To ci historia!

Blog historyczny, ciekawostki historyczne, sensacje

Wpisy z tagiem: kara śmierci

Zgodnie z powszechnym poczuciem sprawiedliwości każdy sprawca czynu sprzecznego z prawem powinien ponieść karę odpowiednią do przewinienia. Czy jednak obywatele czują się bezpiecznie, gdy wymiar sprawiedliwości osiąga rekordy skuteczności?

nb3

Przez wieki w procesie ustalania winy nie stosowano zasady domniemania niewinności. Jeśli podsądny wypierał się zakazanego czynu, kierowano go do katusza czyli izby tortur. Zwykle to pomieszczenie znajdowało się w podziemiach miejskiego ratusza. Kluczową rolę w procesie pełniły tortury, które miały zmusić oskarżonego do przyznania się. Delikwentem, który nie przestraszył się samych gróźb męki i prezentacji narzędzi do zadawania cierpień, kat zajmował się dalej. Kiedy wytrzymał pierwsze męczarnie i nadal odmawiał przyznania się do winy, powtarzano tortury kilkakrotnie wzmacniając ich natężenie i dokładając jeszcze bardziej dotkliwe. Zadziwiające przypadki, gdy oskarżony wszystko to przetrzymał, wyjaśniano działaniem złych mocy. Proces kończył się wtedy skazaniem go na śmierć za używanie czarów. Wymiar sprawiedliwości był wówczas niezwykle skuteczny…

Wyjątkowe szczęście miała Zofia Zarębianka, gospodarująca we wsi Niwki na ziemi łęczyckiej. Kasztelan Antoni Biesiekierski, zasiadający jako sędzia w sądzie asesorskim, wspominał po latach, że tylko niezwykłemu zbiegowi okoliczności uratowała ona życie.

czaszkozganiatacz

- Podpisałem na kobietę zupełnie niewinną wyrok, skazujący ją na śmierć. Wprawdzie wszystko się działo wedle przepisów prawa i cały komplet sądu skrupulatnie ich przestrzegał, ale się pokazało, że wówczas procedura karna nie odpowiadała słuszności. Szczęściem Bóg odkrył niewinność skazanej i jeszcze dość czasu było wyroku egzekucję wstrzymać, a następnie skasować – opowiadał były sędzia

Pannę Zarębiankę, prowadzącą gospodarstwo swojego stryja, 15 marca 1775 roku oskarżono o dzieciobójstwo. Została uwięziona, a liczni sąsiedzi zeznali, „że zamordowanego, a w ogrodzie dworskim w ziemi znalezionego dziecka była matką, że, jako dorodna i rządna gospodyni miała ubiegających się o jej rękę kawalerów, a z tych jednemu, gdy została wzajemną, wydała na świat tę nieszczęśliwą ofiarę”.

Mimo niekorzystnych dla siebie zeznań świadków, uwięziona kobieta zaprzeczała jakoby była matką oraz morderczynią dziecka, którego ciało odnaleziono w jej ogrodzie. Oddano ją w ręce kata, aby „sprawdzić” jej prawdomówność. Zagroził, że jeżeli nie przyzna się, włoży jej na głowę „czapkę pomorską”1) i tak ześrubuje, że będą pękać żyły, a oczami wypłynie krew. Potem „zaproponował” ześrubowanie palców, „hiszpańskie buty”2) oraz przypalanie boków i palców.

- A jeżeli to wszystko nie pomoże przyznać się do zbrodni, tedy rozpiętą zostaniesz na zwykłej torturze, którą powolnie natężając, do tego stopnia dośrubuję, iż ci ze stawów wszystkie członki wyjdą. Nie sądź, żeby te zadane męczarnie śmierć zrządziły. Jeżeli je zniesiesz i nic nie zeznasz, lekarz więzienia wyleczy cię i znów wrócisz w moje ręce - ostrzegł mistrz. Przestraszona Zofia zgodziła się zeznawać i oznajmiła:

- Zrobię to, czego po mnie wymagacie, i oświadczam nieodwołalnie, iż jestem matką zamordowanego dziecka.

Przyznanie się, zgodne z zeznaniami świadków, w zasadzie sprawę kończyło. Sąd wydał wyrok śmierci przez ścięcie głowy. Na rynku ustawiono rusztowanie i zorganizowano wojsko do utrzymania porządku podczas publicznej egzekucji. Dzień przed wykonaniem wyroku Zofia wezwała do siebie kapłana z zakonu Kapucynów, aby się wyspowiadać. Wyznała wszystkie grzechy oprócz tego najważniejszego, za który miała oddać nazajutrz życie. Zaskoczony tym spowiednik w obawie o jej zbawienia, wprost zapytał dlaczego, Zofia zataiła swoją zbrodnię przed konfesjonałem.

- Gdybym zarzutu zbrodniczego była winną, nie przemilczałabym tego i błagała o rozgrzeszenie – odparła.

- A zeznania tylu świadków i twoje przyznanie się do zbrodni? – zdziwił się kapłan.

- Świadkowie są to poddani w służbie dworskiej, którym niewistną byłam, bo ich źle żywiono, a ekonomowi pobłażałam zbyt może surowe z nimi się obchodzenie. Przez zemstę zarzucono mi tę zbrodnię – wyjaśniła Zofia.

Kapłan, przejęty tym wyznaniem, uznał za swój obowiązek ratować niewinną kobietę. Prosto z więzienia udał się do księcia prymasa i wyjawił mu tajemnicę. Prymas przyrzekł pomoc, pojechał do Marszałka Wielkiego Koronnego, a nawet do samego króla Stanisława Augusta. Wstrzymano natychmiast egzekucję i przesłuchano ponownie świadków. Szybko przyznali, że wykopali na cmentarzu świeżo pochowane dziecko, aby pogrzebać je w dworskim ogrodzie. Chcąc pozbyć się nieznośnej gospodyni, oskarżyli ją o dzieciobójstwo.

torture-05

Po ujawnieniu tych faktów wyrok na Zofię Zarębiankę dekretem królewskim został skasowany. Rok później (1776) na wniosek kasztelana bieckiego, Wojciecha Kłuszewskiego, Sejm uchwalił zakaz stosowania tortur w Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Wcześniej uczyniły to tylko Prusy: częściowo w 1740 roku, a ostatecznie w 1754. Najdłużej ta forma niehumanitarnego wymuszania zeznań utrzymywała się w państewkach niemieckich. Jako ostatnie zniosły tortury królestwo Hannoweru w 1822 roku i księstwo Gotha – Koburg w 1828 roku.

Na podstawie: Stanisław Wasylewski „Sprawy ponure – Obrazy z kronik sądowych wieku Oświecenia”

1) Zgniatacz czaszki – składał się z metalowej misy w kształcie czapki połączonej ze śrubą. Zakładano ją na głowę, a podbródek umieszczano na żelaznym pręcie osadzanym na obręczy zaciskającej szyję. Przykręcanie śruby powodowało uścisk głowy i powolne jej zgniatanie, pręt zaś wbijał się w kość podbródkową.

2) Hiszpańskie buty – narzędzie w formie imadła zamkniętego w drewnianym lub metalowym pudełku. Kiedy dokręcano śrubę, miażdżyła stopę. Buty mogły też zawierać kolce.

Stanął, z toporem,
Rzeźnik, mięśniami sękaty,
Odwalił się oburącz
I zarąbał kwiaty…
* * *

Pierwsze ścięcie odbyło około godziny 6 rano. Jednym uderzeniem siekiery kat Carl Groepler odciął głowę Benity von Falkenhayn. Niespełna 20 minut później to samo uczynił z Renate von Natzmer.

benita-portretTe nieszczęsne kobiety zostały dwa dni wcześniej uznane za winne zdrady tajemnic wojskowych III Rzeszy i skazane na karę śmierci przez ścięcie. Prośba o ułaskawienie została odrzucona przez Hitlera i obie stracono w poniedziałek, 18 lutego 1935 roku w więzieniu Ploetzensee w Berlinie. Tu na środku placu więziennego stał drewniany kloc, na którym przeprowadzano egzekucje.

Tragedia ta związana była z działalnością agenta polskiego wywiadu, rotmistrza Jerzego Sosnowskiego vel „Ritter von Nałęcz”. Od 1927 roku był on akredytowanym oficerem w polskiej ambasadzie. Brał aktywny udział w życiu arystokratycznym i dyplomatycznym niemieckiej stolicy. Podając się za barona, wszędzie wzbudzał podziw dam. Jego wygląd i tytuł otwierały drzwi do najbardziej ścisłych kręgów. Szybko nawiązał bliskie kontakty z Benitą von Falkenhayn (z domu von Zolikofer-Altenklingen). Ze względu na swoje pochodzenie oraz poprzez męża, Benita miała liczne znajomości wśród pracowników Ministerstwa Wojny (Reichswehrministerium) oraz śmietanki towarzyskiej Berlina. Nie miała natomiast dostępu do tajnych informacji, jakich poszukiwał Sosnowski. Wtedy okazało się czego może dokonać zakochana kobieta. Dzięki kontaktom i namowom Benity, do siatki szpiegowskiej pozyskano Irenę von Jena i Renatę von Natzmer – pracownice tajnych komórek w ministerstwie Reichswehry.

Dokumenty dostarczone przez Renate von Natzmer pozwoliły polskiemu wywiadowi poznać szczegóły tajnej współpracy wojskowej pomiędzy Niemcami i ZSRR. Kontakty Sosnowskiego były tak owocne, że w roku 1934 otrzymał 70 z 200 stron niemieckiego planu mobilizacji i wojny z Polską i przesłał je do kraju.

Wywiad polski zaopatrywał berlińskiego agenta w taką ilość pieniędzy, że mógł on prowadzić rozrzutne życie hulaki i playboya. Nie zapominając o celach pracy operacyjnej, organizował dla znajomych i ich przyjaciół wystawne imprezy, które się odbywały w znanych i eleganckich miejscach, jak Hotel Adlon, bieżnia wyścigów konnych w Karlshorst czy luksusowe hotele na francuskiej Riwierze.

Wszystkie współpracownice Sosnowskiego były również stałymi bywalczyniami jego sypialni. I nie tylko one. Wśród licznej rzeszy kochanek rotmistrza-barona znalazły się także żony dygnitarzy oraz funkcjonariuszy cywilnych i wojskowych organów bezpieczeństwa. Dzięki temu informowany był o próbach zweryfikowania jego tożsamości i zagrożeniach dekonspiracją.

Powodzenie Sosnowskiego w zdobywaniu tajnych wiadomości dla polskiego wywiadu opierało się głównie na jego związkach phoca_thumb_l_jerzy-sosnowski7miłosnych. I tu znów prawdziwe okazało się powiedzenie „kto mieczem wojuje, od miecza ginie”. Upadek tej świetnej kariery spowodowała kolejna romantyczna afera. Tym razem postanowił „baron” usidlić i zwerbować do pracy szpiegowskiej piękną tancerkę o pseudonimie Lea Niako. Była to miłość, która szybko zmieniła się w zazdrość, potem w nienawiść i w końcu doprowadziła do aresztowania Sosnowskiego przez niemiecki kontrwywiad. Maria Kruse czyli Lea Niako odnalazła listy, z których miało wynikać, że Jerzy obiecał małżeństwo innej. Poczuła się zdradzona i pomogła Abwehrze ująć kochanka. Okazało się, że działała na dwa fronty.

Scenę aresztowania siatki szpiegowskiej Sosnowskiego próbował odtworzyć 21 lutego 1935 roku „Głos Poranny” (za „United Press”):

Podejrzane o zdradę stanu, a obecnie stracone kobiety przytrzymane zostały podobno niedawno przez policję śledczą w jednym z najelegantszych lokali Berlina. W pewnej chwili otworzyły się nagle drzwi i wkroczyli nie proszeni goście: „Tajna policja państwowa! Niech nikt nie opuszcza lokalu! Proszę o dokumenty!”
Pewna dama błagała oficera policyjnego, by nie pytał o jej nazwisko, w przeciwnym razie bowiem, jeśli dowie się o tem jej mąż i rodzina, jest stracona. Inna wskoczyła na okno w zamiarze popełnienia samobójstwa. W ostatniej chwili jednak chwycił ją za rękę jeden z policyjnych agentów. Była to właśnie stracona obecnie Benita von Falkenbayn, z domu Zolikofer – Altenklingen.

W tym opisie więcej było dziennikarskiej fantazji niż faktów. Aresztowanie Sosnowskiego i jego wspólników nastąpiło przecież rok wcześniej, w lutym 1934 roku. Witold Kurpis w książce „Berlińska misja” opisał to zdarzenie dokładniej. Akcja policji miała nastąpić podczas przyjęcia w mieszkaniu barona Sosnowskiego, które wydał z okazji udanego debiutu scenicznego swej przyjaciółki Lei. Nie było tam Benity, gdyż odkąd wyszła za barona von Berga, jej stosunki z Jerzym rozluźniły się. Według Kurpisa okoliczności aresztowania były bardzo dramatyczne i intrygujące:

Dochodziła dwudziesta druga. Salon Sosnowskiego zapełniał się gośćmi. On sam, stojąc przy drzwiach, witał uśmiechem damy w wytwornych wieczorowych kreacjach. Na przyjęcie przybyli również pracownicy poselstwa polskiego w Berlinie — dr Dyjas, Gawroński i Perłowski. Sosnowski nie przypuszczał, aby Abwehra w tym dniu zdecydowała się na jakiś stanowczy krok. A później będzie już za późno — kierownik placówki IN-3 postanowił zniknąć z Berlina zaraz po przyjęciu. Nie podejrzewał, że od kilku już godzin piętro wyżej, w mieszkaniu radcy Patschowsky’ego grupa agentów policji oczekuje na rozkazy. Punktleaualnie o godzinie dwudziestej drugiej piętnaście rozległo się energiczne pukanie do drzwi wejściowych i okrzyk:
— Aufmachen! Kriminalpolizei!
Agenci gestapo z pistoletami w ręku wtargnęli do salonu. Wśród gości zapanował popłoch. Część gestapowców, trzymając lufy pistoletów zwrócone w stronę gości, zaczęła okrążać ich, uniemożliwiając wymknięcie się kogokolwiek z salonu.
Wśród lamentu i przeraźliwych okrzyków kierujący akcją komisarz Kubitzky rzucił ostrym głosem:
— Wszyscy ustawić się przy ścianie! Damy osobno!

Najważniejsze wspólniczki Sosnowskiego: Benita, Renata i Irena aresztowane zostały później, we własnych mieszkaniach. Wszystkich zatrzymanych poddano długotrwałemu śledztwu. Pierwsza załamała się Renata von Natzmer. Przyznała, że była agentką polskiego wywiadu od kilku lat i zdradziła śledczym wiele szczegółów dotyczących współpracy z Benitą i Sosnowskim. Jej zeznania potwierdziła Irena von Jena, a potem również Benita von Falkenhayn.

Śledztwo trwało cały rok, proces sądowy tylko kilka dni. Choć w berlińskim sądzie polski agent całą winę starał się wziąć na siebie, nie udało mu się uchronić dwóch współpracownic przed najwyższą karą. 16 lutego 1935 roku Benitę von Falkenhayn i Renatę von Natzmer skazano na śmierć przez ścięcie toporem, a Jerzego Sosnowskiego i Irenę von Jena na dożywotnie więzienie. Lea Niako, która też znalazła się na ławie oskarżonych, skazana została na osiem lat więzienia, ale zaraz zwolniono ją na rozkaz Hitlera.

Natychmiast po ogłoszeniu wyroku polski ambasador, Józef Lipski udał się do ministra spraw zagranicznych III Rzeszy, von Neuratha z prośbą Sosnowskiego o zgodę na poślubienie Benity. Wtedy automatycznie dostałaby ona polskie obywatelstwo i uratowała życie. Wniosek trafił do Hitlera, ale ten odmówił następująco: „Przestępstwo jej jest tak ciężkie, że nie można pójść na żadne ustępstwa w tym wypadku.”

Samego Sosnowskiego uratował immunitet dyplomatyczny. Dwa lata później wymieniono go na siedmiu niemieckich agentów złapanych przez polski kontrwywiad. W kraju nie skończyły się jego problemy. Wskubenitatek niemieckiej prowokacji polskie służby doszły do wniosku, że był podwójnym agentem i pracował również dla III Rzeszy. 7 czerwca 1939 roku skazano go za zdradę na 15 lat więzienia.

Wracając do tragicznego ranka, 18 lutego 1935 roku. Istnieją relacje dotyczące zachowania się skazanych kobiet oraz przebiegu egzekucji. Na ile są wiarygodne, trudno dziś ocenić. Nie wypada jednak nie przytoczyć ich przy tej okazji. Wspomniany wcześniej Witold Kurpis tak przedstawił ostatnie godziny frau von Falkenhayn-Berg:

Przez całą noc poprzedzającą egzekucję Benita pisała spowiedź ze swego życia. Prosiła o przekazanie jej — wraz z innymi pamiątkami — Sosnowskiemu. Śmiało podeszła do pnia katowskiego, a nawet zażądała… pomadki do ust. Według nie sprawdzonych wersji miała powiedzieć: „Umieram za moją przybraną ojczyznę”. Krótki błysk katowskiego topora, najbardziej hańbiącego narzędzia śmierci, i głowa jej potoczyła się po więziennym dziedzińcu.

Zachowały się też wspomnienia o ostatnich godzinach życia Renaty von Natzmer. Podobno wieczorem poprosiła o wino. Okrutny los zadrwił sobie z niej: jedyna butelka, jaką znaleziono w więzieniu Ploetzensee należała do kata. Renata więc, nie wiedząc o tym, wypiła ostatni kirenateeliszek w swym 37-letnim życiu na koszt swego oprawcy…

Z różnych źródeł wiadomo, że wykonawcą obu wyroków był niejaki Carl Groebler z Magdeburga, który dorabiał sobie, jako kat do skromnych zarobków właściciela pralni. Od jednej ściętej głowy wypłacano mu pięćdziesiąt marek, zaś po 20 marek jego pomocnikom. Po egzekucji ciała obu kobiet spalono w krematorium. Urna z prochami Benity spoczywa na cmentarzu przy Kaiser Wilhelm Gedachtniskirche, a Renaty von Natzmer w Wilmersdorf, jednej z dzielnic Berlina.

Prasa ówczesna informowała o egzekucji bardzo skrótowo. Władze niemieckie nie udzielały  informacji o jej szczegółach. Wiadomość o wyroku została podana publicznie na ogromnych czerwonych plakatach już po jego wykonaniu.

Barbarzyńska egzekucja dokonana na dwóch kobietach była czytelnym sygnałem, że reżim hitlerowski, aby osiągnąć swoje cele, nie cofnie się przed żadnym okrucieństwem. Sygnał ten świat zlekceważył. Najostrzejszy sprzeciw wobec tak wykonywanej sprawiedliwości zgłosiła polska poetka…

***

Wyrok wydali Niemcy,
W mętny dzień zimowy,
Na pniu tępej tyranii
Sami tracąc głowy…

Źródła:

„Miłość, szpiegostwo, a na końcu siekiera” na: coldwarhistory.us

http://jerzysosnowski.info

Witold Kurpis „Berlińska misja”

Wykorzystano fragmenty wiersza „Enthauptet!” Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej oraz rysunki nieznanego autora.

Wytrzymawszy tak okropne męczarnie, żył jeszcze i zachował przytomność umysłu. Podnosząc głowę do góry, zawołał: „mój kochany, głowę każ mi uciąć.”

Działo się to w czasach tzw. III wojny północnej. 10 października 1707 roku na łące pod Kazimierzem Biskupim doszło do makabrycznych scen. W miejscu tym król szwedzki Karol XII postanowił niezwykle okrutnie ukarać za rzekomą zdradę inflanckiego szlachcica i generała Jana Patkula. Poniższa relacja oparta jest na tekście opublikowanym w czasopiśmie „Przyjaciel Ludu” w roku 1836.

*  *  *

W roku 1707 król Polski August II Sas, ścigany przez wojska szwedzkie, mając już dość długoletniej wojny i błąkania się po Polsce, wysłał swych pełnomocników do króla Szwecji z propozycją pokoju. Karol XII w tym czasie opanował już prawie całą Saksonię. August bliski był utraty nie tylko tronu Rzeczpospolitej, ale i swojej saksońskiej ojczyzny.

Jan Patkul

Jan Reinhold Patkul

Szwedzki król przedstawił bardzo trudne warunki pokoju: zrzeczenie się tronu polskiego na wieczne czasy i wydanie zbiegów, pomiędzy którymi wymienił wyraźnie Jana Patkula. Chociaż były to warunki upokarzające dla Augusta, jednak je podpisał, po czym udał się natychmiast do Saksonii. Ta ostatnia ofiara tym była większa, że Patkul był właściwie posłem moskiewskim. Jego wydanie sprzeciwiało się prawu narodów i narażało Augusta na gniew cara Piotra I.

Sasi trzymali Patkula w zamku Königstein. August chcąc spełnić żądanie Karola i jednocześnie zachować swój honor, wysłał oficjalnie żołnierzy, aby dostarczyli Patkula Szwedom. Jednocześnie wyprawił potajemnie posłańca do komendanta zamku, z tajnym rozkazem, aby po cichu wypuścił więźnia. Jednak nieszczęśliwy los szykował Patkulowi zgubę. Komendant wiedząc dobrze, że był on bardzo bogaty, zażądał wysokiego okupu. Więzień pewny siebie, mający zaufanie do prawa narodów i powiadomiony o zamiarach króla, odrzucił żądanie komendanta. Tymczasem żołnierze Augusta nadeszli i wydali Patkula bezpośrednio czterem kapitanom szwedzkim, którzy go zaprowadzili do głównej kwatery w Altranstadt. Tam przez 3 miesiące był przykuty łańcuchem do pala.

Z Saksonii, po zawarciu pokoju, Szwedzi przeszli do Polski i przez jakiś czas mieli kwaterę główną w Słupcy. Karol XII, nie zważając, że Patkul był posłem moskiewskim, uważał go (jako Inflantczyka) za swojego poddanego i kazał sądzić według własnego prawa. Został więc Patkul, jako zdrajca, skazany na okrutną śmierć: miał być łamany kołem, a potem poćwiartowany.
8 października 1707 r. przyprowadzono go wieczorem pod mocną eskortą do Kazimierza, miasteczka niedaleko Słupcy. Już następnego dnia, o godzinie 3, posłał mu pułkownik szwedzki księdza, z doniesieniem, że ma umrzeć w poniedziałek, to jest 10 października. Wiadomość ta nie bardzo go zatrwożyła, pragnął tylko wiedzieć, jaką śmiercią ma być stracony. Gdy nie mógł się dowiedzieć, poprosił księdza, aby przy nim został. Kilka godzin czytali i modlili się razem. Potem Patkul dał księdzu 100 dukatów, żądając, aby mu nazajutrz przyniósł komunię świętą.

W wojsku nikt nie wiedział, że kara ma być tak okrutna i ma nastąpić tak szybko. Oprócz pułkowników i kapitana Waldau, który z kompanią 300 ludzi piechoty i 50 konnicy w tym celu został odkomenderowany. Za miasteczkiem, na łące wyznaczono plac egzekucji i poczyniono potrzebne przygotowania: wojsko otoczyło plac, a kapitan Waldau odebrał rozkaz przyprowadzenia winowajcy. Wsiadł Patkul z księdzem do powozu, a oficer kazał pędzić, tak szybko, jak tylko konie mogły biec.

Gdy przejechali na miejsce i zbliżyli się do koła, które uformowało wojsko, ujrzawszy 5 palów, Patkul rzekł przelękniony do swego towarzysza: „Ach księże, patrz tylko, co to jest!”. Po tym, jak wyprowadzono go z powozu i zdjęto mu kajdany Patkul chciał jeszcze przemówić do zgromadzenia, ale namyśliwszy się trochę, rzekł do księdza: „wszak to wszystko na próżno!”. Zapytał więc kapitana gdzie ma iść, a ten pokazał mu leżący kloc. Poszedł Patkul, gdzie mu kazano.

egzekucja_patkula

Egzekucja Patkula – rycina

Oficer pełniący służbę, rzekł głośno, że Jan Patkul, jako zdrajca ojczyzny, złym ludziom dla przykładu następującym sposobem będzie tracony. Tu dał znak katowi, aby zaczął egzekucję. Kat zbliżył się i rzekł do skazanego: „Wybacz Wielmożny Panie”. Na co Patkul odpowiedział: „Skończyła się moja Wielmożność: a ty spraw się dobrze”. To rzekłszy dał mu papierek, w którym było kilka dukatów zawiniętych. Potem położył się pomiędzy czterema palami, do których mocno za nogi i ręce został przywiązany. Przez ten cały czas modlił się z księdzem.

Gdy mu więc kat prawą rękę stłukł, czego dopiero za trzecim uderzeniem dokonał, skazaniec krzyknął przeraźliwie, wołając głośno imię Jezusa, aż mu obie ręce i nogi potłuczono. Ponieważ kat zapomniał uderzyć go kołem w piersi, kapitan Waldau musiał mu o tym przypomnieć. Patkul, wytrzymawszy tak okropne męczarnie, żył jeszcze i musiał zachować nadal przytomność, bowiem podnosząc głowę do góry i obracając ją do kapitana, zawołał jeszcze: „Mój kochany! Głowę, głowę każ uciąć!”. Co natychmiast Waldau kazał uczynić.

Kat chciał skazańca przewrócić brzuchem ku ziemi, i dopiero mu głowę uciąć, lecz Patkul sam jeszcze, zebrawszy wszystkie siły, zawlókł się do pnia, na którym sam głowę położył. Kat trzy razy uderzyć musiał, nim głowa spadła. Potem ciało rozpłatano i wydobyto serce i wnętrzności, a na koniec poćwiartowano. Części te na cztery koła na palach zawieszone położono, głowę zaś na osobny pal wbito. Nieszczęsny generał Patkul zachował aż do ostatniej chwili nieustraszoną odwagę.

Tylko król szwedzki, Karol, wychowany w zasadach despotyzmu, uważał, że wypełnił akt sprawiedliwości. Cała Europa oskarżała go jednak o okrucieństwo. Poćwiartowane ciało Patkula było zawieszone na palach aż do roku 1713, gdy August odzyskawszy tron, kazał pozbierać jego szczątki i pogrzebać w Warszawie.

*  *  *

Karol XII obalając saskiego władcę Polski i sadzając na ten tron wojewodę wielkopolskiego Leszczyńskiego, podzielił Polaków na tych od Sasa i tych od Lasa. Sam został królem w wieku zaledwie 15 lat. Jako osiemnastoletni młodzieniec pokonał pod Narwą czterokrotnie liczniejsze wojska rosyjskie. Swą awanturniczą polityką doprowadził jednak w końcu Szwecję do ruiny. Po klęsce w bitwie pod Połtawą na Ukrainie w 1709 roku, szczęście się od niego odwróciło. Zginął w roku 1718 w oblężonej twierdzy Fredrikshald w Norwegii, trafiony w głowę kulą muszkietową, prawdopodobnie wystrzeloną przez własnego żołnierza. Karol XII był ostatnim władcą absolutnym Szwecji i jednocześnie tym, który pogrzebał mocarstwowe ambicje tego państwa.

Kamień Patkula

Kamień Patkula w Kazimierzu Biskupim

A co do Jana Reinholda Patkula: tego inflanckiego szlachcica pochodzenia niemieckiego, uznano za męczennika sprawy wolności i przywilejów stanowych w Inflantach szwedzkich. Dla upamiętnienia jego krwawej ofiary mieszkańcy Kazimierza łąkę z pagórkiem, gdzie się odbyła ta straszliwa egzekucja nazwali Patkulką. Na miejscu stracenia postawiono figurę św. Jana Nepomucena oraz położono pamiątkowy kamień z wyrytym napisem: PATKUL 10/X.1707. W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, gdy ta część miasta zniknęła pod odkrywką węgla brunatnego, kamień przeniesiono na kazimierski rynek, gdzie leży do dzisiaj.

Trzechsetną rocznicę egzekucji Patkula w Kazimierzu Biskupim uczczono gminną imprezą o nazwie Patkuliana na Patkulce. Była wystawa poświęcona Tadeuszowi Łopalewskiemu, nieżyjącemu już pisarzowi, autorowi powieści „Brzemię pustego morza”, opowiadającej o ostatnich latach życia Patkula. Był spektakl oparty na motywach tej powieści. Odbyły się: sesja naukowa oraz prelekcje. Prezentowano także zebrane dokumenty. Patkuliana miała wielu znakomitych gości, m.in. konsula Estonii. Byli nawet Szwedzi, ale tym razem nastawieni pokojowo. Zabrakło tylko głównego bohatera…

Można powiedzieć, że działalność i ofiara Patkula nie poszły na marne. Inflanty wyzwoliły się spod szwedzkiej tyranii i dostały pod panowanie Rosji. Car Piotr I niemieckiej szlachcie przywrócił majątki i nadał autonomię. Gorzej miała natomiast rodzima, chłopska ludność estońska i łotewska. Narody bałtyckie doczekały wolności dopiero w 1918 roku.

„Żem ja tego dnia sobotniego na rynek przyszedłszy i obaczywszy u pomienionej Marianny Jurkówny z Dąbrowy Wielkiej masło przedającej, kupiłem u niej osełkę masła za groszy 4 i szeląg, za które dawszy jej pieniądze odszedłem na stronę, a w tym czasie zaraz stał się tumult wielki między białymigłowami, że komunikant na ziemi leżący obaczono, na którychmiast p. Bigoszewicz, podstaroci, blisko natenczas stojąc zawołał mnie, abym te białogłowy do p. burmistrza z nimże zaprowadził.  I przyprowadziwszy przed p. burmistrza, prezentowała p. Gastołka tenże komunikant na rękawicy swojej, i te pomienione dwie białogłowie kazał p. burmistrz prowadzić do więzienia” – zeznawał świadek Andrzej z Sieradza.

sieradz_rynek

Futurystyczna kreacja prezentuje się znakomicie. Sieradzki rynek nie był nigdy taki piękny, nigdy nie był taki…

Działo się to w Wielką Sobotę (21 marca) roku pańskiego 1693. Na sieradzkim rynku odbywał się tradycyjny handel. Z pobliskich wsi zjechały do miasta chłopki z serami, masłem, drobiem, nabiałem. Była wśród nich poddana Sebastiana Małuskiego z Małusza – Marianna Jurkówna w Dąbrowy Wielkiej. Nie wiemy w jaki sposób na jej dłoni nagle znalazła się hostia. Czy zobaczyła ją i podniosła z ziemi, czy faktycznie ukradła z kościoła i chciała jej użyć w jakiś niecnych celach. Panna Jadwiga Malanówna, jako świadek tego świętokradztwa zeznała:

Iż wówczas przyszłam na kupienie na rynek nabiału i stanęłam między białymigłowami, gdzie się tumult stał, któremu się ja przypatrując, obaczyłam u białogłowy na ręce gołej komunikant, na którą ktoś zawołał – „a godnaś to mieć na ręku?” – taż tedy białogłowa z swojej ręki położyła mi ten komunikant na rękawicy prawej ręki, którym ja podała p. Gastołce także na rękawice i z nim poszła p. Gastołka do p. burmistrza, jak te białogłowy poprowadzono.

Z jakichś powodów za wspólniczkę Marianny wzięto mieszkankę Sieradza Ewę Hermanównę.

Trzeba wiedzieć, że komunikant czyli hostia (z łaciny ofiara, zwierzę ofiarne) to opłatek z mąki pszennej, w kształcie koła, ozdabiany często krzyżem lub motywami religijnymi. Jak naucza kościół katolicki po poświęceniu (konsekracji) ten zwykły kawałek pieczywa zmienia się Ciało Chrystusa, którego spożycie podczas Komunii Świętej daje niesłychane łaski i prowadzi do prawdziwego szczęścia. Komunikanty konsekrowane przechowywane są w specjalnej, pozłacanej puszce umieszczanej w tabernakulum. Jest to jedyne godne dla nich miejsce.

Bywały czasy, gdy wierny lud prosto i bezpośrednio pojmował niezwykłą wartość hostii i sądził, że pomóc ona może na wszystko. Skoro jezuici adorowali hostię w monstrancji, żeby ubłagać Boga o deszcz, to nic dziwnego, że niektórzy wierni próbowali wykraść Ciało Boże w celu zakopywania go w polu dla zapewnienia sobie obfitych plonów. Używano również hostii do leczenia gorączki, albo jako „odtrutkę” na zadane czary. Pokusa zdobycia hostii była ogromna, ale ryzyko jeszcze większe. Lud zazdrosny o potencjalne łaski skwapliwie oskarżał każdego, kogo mógł podejrzewać o zamiar świętokradztwa. Wystarczyło mimowolnie wykaszleć hostię w trakcie przyjmowania komunii, by pójść na stos.

Przyjęło się, że istniały dwa powody kradzieży hostii z kościoła: albo dla czarów, albo żeby sprzedać ją Żydom, którzy rzekomo potrzebowali jej do rytuału odtwarzania męki Pańskiej. O taką właśnie zbrodnię oskarżono w XIV wieku w Poznaniu chrześcijankę Krystynę i trzynastu Żydów. Wszyscy spłonęli na stosie.

sieradz_ratusz

Wypróbowana w Sieradzu metoda konserwacji – zasypanie. Tym razem resztek ratusza.

Nie wiemy skąd na sieradzkim rynku wziął się komunikant. Nie znamy też wyroku w sprawie Marianny i Ewy. Zgodnie z ówczesnym prawem aresztowane dziewczyny zapewne zostały odstawione do domu kata przy obecnej ulicy Ogrodowej i poddane tzw. badaniu czyli trzykrotnej torturze rozciągania. Z bólu przyznały się do kradzieży hostii, podając rzekomych wspólników i mnóstwo fantastycznych szczegółów znanych im z pisemek dewocyjnych i kazań plabana. Tak, jak Marusza z Kobierzycka, która przed sądem wójtowskim w Warcie w roku 1679 zdradzała szczegóły swojego pożycia w diabłem Szymaszkiem:

I miałam ja też swego męża tego Szymaszka, brałam z nim ślub w izbie w nocy na ziemi [...] i miałam mu być powolną, bo mię bił i na to mię namawiał, abym ludziom źle czyniła, alem ja nie chciała i o to mię bił.

Za takie „zbrodnie przeciw ludzkości” wyrok zwykle brzmiał następująco:

Stosując się do ustaw pospolitych i prawa majdeburskiego (tj. magdeburskiego), podług surowości artykułów w prawie opisanych przeciwko czarownicom na ukaranie wszelkich zbrodni i podobnych czarowań, ponieważ ta nieszczęsna niewiasta nie umiała od takowych zabobonów czartowskich szpetnych i Bogu się nie podobających powściągnąć się, ale owszem nimi się parać i bawić na wzgardę Bogu i zgubę duszy swojej i na szkodę ludzką, i na utratę zdrowia czarowała, skazuje ją na śmierć, aby na stosie drew jako czarownica spalona była per executorem iustitiae*.

Często jeszcze przed stosem stosowano karę wstępną, np.: ucięcie świętokradczej ręki lub wyrwanie bluźnierczego języka.

Przez kilka stuleci panowała histeryczna wręcz obawa przed świętokradztwem i czarami, której ulegali nawet ludzie wykształceni. W 1600 roku Sebastian Klonowic w dziele „Worek Judaszów” ubolewał nad takimi występkami:

Naydziesz takie złe ludzie, co Sakrament święty
Żydom i czarownicom, w uściech swych przeięty,
Przedaią, bezbożnicy, ciało i krew Pańską,
Uięci do pieniędzy chciwością szatańską.

Taka to była Wielkanoc w Sieradzu roku pańskiego 1693. Ciemniejsza strona naszej przeszłości. Historia, którą próbuje się zasypać, jak resztki sieradzkiego ratusza. Zasypać, przydeptać, zabetonować i zapomnieć. Bo ciemny lud, jak kania dżdżu, łaknie historii innej, lepszej, pełnej miłości do bliźniego i do miłej Ojczyzny…

*****

* przez kata

Fragmenty zeznań świadków pochodzą z książki Bohdana Baranowskiego „Nietolerancja i zabobon w Polsce w XVII i XVIII w.”

Powered by WordPress Web Design by SRS Solutions © 2017 To ci historia! Design by SRS Solutions

  • RSS
  • Flaker
  • Twitter
  • Tumblr
  • Facebook
  • GoldenLine
  • Nasza Klasa
  • Wykop