To ci historia!

Blog historyczny, ciekawostki historyczne, sensacje

Wpisy z tagiem: kalisz

„Przyjemnie było patrzeć, jak regularnie walczono z obydwu stron i oglądać nad wyraz miły widok: całe pole bitwy usłane martwymi ciałami” - raportował carowi książę Mienszykow.

Dzisiaj łatwo stanąć przed tłumem i obrzucić przeciwnika politycznego epitetami „zdrajcy”, czy „kolaboranta”. Łatwo uznać siebie samego za „prawdziwego” Polaka-patriotę, a niewygodnego konkurenta nazwać sprzedawczykiem – sługusem obcych mocarstw. Dziś takie wystąpienia nie grożą utratą życia, zdrowia, ani nawet majątku. Bywały jednak czasy, gdy Polacy stawali na przeciw siebie z bronią i walczyli ze sobą bez skrupułów, na śmierć i życie. Kto w czasach saskich był „patriotą”, kto „zdrajcą”, to i dzisiaj stwierdzić trudno.

29 października 1706 roku na polach pomiędzy Kościelną Wsią a Dobrzecem (dziś jest to dzielnica Kalisza) odbyła się jedna z największych bitew tzw. III wojny północnej, w której o hegemonię we wschodniej Europie Szwecja walczyła z koalicją sasko-rosyjsko-duńską. Po stronie Szwecji stanęła część polskiej magnaterii niezadowolona w rządów króla z saskiej dynastii Wettin, po stronie saskiej – regularne polskie wojska.
O bitwie czytamy w czasopiśmie „Przyjaciel Ludu” z 1835 roku:

„Roku 1706 w miesiącu Październiku, stał się Kalisz historycznie sławnym, przez bitwę, która w jego okolicach, to jest na lewym brzegu Prosny, między wsiami Biskupice i Kościelna Wieś, zaszła. Ta bitwa, w której wyższość sił Augustowi II zwycięztwo nad Szwedami zapewniła, to miała szczególnego, że ją zwycięzca mimowolnie staczał. Bo już był wszedł w układy z Karolem XII, już był się zgodził na uciążliwe warunki, i podpisany przez siebie traktat już przy sobie nosił: kiedy zniewolony przytomnością wojska rossyjskiego, i w obawie, by tajemne jego negocyacye nie były Menżykowowi [Mienszykowowi] zdradzone, musiał, acz niechętnie, jeszcze raz rozpocząć kroki nieprzyjacielskie; za co później od króla Szwedzkiego jeszcze twardszymi warunkami został obarczony”.

Dziwna była ta kaliska bitwa. Tak naprawdę nie powinno do niej dojść, bo miesiąc wcześniej śmiertelni wrogowie zawarli układ pokojowy. Król szwedzki Karol XII narzucił Augustowi II – królowi Saksonii i Polski – upokarzający traktat, w którym August – wzamian za pokój w Saksonii – zrzekł się polskiego tronu i zgodził wypłacić odszkodowania wojenne. W październiku 1706 powinien już więc Wettin bawić się na swoim dworze w Dreźnie, dopieszczać liczne kochanki i cieszyć, że Szwedzi rabują w tym czasie inne kraje. Tyle, że o tajnym pokoju nie wiedzieli nic sojusznicy: Rosjanie i Polacy pozostający w służbie (jak im się wydawało) legalnego króla. Dla własnego bezpieczeństwa August wolał tej nowiny nie upowszechniać i stoczyć bitwę z prawie 3-krotnie słabszym liczebnie przeciwnikiem.

Dalej „Przyjaciel Ludu” opisuje przebieg walki:

„Szwedzi pod dowództwem generała Mardenfeldta, zasłonieni bagniskami, samem miastem i wozami, stali za pagórkiem: prawem ich skrzydłem dowodził Potocki, wojewoda Kijowski, lewem Xiążę Sapieha, a środkiem Mardenfeldt. Z drugiej strony sam król August II dowodził lewem skrzydłem, prawem xiążę Mężyków [Mienszykow], a środkiem generał Brand. Bitwa zaczęła się o 3-ciej godzinie po południu z taką natarczywością, że lewe skrzydło Szwedzkie wkrótce przełamane poszło w rozsypkę, chroniąc się do obwarowanego wozami obozu: reszta atoli Szwedów broniła się walecznie aż do godziny 6-tej. Król (August II) sam kilka razy uderzał na czele swej kawaleryi: lecz zawsze ze stratą cofać się musiał, ponieważ piechota Szwedzka stała jak mur i celnie strzelała. Szwedzi przypisują przegraną zmienności wojsk polskich, z nimi połączonych, a które w czasie bitwy do Augusta przeszły: a tak zostało się tylko na placu 4000 Szwedów, którzy przeciwko poczwórnej sile, aż do ciemnej nocy mężnie sie bronili, nieraz nawet ze stratą nieprzyjaciela, i kilka dział mu zabrali; atoli w ciemności zbyt daleko zapuściwszy się, podzieleni na małe oddziały, od przeważnej liczby nieprzyjaciół otoczeni, poddać się musieli. Znaczną zatem ponieśli klęskę. Sam Mardenfeldt, półkownicy Muller i Horn z wielu officerami dostali się w niewolą; artylerya, chorągwie, i wszystkie bagaże zdobyte. Miasto samo wiele wtedy ucierpiało: część znaczna Kalisza wraz z kościołem św. Mikołaja spłonęła.”

O kaliskiej „bitwie narodów” pisał też w swoich pamiętnikach Krzysztof Zawisza – wojewoda miński:

„August 29 października atakował Mardefelta pod Kaliszem, zuchwale cały dzień i całą noc w szyku czekającego. Miał August Moskwy z Mężykowem 16000: wszystko jazdy, Sasów 6000, koronnego wojska z dywizyą Szmigielskiego i Rybińskiego 10000, Kozaków i Kałmuków 6000. Razem 38000. Z Mardefeltem generałem szwedzkim było 4000 szwedów, koronnej milicyi 6000, Litewskiej 3000. Razem 13000. Długo się bili i w ciągłym ogniu trwali. Wreszcie przemogła liczba. Jazda tak szwedzka jako polska uszła. Piechoty na placu legły. Generała wzięto, także przy nim pułkowników: Horna, Marszalla, Millera i innych; wojewodę kijowskiego Potockiego wzięto, który mógłby się schronić, ale żony i dzieci które były w Kaliszu odstępować i porzucić nie chciał. A tak zwycięztwo pierwsze przy Auguście. Saskie duchy podnieśli głowy.”

Bitwa była to dziwna również z innego powodu. Przez kilka popołudniowych godzin morderczą walkę toczyło w pobliżu Kalisza około 50000 ludzi, około 5000 zginęło. Miasto Kalisz zostało złupione i częściowo spalone, ale pamięć o tym fakcie jakby gdzieś przepadła w mrokach dziejów. Dopiero kilka lat temu zaczęto interesować się przebiegiem i skutkami bitwy oraz badać teren pobojowiska. Okazało się, że kopiec w którym pochowano zabitych był od dawna rozgrzebywany przez poszukiwaczy skarbów i podorywany przez rolników, a szczątki poległych roznoszone po polach przez psy…

Korzyść z tej bitwy odnieśli tylko zwycięscy żołdacy: sascy, kozaccy, kałmuccy i … polscy, którym przypadły w udziale łupy znalezione w szwedzkich i polskich taborach, w mieście oraz zabrane pokonanym: zarówno tym poległym, jak i żywym…

Pobitewną grabież opisał (za rzekomo naocznym świadkiem) Józef Kraszewski w „Dziejach Polski za Sasów”

„…Bezbożnie obchodzili się Sasi z Polakami obdzierając ich – pisze współczesny świadek. Panu Łosiowi, sędziemu lwowskiemu, rotmistrzowi pancernej chorągwi, obnażywszy go do koszuli, gdy sygnetu kosztownego z palca dać im nie chciał, czy też nie mógł, a saski żołnierz do owej obdzierania bezbożnej dramy komenderowany, postrzegł u niego ów sygnet, chciał mu go z palcem urżnąć i już go bagnetem ciął, gdyby Łoś na jenerała Brandta nie zawołał o salwowanie…a jednak sygnet musiał dać.”

XIX-wieczny historyk Kazimierz Jarochowski poświęca na opis kaliskiej „bitwy narodów” kilka stron swej pracy „Z czasów saskich spraw wewnętrznych, polityki i wojny”. Nazywa to tragiczne wydarzenie „krwawą komedią” z uwagi na dwulicowe postępowanie Augusta II, który wcześniej zrezygnował z polskiego tronu w zamian za wolność Saksonii od Szwedów.

„Przez cały miesiąc odgrywa król wobec najwierniejszych, najoddańszych sobie Polaków, jak prymasa Szembeka, jak brata jego podkanclerzego, oburzającej hipokryzyi komedyj. „Wolę Saxonię stracić, niźli korony odstąpić; wolałbym gdybym miał przyjść do tego nieszczęścia w jednym kącie polskim, niźli w saskich umierać delicyach,” — otóż słowa, jakie z ust Augustowych słyszeli jego stronnicy przez miesiąc po bitwie Kaliskiej w Warszawie. „W wilią św. Andrzeja” zakommunikował podkanclerzemu Szembekowi, iż „jego ludzie coś pomimo jego woli w Saxonii zrobili” i że dla tego nazajutrz do Saxonii wyjeżdża. Wyjechał też istotnie ; w kilka dni później przeniknęła tajemnica Altranstadtu ku ogólnemu zgorszeniu do Polski….”

No właśnie, a Polska? Po tej augustowej farsie, zwróciła się znów w stronę anty-króla Leszczyńskiego i jego szwedzkiego chlebodawcy. Zupełnie niepotrzebnie, bo niespełna 3 lata po kaliskiej „bitwie narodów” potęga militarna Karola XII zostanie rozbita w pył przez Rosjan. Na tron polski wróci elektor saski.

Jak w takiej politycznej kołomyji można było zachować przyzwoitość, jak rozumieć interes Rzeczypospolitej, która od dziesięcioleci pogrążała się w chaosie i rozłaziła się jak stare prześcieradło…? Kto Polak, kto wróg, kto przyjaciel? Od Sasa do Lasa.

Autorzy obelisku stojącego przed cmentarzem komunalnym w Kaliszu, chcąc upamiętnić bitwę, nie wdawali się w szczegóły. Przyznali historyczną rację Polakom stojącym po stronie króla saskiego. Na tablicy nawet nie wspomniano o tym, że wojska koronne były tylko wsparciem dla Rosjan i Niemców, ani że po stronie Szwedów również walczyli nasi rodacy. Przecież nie mniej patriotyczni i nie mniej bohaterscy…

Fragmenty pamiętnika Alfonsa Parczewskiego – urodzonego w Wodzieradach k. Łasku prawnika, historyka, działacza społeczno-politycznego, profesora i rektora Uniwersytetu w Wilnie. [Pisownia oryginalna, tytuł oraz śródtytuły - clivie].

Epilog – powstańcze echa

W marcu 1864 r. zostałem odwieziony przez matkę do gimnazjum w Kaliszu. Tutaj został mi w pamięci bardzo dokładnie jeden obrazek. Było to w zimie. Wczesnym wieczorem, gdy było już ciemno, przechodziłem koło klasztoru franciszkanów. Stał tam szereg furmanek, na których siedzieli zakonnicy, a przy nich uzbrojeni żołnierze z karabinami w ręku. Był to akt doraźnego zamknięcia wielu klasztorów w Kaliskiem. Będący w nich zakonnicy zostali wszyscy zawiezieni do klasztoru kaliskiego franciszkanów, który miał pozostawiony sobie charakter klasztoru etatowego. Ale obietnicy swej pod tym względem rząd rosyjski, jak zwykle, nie dotrzymał. Do klasztoru, pomimo nadanego mu charakteru, nowicjusze dopuszczani nie byli. Zczasem faktycznie konwent cały wymarł. Co do gimnazjum kaliskiego, to w latach 1864-65 było ono zupełnie polskiem. Krótko przed mojem przybyciem tamże, nauczyciel języka rosyjskiego i inspektor bardzo dokuczliwy dla uczniów, chociaż Polak, Przystanowski, pospolicie Pryster nazywany, wyszedł skutkiem ostrego wystąpienia uczniów klas wyższych. Kilku z nich zostało wydalonych, ale gimnazjum czas jakiś pozostało zupełnie polskiem.

Gdy w r. 1864 już jako gimnazjasta przyjechałem na wielkanocne wakacje do Wodzierad, ojca odwiedziłem w Łodzi, gdzie był jeszcze w areszcie, ale już domowym tylko. Mieszkał w hotelu Engla pod groźbą zakazu opuszczania go i z obowiązkiem meldowania się w urzędzie wojennym. Gdym na wielkie wakacje przyjechał, już ojciec był w domu. Miał tylko nakaz czas jakiś w oznaczonych terminach meldować się u naczelnika wojennego w Pabjanicach. Naczelnikiem tym był oficer Usakowski. I jego pamiętam także bardzo dobrze. Typ przyzwoity, od Bremsena zgoła odmienny. Zdaje się, pochodził z szlachty ziem naszych wschodnich. Tak się skończyła likwidacja powstania w moich stronach rodzinnych.

Na zakończenie tej garstki wspomnień z dawno minionych lat jeszcze kilka ech, kilka szybko niknących, tonących w ciszy i zapomnieniu odgłosów powstania styczniowego – ale już nie z okolic Łodzi i z czasów nieco późniejszych. W gimnazjum kaliskiem byłem bardzo krótko. Doskonale w domu przez mego nauczyciela przygotowany, zwłaszcza w przedmiotach filologicznych i historycznych, przyjęty zostałem odrazu do klas wyższych. W jesieni 1865 roku, lubo bardzo młodziutkiemu i niemającemu granicy wieku, udało mi się zostać studentem Szkoły Głównej. W zimie stan wojenny, prawnie i formalnie nigdy potem niezniesiony, był jeszcze faktycznie przestrzegany w Warszawie. Wieczorami trzeba było na ulicy chodzić z latarką. Kilka razy zdarzyło mi się z powodu opóźnienia wejść w konflikt z tym przepisem. Za każdym razem byłem przez stójkowego zatrzymany i odprowadzony do cyrkułu. Tam jednak kończyło się tylko na spisaniu protokółu, czy też może tylko na wylegitymowaniu się co do osoby.

Wśród studentów Szkoły Głównej było oczywiście bardzo wielu, którzy w oddziałach powstańczych w różnych bitwach walczyli. Byli jednak i tacy, którzy, pomimo wieku odpowiedniego do noszenia broni i udziału w walce zbrojnej, „do lasu” nie wyciągnęli. Opowiadano, że była podobno pod tym względem jakaś świadoma dyrektywa, aby przez opuszczenie ogólne kazimiroskiego pałacu nie spowodować zamknięcia polskiej wyższej uczelni. Może z tego powodu, może i dlatego, że niewszyscy mieli ochotę iść w ogień, Szkoła Główna przetrwała do r. 1869, wywierając swoją naprawdę wysoce pożyteczną działalność. W psychologji całej młodzieży nastąpiło pewne ostudzenie. W audytorjach, w wielkiej auli, gdzie przez pierwsze dwa lata odbywały się wykłady wydziału prawnego, wreszcie w czasie przerw między godzinami przy kawie u „szwajcara” – o ostatnich wypadkach, o powstaniu zwykle nie mówiono. Natomiast było ono przedmiotem gawęd, rozmów, żalów przeszłości i nadziei na przyszłość w małych prywatnych kółkach.

Pamiętam takie kółko, w którem często bywałem, a które zbierał student prawnik Wacław Horodyński z okiem wystrzelonem w bitwie pod Poddębicami w oddziale Oborskiego, syn Karola Horodyńskiego, starego pułkownika z wojen napoleońskich. Na zebraniach tych między innymi bywał Henryk Sienkiewicz. Zbieraliśmy się w tem kółku na Tamce w jakimś poddaszowym pokoju. Ale jednocześnie było także kółko studentów, dla których powstanie nie było tylko pięknem minionem wspomnieniem, ale zarazem obowiązkiem bliskiej, w każdym razie niezbyt odległej przyszłości. Wtem przekonaniu, aby się odpowiednio przygotować do walki zbrojnej, uczęszczaliśmy, bodaj w zimie 1867 r., na lekcje fechtunku do instytutu gimnastycznego Majewskiego na Sewerynowie. Chodziło nas coś około dwudziestu pięciu, a może trzydziestu. (…)

Wogóle jednak wśród większości studentów zapanował modny w Warszawie pozytywizm – nietylko jako kierunek filozoficzny, ale także jako dyrektywa dla życia społecznego, dla wszystkich jego aktualnych zagadnień. „Precz z wszystkiemi ideałami!” – stało się powszechnem hasłem. Przegląd Tygodniowy Adama Wiślickiego, będący organem tego
kierunku, stał się ogromnie rozpowszechnionem pismem. Pisało w nim wielu młodych, także z Szkoły Głównej. Jedną z charakterystycznych cech nowego kierunku było pilne śledzenie ruchu umysłowego w Rosji i uświadamianie o nim opinji polskiej. W dziedzinie literackiej i publicystycznej Warszawy zaczęła się walka starych z młodymi, oryginalna
z tego powodu, że właśnie starzy przechowali kult dla ideału, gdy tymczasem młodzi schylali głowy ku nizinom życia i prozie rzeczywistości. Cały ten kierunek rozszerzał się coraz więcej, jednając sobie zwolenników wśród młodzieży.

Była jednakże i opozycja, wierna dawniejszym ideałom i wspomnieniom powstania. Zamierzaliśmy nawet wydawać pismo perjodyczne, jako antytezę Przeglądu Tygodniowego. Było to w latach siedemdziesiątych, może pierwszym lub drugim. (…) Tytuł czasopisma miał być, o ile pamiętam, Ognisko, ale pewny tego nie jestem. Komitet cenzury odmówił pozwolenia na wydawnictwo, lubo program nie zawierał w sobie nic podejrzanego. W aktach cenzury, które pozostały w Warszawie, prawdopodobnie znaleźć można przyczyny, dla których nastąpiła dość niezwykła w owych czasach odmowa. Nie mogąc działać w drodze publicystyki, postanowiliśmy jednak w tem samem kole działać wśród ludu wiejskiego w kierunku jego narodowego uświadomienia, w duchu niepodległości.(…)

Przedtem jednak zaszedł w dążeniach polskich do wywalczenia niepodległości pewien epizod, będący jakby dalszym ciągiem i zamknięciem styczniowego powstańczego cyklu naszych porozbiorowych dziejów. (…) Otóż, jak wiadomo, w czasie rosyjsko-tureckiej wojny w roku 1877 w gorętszych umysłach obudziły się nadzieje walki z Rosją i zdobycia niepodległości. Anglja, mając własne interesa na Wschodzie, podniecała polskie pragnienia, a tureckie zwycięstwo pod Plewną zdawało się dawać im punkt oparcia. W Galicji zawiązała się w celach czynnej akcji Konfederacja Narodu Polskiego, ostatnia konfederacja, jaka wogóle w dziejach Polski miała miejsce. Sformował się nawet rząd narodowy. Ja, siedząc w Kaliszu i rzadko bywając wtedy w Warszawie, o całej tej akcji nic nie wiedziałem, ale w duszy odczuwałem, że moment do czynu nastąpił. (…)

Na jesieni 1877 roku, będąc we Lwowie, a potem kilka razy w Złoczowskiem, zaszedłem do Agatona Gillera. Były członek rządu narodowego, gorący w ciągu całego życia patriota-emigrant, wydawał mi się zupełnie autorytatywnem źródłem dla orjentacji, tem więcej, że poznałem go przed kilku laty w Zakopanem i znałem dobrze jego brata, wspomnianego już poetę i nauczyciela gimnazjalnego w Kaliszu. Do Gillera zatem zwróciłem się we Lwowie, aby zapoznać się z całą polityczną sytuacją i naszą w niej narodową akcją. Spoglądał on na całą rzecz życzliwie, ale bez zapału i żadnych realnych widoków dla całej akcji nie przedstawił; zresztą odesłał mnie do Koszyca, jako głównego w tej sprawie
działacza na gruncie lwowskim. Ale i Koszyc, lubo zwolennik akcji i wystąpienia narodu w czasie wojny, mówił o zamiarach i życzliwości Anglji, ale konkretnego planu działania, jego metod i widoków nie przedstawił. Wkrótce rozwiały się ówczesne nadzieje. Układ w San-Stephano i traktat berliński położyły im koniec.

Koniec

Powered by WordPress Web Design by SRS Solutions © 2017 To ci historia! Design by SRS Solutions

  • RSS
  • Flaker
  • Twitter
  • Tumblr
  • Facebook
  • GoldenLine
  • Nasza Klasa
  • Wykop