostenko tłumaczy to w ten sposób, że w Kaliszu do miejscowych wodociągów już od dawna zaprowadzone były parowe motory. Motorów tych doglądali stróże, ale rzadko je czyścili. Wskutek tego następowały dosyć częste wybuchy głośniejsze nawet, niż strzały karabinowe. Otóż utrzymuje on, że te wybuchy z motorów rzuciły podejrzenie, że to do wojska ktoś strzelał. Na to wojsko odpowiedziało salwą, która wywołała popłoch, a kule zbłąkane raniły nie tylko mieszkańców kaliskich, ale również żołnierzy niemieckich.

Na drugi dzień rozpoczęły się rewizje. Szło ulicą dwóch rewirowych z dawnej policji kaliskiej. Ci jeszcze broni nie zwrócili, bo sądzili, że wezwanie ich się nie tyczy. Niemieccy żołdacy kazali im podnieść ręce do góry i znaleźli rewolwery. Nie słuchano żadnych objaśnień, na miejscu zabito policjantów. Jeden zginął nawet z własnego brauninga. Ich ciała walały się potem na ulicy.

Na rynku leżały jeszcze zwłoki Sokołowa. Jego żona, prosta kobieta, (ożenił się Sokołow z własną kucharką) przerażona nie wychodziła z mieszkania, tylko strzegła czworga swoich dzieci. Pogrzebem Sokołowa zajął się Kostenko dopiero we czwartek.

Wieczorem naradził się Kostenko z żoną, aby opuścić Kalisz. Zamówiono konie na godzinę 10-tą rano, gdy o godzinie 9-ej weszli do mieszkania żołnierze i zawezwali go do komendanta. Kostenko był już po cywilnemu. Nie dano mu ani jednej chwili, nie pozwolono przebrać się. Żona dopiero podała mu palto na schodach.

Kiedy wyszli na ulicę już dwaj inni żołnierze prowadzili sekretarza biura policyjnego Cieślaka. Obydwóm na ulicy zawiązano oczy i tak prowadzono przez miasto w stronę odległego aż o 4 wiorsty dworca [ponad 4 km].

Niedaleko dworca stał wiatrak, który od paru dni stał się miejscem historycznym. Tragicznie historycznym. Tu wyprowadzono ludzi i ich rozstrzeliwano. Już poprzedniego dnia spędzono gromadę rzemieślników, czeladników i robotników. Zaczęto śledztwo, a co chwilę wywoływano jednego lub drugiego, stawiano koło wiatraka i rozstrzeliwano. Potem miano losować co piątego i wykonać na nim karę śmierci. Ale po rozstrzelaniu kilkunastu, resztę rozpuszczono do domów.

O ile mogli wnioskować Kostenko i jego towarzysz niedoli Cieślak, zatrzymano ich nieopodal wiatraka. Stali ciągle z zawiązanymi oczyma, gdy wtem jakiś gruby głos odezwał się:

- Co to za jedni?

Poznał ten głos Kostenko. Słyszał go niejednokrotnie na ulicach Kalisza. Był to głos Preuskera.

- Posądzeni o szpiegostwo – brzmiała odpowiedź.

- A, szpiegi! – zabrzmiał znów ów tubalny, gruby głos – Dobrze…

Ale dalsze słowa przerwała trąbka samochodowa i chwilę potem zatrzymał się obok nich samochód.

- Co to za jedni? – odezwał się teraz inny głos.

- Posądzeni o szpiegostwo – odpowiedziano

- Odesłać ich do Poznania, do twierdzy – brzmiał rozkaz.

282060

Popychani i poszturchiwani szli przed siebie, aż dotarli do stacji. Tu wsadzono ich do towarowego wagonu, który po godzinnym postoju ruszył w drogę. Jak długo jechali trudno sobie wystawić, bo czas wlókł się niezmiernie wolno. Dojechali do jakiejś stacji. Tu znów nakazano im wysiadać. Niełatwo z zawiązanymi oczyma wysiąść. Padli na ziemię… Kostenko miał na ręku grube skórzane rękawiczki, to mu ochroniło skórę na palcach, gdyż zarył nimi w żwir. Iść było trudno, więc wsadzono ich do dorożki. Zewsząd słyszeli tylko przekleństwa ludu i groźby. Wrogi szmer szedł dokoła, rzucano w nich błotem. Dorożkarz nie chciał wieźć dalej. Znów zaczęła się droga ciężka po omacku. Wreszcie szturchając, wprowadzono obydwóch do jakiegoś budynku i postawiono przy żelaznej kracie. Tu czekali stojąc godzinę.

- Dajcie mi szklankę wody – prosił Cieślak.

- Będziesz, ty szpiegu niedługo pił wodę, na tamtym świecie.

Rozwiązano im oczy, wtedy spostrzegli, że są w izbie. Ta krata, koło której stali godzinę, i o którą byli oparci, to było ogrodzenie z żelaza przy szamotowym piecu. Po zdjęciu opasek wprowadzono ich do drugiej izby. Tu zasiadał sąd wojenny. Do jednego nich przyszedł sędzia i przyłożył mu brauning do głowy.

- Mów prawdę, bo i tak wszystko wiemy.

Rozpoczęło się badanie ciężkie. Zawołano tłumacza, który źle mówił po polsku i nie rozumiejąc zdania polskiego, tłumaczył inaczej ma język niemiecki.

- Tego nie mówiłem – wyjaśniał podsądny tłumaczowi – trzeba sprostować.

- Jakże będę mówił, kiedy nie pytają… u nas nie można.

Cdn…

W sierpniu 1914, w pierwszych dniach wielkiej wojny, niemieckie wojska zbombardowały i spaliły otwarte, bezbronne miasto Kalisz. Do dziś nie udało się ustalić prawdziwej przyczyny tego barbarzyństwa. Poniższa relacja świadka wydarzeń została opracowana na podstawie cyklu artykułów w łódzkim dzienniku „Rozwój” opublikowanych w 1918 roku. Mikołaj Kostenko [Kostienko] był pomocnikiem komisarza cyrkułu. Kiedy Rosjanie opuszczali Kalisz, gubernator Rafalskij mianował go naczelnikiem pozostawionej w mieście policji. Kostenko odmówił współpracy z niemieckim komendantem Preuskerem, ale dał mu słowo, że nie opuści Kalisza.

* * *
W nocy około 11-ej rozpoczęła się strzelanina na ulicach. Jej rezultatem było 3 zabitych żołnierzy niemieckich i 16 lżej lub ciężej rannych. Z cywilnych padło około 160 osób, w szeregu tym kupiec Frenkel. Żołnierzy niemieckich, rannych wywieziono po opatrzeniu do Ostrowa. O powodzie tej strzelaniny Kostenko podaje następującą wersję:
Po długich libacjach pewna liczba oficerów niemieckich postanowiła powrócić do Skalmierzyc. Najęli więc dorożkarza, który już późno wieczorem wyruszył z nimi w drogę. Na rogatkach oficerów nie zatrzymywano, więc dorożkarz wyjechał zupełnie spokojnie, bez przeszkód ze strony patroli i wart. Krótką siedmiokilometrową odległość z Kalisza do Skalmierzyc przebył w pół godziny. Nie popasając, postanowił powrócić do swego domu na nocleg. Wrócił do Kalisza, ale na rogatce zatrzymał go żołnierz, domagając się przepustki, której oczywiście nie miał. Jako, że wszyscy jego pasażerowie byli pijani, więc i dorożkarz nie chcąc być gorszym, dla animuszu wypił parę kieliszków. Teraz, kiedy warta zastąpiła mu drogę i zabroniła wjazdu do miasta, ten animusz zadziałał. Dorożkarz zaciął konie i bystro począł umykać do centrum miasta. Żołnierz wartujący strzelił do niego, ale chybił. Za to kula trafiła jakiegoś Niemca w głębi ulicy. Z tego powodu wśród okupantów powstało mniemanie, że zabity padł z ręki spiskowców. Na odgłos strzałów warty, wypadli z koszar żołnierze podnieceni alkoholem i zaczęła się na dobre strzelanina, która skończyła się tak fatalnie dla mieszkańców Kalisza.

Kalisz-Teatr Miejski w 1900 r.

Teatr Miejski w Kaliszu – rok 1900

To wszystko nie zadowoliło krwiożerczego Preuskera, on pragnął większej zemsty, on chciał wstrząsnąć umysłami nie tylko ludności kaliskiej, ale całego świata, wojującego z Niemcami. Ta groza miała Niemcom zapewnić spokój, więc musiała silne wywrzeć wrażenie. Nad Kaliszem poczęła się zbierać jakaś burza…

Zaaresztowano zarząd miasta i wzięto zakładników.Równoważnie miał się utworzyć komitet obywatelski. Naznaczono wybory komitetu na godzinę dziesiątą rano w magistracie. Kiedy powołany Kostenko zbliżył się do magistratu, już stały tam warty i nikogo nie dopuszczały. Widząc, co się święci, Kostenko udał się do komendanta z prośbą, aby zwolnił go z danego słowa i pozwolił mu opuścić Kalisz. Przed komendanturą zastał sporo furmanek chłopskich, należących do tych włościan, którzy przybyli na targ i sprzedawszy swoje produkty, wcześniej, niż w innych dniach chcieli powrócić do domu. Wyjazd jednakże z miasta był zabroniony, bez specjalnego zezwolenia. Chłopi poczęli domagać się przepustek, których im nie wydawano, bo komendant był zajęty. Niecierpliwość wśród czekających włościan poczęła wzrastać. Zaczęli się natarczywie domagać, wówczas straże niemieckie dwóch najkrzykliwszych zastrzeliły. Nie miał kto trupów uprzątać.

W tym samym dniu napotkano w mundurze rosyjskiego kasjera Sokołowa. Podoficer niemiecki zastrzelił go z rewolweru około magistratu. Zwłoki leżały przez parę dni nie pochowane na rynku. Miasto było, jak wyludnione, jak zamarłe, nikt z domu nie wychylał się… Potem trochę się ruch ożywił, ale około godziny siódmej znów posypały się salwy karabinowe, a potem opustoszał Kalisz. W pół godziny wszystko ucichło, a w godzinę potem rozbiegła się pogłoska, że Niemcy opuścili Kalisz. Bardzo się ucieszono z tej okazji, ruch na mieście ożywił się, sklepy zaczęły otwierać swoje podwoje, restauracje zaś zapełniać się gośćmi – „zawodowymi politykami”. Mówiono, że oddziały rosyjskie nadeszły i dlatego Niemcy cofnęli się.

Kalisz ul. Wrocławska w 1914 r.

Ulica Wrocławska w Kaliszu – rok 1915

Nie długo się jednakże tym cieszono. Ze wzgórza około dworca poczęły zionąć działa. Wpadał jeden granat za drugim w centrum miasta, wyrządziwszy niewielkie szkody. Ucierpiał szpital. Strzały sypały się w krótkich odstępach czasu przez pół godziny. Co się w mieście działo trudno powiedzieć, mieszkańcy kryli się w piwnicach, pod ścianami, gdzie kto mógł. Tymczasem kominy waliły się jeden za drugim. Pierwszy padł w posesji Mestkowskiego. Cegły, dachówki, dachy leciały na ulice lub podwórka.

Po półgodzinnej strzelaninie działa ucichły. Noc zapadała. Teraz rozpoczęła się wielka wędrówka Kaliszan. Jedni piechotą, inni szczęśliwsi, na wozach lub dorożkach ruszali w stronę Warszawy. Kto mógł tylko, opuszczał Kalisz. We środę wezwano wszystkich pod groźbą śmierci, aby zwracali broń, którą też mieszkańcy znieśli do komendantury. Kalisz wyglądał jak wymarły — żołnierze ukazali się na ulicach. Przybył też na automobilu i jeden z generałów. Podczas jego przejazdu podobno padł gdzieś strzał. Znów po Kaliszu rozsypały się strzały karabinowe.
Cdn..

Powered by WordPress Web Design by SRS Solutions © 2017 To ci historia! Design by SRS Solutions

  • RSS
  • Flaker
  • Twitter
  • Tumblr
  • Facebook
  • GoldenLine
  • Nasza Klasa
  • Wykop