To ci historia!

Blog historyczny, ciekawostki historyczne, sensacje

Wpisy z tagiem: koń

Szacuje się, że podczas I wojny światowej w walczących armiach wykorzystano ponad 10 milionów koni. Część z nich ciągnęła armaty, wozy z amunicją czy z żywnością. Inne służyły do jazdy wierzchem, gdyż kawaleria była ważną siłą uderzeniową wszystkich armii.

Tylko nielicznym koniom udało się przeżyć tę wojnę. Zginęło ich niewiele mniej niż ludzi – około 8 milionów. Padały od kul, pocisków, chorób, gazu. Ranne trafiały do specjalnych szpitali weterynaryjnych, a po wyleczeniu ponownie wysyłano je na front…
Każdego dnia do wojsk brytyjskich walczących w Europie trzeba były dostarczyć około tysiąca koni, aby uzupełnić straty. W 1917 roku w sztabach alianckich powstała koncepcja, że koń jest cenniejszy niż człowiek, bo trudniej go zastąpić.

Żołnierze zwykle bardzo cenili te zwierzęta. Z wielu listów i pamiętników wynika, że śmierć konia bywała czasem nie mniej przygnębiająca niż kolegi z oddziału. Zdarzały się jednak sytuacje odwrotne, gdy koń zostawał sam na polu bitwy po śmierci jeźdźca. Taką dramatyczną historię opowiedział dziennikowi „Godzina Polski” w początkach 1917 roku anonimowy oficer rezerwy armii niemieckiej…

* * *

kon980x

Staliśmy na granicy. Nasze wojska, kiedy pobiliśmy Rosjan odeszły daleko, w głąb kraju, a my z rezerwy posłani zostaliśmy na południe, aby uważać czy się co gdzie znowu nie rusza… Urządziliśmy się dosyć wygodnie i mieliśmy przez jakiś czas zupełny spokój. Wysiadywaliśmy długie godziny przed domkiem, słuchając tonów „harmonii“, którą służący mego przyjaciela gdzieś zarekwirował. Tak upływał dzień za dniem, bez przygód. Aż pewnego razu straż z pagórka, gdzie stała na warcie, dała znać, że coś się niedaleko rusza. Wyszedłem na wzgórze i przekonałem się, że są to rosyjscy dragoni, którzy wyjechali z lasu i zatrzymali się. Zwołałem więc zaraz ludzi, kazałem im, by się pochowali i czekali na moje rozkazy. Spomiędzy dragonów wysunął się jeden i pomału, badając okolicę, zbliżał się ku nam. Nagle, ujrzawszy nas, odwrócił się i popędził do swoich. Rozkazałem, by żołnierze wystrzelili. Padło 8 strzałów, a jeździec zleciał z konia, który bez pana zaczął biec po równinie przed siebie. Strzelaliśmy dalej do nieprzyjaciela, schowanego w lesie, skąd też gęsto sypały się kule…

Nasz cisza i spokój skończyły się. Rosjanie zostali w lesie i ostrzeliwali aż do wieczora nasze pozycje. Po nocach czuwaliśmy pilnie, aby nam nie urządzili jakiej niespodzianki. Jednej nocy zawołał mnie żołnierz, stojący na warcie, że widzi coś ciemnego na ziemi, tuż przy zabitym oficerze nieprzyjacielskim. Rzeczywiście, nawet w nocy dał się zauważyć zarys jakiegoś większego stworzenia. Co to mogło być?

- Wiecie panie oficerze, co to jest? To koń zmarłego.

Kiedy zaczęło dnieć, widzieliśmy konia zupełnie dobrze. Wierne zwierzę wróciło do swego pana i stało nad nim, niby pytając – Co jeszcześ się nie wyspał? Moi ludzie z podziwem patrzyli na konia, który parę razy zarżał, jakby chciał trupa obudzić.

- Pójdę tam i pochowam zmarłego – postanowił jeden z żołnierzy.

kon_160408_15

Ćwiczenia w szkole francuskiej kawalerii

Było mu tak, jak i innym, żal nieboszczyka, co leżał rozciągnięty na wznak, twarzą do nieba i konia, który już parę nocy czekał na to, by się jego pan obudził. Ale jak tylko Rosjanie zauważyli żołnierza, zaraz zaczęli gwałtowną strzelaninę, na co my odpowiedzieliśmy podobnie. Koń, wystraszony hałasem uciekł.

To się powtarzało parę nocy. Wierny koń co wieczór przychodził do swego pana, całą noc przestał przy trupie, a jak zaczęło świtać i usłyszał pierwszy strzał – znikał. Widok tego biednego konia przy zabitym był dla naszych żołnierzy bardzo męczący. Wreszcie pewnej nocy dwóch ochotników  wybrało się i oficera pochowali.

- Już zakopany – oznajmił mi jeden z nich.

Zdarzenie to tak mnie zdenerwowało, że przez całą noc nie mogłem spać. Zostałem na straży. Noc była piękna i cicha. Naraz w tej ciszy rozległo się rżenie. Biedny koń wrócił znowu, ale swego pana już nie zastał. Więc odszedł, odszedł na zawsze…

Nie mogę zapomnieć tego rżenia, niesłychanie bolesnym wydawał się mi jego głos. Nastała znowu cisza, tylko tupot końskich kopyt jeszcze chwilę słyszałem. Wierne stworzenie już więcej pana swego nie widziało, a i my odtąd nigdy go już nie spostrzegliśmy.

* * *

Źródło: Godzina Polski nr 93 z 5 kwietnia 1917 roku.

Podczas I wojny światowej na froncie zachodnim  służyły… papierowe konie. Wojna pozycyjna wymagała stałej obserwacji działań i nie-działań wroga po drugiej stronie fortyfikacji. Francuzi wpadli więc na pomysł, aby obserwatora z lornetką umieszczać we wnętrzu konia padłego na polu bitwy. Z użyciem prawdziwego martwego konia były jednak pewne problemy, stąd zaczęto wyrabiać konie z papier-mache.

Obserwator był co prawda niewidoczny dla wroga, ale mógł liczyć tylko na szczęśliwy los w przypadku trafienia przez pocisk. W sztuce wojennego kamuflażu Francuzi osiągnęli spore sukcesy, chyba można nawet powiedzieć, że większe niż w prawdziwej walce. Dla uśpienia czujności wroga bywało, że zaprzęgano takie „padłe” konie w rozbite wozy.

„Koń jaki jest, każdy widzi” – tak opisywał to zwierzę w XVIII w. katolicki super-erudyta, ksiądz Chmielowski. W tamtych czasach jednak wszystko musiało być dużo prostsze…

Powered by WordPress Web Design by SRS Solutions © 2017 To ci historia! Design by SRS Solutions

  • RSS
  • Flaker
  • Twitter
  • Tumblr
  • Facebook
  • GoldenLine
  • Nasza Klasa
  • Wykop