To ci historia!

Blog historyczny, ciekawostki historyczne, sensacje

Wpisy z tagiem: kościół

Przy okazji każdego święta państwowego odbywają się w Polsce msze dziękczynne za wolność oraz modły za pomyślność Ojczyzny. Przedstawiciele wszechświatowej organizacji z centralą w Rzymie, rzekomo reprezentującej jedynego Boga, pouczają Polaków jak mają żyć, jak umierać, jak wybierać, jak kochać bliźnich oraz własną ojczyznę. Chwalą się przy tym swoimi rzekomo ogromnymi zasługami dla powstania oraz istnienia kraju i narodu. Nie wspominają tylko o pewnych niewygodnych dla siebie faktach… Jak choćby o tym, że w 1792 roku w kościołach warszawskich czytano list pasterski biskupa Antoniego Onufrego Okęckiego, w którym wzywał do modłów, za pomyślność Konfederacji Targowickiej, tej samej która jest dziś synonimem zdrady narodowej. Kościół dla własnych korzyści uznał bowiem Targowicę za „dla dobra Ojczyzny podjętą”.

Przez całe wieki watykańscy funkcjonariusze w swych działaniach kierowali się wyłącznie własnym interesem, nie bacząc na dobro Rzeczypospolitej. Nie byłoby w tym nic dziwnego, ani nic zdrożnego, w końcu każda organizacja ma do tego prawo. Można byłoby im to wybaczyć, gdyby nie prowadzili jednocześnie totalnej propagandy, z której wynikało, że są jedyną sprawiedliwą i patriotyczną organizacją , że tylko oni potrafią zadbać o „miłą Ojczyznę”. Posiedli w swoim mniemaniu monopol na prawdę, wiedzę i dobro… Niestety, jeśli byli w posiadaniu jakichkolwiek monopoli, to były to monopole na masową informację oraz na nauczanie młodzieży, wskutek czego dokonali potwornego spustoszenia w umysłach Polaków. Ponadto uzyskali ogromny wpływ na rządzących. Dziś, gdy dostęp do informacji ma każdy kto jej szuka, możemy kojarzyć fakty i wyciągać wnioski. Najważniejszy z nich jest taki, że w pełnych przepychu świątyniach nie mieszka Bóg, ale czwarty zaborca Polski…

Tego nie przeczytacie w żadnym podręczniku historii, choć przedstawione tu fakty z dziejów stosunków państwo polskie – kościół katolicki od dawna są znane historykom… Poniższy tekst powstał na podstawie artykułu „Kościół katolicki a rozbiory Polski” autorstwa Jarka Kefira, zamieszczonym na blogu „Zakazana historia”.

i002-drzeworyt-na-tincie-180x235mm

Rzekome męczeństwo świętego zdrajcy – biskupa Stanisława

Od początku swego istnienia Kościół dążył do uzyskania przewagi nad władzą świecką. Tym planom nadzwyczajnie pomógł upadek cesarstwa rzymskiego w 476 roku. Odtąd biskupi rzymscy stali się władcami całego świata zachodniego. Aż do czasów Karola Wielkiego, Król Franków i Longobardów (VIII-IX wiek) byli jedynymi panami dusz, umysłów oraz majątków ludów europejskich. Powrót idei cesarstwa rzymskiego w IX wieku rozpoczął wielowiekową bezwzględną walkę o władzę nad Europą.
Powstałe w X wieku państwo polskie również było areną tej rywalizacji. Przyjęcie chrztu przez Mieszka I w 966 roku miało podnieść prestiż tego państwa i uchronić przed dominacją niemiecką. Niestety, słono za to zapłaciliśmy. Za „opiekę” papieską  płaciliśmy tzw. świętopietrze, najdłużej w Europie, bo aż do 1564 roku. Dopiero reformacja przerwała ten proceder, gdyż szlachta ewangelicka odmówiła płacenia papieżom. Były to obciążenia bardzo duże. W czasie 24 lat panowania Zygmunta Augusta do Rzymu pojechało z Polski i Litwy około 2 tysiące wozów ze złotem i srebrnymi monetami. Jak łatwo policzyć, średnio co 4-5 dni Rzeczypospolita wysyłał do papieży wóz pełen kosztowności. Nasi rzymscy „opiekunowie” uważali nas przy tym za swoich poddanych. W  roku 1253 papież Innocenty IV stwierdził jasno: „następcy [książąt Polskich] odkąd poznali wiarę chrześcijańską poddani byli Stolicy Apostolskiej…

W roku 1079 Bolesław II zwany Śmiałym lub Szczodrym odbudował potęgę pradziadka Chrobrego. Z powodzeniem interweniował na Węgrzech i na Rusi, zdobył Kijów, koronował się na króla. Był sojusznikiem papieża, skutecznie bił się z Niemcami. Nie walczył z Kościołem, wręcz przeciwnie – umacniał go. Jednak silna władza Bolesława okazała się dla Kościoła nie do przyjęcia. Przywrócenie w Polsce tronu królewskiego i wzmocnienie władzy Bolesława spowodowały niezadowolenie władców państw sąsiednich Niemiec i Czech. Z pomocą niektórych polskich rodów możnowładczych starali się zbudować opozycję przeciwko królowi. W spisku brał udział biskup krakowski Stanisław, którego Bolesław skazał za zdradę na śmierć i poćwiartowanie. Gall Anonim w swojej Kronice uczynek Stanisława nazywa grzechem i zdradą. Potem przez ponad sto lat kościelne źródła fałszowały fakty, by „uświęcić” śmierć biskupa. Wieść o męczeńskiej śmierci Stanisława z czasem obrosła w legendę i w 1253 roku doszło do kanonizacji krakowskiego biskupa na świętego. Król Bolesław, który skutecznie rządził państwem, wskutek intryg został wygnany. Kościelna propaganda dorobiła mu gębę mordercy i awanturnika. Tron po nim otrzymał młodszy brat Władysław Herman, bardziej ugodowy wobec sąsiadów.

Podczas rozbicia dzielnicowego biskupi wszelkimi sposobami osłabiali państwo, szczując na siebie książęta dzielnicowe. Za poparcie jednych przeciw drugim wyłudzali kolejne nadania i przywileje. Zanarchizowana Polska stała się areną nieustannej wojny domowej. Osłabiona, straciła Śląsk, Pomorze, Ziemię Lubuską, płaciła Niemcom daninę lenną. Osamotnione Mazowsze, nie mogąc sobie poradzić z najazdami Prusów, sprowadziło w 1226 roku na ziemię chełmińską zakon krzyżacki. Wkrótce ziemię, którą dostali w dzierżawę, Krzyżacy sobie przywłaszczyli na podstawie sfałszowanego dokumentu. Pełnię ich praw do tych wyłudzonych terenów potwierdził papież Grzegorz IX. Przez kolejne trzy wieki zakon krzyżacki był jednym z najgroźniejszych wrogów Polski. 

Spośród plejady zdrajców, którzy z całych sił przeciwstawiali się zjednoczeniu ziem polskich, wymienić trzeba arcybiskupów gnieźnieńskich: Jakuba ze Żnina, Janika, Henryka Kietlicza; biskupów krakowskich: Gedkę, Pawła z Przemankowa i Jana Muskatę; wrocławskich: Wawrzyńca, Tomasza I i Tomasza II oraz biskupa poznańskiego Andrzeja. Posługiwali się zdradą, fałszerstwem i klątwą. Wyklęli m.in. Władysława Wygnańca, Mieszka Starego, Henryka Brodatego, Konrada Mazowieckiego, Leszka Czarnego, Henryka Probusa, Władysława Łokietka, potem Kazimierza Wielkiego. Klątwa w średniowieczu oznaczała faktyczną utratę władzy, gdyż poddanych zwalniano z posłuszeństwa wobec wyklętego władcy. O zdjęcie klątwy trzeba było zabiegać w Rzymie, a trwało to długo i kosztowało słono. Jak w tych warunkach Polska mogła normalnie funkcjonować?

wladislaus_i_of_poland

Król Władysław I Łokietek

Na zjazdach w Łęczycy (1180 r.) w Borzykowej (1210 r.) i w Wolborzu (1215 r.) Kościół, wygrywając książąt przeciw sobie, wyłudził przywileje osłabiające cały kraj i całkowicie uniezależniając się od polskiego państwa. Kiedy Łokietek jednoczył Polskę, zwrócił się do papieża o pomoc w rozwiązaniu konfliktu z Krzyżakami oraz o zgodę na koronację. Odpowiedź Jana XXII z zasadzie była pozytywna, ale zawierała warunki trudne do spełnienia. Papież zażądał wprowadzenia w Polsce inkwizycji przeciw heretykom, zwiększenia świętopietrza oraz rehabilitacji zawziętego wroga polskości oraz samego Łokietka – byłego biskupa krakowskiego Jana Muskaty. Wszystkie te warunki zostały spełnione, ale papież wskutek nacisków Czechów, nie mianował Łokietka królem Polski, lecz przyznał mu tylko prawo do ubiegania się o tytuł króla krakowskiego. Mimo to, w styczniu 1320 roku Łokietek został w Krakowie koronowany na króla Polski. Sowicie opłacony papież nie protestował…

Nie rozwiązany pozostał konflikt z zakonem krzyżackim. Królestwo polskie było zbyt słabe, żeby podjąć się kolejnej walki. Król Łokietek oddał więc zakonników pod sąd papieski. Wyrok z 1321 roku nakazał Krzyżakom zwrot Pomorza Gdańskiego. Zakon, mimo polskich akcji dyplomatycznych i orzeczeń sądów papieskich, nie zamierzał tego zrobić. Wojny Polski z zakonnikami z Malborka trwały aż do 1521 roku. Jeszcze za Łokietka, w 1331 roku, Krzyżacy najechali na Wielkopolskę, Kujawy, Ziemie: Łęczycką i Sieradzką. Spalili Słupcę i Pyzdry. Szturmem wzięli Łęczycę i próbowali opanować Kalisz. Potem zdobyli i spalili Gniezno, Żnin, Nakło, Środę i Kostrzyń. W Gnieźnie nasi „bracia w wierze” obrabowali kościół katedralny. Podobny los spotkał miasta Sieradz, Uniejów, Warta i Szadek. W Sieradzu przeor dominikański, znający dobrze komtura elbląskiego, udał się do niego z prośbą, aby jako chrześcijanin, nie zabierał życia i majątku niewinnym ludziom. Komtur udał, że nie rozumie i kazał dominikanów obedrzeć nawet z habitów…

Syn i następca Łokietka, Kazimierz III Wielki starał się prowadzić politykę racjonalną, jak najmniej zależną od kościoła. Korzystając z sądów papieskich i zawierając taktyczne sojusze odzyskał dla Polski Kujawy i ziemię dobrzyńską. Tylko Pomorze Gdańskie zgodził się oddać zakonowi, jako „wieczystą jałmużnę”.
Polityka ta nie spodobała się biskupowi krakowskiemu Janowi Grotowi, który krytykował króla za ustępstwa wobec Krzyżaków oraz protestował przeciwko zbytnim, jego zdaniem, obciążeniom podatkowym biskupstwa na rzecz państwa. W 1334 rzucił klątwę na króla i nałożył interdykt na diecezję czyli zakaz odprawiania obrzędów religijnych. Król zrewanżował się oskarżeniem biskupa o zdradzanie tajemnic stanu, nawoływanie do buntu i nadużycia w nadawaniu beneficjów kościelnych. Kiedy w 1338 roku ekskomunikowany Kazimierz Wielki wszedł do katedry wawelskiej, biskup Grot z tego powodu przerwał nabożeństwo. Po kilku latach doszło do pojednania, ale pod pokojem kaliskim w 1343 roku biskup krakowski nie chciał się podpisać. Historia przyznała w tym sporze rację Kazimierzowi, jedynemu królowi polskiemu, któremu nadano przymiotnik Wielkiego…

cdn…

Czy nie mógłby kościół katolicki w Polsce, idąc za historyczną misją kościoła powszechnego, który na ściennych przestrzeniach swoich świątyń wychował malarstwo od Giotta poczynając, a na Michale Aniele kończąc, i polskiemu malarstwu dać możność, zdrowego i moralnego rozwoju?

Według oficjalnej, podręcznikowej historii w czasach zaborów polski kościół katolicki był biedny i szykanowany . Jaka to jednak była „martyrologia”, jeśli w drugiej połowie XIX w samej tylko diecezji kujawsko-kaliskiej (zabór rosyjski) zbudowano 127 kościołów, a biskupi mieli ambicje pełnienia roli mecenasa sztuk, niczym ich potężni poprzednicy z okresu Odrodzenia czy Kontrreformacji?

W 1908 roku powstał we Włocławku „Dyecezalny komitet archeologiczno-budowlany”, który zajął się nadzorem nad zabytkami sztuki sakralnej, ich ochroną i renowacją. Miał też promować nowe kierunki w architekturze sakralnej i wystroju kościołów. Bez jego opinii nie mógł powstać żaden projekt nowego kościoła, ani przebudowy starego.

Poniżej prezentujemy pismo, jakie Komitet ten wystosował do Zarządu Towarzystwa Opieki nad Zabytkami w Warszawie z prośbą o pomoc i poparcie dla starań o podniesienie artystycznego poziomu wyposażania kościołów. Dokument wiele mówi o sytuacji kościoła polskiego w początkach XX wieku (styl i pisownia oryginalne).

Dotąd jak sądzimy nikt nie zwrócił uwagi na nadzwyczajny, prawie gorączkowy ruch, jaki objawił się w ciągu ostatnich lat czterdziestu w budownictwie kościelnem. Mając statystyczne dane, dotyczące tego ruchu w dyecezyi kujawsko-kaliskiej pod ręką, przekonywamy się, że na 420 kościołów, znajdujących się w dyecezyi, 127 czyli 1/3 wszystkich kościołów została wzniesiona w ciągu ostatnich lat czterdziestu. Jeżeli w tym samym stosunku rozwijał się ruch architektoniczny i w innych sześciu dyecezyach Królestwa Polskiego, o czem nie godzi się wątpić, bo prąd ten cały kraj objął, tedy liczba nowych kościołów w okresie lat czterdziestu, wzniesionych na całem terytoryum Królestwa, bez mała sięga tysiąca (!)

Kościół w Psarach k. Turku

Dziś wewnętrzne ściany tak kościołów w tym okresie wzniesionych jako też ściany dawnych kościołów pokrywają się polichromią. Ten prąd w kierunku polichromii kościołów, choć niedawno poczęty, stopniowo tak rośnie i olbrzymieje, że zdaniem naszem, słusznie przewidywać należy, iż po upływie 10—20 lat niemal wszystkie nasze kościoły będą polichromowane. Zachodzi więc pytanie, czy wobec tak silnego ku polichromii skierowanego ruchu nie możnaby go ująć w ręce i pokierować nim tak, aby on przyniósł istotny pożytek Kościołowi i Ojczyźnie, aby dał początek odrodzenia się malarstwa religijnego, od tak dawna znajdującego się w upadku, aby naszym młodym i zdolnym, ale biednym artystom dał środki materyalne dla kształcenia się dalszego i aby tym sposobem ten prąd przyczynił się do zogniskowania w kraju sił artystycznych polskich i wytworzenia w ten sposób malarstwa polskiego o wybitnych indywidualnych cechach narodowych.

Czy tego rodzaju rozumnym kierunkiem tego ruchu nie mógłby kościół katolicki w Polsce, idąc za historyczną misyą Kościoła Powszechnego, który zawsze był najpotężniejszym mecenasem sztuki, który na ściennych przestrzeniach swoich świątyń wykołysał i wychował malarstwo od Giotta poczynając, a na Michale Aniele Buonarottim kończąc, i polskiemu malarstwu, dotąd pod nogami pozbawionemu silnego gruntu dać ów grunt i w ten sposób dać możność jak w »quattrocento« we Włoszech, zdrowego i moralnego rozwoju? (…)

Ale, ażeby cel ten osiągnąć, ażeby przede wszystkiem wydobyć ścienne malarstwo kościelne z rąk pokojowych malarzy, (…) potrzebujemy pomocy i poparcia, o które zwracamy się do szanownego Zarządu Towarzystwa opieki nad zabytkami przeszłości.

Duchowieństwo dyecezyi kujawsko-kaliskiej ma już polecone przez jego Ekscellencyę ks. biskupa Zdzitowieckiego za pośrednictwem Komitetu dyecezyalnego, aby znaczniejsze roboty kościelne, a zatem i polichromie, powierzało do wykonania kandydatom nie inaczej, jak tylko drogą konkursu. Konkursy te ogłaszane będą w »Dzienniku Powszechnym«, że zaś konkurenci, aby powziąć wyobrażenie o stylu i charakterze kościoła, który ma być polichromowany, jako też o rozległości i kształcie przestrzeni ściennych, będą zmuszeni przestudyować plan danego kościoła, dlatego Komitet dyecezyalny prosi uprzejmie szanowny Zarząd Towarzystwa o pozwolenie składania owych planów w jego kancelaryi, nadto Komitet dyecezyalny prosi również Zarząd Towarzystwa o łaskawe uwiadomienie Dyrektora szkoły sztuk pięknych w Warszawie o naszych chęciach i celach, jako też o zawiadomienie i zachęcenie młodych a zdolnych wychowańców szkoły, o których tu przede wszystkiem chodzi, do konkurowania o prace.

Nakoniec, Komitet dyecezyalny chce zapytać szanowny Zarząd, czy może prosić sekcyę malarską Towarzystwa opieki nad zabytkami przeszłości o przyjęcie udziału w ogłoszonych konkursach w charakterze sędziów artystycznej strony projektów, przyczem nadmieniamy, że ocenę projektów pod względem treści religijnej, jako też ostateczną decyzyę konkursów, Komitet dyecezyalny archeologiczno-budowlany sobie rezerwować pragnie.

Piękne, chwalebne i generalnie postępowe w treści pismo to spotkało się z bardzo pozytywnym przyjęciem w towarzystwie ochrony zabytków i w całej branży budowlanej. Krakowski miesięcznik „Architekt” optymistycznie liczył, że zacznie się tym samym nowa era we współpracy duchowieństwa z administracją państwową. Także w zaborze austriackim. Tak jakby w piśmie powyższym nie było jasno napisane, że fachowcy od zabytków są kościołowi potrzebni, aby zatwierdzić jego własne pomysły na renowacje i budowy. Jakby nie napisano, że w całym tym projekcie chodzi głównie o podniesienie skuteczności ewangelizacji. Ostrożność nakazywał też fakt, że pominięto zupełnie sprawę ponoszenia kosztów doradztwa. Wnioskować można było, że spece od zabytków sami zapłacą za swoją pracę i podróże. „Architekt” w numerze 1 z roku 1910 prorokował:

Idea obowiązku wobec sztuki, jaki cięży na duchowieństwie, w powierzonych jego pieczy kościołach, choć powoli, ale ogarnia coraz bardziej sfery duchowne w całej Polsce. Zwłaszcza w Galicyi zachodniej i w Krakowie cały szereg prac, dokonanych przez pierwszorzędnych artystów, działa coraz bardziej zachęcająco. Jednocześnie uznano potrzebę szerzenia wśród duchowieństwa wiadomości z zakresu konserwacyi zabytków, historyi sztuki i estetyki, oraz zdrowego kierunku przy budowie i wyposażaniu nowych kościołów. Dyecezya krakowska ujęła tę sprawę w ręce i niebawem rozpoczną się w Krakowie wykłady dla duchowieństwa z dziedziny wymienionych kwestyj.

Zasada ogłaszania konkursów przyniosła większą jawność wydawania pieniędzy przez kościół. Dała zajęcie architektom. Konkursy cieszyły się dużym powodzeniem, bywało, że zgłaszano kilkadziesiąt projektów do jednej inwestycji. Dzięki temu powstało sporo budowli ciekawych i nowatorskich w stylu. W przeszłość, zdaniem redakcji „Architekta” miała odejść kiczowata noegotycka i neobarokowa maniera, charakterystyczna dla architektury i sztuki kościelnej XIX wieku.

Pseudo gotyckie feretrony o fałszywych proporcyach i członkach architektonicznych, otaczających obraz — olejną, ręczno-fabryczną kopię z oleodruku. Chorągwie o barwach ordynarnych, kształtach pretensyonalnych, haftach nielogicznie użytych; na chorągwi przyszyty lśniący obraz malowany na ceracie. Monstrancya, baldachim, kapa, krzyże, wszystko brzydkie, niesmaczne, a takie same jak w sąsiedniej parafii i dziesiątej — bo wyroby fabryczne w cenach konkurencyjnych dostarczą wszelkich aparatów, ołtarzów i mebli kościelnych. [Architekt nr 4 z 1909r.].

Również niektórzy przedstawiciele kościoła zauważali problem. Ksiądz Władysław Górzyński – historyk architektury, inicjator powstania decezjalnego komitetu we Włocławku, rozpaczał na łamach tegoż 4 numeru „Architekta” z 1909 roku:

…gdy dawniej każdy szczegół, każdą zdobinę kościelną wykonywali artyści »z bożej łaski«, dziś widzimy się otoczonym i przez samych partaczy, którym więcej, aniżeli o dzieło sztuki, chodzi o… załatanie dziurawych butów. Tymczasem Kościół bez sztuki obejść się nie może. Jak duszy potrzebne jest ciało, ażeby mogło swe wewnętrzne stany uzewnętrzniać, tak sztuka potrzebna Kościołowi. I nie tylko Kościołowi, ale i wiernym. Kościół przez sztukę wiernych naucza, wierni zaś w sztuce wypowiadają swoje religijne uczucia, a uczucie w życiu wiary nie mniejszą odgrywa rolę jak rozum i wola. Tak było zawsze, tak i dziś być powinno.

Po słynnym carskim ukazie tolerancyjnym w 1905 doszło nie tylko do masowych nawróceń na katolicyzm, ale i do boomu w budownictwie sakralnym. Przed I wojną światową w Królestwie Polskim kościoły rosły, jak grzyby po deszczu. W środowiskach architektów, konserwatorów i teoretyków sztuki rozgorzały dyskusje nad potrzebą stworzenia nowego, „swojskiego” stylu w architekturze i sztuce sakralnej. Próbowano położyć kres bezmyślnemu kopiowaniu pseudo historycznych wzorów, głównie gotyckich i barokowych. Tyle tylko, że życie brutalnie weryfikowało ambitne projekty.

W Psarach koło Turku w 1908 roku, przy akceptacji  Towarzystwa Opieki nad Zabytkami, zdecydowano o rozbiórce starego, drewnianego kościoła i wybudowaniu nowego. Projekt młodego architekta, Jarosława Wojciechowskiego, miał dać początek długo oczekiwanemu nowemu polskiemu stylowi w architekturze. I po części tak było: powstał dość oryginalny budynek, łączący cechy starej architektury romańskiej z elementami rustykalnymi. Tyle, że w ślad za nim nie poszły inne realizacje. Nadal dominowały swobodnie interpretowane neogotyk i neobarok.

W Galicji słynna stała się sprawa remontu barokowego kościoła dominikanów w Tarnopolu. Zbudowany w XVIII wieku, był uważany za jedną z piękniejszych świątyń barokowych w I Rzeczpospolitej, a jednocześnie za ciekawy przykład krzyżowania się wpływów wschodu i zachodu. Dla dominikanów był jednak nie dość barokowy i, w uzgodnieniu ze służbami konserwatorskimi, postanowili doprowadzić budynek do „czystego” stylu. Przebudowę udało się zatrzymać, budowlańcy zdążyli tylko podnieść kopułę kościoła zbyt mało strzelistą, zdaniem właścicieli.

Po stu latach w tych sprawach niewiele się zmieniło. Państwo polskie udaje, że nadzoruje co dzieje się w kościelnych zabytkach. Kościół udaje, że dba o zachowanie zabytkowych charakterów swoich nieruchomości. Kasa na remonty, renowacje, modernizacje i przebudowy płynie szerokim strumieniem z budżetu krajowego, dotacji unijnych oraz kieszeni wiernych. Nikt nie przejmuje się czy są wydawane właściwie. Na Jasnej Górze ustawiono od frontu zabytkowego klasztoru metalowy koszmarek z rozdziawioną paszczą, która zdaje się czyhać na napływające rzesze pielgrzymów. W Piotrkowie Trybunalskim do budynku klasztoru pochodzącego z XVII wieku dostawiono szklaną oranżerię. Pod katedrą łódzką kopie się wielką dziurę z przeznaczeniem na salon wystawienniczy. Dzieje się dużo… Tylko nie dla zachowania dowodów przeszłości narodu, ale dla skuteczniejszej ewangelizacji i ku chwale kościoła powszechnego…

Metalowy ołtarz na Jasnej Górze

Wracając do księdza Górzyńskiego i jego poglądów na sztukę kościelną: miał rację tylko częściowo. Sztuka przez duże „S” bardziej potrzebna jest kościołowi i jego możnym książętom, lubującym się w luksusach, niż rzeszom wiernych. Biedny lud nie łaknie arcydzieł w kościołach. Żadna słynna Madonna wielkich mistrzów pędzla: Rafaela, Tycjana czy Cranacha nie doczekała się kultu, jaki otacza Czarną Madonnę z Częstochowy – dziełko (niektórzy mówią: „bohomaz”) anonimowego pacykarza. Oczywiście natchnionego przez ducha świętego. Kiedy ma się takie wsparcie, specjalne talenty nie są potrzebne…

Prosty lud szuka sztuki prostej. Chodzi mu o to, aby obraz był jako piorun jasny, prędki, czasem smutny jako pieśń stepowa, ale zawsze piękny jak aniołów mowa… Na nic subtelne aluzje, dyskretne ironie, niejasne symbole, zaskakujące skojarzenia, niespodziewane perspektywy… Kult nie potrzebuje kultury ze znakiem Q. Potrzebuje autorytetu i tradycji. Takiej choćby jak tańczące feretrony. Zadowoli się nawet tandetnym dmuchanym kościółkiem lub plastikowym papieżem prosto z Chin. Byle tylko nie wymagano myślenia i szukania głębszych treści…

W klasztorze jasnogórskim można podziwiać Drogę Krzyżową autorstwa Dudy-Gracza. Wśród pielgrzymów obrazy te wzbudzają niezwykłe kontrowersje. Całkiem pokaźna grupa wiernych zdaje się podejrzewać, że dzieło to może być drwiną z ich dogmatycznej, skostniałej wiary. Znany artysta  sugeruje przecież, że prawdziwa Golgota możliwa jest także „tu i teraz”, w obecności, a może i na zlecenie: biskupów i tłumu „prawdziwych” Polaków-katolików.  Wielu ma za złe paulinom, że przyjęli dar artysty ze snobizmu, aby tylko mieć obrazy modnego malarza, którego wartość rynkowa z pewnością będzie jeszcze rosła.

Jeden z pierwszych teologów chrześcijańskich – Tertulian twierdził w II wieku n.e.: „dlatego jest wiarygodne, że jest niedorzeczne”. Po dziewiętnastu wiekach dodać można jeszcze: dlatego czcigodne, że tandetne i szpetne…

„Najstarszy z żydów pierwszy, wedle podania, przebił nożem jedną Hostię, z której zaraz krew wytrysnęła i twarz mu znacznie skropiła (…) Za przykładem pierwszego, poszła i reszta żydów. Zbrodnicze ich ręce nurzały się we krwi”

Kościół katolicki uroczyście obchodzi dziś Święto Bożego Ciała. To jedno z młodszych świąt, ale za to jedno z bardziej widowiskowych, ze względu na tłumne procesje, paraliżujące ruch w wielu miastach. Obchodzone jest od XIII wieku, a powodem jego wprowadzenia były objawienie i cud. Objawienie miała mieć francuska zakonnica Julianna, która ponoć w 1245 została zaszczycona rozmową z samym Chrystusem. Zażądał on wówczas ustanowienia święta ku czci Najświętszej Eucharystii. I nawet wyznaczył dzień uroczystości Bożego Ciała – czwartek po niedzieli Świętej Trójcy. Oficjalnie do Rzymu wprowadził to święto papież Urban IV w 1264 roku. A skłonił go do tego cud, jaki rzekomo zdarzył się we włoskiej wiosce Bolsena, gdzie rozlane mszalne wino zmieniło się w krew chrystusową.

Ale takie cuda i dziwy nie omijały też Polski. W Poznaniu wskutek legendy o żydowskich świętokradcach i latających hostiach powstały dwa kościoły: kościół Bożego Ciała oraz kościół Najświętszej Krwi Pana Jezusa.

Poznańska legenda o skradzionych hostiach przez całe wieki uchodziła za szczerą prawdę i dowód na zbrodniczą działalność Żydów. A i dziś wielu religijnych fanatyków, a nawet kościelnych hierarchów traktuje tę bajkę jako świadectwo autentycznych wydarzeń. Tym bardziej, że cud poznański został uwiarygodniony bullą papieską Bonifacego IX, a więc nie można traktować go jako legendy, bo podważałoby się w ten sposób autorytet Stolicy Apostolskiej.
Treść tej historii spisana została w roku 1926 przez Mieczysława Noskowicza w książce „Najświętsze trzy Hostie”. Książka niedawno została wznowiona przez wydawnictwo WERS i cieszy się ogromnym zainteresowaniem katolickich fundamentalistów.
Oto zadziwiająca opowieść o profanacji boskiego ciała.
15 sierpnia 1399 doszło w Poznaniu do nadzwyczajnych zdarzeń. Na błoniach nad Wartą, gdzieś w miejscu skrzyżowania dzisiejszych ulic Strzeleckiej i Królowej Jadwigi, pastuszek opiekujący się krowami zauważył nagle, że bydło klęka, patrzy w górę i podziwia unoszące się w powietrzu Trzy Hostie. Blask bił taki, że na miejsce zbiegły się tłumy, a wkrótce przybyły też miejskie władze oraz duchowieństwo z biskupem poznańskim Wojciechem Jastrzębcem. Dominikanin Jan Ryczywół uniósł patenę i Trzy Hostie natychmiast na nią spłynęły. Orszak z biskupem na czele odprowadził Hostie do kościoła farnego św. Marii Magdaleny. Na miejscu cudu biskup polecił wznieść drewnianą kaplicę, do której zaczęło pielgrzymować coraz więcej pątników. Wieść o kulcie rozszerzała się na cały region, a wkrótce także na cały kraj. Kiedy o historii Trzech Hostii dowiedział się król Władysław Jagiełło, postawił w tym miejscu kościół Bożego Ciała, a obok niego klasztor Karmelitów Trzewiczkowych.

Jak ustaliło ”śledztwo”, cud na błoniach, był efektem żydowskiej profanacji. Pewna mieszkanka Poznania, chrześcijanka o imieniu Krystyna, przekupiona przez miejscowych Żydów, wkradła się do ówczesnego kościoła Dominikanów i wyniosła pod osłoną nocy Trzy Hostie. Następnie przekazała je Żydom. Świętokradcy przenieśli konsekrowane Hostie do podziemi dawnej kamienicy Świdwów-Szamotulskich. Tam rzekomo doszło do potwornej profanacji: Hostie położono na drewnianym stole, kłuto, przebijano nożami, deptano… Z tak męczonego Ciała Chrystusowego w końcu trysnęła krew na podłogę i ściany. Kilka kropel upadło na stojącą obok niewidomą Żydówkę, która natychmiast odzyskała wzrok. Żydów ogarnęło wówczas przerażenie. Żeby zatrzeć ślady, próbowali utopić Trzy Hostie w piwnicznej studzience. Ale one ciągle wypływały na wierzch. Wtedy postanowili wynieść Hostie poza miasto i porzucić je daleko, na nadwarciańskich łąkach. W drodze na to miejsce pod wpływem Trzech Hostii nastąpiło jeszcze kilka cudownych uzdrowień. Owinięte w szmaty Hostie zostały zakopane przez Żydów w ziemi. Następnie w cudowny sposób odnaleźli je pastuszkowie.

Dla katolika to ciekawa, wzruszająca, dydaktyczna historyjka z happy andem. Utwierdzająca jego wiarę, która bez cudów i tajemnic byłaby płytka jak przykościelna kałuża. Tyle tylko, że religijna propaganda tak chętnie powołującą się na owe „fakty”, udokumentowane przez kościelnych kronikarzy, omija jak może jeden istotny dla tej historii „fakt”, który w XXI wieku jest już nieco niewygodny i podważa codzienne nawoływania o miłość do bliźniego. Oczywiście „sprawcy” profanacji zostali surowo ukarani, co oznacza, że zamieszani w sprawę rabin i trzynastu Żydów oraz Krystyna i jej córka spłonęli na stosie urządzonym na podmiejskich polach. Sprawiedliwości stało się zadość. Oskarżeni, jak zwykle bywało w takich procesach, przyznali się nie tylko do wszystkiego co im zarzucano, ale i do wielu innych myślo-zbrodni. Ówczesne metody przesłuchań były przecież dużo skuteczniejsze od dzisiejszych. Ukarani zostali również potomkowie „świętokradców”. Gmina żydowska musiała co roku wpłacać na procesję Bożego Ciała datek w wysokości 800 tynfów, a trzech starszych z gminy dla przykładu chodziło z nożami w ręku na czele procesji.
Współcześni propagatorzy tej „budującej” historii nie kwapią się również do uczciwego przyznania, że z kawałka pieczywa nie da się nijak wydobyć ani kropli krwi. Choćby nie wiadomo jak był wypieczony i uświęcony…

Ponad dwieście lat po cudzie karmelici zaświadczą, że odnaleźli w piwnicy przy ul. Żydowskiej stół dębowy, na którym kłuto hostie. „Stół od niewiernych Żydów, iżby się zbrodnia nie wydała, w filarze przez długi czas aż do bieżącego roku był ukryty”. Odnajdą na stole ślady krwi. Za swą zdumiewająca spostrzegawczość ojczulkowie dostaną od miasta w darze rzeczoną kamienicę i przebudują ją na kościół Najświętszej Krwi Pana Jezusa. Później odkryją jeszcze w piwnicy studnię, w której hostie były topione przez Żydów. Po oczyszczeniu ze „śmieci i odchodów” napełnią ją wodą „ku radości miasta, a zwłaszcza chorych, którzy pijąc ową wodę, poczęli powracać do zdrowia z wielu słabości”. Do dziś w Wielką Sobotę wierni ustawiają się w kolejce do tej studni.

Przez całe wieki w kościele przy Żydowskiej wisiała tablica: „Ty Boże, jak za taką krzywdę nagrodzimy? / Twoję, gdy ciężką mękę w Poznaniu widzimy. / Ty sam Boże jakoś jest zawsze sprawiedliwy, / Ty wyniszcz aż do szczętu ten naród złośliwy”. Dopiero w 2005 roku metropolita poznański abp Stanisław Gądecki kazał ją zdjąć.

Ta historia pokazuje sposób, w jaki kościół dochodził do olbrzymich bogactw, zaczynając od władzy nad ludzkimi umysłami. Wystarczyło ogłosić odpowiedni cud, aby stosownie do jego rangi otrzymać w darze świątynię lub posiadłość ziemską. Na głoszenie boskiej chwały nie wypadało przecie skąpić złotówek. Nawet królowi, skoro władza jego od Boga pochodziła…

Historia trzech hostii na youtubie

* * *

Wszystkie ilustracje pochodzą z książki Mieczysława Noskowicza „Najświętsze trzy Hostie”, wydanej w Poznaniu w 1926 r.

Powered by WordPress Web Design by SRS Solutions © 2017 To ci historia! Design by SRS Solutions

  • RSS
  • Flaker
  • Twitter
  • Tumblr
  • Facebook
  • GoldenLine
  • Nasza Klasa
  • Wykop