To ci historia!

Blog historyczny, ciekawostki historyczne, sensacje

Wpisy z tagiem: pamiętniki

Słynny nasz poeta romantyczny, zwany czwartym wieszczem – Cyprian Kamil Norwid, często-gęsto swoje teksty ozdabiał zręcznymi rysunkami i okraszał ciętą ironią. W jednym z listów tak na przykład żalił się na niechlujstwo drukarzy:

Raz – dawniej – w rymie, który brzmiał: „Zrazu cię zapał porywa,/ A potem – smutki” – oni – przez halucynację zecera śpieszącego się na obiad – wydrukowali: „Zrazów cię zapach porywa,/ A potem – wódki”

Ulubionym tematem jego żartów i karykatur był jednak typowy przedstawiciel polskiej szlachty – zubożały intelektualnie zacofany prowincjusz. Ale prowincjusz pamiętający „stare-dobre-złote” czasy Rzeczpospolitej i powiedzenie: „szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie”. Ubóstwo wykształcenia i kultury u takiego jegomościa nie wiązało się bynajmniej z pokorą i skromnością. Chociaż zniknęły szlacheckie sejmiki i król, któremu można wypowiedzieć posłuszeństwo, typ ten nadal uważał się za lepszego od zniewieściałego Francuza, heretyckiego Niemca, nie wspominając o Żydzie-karczmarzu czy barbarzyńskim Moskalu. Nie bardzo też pan szlachcic cenił sobie artystów. Mimo wielkich zachwytów warszawskich elit nad literaturą romantyczną…
Jesienią roku 1841 młody Norwid odbył razem z kolegą podróż po Królestwie Kongresowym. Swoje spostrzeżenia uwiecznił później w „Pamiętniku Podróżnym”. Poniżej – fragmenty z oryginalnymi zapiskami poety (w miniaturkach).

dajcie jaką książkęTegoż roku podróżowałem po Polsce – dwóch nas było: śp. Władzio Wężyk i ja – mieliśmy z sobą kilkadziesiąt tomów książek, mianowicie historii dotyczących kronik i pamiętników. Szlachcic jeden, bardzo szanowny obywatel i dobry sąsiad, i dobry patriota, zobaczywszy podróżną biblioteczkę naszą, ruszył głową i mruknął: „To chleba nie daje!…”

Wszelako jednego razu tenże sam, w żółtym szlafroku, w czapce z guzikiem na szczycie głowy i z fajką na długim przedziurawionym kiju, wchodzi do nas: „Oto (powiada półgębkiem i przez ramię) dajcie mi też jaką książkę z brzega, bo idę spać do ogrodu”.

to chleba nie dajeBrałem przeto z brzega książkę i podawałem ostrożnie obywatelowi, tak jako w kwarantannie podaje się z rąk do rąk, ile możności dotknięcia osoby unikając. I widziałem tylko tył osoby poważnej w szlafroku żółtym popstrzonym w duże kwiaty piwonii – rzecz ta wychodziła z książką w ręku, a po niedługim przeciągu czasu widziałeś tęż samą postać na trawniku snem ujętą.

Wszelako, po wielu i wielu latach spotkałem na ekspozycji w Paryżu potomka owegoż obywatela. – Ten mówił mi o sztukach pięknych różne spostrzeżenia swoje… „Lubię i muzykę! (powiadał mi). Lubię i muzykę, i jak sobie wrócę z pola, a człowiek mi buty ściągnie, to ja sobie lubię tak dumać i nogi moczyć, i słuchać, jak mi żona moja gra na fortepianie Chopina…!” [...].

moczenie przy szopenie„Malaturę (malaturę!) także lubiłem – nim-em się ożenił!” Nigdy pojąć niemogłem dlaczego malarstwa zaniechał on lubować odkąd ożenił się – myślę, że to znaczy iż ideał wcielony zajął miejsce onej malatury, która pierwej była obywatelowi przyjemną.

Szkoda, że nieboszczyk Fryderyk nie wiedział nic o tem!

„Oddano go potem na kaźń i najpierw ukarano jego język i usta, którymi okrutnie znieważył Boga; potem pieczono jego rękę, narzędzie najszpetniejszego płodu, spalono karty bluźnierstwa, po czym sam potwór tego wieku, bogobójca i prawołomca, został pochłonięty przez pokutne płomienie, choć nie wiadomo, czy i one mogły zgładzić takie bezeceństwo.”
Tak opisywał śmierć Kazimierza Łyszczyńskiego biskup Andrzej Chryzostom Załuski – zażarty przeciwnik i główny oskarżyciel polskiego ateisty.

Potworne męczarnie na jakie w 1689 roku skazano Łyszczyńskiego w rzeczywistości nie doszły do skutku, albowiem, w swej łaskawości, król Jan III Sobieski złagodził wyrok i skazanemu humanitarnie ścięto mieczem głowę. Po czym ciało spalono, a „popioły jego nabito w końcu w działo i ku Tatarii wystrzelono*”

Po 11 latach od egzekucji, opisując zdarzenie, kanclerz wielki koronny – biskup Załuski raczył o tym zapomnieć, wychodząc najwyraźniej z założenia, że zasądzona kara była najsprawiedliwszą za zbrodnię, jakiej rzekomo dopuścił się Łyszczyński. I większą stanowiła przestrogę dla innych „potworów” i „bezbożników”.

O procesie polskiego ateisty pisał niejaki N. Rasiński we wspomnieniach z czasów Jana Sobieskiego i Augusta II. Pod rokiem 1689 znajdujemy notatkę:
„Łyszczyński powątpiewając o bytności Boga, poważył się zdanie to jawnie wynurzyć. Pasek w swoich pamiętnikach mówi, iż nawet sobie znalazł był stronników. Sposób podobnego myślenia, powszechnie w oczach wszystkich zgrozą będący, ściągnął karę męczeńską na niego. (…) Rafał Leszczyński, Wojewoda poznański, ojciec Króla naszego Stanisława, wystawiając w swej mowie postępek ten jako obraz zuchwałości człowieka, „muszę tedy,” rzecze, „W. Król. Mości, Panu memu miłościwemu, zalecić karę dla przykładu, a nie ułaskawienie. Nic mnie od mego postanowienia nie odwiedzie, bo jeśli w niebie na litość zasłuży, przeczyści się owszem przez ogień. Niech bezbożne pisma z ręku i w ręku będą palone, sam w ogień żywo wrzucony, i proch jego wystrzelony, aby tak zginęła z hukiem pamięć jego bezbożności!”

Co napisał Łyszczyński, że zasłużył sobie na taką pogardę i straszliwą śmierć?. Oto fragmenty jego pism:
„Zaklinamy was , o teologowie, na waszego Boga, czy w ten sposób nie gasicie światła Rozumu, czy nie usuwacie słońca ze świata, czy nie ściągacie z nieba Boga waszego, gdy przypisujecie Bogu rzeczy niemożliwych, atrybuty i określenia przeczące sobie. (…)
Człowiek jest twórcą Boga, a Bóg jest tworem i dziełem człowieka. (…)
Religia została ustanowiona przez ludzi bez religii, aby ich czczono, chociaż Boga nie ma. Pobożność została wprowadzona przez bezbożnych. Lęk przed Bogiem jest rozpowszechniany przez nie lękających się, w tym celu, żeby się ich lękano. (…)
Prosty lud oszukiwany jest przez mądrzejszych wymysłem wiary w Boga na swoje uciemiężenie; tego samego uciemiężenia broni jednak lud, w taki sposób, że gdyby mędrcy chcieli prawdą wyzwolić lud z tego uciemiężenia, zostaliby zdławieni przez sam lud.”

Tylko tyle i aż tyle. Jego pisma, widać nie godziły bezpośrednio w dobro Boga na tyle, aby został ukarany natychmiast piorunem z nieba, ogniem piekielnym lub chociażby uschnięciem bluźnierczej ręki. Godziły natomiast w interesy Kościoła, z którymi musiał liczyć się nawet sam król.

Dziś za wyjątkowe barbarzyństwo uważamy (stosowane dotąd przez islamskich ekstremistów) ścinanie ludzi mieczem, a za szczyt barbarzyństwa kanibalizm i składanie ofiar z ludzi, co praktykowało w przeszłości wiele ludów. I zapominamy lub chcemy zapomnieć, że taką samą ofiarę złożono z Łyszczyńskiego.

Jego kaźń była potrzebna, aby ułagodzić boski gniew, jaki (jak wierzono lub udawano, że wierzono) spadnie na kraj i rodaków za bluźnierstwo. Występek Łyszczyńskiego – mówiło się wówczas w najwyższych sferach Rzeczypospolitej (nawet król Jan III tak twierdził) – przyczyniło się do nieszczęść, jakie na kraj spadały. Wyraźnie to powiedział w czasie procesu wojewoda sieradzki Jan Pieniążek. To, że obrady sejmu polskiego są mało skuteczne jest wynikiem obrazy boskiej. Spowodowanej po pierwsze „pojawieniem się człowieka, który zaprzecza istnieniu Boga”, po drugie „bluźnierstwami” skierowanymi przeciwko Najświętszej Marii Pannie w Gdańsku, a także obrazą biskupa chełmińskiego, Kazimierza Opalińskiego, przez mieszczan toruńskich, i po trzecie „bezprawnym” budowaniem nowych szkół przez Żydów.

Co Bóg o tym myślał, nigdy się nie dowiemy. Bo gorliwi jego słudzy nie pozwolili Mu zająć w tej sprawie stanowiska. Sami wykonali mokrą robotę, nie czekając na boski wyrok. Jak wiemy przykładne ukaranie ateisty nie pomogło Ojczyźnie i z roku na rok pogrążała się ona w anarchii, aż została podzielona pomiędzy silniejszych sąsiadów.

Kiedy zatem słyszysz drogi czytelniku o katolickim monopolu na patriotyzm lub o potrzebie zachowania naszych chrześcijańskich korzeni, pamiętaj o Łyszczyńskim. Jego proces i śmierć to jeden z tych, tak ważnych dla nas korzeni. I to wcale jakiś byle jaki korzonek, ale korzeń całkiem dorodny…

Nie zapominaj o człowieku, który odważył się samodzielnie myśleć, ale i nie zapominaj o jego oprawcach, którzy często w literaturze historycznej przedstawiani są jako wzór szlachetności i patriotyzmu. Oto oni:

  • biskup inflancki, Mikołaj Popławski – jednocześnie senator RP i inkwizytor-reprezentant rzymskiej Kongregacji św. Inkwizycji
  • nuncjusz papieski Giacomo Cantelmo (1640-1702) domagał się w procesie Łyszczyńskiego zastosowania procedury świętej inkwizycji tj. tortur, w celu wykrycia i ukarania innych ateistów
  • biskup kijowski Andrzej Chryzostom Załuski, wyjątkowo zaangażowany w proces, konsekwentnie żądał jak najsurowszej kary dla ateisty
  • biskup poznański Jan Stanisław Witwicki
  • prymas Michał Stefan Radziejowski
  • biskup wileński Konstanty Kazimierz Brzostowski
  • król Jan III Sobieski – dla „świętego!” spokoju zgodził się na uwięzienie i sąd nad szlachcicem (zresztą zasłużonym dla ojczyzny w czasie wojen ze Szwedami i Moskwą) za czyny nie podlegające świeckim paragrafom.

No i szczególnie odrażający typ, konfident, złodziej i krzywoprzysięzca – Jan Kazimierz Brzoska. Dłużnik, który aby nie oddać długu, ukradł nieprawomyślną książkę Łyszczyńskiego i doniósł na niego do wojewody, a potem uparcie trzymał się fałszywych zeznań, mimo złożonej przysięgi. Skorzystał na tym dodatkowo, bo zgodnie z ówczesnym prawem, otrzymał część majątku straconego ateisty.

Pamiętajmy o ofierze z Łyszczyńskiego, by nie poszła ona na marne!

* * *

* czyli  ku krajom pogańskim, jak wtedy sądzono

Ostatni fragment mało znanego pamiętnika Wiktora Jaworskiego – oficera, przedstawiciela Rządu Tymczasowego. Sensacyjna relacja uczestnika powstania styczniowego napisana w Zurychu w 1867 roku. Wspomnienia pod tytułem „Notatki o powstaniu w łęczyckim powiecie” przez Stanisława Bellinę, opublikowane zostały przez Agatona Gillera w zbiorze „Polska w walce” [Paryż, rok 1868]. Pisownia oryginalna, śródtytuły – clivie.

Część VII – Są nowe mundury, nie ma powstania!

Major Littich naznaczył swoim zastępcą oficera z byłego szwadronu Parczewskiego znanego pod nazwiskiem Dzida. Otóż ten oficer S… dobrał sobie w pomoc byłego furjera porucznika C… i przez kilka dni urządzali wojskowe sprawy powiatu. Ja z moimi braćmi i Jabłoński byliśmy przez nich oskarżeni przed Littichem o zbiegowstwo z powiatu, pomimo, że posiadaliśmy urlopy, i do nas w żaden sposób rozporządzenie Wydziału Wojny z dnia 14 sierpnia nie mogło być zastosowane (1). Rozumie się skarga ta nie miała żadnego skutku. Littich Jabłońskiego i mnie wziął do swej pomocy. Pierwszemu powierzył czynność wojskowej formacji, a mnie, jako porucznika zatrzymał przy sobie do szczególnych poruczeń.
W tym czasie złożono sąd na Skowrońskiego. Zasiadali na nim prawie wszyscy oficerowie oddziału. Ja zaś z przyczyny, iż dwóch moich braci już w takowym udział miało, prosiłem o wyłączenie. Na posiedzeniu tem, nic stanowczego przecież nie zdecydowano co do winy Skowrońskiego i kary za nią, sąd się więc bez wydania opinji i wyroku rozszedł. Z tego powodu, spotykały później Skowrońskiego, mianowicie w Poznańskiem, bardzo ciężkie zarzuty.

Z Łęczyckiego Skowroński pojechał w Poznańskie, a potem do Drezna, gdzie starał się o akt uniewinnienia. Za pośrednictwem bawiącego tam urzędnika Komissji Wojny, Szczycińskiego, akt taki w marcu 1864 roku został zdziałany i podpisany przez będących tam łęczyckich oficerów: Parczewskiego, Żukowskiego, Jabłońskiego, pułkownika Zielińskiego, organizatora okręgowego Kicińskiego, porucznika C… i naczelnika miasta Zgierza P. Ja i pomocnik okręgowego obywatel T. usunęliśmy się od podpisu na akcie, który nie zgadzał się z pojęciami naszemi o sprawiedliwości (2). Skowroński jako żołnierz był odważnym, czego dał kilkakrotne dowody, jako dowódzca nie był dbałym i pilnym w obowiązkach, w kierowaniu bojem nie posiadał potrzebnej pewności i przytomności umysłu. W pokoju, troskliwym był o potrzeby żołnierzy i sympatję ich posiadał, umiał bowiem łączyć powagę z popularnością. Moskale przyznawali mu przymioty dobrego dowódzcy, których odmawiali Littichowi. Bremsen, jako moskiewski okręgowy komendant czuł i widział różnicę w czynności jednego i drugiego i czujniejszym był podczas dowództwa Skowrońskiego.

Littich prócz zorganizowania oddziałku żandarmerji pieszej z dwudziestu pięciu ludzi złożonej i wielu projektów niespełnionych, nic w naszym powiecie nie zdziałał. Żandarmerja w kilka tygodni została rozpuszczoną, jak również drobny hufiec konny, jaki pozostał po Walentym Parczewskim z jego wybornej konnicy. Tak więc powiat łęczycki został ogołocony z wojska polskiego i powstanie zagasło. Littich nie umiejąc rozdmuchać iskier jakie po niem zostały, opuścił w Grudniu (1863) Łęczyckie i wydalił się w Poznańskie, zostawiając Jabłońskiego jako swego zastępcę.

Kiedy major Jabłoński obejmował obowiązki naczelnika sił zbrojnych powiatu łęczyckiego, było już tylko kilku oficerów z powstania. Jedni byli zabici, drudzy ranni, inni przed ściganiem moskiewskiem wydalili się w inne okolice kraju, lecz najwięcej wyjechało za granicę. Cywilnych urzędników organizacji także nie wielu zostało. Smutny wówczas przedstawiała obraz powstańcza organizacja. Osobiste porozumienie stało się prawie niepodobnem, gdyż nie tylko miasteczka, ale nawet wsie były przez Moskwę załogami obsadzone, tak, że w najmniejszej osadzie znajdował się posterunek z dwunastu żołnierzy złożony. Po tylu niepowodzeniach, w obec takich przeszkód, trudno było powstanie odnowić. Prócz tego Moskwa tak nękała kontrybucjami i aresztem obywateli, iż z żalem i z boleścią każdy z nas zakłócał swoją obecnością rzadką chwilę wytchnienia i spokojności mieszkańców. Jednakże miłość ojczyzny tak jest wielką i gorącą w Polakach, iż pomimo wszystkich tych przeszkód zdołaliśmy przygotować uzbrojenie i konie dla nowego oddziału.

W grudniu zjawił się niespodziewanie w naszym powiecie Sawicki, ogłaszając, że jest zanominowanym na organizatora okręgu czerskiego, i że posiada upoważnienie zabrania na rzecz tej organizacji wszystkich zapasów wojennych naszego powiatu. Gdy przecież nikt z nas o tem zawiadomiony nie został drogą właściwą, Sawicki został aresztowany. Śledztwo znowu przeprowadzone okazało, że Sawicki posiadał podejrzane blankiety, których mu dostarczał jakiś jegomość mieniący się być adjutantem jenerała Taczanowskiego imieniem Władysław, a mieszkający gdzieś w okolicach Pruszkowa. Temi blankietami złudził Sawicki niektórych powstańców, którzy mu gotowi byli dopomódz w projektowanej organizacji. Na zasadzie więc świeżej winy i dawnego wyroku Sawicki został stracony.

Major Jabłoński wyjechał w Poznańskie w styczniu 1864 roku, po nim został przez Rząd Narodowy zamianowany na naczelnika sił zbrojnych powiatu łęczyckiego były oficer z wojska pruskiego Hjeronim Wierzbicki. Miał on wyruszyć w pole na czele oddziału konnego ze stu dwudziestu ludzi, dla którego uzbrojenie i konie, jak to pisałem, zostały przez nas przygotowane. Lecz zamiast wyprowadzenia do boju tak mozolnie i z takim kosztem organizowanego hufca, naczelnik polecił zmienić mundury dla żołnierzy. Rozkaz ten niczem rozsądnem usprawiedliwić się nie da i zdaje się, że nowy naczelnik wydając go, nie miał nic innego na celu, jak tylko odsunięcie chwili wznowienia niknącego powstania. Nie rozumiem także, jak władza cywilna zgodzić się mogła na wykonanie tyle nierozsądnego w tym czasie polecenia. Mundury więc robiono, a tymczasem tych co je nosić mieli, Moskale w większej części wyłapali, pozabierali też wiele koni. Nastały też mrozy, więc znowuż dla zimna nie można było myśleć o wyruszeniu pozostałej garstki w pole. To wszystko tak zniechęciło nieopuszczających swego stanowiska oficerów piechoty, iż byle tylko bić się prędzej, zrezygnowali ze swoich stopni i zapisali się do oddziału na szeregowców. Nie przyspieszyło to jednak nowego wybuchu powstania. Wierzbicki okrywał się tajemnicą i taką ostrożnością, iż powstańcy nic o jego czynnościach i planach nie wiedzieli. Gdy jednak i w początkach marca oddział się nie poruszył, straciliśmy wszyscy nadzieję ucierania się z nieprzyjacielem i kadry w powiecie same się rozwiązały.

W pierwszej połowie marca wydaliłem się i ja za granicę, a słysząc o przygotowaniach czynionych w zaborze pruskim, zkąd wkraczające do Królestwa oddziały, miały dać hasło do dalszego boju, chciałem się przyłączyć do którego z nich i w ten sposób spełnić obowiązek swój do ostatka. Z Drezna dokąd na czas krótki przybyłem, wyjechałem 21 marca w powiat szubiński z rozkazem zbierania tam ochotników. Tam pozostawałem do połowy czerwca, nic, jak inni nie zdziaławszy w Poznańskiem, dla podtrzymania w roku 1864 padającego za Prosną powstania.

Wierzbicki używający pseudonimu Boruta, w kilka tygodni po moim wyjedzie został aresztowanym przez Moskali i rozstrzelanym w Łęczycy 3 czerwca 1864 r. Tak skończył ostatni naczelnik sił zbrojnych powiatu łęczyckiego i ostatni oficer powstania, do tak późnego czasu utrzymujący swoje stanowisko w powiecie.

1) Wspomniany rozkaz Wydziału Wojny brzmi: „Nadesłane raporta wojskowych naczelników województw wykazały, że wielu młodych ludzi w wieku popisowym przebywa po za granicami właściwych sobie województw, gdzie w inne wstępują szeregi powstańcze lub na haniebnej dziś bezczynności drogi czas marnują; przeto Rząd Narodowy wzywa wszystkich popisowych, aby bezwłocznie na miejsce zwykłego pobytu powracali, gdzie pod sztandarem swojego województwa stanąć mają w szeregi wojska narodowego. Wszelkie wątpliwości w wykonaniu niniejszego rozporządzenia, tylko władze miejscowe Rządu Narodowego rozstrzygnąć są upoważnione. Nie stosujący się do powyższego rozkazu, do surowej odpowiedzialności pociągnięci zostaną”. Warszawa, 14 sierpnia 1863 r.

(2) Skowroński w początkach powstania naznaczony był na dowódzcę ochotników, którzy z Warszawy wyszli w lasy Serocka; prowadząc ich, w puszczę Kurpiów, w marszu opuścił samowolnie, zostawiając dowództwo innemu oficerowi, który ich także opuścił. Jaki miał dla niego skutek ten postępek? Zdaje się że żaden. (Przyp. Wyd.)

Zurich 1867 roku.

Koniec

Ciąg dalszy mało znanego pamiętnika Wiktora Jaworskiego – oficera, przedstawiciela Rządu Tymczasowego. Sensacyjna relacja uczestnika powstania styczniowego napisana w Zurychu w 1867 roku. Wspomnienia pod tytułem „Notatki o powstaniu w łęczyckim powiecie” przez Stanisława Bellinę, opublikowane zostały przez Agatona Gillera w zbiorze „Polska w walce” [Paryż, rok 1868]. Pisownia oryginalna, śródtytuły – clivie.

Część VII – Początek końca pod Dalikowem

Przez dni cztery przechodziliśmy powiaty: rawski, łowicki, gostyński i łęczycki, ciągle w forsownym marszu, byliśmy bowiem niepokojeni i zewsząd przez nieprzyjaciela zagrożeni. Piątego dnia, to jest 9 września, o godzinie drugiej w południe stanęliśmy we wsi Nakielnicy, w naszym powiecie położonej, a Szumlański zajął stanowisko blisko Aleksandrowa we wsi Brużycy, o pół godziny od nas oddalonej. Po sześciomilowym marszu, w dniu bardzo gorącym, strudzeni i zgłodzeni, nie zastaliśmy w Nakielnicy nie tylko jedzenia gotowego, lecz nawet kotłów do gotowania. Skowroński miał zamiar po krótkim popasie wyruszyć nad Ner, zniszczyć most, i na furmankach podążyć w Gostyńskie dla połączenia się z oddziałem Orłowskiego, byłego szefa łęczyckiego sztabu, który właśnie wówczas (z dnia 9 na 10 września) na czele kilkuset piechoty i jazdy wystąpił na pole walki; tym sposobem spodziewał się uniknąć otoczenia od tuż za nami postępujących Moskali.
Konieczność posilenia znużonego wojska zatrzymała nas dłużej nad zamiar w Nakielnicy, tak że dopiero o w pół do trzeciej godzinie po północy pomaszerowaliśmy dalej. W połowie drogi między Gajówką a Dalkowem [Dalikowem] spotkaliśmy się z moskiewskim wojskiem jenerała Krasnokuckiego i zmuszeni byliśmy przyjąć bitwę. Pozycję mieliśmy nie bardzo dobrą, przecież pod zasłoną boru mogliśmy się bronić i długo utrzymywać.

Dla czego Skowroński pozycję tę opuścił i zamienił na gorszą, czy zamierzał przebić się przez Moskwę i wyjść z otoczenia? nie umiem powiedzieć, gdyż nie czytałem tłumaczenia się jego z zarzutów poczynionych przez miejscową organizację, a które miał przesłać do Rządu Narodowego. Dosyć że opuściliśmy stanowisko pod borem, które zajął nieprzyjaciel i ponieśliśmy zupełną porażkę, która była największą i stanowczą klęską dla łęczyckiego powstania. W tym krwawym, bez ładu, planu i komendy prowadzonym boju straciliśmy trzystu ludzi w zabitych, rannych i wziętych do niewoli, a pomiędzy poległymi było ośmnastu oficerów. Furgony z bronią i z amunicją zostały uratowane. Moskwa prócz mordowania rannych na placu boju, dopuściła się innych nadużyć: podpaliła wieś Dalków [Dalików], w której kilku rannych i bezbronnych mieszkańców utraciło życie w płomieniach. Bliskie miasto Poddębice zostało zrabowane przez trjumfujące carskie wojsko. Na wstawienie się i prośby kobiet, pielęgnujących rannych powstańców w szpitalu, jenerał Krasnokucki zasłonił go przed rozpasanym żołdactwem. Różnemi drogami i ścieżkami szczątki pobitych powstańców zbierały się we wsi Niewodowie położonej w Kaliskiem.

Oddział Szumlańskiego podobnie jak pod Cyrusową Wolą i spod Dalkowa wycofał się bez znacznej straty. Skowroński nie pozostał na placu do końca bitwy, w orszaku trzydziestu konnych oddalił się nie wiadomo gdzie o godzinie w pół do dziesiątej, gdy bój trwał prawie do samej dwunastej. Jabłoński, major został odcięty. Żołnierze polscy straciwszy w ten sposób prawie wszystkich oficerów, sami lub też pod komendą podoficerów dążyli z miejsca pogromu do punktu zbornego, na który o godzinie dziesiątej w nocy przybył także i dowódzca Skowroński ze sztabem i assekuracją swoją. Wkrótce potem nadciągnął rotmistrz Magnuski z jazdą oddziału Szumlańskiego i chciał złączyć się z garstką dwustu ludzi, jaka nam pozostała. Lecz Skowroński nie dał pozwolenia na to połączenie, przyczem zarzucał Szumlańskiemu, iż został w bitwie przez niego opuszczonym, więc już nie chce się dalej na wspólne z nim działanie narażać.

Ja byłem zajęty uporządkowaniem i pożywieniem żołnierzy. Tymczasem toczyła się w sztabie narada nad tem co dalej robić należy. Około godziny jedenastej i ja wezwany zostałem do rady. Na zapytanie ilu jest ludzi i co należy po tej klęsce przedsięwziąć? odpowiedziałem, że o wojowaniu na czele kilkuset ludzi upadłych na duchu z tak licznym nieprzyjacielem, ani myśleć można, i że obecnie najkorzystniej będzie żołnierzy rozpuścić, po nastąpionym zaś porozumieniu z Orłowskim zebrać ich na nowo. Inni byli tegoż samego zdania, a szczególniej dowódzca Skowroński, który wręczył mi swoją pieczęć, dał swobodę postępowania jak uznam za stosowne i zaraz potem ze swoim sztabem oddalił się. Żołnierzom wydałem więc urlopy, furgony porozsyłałem do przechowania do okolicznych urzędników okręgowych, sam zaś w końcu już po północy udałem się do miasta Zgierza.

Po upływie dni kilkunastu otrzymałem wraz z moimi braćmi wezwanie, ażebyśmy przybyli dla porozumienia się z nowym naczelnikiem sił zbrojnych łęczyckich w przedmiocie środków nowego umobilizowania Łęczycan. Skowroński za przegranę pod Dalkowem, złożony został z dowództwa (1) a w jego miejsce zanominowany Littich Aleksander, były naczelnik wojskowy powiatu wieluńskiego.

W tym czasie oddział Orłowskiego już nie istniał. Po jednej pomyślnej potyczce w Gostyńskiem, a następnie klęsce w okolicy Strykowa, został rozpuszczonym. Zaraz potem pułkownik Zieliński Michał, pełniący po Callierze służbę naczelnika sił zbrojnych województwa mazowieckiego, na czele dwustu dwudziestu jezdźców, pomiędzy którymi były konnice Orłowskiego i Sokołowskiego, został rozbitym przez awangardę, moskiewską którą prowadził carski kapitan piechoty Kaliński z miasta Łodzi. Taki brzydki popłoch owładnął powstańców, iż i oficerowie nie dali się uprzedzić w ucieczce, czego ofiarą stało się przeszło czterdziestu ludzi zabitych i rannych; Moskale zaś żadnych strat nie ponieśli. Wypadek ten nieszczęśliwy miał miejsce pod znaną nam już wsią Dobrą.

(1) I oddanym został pod sąd, czytamy bowiem w rozkazie dziennym Wydziału wojny nr 13 co następuje: „Dowódzca oddziału mazowieckiego kapitan Skowroński, za zmarnowanie oddziału mu powierzonego, oddany został pod sąd wojenny”.

Ciąg dalszy mało znanego pamiętnika Wiktora Jaworskiego – oficera, przedstawiciela Rządu Tymczasowego. Sensacyjna relacja uczestnika powstania styczniowego napisana w Zurychu w 1867 roku. Wspomnienia pod tytułem „Notatki o powstaniu w łęczyckim powiecie” przez Stanisława Bellinę, opublikowane zostały przez Agatona Gillera w zbiorze „Polska w walce” [Paryż, rok 1868]. Pisownia oryginalna, śródtytuły – clivie.

Część VI – Zwycięska porażka w Woli Cyrusowej

Dnia 1 września [1863 r.] dostaliśmy wreszcie rozkaz wystąpienia w pole, który, gdyby wcześniej był wydany, nie byłaby może nastąpiła klęska Kruszyńska, bylibyśmy bowiem mogli zrobić skuteczną dywersję naciskanym zewsząd Kaliszanom. Czyja wina w tym opóźnieniu, nie moja rzecz sądzić, — wszakże wiem, że jenerał Taczanowski, jako naczelnik dwóch województw, miał moc i prawo wcześniejszego uruchomienia sił łęczyckich i działania nie z jednym oddziałem, lecz w połączeniu wielu obok siebie lub też razem postępujących hufców.

W tym dniu (1) oficerowie i żołnierze zaczęli się zbierać, nadszedł i Parczewski, wraz z oddziałem piechoty i jazdy kapitana Szumlańskiego i kapitana Sokołowskiego, dowódcy rawskiej kolumny, w liczbie czterystu ludzi, którzy wraz z nami złożyli poważny oddział, przeszło 1200 ludzi dobrze uzbrojonych i wymusztrowanych liczący.

Oddział ten był wówczas jedyną znaczniejszą siłą na przestrzeni dwóch województw, albowiem jenerał Taczanowski został rozbity 29 sierpnia pod Kruszyną przez wojska podpułkownika Bremsena z Łodzi. Gdybyśmy w sierpniu byli się ruszyli, położenie nasze byłoby o wiele lepsze, po klęsce jednak Taczanowskiego Moskale mogli na nas wszystkie swoje siły rzucić. Jakoż pościągali się ze wszystkich stron nie dawali nam chwili odpoczynku. Przebiegaliśmy z miejsca na miejsce przez kilka dni.

Dnia 4 września oddział Szumlańskiego, który w niewielkiej odległości za nami postępował, został zaatakowany w okolicach miasta Strykowa. Zamiast powolnie się cofać, Szumlański tak silnie ku nam zdążał, iż zaledwie zdołaliśmy się sformować we wsi Woli Cyrusowej, kiedy zostaliśmy zaczepieni w dolinie pod lasem, który nieprzyjaciel opanował, uzyskawszy przez to możność zasłony niezbyt licznej siły, jaką przeciw nam postawił. Pozycja więc nasza nie była korzystna. Gdybyśmy jednak bitwy nie przyjęli, zmuszeni bylibyśmy podsunąć się ku linii kolei żelaznej piotrkowskiej, którą Moskale gęsto i mocno obsadzili.

Skowroński jako główny komendant połączonych oddziałów ułożył plan bitwy, powierzając prawe skrzydło Jabłońskiemu, lewe Szumiańskiemu. Na rekonesans byłem wysłany ja i Sokołowski. Ja miałem zdać raport o liczbie i stanowisku nieprzyjaciela Skowrońskiemu, Sokołowski zaś Szumlańskiemu. Nieprzyjaciel posiadał 2 roty piechoty, 2 szwadrony jazdy i 2 działa pod dowództwem pułkownika Hagemejstra, naczelnika wojennego powiatu łęczyckiego. Mając działa przed sobą i zajmując lewą oraz prawą stronę boru tyralierami, nieprzyjaciel postępował drożyną leśną, jazdę mając poza sobą. W chwili naszego podjazdu był o dziesięć minut oddalony od pierwszej linii polskiego wojska. Zakryty drzewami mógł nas bezkarnie razić na otwartym polu korzystnie używając artylerii. Ogień jednak armatni nie wiele nam szkodził, gdyż kule nie dochodziły do naszych szeregów lub padały poza nami.

Prawe polskie skrzydło pod dowództwem Jabłońskiego (Krasocina) składało się z dwóch kompanii piechoty, pierwszą komenderował porucznik Kwiatkowski, drugą porucznik S. J., jedna kompania kosynierów była pod komendą Ganiera, Francuza. Lewe skrzydło Szumlańskiego posiadało tyleż kompanii i takiejże broni: kompania liczyła 95 żołnierzy. Rozkaz dano atakowania jednocześnie z obu stron nieprzyjaciela, zachodzenia lewym skrzydłem na prawo, a prawym na lewo i albo Moskwę ściśnioną zgnieść od razu lub przymusić do wyjścia w pole, gdzie polskie rezerwy piechoty wraz z całą jazdą, 200 koni, miały natrzeć na wroga.

Powstańcy szli do boju wesoło, śmiało i odważnie. W początku zaraz poległ od kartacza kapitan Ganier, lecz po jego śmierci objęli komendę nad kosynierami po połowie porucznicy S. J. i Kwiatkowski, i nie tracąc czasu poszli na ich czele z taką natarczywością na działa, iż je opanowali, a pułkownik Hagemejster uznał za stosowne opuścić plac boju pod eskortą
kilkunastu konnych, pozostawiając dowództwo swojemu podkomendnemu oficerowi Sokołowskiemu, który postanowił bronić się przed powstańcami do ostatka.

Obrona byłaby niepodobna gdyby nasze lewe skrzydło działało jak należy i w chwili, gdy kosynierzy z prawego skrzydła wsiadali na działa, uczyniło ruch naprzód. Zamiast tego lewe skrzydło opuściło plac boju bez żadnej prawie straty i zaczęło się cofać. Moskwa więc swobodna z tej strony obróciła się całkowicie przeciwko prawemu skrzydłu i tym sposobem odzyskała utracone działa. To było przyczyną, że jakkolwiek zwycięzcy, mieliśmy równie znaczne straty jak i nieprzyjaciel, i plac boju nie był opanowanym przez żadną stronę. Moskwa jednak cofnęła się prędko ku Strykowu.

Pod Cyrusową Wolą straciliśmy kilkudziesięciu w zabitych i w rannych, pomiędzy nimi kilku dobrych oficerów, jak kapitan Ganier i porucznicy Hahn, Janicki, Zaleski i Drewnowski. Oddział po bitwie nie przedstawiał obrazu ładu i porządku, skrzydło lewe dopiero nazajutrz złączyło się z resztą wojska. Czy można było zaradzić takiemu obrotowi bitwy, który miał miejsce z powodu nie wypełnienia rozkazów na lewym skrzydle, nie
wiem. Będąc adiutantem przy Skowrońskim, nie widziałem boju na całej linii. Dlaczego zaś dowódca nie wydał stosownych rozkazów, nie okazał potrzebnej przytomności umysłu, nie poruszył rezerwy na pomoc prawemu skrzydłu? Dlaczego oficerów z lewego skrzydła nie oddał pod sąd za niewykonanie rozkazów? Dla czego poprzestał na ich tłumaczeniu, iż musieli się cofnąć z linii bojowej dla ocalenia zagrożonych swoich komend? Na te pytania tylko właściwa i energiczna władza narodowa mogła otrzymać dostatecznie usprawiedliwiającą odpowiedź. Porucznicy Kwiatkowski i S. J., jak już się z samego opisu bitwy okazuje, dobrze się tu znaleźli. Ostatni w obec oddziału uzyskał pochwały dowódzcy za swą waleczność i przytomność umysłu.

Po bitwie Hagemajster przesłał do carskiego namiestnika w Warszawie hr. Berga telegram następującej treści: „W tych dniach wystąpił w Łęczyckiem oddział pod dowództwem Skowrońskiego, zdatnego dowódzcy, silny i dobrze uzbrojony. Może się stać bardzo szkodliwym. Należy go znieść pospiesznie”. Tymczasem wzmocniono siły moskiewskie w Łęczyckiem jednym bataljonem piechoty i sotnią kozaków i oddano je pod komendę jenerała Krasnokuckiego, który w kwietniu pod Brdowem pobił Younga de Blankenhejm, a w maju pod Ignacewem Taczanowskiego.

(1) Na krótki czas przed tym terminem, Wydział Wojny w rozkazie dziennym do wojsk narodowych z dnia 22 sierpnia, wydał następujące rozporządzenie: „Zdarza się często, iż oficerowie nowo mianowani, ociągają się z wyjazdem do miejsc przeznaczenia. Ponieważ taka opieszałość przynosi szkodę sprawie narodowej, Wydział Wojny poleca: aby oficerowie natychmiast po otrzymaniu nominacji, stawiali się do
szeregów, w przeciwnym bowiem razie do odpowiedzialności pociągnięci będą. Oprócz tego zawiadamia się niniejszem że wszyscy oficerowie którzy do dnia 15go września r. b. nie stawią się w szeregach na miejscu przeznaczenia, lub do najbliższych oddziałów, albo nieobecności swojej z powodu choroby lub otrzymanych ran, dowódzcom nie usprawiedliwią, pomimo posiadanych przez nich nominacji, z listy oficerów wykreśleni zostaną i wykreślenie to w rozkazach dziennych ogłoszonem będzie. (Przyp. Wyd.)

Powered by WordPress Web Design by SRS Solutions © 2017 To ci historia! Design by SRS Solutions

  • RSS
  • Flaker
  • Twitter
  • Tumblr
  • Facebook
  • GoldenLine
  • Nasza Klasa
  • Wykop