To ci historia!

Blog historyczny, ciekawostki historyczne, sensacje

Wpisy z tagiem: paulini

Nie wiadomo kiedy, gdzie, i w jakich okolicznościach, ale Wniebowzięcie nastąpiło. Potwierdzają to autorytety i ich niczym nie ograniczona wyobraźnia. 15 sierpnia znów usłyszymy na Jasnej Górze, że ostoja polskości, Maryja Matka i Królowa, szczególnie Polskę upodobała, że uciekamy się pod jej obronę. Potem, że dożyliśmy strasznych czasów, że szargają świętości. O tym, że spisek, szatan czyha, że bóg obrażony, ojczyzna zagrożona, że winni są wolnomyśliciele, żydzi, ateiści, masoneria, bezbożnicy, feministki, lewicowcy. Winni wszyscy tylko nie kościół powszechny i święty, i jego słudzy świętobliwi i cnotliwi.

Co pozwala zakonnikom trwać na Jasnej Górze od wieków, utrzymywać potężną budowlę i ponad stu ludzi, a przy tym jeszcze zapełniać skarbiec? Czy wystarczy wsparcie nadprzyrodzonych bytów, aby przez wieki, pomimo niesłychanych zmian w świecie, prowadzić z powodzeniem to ogromne przedsięwzięcie?

Wiele takich pytań postawiono publicznie podczas słynnej sprawy zbrodni Macocha w latach 1910-1912. Artykuł „Ciemne sprawy na Jasnej Górze” ukazał się w czasopiśmie „Myśl Niepodległa” [nr 150] w październiku 1910. Styl i ortografię pozostawiam oryginalne, aby czytelnik przypadkiem nie zapomniał, że chodzi o „zamierzchłe” sprawy sprzed 102 lat. Gdyby tekst nieco uwspółcześnić i pominąć wątek zbrodni Macocha, nadać mu można byłoby datę 15 sierpnia 2012 roku i wystawić się na wściekłe ataki klerykalnych „prawdziwych” Polaków oraz ich feudalnych panów.  Artykuł wciąż aktualny, zadziwiająco aktualny!

* * * * *

„Jechał więc w milczeniu, utkwiwszy oczy w jakiś punkt, bardzo błyszczący na widnokręgu. Konie parskały na pogodę; ludzie poczęli śpiewać sennemi godzinami jutrznię. Tymczasem rozwidniało się coraz bardziej, niebo z bladego stawało się zielone i złote, a ów punkt na widnokręgu począł tak błyszczeć, że oczy mrużyły się od tego blasku. Ludzie przestali śpiewać i wszyscy patrzyli w tamtą stronę, wreszcie Soroka rzekł: „Dziwno, czy co?.. Toć tam zachód, a jakby słońce wschodziło!” Istotnie owo światło rosło w oczach, z punktu uczyniło się kołem, z koła koliskiem zdala, rzekłbyś, że ktoś zawiesił nad ziemią olbrzymią gwiazdę, siejącą blaski niezmierne. Kmicic i jego ludzie patrzyli ze zdumieniem na owe zjawisko świetliste, drgające, promienne, nie wiedząc, co mają przed oczyma. Wtem od Kruszyna chłop nadjechał w drabinkach. Pan Kmicic zwróciwszy się ku niemu, ujrzał, iż chłop czapkę trzymał w ręku i patrząc w owe światło, modlił się.  ”Chłopie? – spytał pan Andrzej – a co się to tak świeci?”.  ”Kościół Jasnogórski! – odrzekł kmieć… Ogarnęła rycerza jakaś niewypowiedziana bojaźń, pełna czci, ale zarazem nieznana radość wielka, błoga. Od tego kościoła jarzącego się na wysokości w pierwszych promieniach słońca biła nadzieja, której pan Kmicic dawno nie zaznał, otucha, której napróźno szukał, siła niepokonana, na której chciał się oprzeć. W stąpiło weń jakoby nowe życie i poczęło krążyć po żyłach wraz z krwią. Odetchnął tak głęboko, jak chory, budzący się z gorączki, z nieprzytomności. A kościół lśnił się coraz bardziej, jakby wszystko światło słoneczne w siebie zabrał. Cała kraina leżała u jego stóp, a on patrzył na nią z wysokości, rzekłbyś stróż jej i opiekun…”

(H. Sienkiewicz, Potop III, 11).

*

„Dziś patrzymy na znieważony obraz Najświętszej Panny, odarty ręką zbrodniarza z koron i sukni, przy którym od sześciu wieków tylu łask doznano, tylu chorych uleczonych tylu smutnych pocieszonych, tylu grzeszników nawróconych!… Skąd się wziął zbrodniarz i podobny świętokradca tak wielki i gdzie się tego naliczył? Niestety, dziś nie trudno tego się nauczyć. Dożyliśmy czasów strasznych. Oszczerstwa, kradzieże, kłamstwa, zabójstwa, bluźnierstwa i naśmiewanie się z rzeczy świętych na każdym kroku. Niektóre bezbożne Pisma jawnie bluźnierstwa sieją i na Boga powstają, bluźnią Najświętszej Pannie! Czyż od takich nauk daleko jest do czynu świętokradztwa?”

(Kazanie przeora Paulinów Rejmana z 25 listopada 1909 r.).

*

„Wobec stwierdzonego udziału Damazego Macocha, Paulina, w ohydnej zbrodni morderstwa, ojcowie Paulini, ciężko dotknięci straszną zniewagą Boga w miejscu szczególnej czci jego Matki od wieków poświęconem, dotknięci sprofanowaniem Jasnej Góry, będącej twierdzą ducha Narodu, dotknięci wreszcie pohańbieniem swej Matki, zakonu, czują się w obowiązku z najwyższym bólem i oburzeniem przeciw ohydnej zbrodni zaprotestować i wobec świata i Narodu z całą mocą zaznaczyć, iż najmniejszego nie mieli w niej udziału (??). My, niegodni stróże najdroższego skarbu Narodu, pojmujemy cały bezmiar zbrodni, wobec której zda się niknie i blednie świętokradzkie znieważanie cudownego obrazu i odarcie go z koron i szat. Tamta zbrodnia dla zakonu naszego była to klęska i ból – obecna jest hańbą… Od kilku lat czyniliśmy wszystko, co było w naszej mocy, aby na drodze legalnej zaprowadzić ścisłe przestrzeganie reguł i konstytucji zakonu… Przed paru miesiącami… staraliśmy się przepis rządowego prawa ku lepszemu pełnieniu cnót zakonnych wykorzystać, zmieniając osobę kierującą… Przepraszając Boga… wzywamy cały kraj do ekspiacji (??)… Ojcowie Paulini w cudownej kaplicy na Jasnej Górze codziennie odprawiać będą msze święte wynagradzające (??)”

(Odezwa 00. Paulinów na Jasnej Górze z 5 października 1910).

*

„Damazy Macoch miał dzielnych sprzymierzeńców, jak opowiada, w towarzyszach klasztornych o oo. Izydorze Starczewskim i Bazylim Olesińskim. Wszyscy trzej mieli dzielić się klasztornemi pieniędzmi jako też kosztownościami obrazu. Na skutek wskazówek Macocha zostali oni wczoraj aresztowani. Podczas aresztowania przy o. Izydorze znaleziono rewolwer (!) oraz zapas ładunków…” „Klasztor otoczony jest strażnikami… W kościele, zwłaszcza w jego podziemiach i w klasztorze dokonywane są drobiazgowe poszukiwania, pozostające w związku z kradzieżą klejnotów obrazu. Łopaty nie oszczędzają nawet grobów. Opieczętowano wielką ilość papierów i worków z dowodami rzeczowymi… „Jednym z wyników dzisiejszej rewizji było znalezienie poszlak, że o. Jodel nie umarł śmiercią naturalną (!). Wskutek tych poszlak w najbliższej przyszłości ma być zarządzona ekshumacja zwłok o Jodla, celem dokonania sekcji oraz poddania wnętrzności analizie” (Gazety warszawskie).

*

Przytoczyliśmy na wstępie urywek z sławnej powieści Henryka Sienkiewicza, opisujący dojazd Kmicica i jego drużyny do Częstochowy. Uczyniliśmy to dlatego, aby przypomnieć, jaką aureolą Naród nasz otaczał Jasną Górę. „Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy” – oto inwokacja naszej wielkiej epopei narodowej. Lud, ujrzawszy w czasie pielgrzymki wieżę Jasnogórską, padał na kolana, wyciągał ręce i grążył się w ekstazie.

Od pewnego czasu staraliśmy się, w stosunku do wykrytych zbrodni bardzo nawet oględnie, zwracać uwagę Narodu, że na Jasnej Górze dzieją się jakieś ciemne sprawy. W numerze 119, w artykule naczelnym stawiliśmy przeora Euzebjusza Rejmana przed sądem opinji. Naród nas nie usłuchał. Wierzył bezgranicznie „ojcom” Paulinom. Zapatrzony w wizję swego idealizmu, głuchy był na głosy ostrzegawcze. Dziś, gdy miecz najczarniejszych zbrodni przeszył jego serce ufne i kochające, nie będziemy mu rany posypywali solą. Musimy przedewszystkiem uszanować ból, okazać współczucie dla bezmiernej krzywdy, którą mu wyrządzono, uczcić w nim cierpienie. A przecież Jasna Góra nie była tylko miejscem odpustów i ekstazy religijnej. Była równocześnie pamiątką narodową. Gdyby nawet tradycje historyczne nie odpowiadały pod wielu względami historycznej rzeczywistości, to jednak tradycje te żyły w duszy narodu i działały na nią. Dla tych przeto, którzy na rzeczy inaczej patrzą, Jasna Góra była również droga, choć z innych względów. A wreszcie, jeżeli to miejsce z tych lub innych przyczyn było narodowem PALLADJUM, choćby iluzyjnem, lecz drogiem, znieważenie takiego palladjum jest nietylko straszną krzywdą, ale kompromitacją wobec całego świata.

Ale uszanować ból, to wcale nie znaczy milczeć. Stwierdzamy, że może z wyjątkiem jednego dziennika bez charakteru, wszystkie pisma starały się odsłonić kałużę zbrodni i nic nie pozostawić pod obsłoną. A jest to tem bardziej konieczne, że „niegodni stróże najdroższego skarbu Narodu”, gdy śledztwo coraz to nowe frymarki pieniędzmi ofiarnemi i klejnotami odkrywa, gdy wpada na trop innego jeszcze morderstwa, już do nowych wzywają Naród „ekspiacji”, a wiadomo przecież, że te „ekspiacje” są zawsze w znaczeniu swem ostatecznem apelacją do kieszeni wiernych.

Gdyby chcieć fakty, dotąd nanizane na sznur kroniki, opisać, trzebaby wskrzesić włoskiego Danta, a przedstawiłby nam jasnogórskie Infernum. Jasna Góra, zmieniona w jaskinię zbrodni, wymagałaby genjuszu Szekspira dla odtworzenia tych intryg, tych hulatyk, tych mordów, tych wywożeń trupów w sofach, tych przysiąg piekielnych nad otchłanią wodną, kryjącą w swej głębi potworną tajemnicę, tych rozgrzeszań ustami zbrodniarzy i tych komunikowań rękami krwią ociekającemi.

A kronika wcale jeszcze nie zamknięta. Dopiero przeczytaliśmy jej pierwsze rozdziały. Ale już wiemy, że „święte ofiary” szły na prezenty dla kochanic, już czytaliśmy, że zakonnicy wykradali sobie z pod poduszek papiery obligacyjne, już nie jest tajemnicą, że wyszukiwali dla swych hurysek mężów, fałszowali akty ślubne, a kochanice ich sprzedawały ofiarne djamenty jubilerom. Miljony, które naród składał w ekstazie klasztorowi, nieraz kawałek suchego chleba od ust sobie odejmując, karmiły zbrodnie.

Najbardziej bodaj zdumiewającą w tem wszystkiem rzeczą jest stwierdzony przez prasę niski stan umysłowości tych „ojców”. Damazy Macoch był przed wstąpieniem do klasztoru pisarzem gminnym, czyli jakimś przedstawionym przez Sienkiewicza Zołzikiewiczem. Ukończył zaledwie szkołę elementarną. Człowiek taki wdziewa białą sukienkę Paulina i już tem samem staje się świętą, nietykalną, żadnej krytyce nie podlegającą osobistością – przeciwnie, on będzie jeszcze piętnował „bezbożne pisma”. Jasne jest, że w Częstochowie rządziła Polską garderoba, a jakiego człowieka wetknięto w tę  garderobę , o to nikt nie pytał.

Wszelką krytykę księży zwano szkalowaniem. Kazano o ich wybrykach milczeć, a w ostateczności zwracać się ze skargą na nich do przełożonego. A tymczasem odezwa Paulinów całkiem nie dwuznacznie mówi, że przełożony na Jasnej Górze dźwiga na sobie brzemię różnych win, a może nawet bardzo ciężkich win, skoro w tej pierwszej odezwie, wystosowanej w tak znaczącej chwili, Paulini wysuwają go przed oblicze narodu i dają wiele do zrozumienia.

Ale ci Paulini zbyt pośpiesznie wystąpili w charakterze oskarżycieli, gdy śledztwo już nie „jednostkę”, jak piszą, objęło, ale szereg „jednostek”. To, co przeszło nawet przez sito prasy, już bardzo zastanawia. Czytamy, że ojciec Damazy chciał klasztor porzucić, „więc” stopniowo „usuwał” rzeczy „swoje”. Jakież to „swoje rzeczy” mógł mieć człowiek, ślubujący ubóstwo i nie posiadający nic? W biały dzień wywozi dorożką sofę zaszytą w rogoże. Nikogo to nie dziwi, że zakonnik ma „swoje meble”. Inni twierdzą, że wywoził „książki”. Jakież to „książki mógł mieć zakonnik wobec faktu istnienia bibljoteki klasztornej i wobec bezwarunkowej wspólnoty wszelkiego mienia?

Toteż w tej chwili cała Częstochowa powtarza z ust do ust wersje, które dostają się do Warszawy i krążą nawet w kołach, które dotąd nie zwykły „źle o księżach mówić”. Pieniądze ofiarne i wota miały iść nietylko na uciechy i huryski, ale wspierano podobno także jakichś przedsiębiorców teatralnych, mających powabne żony czy kochanki „śpiewające”. W kołach bardzo poważnych mówią, iż niedawno widziano w Hiszpanji jednego z jasnogórskich Paulinów z taką „śpiewającą” żoną czy kochanką takiego artystycznego przedsiębiorcy, i że potem szły pod jego adresem „subsydia”, dość nawet znaczne.

Idzie wersja, że jeden z Paulinów ma zagranicą piękną kamienicę, w bankach pokaźny kapitalik i że przeznaczył go dla swoich dwóch urodziwych córek… A i to ludzie opowiadają, że gdy z kompanją przychodziły piękne i hoże dziewczyny, niektórzy zakonnicy za pomocą służby, różnych „domów noclegowych”, także konfesjonałów zakładali sieci, aby owe hoże rybki złowić… Pewna „pani” pokazywała w Częstochowie „znajomym” korale, które ktoś jako votum ofiarował Matce Boskiej. Korale te „nabyła” od zakonników za gotówkę, aby się nie dostały do rąk „żydowskich”… Złożony jako votum wachlarz z kości słoniowej jeden z ojców ofiarował pewnej młynarce z pod Częstochowy…

Ojciec Alfons wołał pewnego razu z kazalnicy tak: „Z Częstochowy, fabryk i kominów pozostaną tylko gruzy i pustka. W gruzach gnieździć się będą dzikie ptaki. Przejeżdżający furmani będą mówili: O, tutaj niegdyś było sławne miasto Częstochowa, ale za grzechy Bóg zniszczył je, jak Sodomę i Gomorę”. Głosił to w roku 1905. A cóż powie w roku 1910?

Gdy chcieliśmy dźwignąć moralność za pomocą krytyki kleru i jego nauk, biskup Zdzitowiecki, opiekun klasztoru jasnogórskiego, pisał na autora tych słów skargę następującą do władz krajowych: „Czy Wasza Ekscelencja nie uznałaby za możliwe jąć się odpowiednich środków, aby położyć koniec zgubnej jego działalności, tego głównego wodza nie moralności i nieprzejednanego wroga religji, co w znacznym stopniu obezwładniłoby jego propagandę, a w konsekwencji przyczyniłoby się do uspokojenia kraju, szarpanego bandytyzmem (!) grabieżą (!) i zabójstwami (!)”…

Głosił to w roku 1907. A cóż powie w roku 1910? Zbrodni mordu i kradzieży klejnotów z obrazu świętego nie dokonał żaden wolny myśliciel, nie dokonał nawet żaden czytelnik „pism bezbożnych”, nie dokonał zwykły laik, ale dokonał właśnie – jasnogórski Paulin, przy pomocy innych „świętych ojców”.

Przeor Euzebjusz Rejman, który w czasie koronacji okradzionego przez zakonników obrazu daje do zrozumienia w przepełnionej wiernymi świątyni i w chwili, kiedy uwaga całego narodu jest na niego zwrócona, iż moralni sprawcy kradzieży znajdują się między polskimi wolnymi myślicielami, ten przeor, na którego obecnie sami zakonnicy rzucają cień – ten dał wyraz panującym u nas stosunkom, wiarom, zaufaniom, tak haniebnie obecnie zdemaskowanym, poniżonym, zdeptanym.

W drugiej dekadzie grudniowej 1909 roku w nr 119 w artykule „Ojciec Rejman przed sądem opinii” żądaliśmy:

l) publikacji aktów dochodzeń w kwestji pożaru na Jasnej Górze,

2) publikacji wszystkich pozycji składek, które na odbudowę wieży wpłynęły,

3) publikacji rachunków kosztów odbudowy wieży,

4) usprawiedliwienia się z niedozoru i niedbalstwa około strzeżenia historycznej kaplicy,

5) wyjaśnienia, w jaki sposób jest obecnie zabezpieczony bogaty skarbiec klasztorny, przepełniony dziejowej wartości pamiątkami,

6) ogłoszenia taksacji skarbca tego, dokonanej przez fachowców i ludzi, cieszących się u społeczeństwa bezwzględnem zaufaniem,

7) publikacji przychodów i rozchodów klasztoru, który przecież rocznie wyciąga miljony ze społeczeństwa.

Dawaliśmy wyraźnie do zrozumienia, że w skarbcu mogą być braki, miast klejnotów falsyfikaty i że złodziei koron i sukienki obrazu szukać należy w samym klasztorze. Wygłosi1iśmy zasadę, że skarby częstochowskie należą do ogółu i że ogół ma prawo żądać zdawania rachunków. Tymczasem biskup tyraspolski ksiądz Józef Alojzy Kessler w liście pasterskim, ogłoszonym w nr 276 „Kurjera Warszawskiego” inną wygłosił zasadę: „Ani biskup, ani proboszcz nie mają obowiązku zdawania parafjanom sprawozdania z zarządu majątków kościelnych… Żądania niektórych parafji, aby proboszcz zdawał im sprawę ze swych rządów, jest wynikiem protestantyzmu, sprzeciwia się zasadom nauki katolickiej…

Kto nie zdaje rachunków parafjanom, będzie je musiał kiedyś zdawać sędziemu śledczemu. Tak się obecnie dzieje na Jasnej Górze.

Pytamy, któż bardziej podkopał w Polsce katolicyzm nad jego własnych apostołów? Któż się okazał istotnym i groźnym wrogiem religji? Czy myśl filozoficzna, modernizująca pojęcia i starająca się oprzeć etykę na trwalszych podstawach, czy też ci, którzy głoszą „nie zabijaj” a toporami w czasie snu zabijają spólników zbrodni i potem spieszą do konfesjonału odpuszczać grzechy?

Któż splugawił uroczysty akt przysięgi? Czy ci, którzy nie wierząc w Boga, nie chcą się przed sądem zaklinać na niego i kłamać sobie i światu, czy też ci, którzy, przybrani w szatę świętą, białą, symbol niewinności i niepokalaności, nocą nad rzeką wyciągają krucyfiks i każą dwom truchlejącym ze strachu prostakom przysięgać na rany Zbawiciela, iż „dla dobra świętej wiary” nie wyjawią nigdy tego, co się tam stało?

Prawda mówi sama za siebie. Ale tu chodzi o to, czy naród będzie umiał wyciągnąć z tej kałuży zbrodni wszystkie konieczne konsekwencje i czy nareszcie zrozumie, że dalej biernym być nie może. Nie przemawiamy w tej chwili do całego narodu. Miljony nas nie słyszą, te miljony, nie umiejące czytać i pisać. Więc przemawiamy tylko do jego czytającej inteligencji, która „dla dobra religji” nie chciała nigdy poddać kler obywatelskiej krytyce.

Ta inteligencja jest doprawdy tak grzeszna, iż nawet jej skrajne skrzydło, udające w Warszawie socjalistów, zamiast naśladować socjalistów śląskich lub galicyjskich, stara się paraliżować wszelką krytykę i niedawno dało temu wyraz w zaatakowaniu nas za artykuł o etyce spowiedników. Cóż mówić o inteligencji konserwatywnej, lub nawet klerykalistycznej, jeżeli nawet taki jej odłam nie wychodzi szczerze z ludem! A przecież słyszymy, że lud się burzy, że robotnicy częstochowscy chcą demonstrować przed klasztorem, że zamierzają „święty obraz” wydrzeć „niegodnym sługom” i złożyć w innem miejscu! Lud, którego zaufanie zdeptano, może posunąć się do różnych aktów gwałtownych. A potem zjawia się policja, maszeruje wojsko, krew obryzguje bruki.

Czy inteligencja w tak ważnej i decydującej chwili nie powinna postępowaniem swojem wzbudzić w ludzie zaufania i wpoić w niego, że za jej przyczyną nastaną rzeczywiście inne porządki? Czy lud uwierzy tej inteligencji, jeżeli jakiś „Kurjer Warszawski” będzie już wzywał ogół do „ekspiacyjnych” pielgrzymek, więc czołgania się na kolanach do stóp „ojców” , którzy każdej chwili teraz mogą być zaaresztowani albo o współudział w zbrodniach, albo przynajmniej o zaniedbanie karygodne czujności i patrzenie przez szpary na jątrzącą się ranę deprawacji i nikczemności? I gdy jeszcze w przybliżeniu nawet nie obliczono, co zostało skradzione, gdy czytamy o szafowaniu na pohulanki pieniędzy „mszalnych”, lud nasz ma nowe sypać ofiary? (…)

Ktoś powiedział, iż zaczął się początek końca legendy jasnogórskiej. To, co jeszcze przed miesiącem mogło było uchodzić jedynie za zręczny paradoks, dziś staje przed nami jako rzeczywistość. Tak, bezwarunkowo jesteśmy świadkami początku końca legendy jasnogórskiej i powinniśmy zdać sobie sprawę z tego, że brzemię bardzo poważnych obowiązków ciąży na nas w tej chwili przełomowej. (…)

A przecież Infernum Jasnogórskie jest niejako symbolem widomym całego duchowieństwa. Jasna Góra była dotąd polskim Rzymem. Wedle Jasnej Góry sądziło się cały kościół. Kto śmie temu zaprzeczyć? Jasna Góra była sercem organizmu katolickiego w Polsce. Klucz śledztwa otworzył to serce i ukazał ściek zbrodni głównych: morderstwa, kazirodztwa, krzywoprzysięstwa, świętokradztwa, złodziejstwa i co kto chce…(…)

Gdy sięgaliśmy do historji i przytaczaliśmy zbrodnie papieży, kardynałów, klasztorów – wołano ze śmiechem, iż dla zwalczenia innej teraźniejszości inną wyciągamy przeszłość, dawno minioną, pogrzebaną i zapomnianą… A tymczasem najbliższa przyszłość miała głosem przerażającym zaświadczyć, że ta przeszłość wcale nie minęła, że ona trwa, wciąż ta sama, niezmienna.

Mówiono, że kościół położył wielkie zasługi dla cywilizacji. Ale czyż największych nawet zasług nie niweczyłyby doszczętnie takie zbrodnie?

Czytano z upojeniem świetny romans Sienkiewicza o wędrówce do Częstochowy wielkiego ryzykanta pana Kmicica. „Głos dzwonu rozległ się w cichem rannem powietrzu.

-Z koni – zawołał pan Andrzej. Zeskoczyli wszyscy z kulbak i klęknąwszy na drodze, rozpoczęli litanję… Szli, prowadząc konie za uzdy i śpiewając: „Witajcie jasne podwoje!”

Pan Kmicic dla obrony Panny Najświętszej rozsadził szwedzką kolubrynę. Ale cóż uczyniłby ten impulsywny człowiek, gdyby oko w oko zetknął się ze zbrodniami „ojców” Damazych, Izydorów i Bazylich? Czy w przystępie oburzenia nie wysadziłby w powietrze całego klasztoru?

(„Myśl Niepodległa” październik 1910 nr 150)

* * * * * * * * * * * *

Zapowiadany przez „Myśl Niepodległą” początek końca legendy jasnogórskiej trwa w najlepsze – od 100 lat. Wielotysięczne pielgrzymki maszerują do Częstochowy ze śpiewem na ustach i z bólem w stopach. Nikt już nie wspomina jak to kiedyś ksiądz Macoch z Krzyżanowską okradali Matkę Boską. Nikt nie myśli o tym, że jakiś inny paulin właśnie może dobierać się do jasnogórskiego skarbca. Księża – pedofile to tylko ofiary libertyńskich, bezbożnych czasów oraz podstępnych podszeptów szatana. Lekiem na cało zło świata, zdaniem ich eminancji, nadal jest modlitwa, modlitwa, modlitwa…

W diecezji kieleckiej biskup Łosiński w 1910 roku nakazał wiernym intensywne modły błagalne do obrażonego boga. Bo wina wiernych jest tu bezsporna: po co dają chciwym mnichom na tacę? Biskup profilaktycznie „ukarał” także swoich podwładnych: kaznodzieje musieli opracować pogadanki na tematy: „Dlaczego Najświętsza Marya Panna pozwoliła na taką zbrodnię przy boku swoim” i „Do czego dojść może społeczeństwo, jeśli się odwraca od Chrystusa”. Nie znamy, niestety, owoców tych świętobliwych rozważań.

A wierny lud (ten bardziej rozgarnięty) miał już własną twórczość na ten temat i recytował takie wierszyki:

Ojciec Damazy

Kradł z Jasnej Góry, kradł z Jasnej Góry

Obrazy -

A ojciec Izydory

Wkładał je w wory

A ojciec Bazylii

Wywoził je do Brazylii

albo

Niekże to syćkie pierony zatrzasnom;

Wybrał się dziadek aż pod Góre Jasnom,

Myślał, że grosik uzbira, tymczasem

Wrócił ciupasem

Tego widoku dożył dziadek stary,

W całym klasztorze nic, jedno dziandary,

Sytkie osoby duchowne a świente

Pod klucz zamknięte…

Prawda was wyzwoli – mawiał błogosławiony nasz rodak, ale czy miał na myśli również prawdę, która kole w jasnogórską aureolę?

27 lutego 1912 przed sądem w Piotrkowie Trybunalskim rozpoczął się słynny na całą Europę proces paulina Damazego Macocha, jego kochanki i wspólników. Sprawa zbrodni i świętokradztwa w klasztorze na Jasnej Górze przez ponad tydzień nie schodziła z łamów prasy europejskiej i amerykańskiej. Łódzki dziennik „Rozwój” relacjonował:
„Od wczesnego ranka całe miasto jest w poruszeniu, o niczem innem się nie mówi, tylko o procesie Macocha. Wszystkie hotele są zajęte. Ceny pokojów wzrosły w trójnasób. Po mieście o zachowaniu się Macocha krążą najrozmaitsze pogłoski. Nieprawdą jest np., że Macoch, który już po aresztowaniu, otrzymał od krakowskich  paulinów ubranie cywilne, przyodział ponownie habit. Przeciwnie, ma on na sobie to  samo ubranie, w którem przywieziono go z Krakowa(…).

W gmachu sądowym ukończono wszystkie przygotowania. Z uznaniem zaznaczyć należy, że
pamiętano o wygodzie korespondentów. Przy długim, szerokim stole, zaopatrzonym w przybory do pisania, ustawiono krzesła, na których delegaci dzienników w miarę zgłaszania się umocowują swoje bilety. Również i naczelnik poczty p. Gill poczynił dalekie zarządzenia w biurze telegraficznem, sprowadził bowiem aparat Hughesa 1), oraz wyjednał w Warszawie wydelegowanie trzech telegrafistów na czas procesu.
Dotychczas przysłały na proces sprawozdawców specyalnych, oprócz dzienników warszawskich i prowincyonalnych, rosyjskie: „Riecz”, „Russkoje Słowo”, Nowoje Wremia” i „Birżewyja Wiedomosti”; z Berlina kilka dzienników niemieckich, z Paryża  zaś przybyli wczoraj wieczorem korespondenci „Mattina” i „Petit Journala”. (…)

Sąd, zajęty sprawą Macocha, mieści się w nowym gmachu, niedawno wykończonym.
Proces odbywa się w głównej sali z galeryą, gdzie  funkcyonują zdjęcia kinematograficzne. Sala  i  galerya  nabite. Przeważają mundury wojskowych i urzędników. Jest też olbrzymi  napływ pań. Sala, w  której jest sądzona sprawa Macocha i innych, mieści się na drugiem piętrze gmachu. Z obszernego westibulu frontowego prowadzą do niej obszerne schody i niemniej obszerne,  jasne korytarze. W sali sądowej wszystko jest nowe: ławki, krzesła, stoły, pulpity. Ława oskarżonych o trzech kondygnacyach. Po prawej stronie sali znajduje się galerya, rodzaj trzech dużych lóż. Jest w nich miejsc na 75 osób, na dole w sali publiczność rozporządza 150 miejscami.

P. Wołkow [przewodniczący sądu ] starał się o to, aby porobić wszelkie udogodnienia dla dziennikarzy, zaczynając od stołów, na których zastali przygotowany papier, ołówki, pióra i atrament,  wygodne krzesełka, a skończywszy na osobnem wejściu, umyślnie dla sprawozdawców. Dzięki temu nie potrzebują przeciskać się przez publiczność, ale swobodnie wchodzą i wychodzą osobnemi drzwiami. To oczywiście ułatwia ciężką pracę sprawozdawców, a jest ich w dniu dzisiejszym 31, mianowicie: przy stole 20, na miejscach bocznych 10, a jeden umieścił się na galeryi. (…)

Największą sensacyę w procesie budzi pamiętnik Starczewskiego. O. Izydor miał ten pamiętnik prowadzić bardzo skrupulatnie. I nietylko zapisywał w nim najdrobniejsze  wydarzenia z życia powszedniego, ale każde dwuznaczne uściśnienie swoich znajomych pań, każdy z niemi bliższy niż uściśnienie stosunek, wymieniając je z nazwiska i okoliczności, w jakich to się odbyło. Są tam podobno takie drastyczności, że gdyby trzeba było dla sprawy ów pamiętnik głośno odczytać, byłoby to całego procesu największą ciekawością.
A podobno do pamiętnika o. Izydora zakradł się długi sznur nazwisk niewiast do tego stopnia pobożnych, że nic bez „ojca duchownego” nie poczynały ani nie robiły.
W jakim celu prowadził taki pamiętnik ten ksiądz-erotoman – trudno sobie wytłumaczyć, bo nawet są w nim podobno notatki, ile od której gotówki dostał…

Jeszcze dramatyczniej przedstawiał wydarzenia w przeddzień procesu korespondent „Gońca Częstochowskiego”:

Stary gród trybunalski, od paru wieków w dziwnej pogrążony śpiączce, ustąpiwszy miejsca innym miastom, które los zmienny wyniósł ponad niego – ocknął się.

Miasta te, więcej bo i zakordonowe: Wielkopolska i Galicia, a poza nimi i obce kraje przysyłają do starożytnego Piotrkowa swych różnojęzycznych delegatów, dla asystowania i nadsyłania sprawozdań, niestety, w smutnej sprawie, tak smutnej, że odbiła się gromkiem i dotkliwem echem w całym świecie katolickim.

Na wstępie uderza nas na dworcu kolejowym, przy opuszczeniu stopni wagonu tłum zbity przybyszów, mieszający się z oczekującymi tu i owdzie przedstawicielami różnych władz miejscowych. Snać zwiększenia się napływu przyjezdnych oczekiwano, bo zauważamy wzmocnione posterunki policyjne.

Przed dworcem i na dalszych ulicach też ruch niezwykły, szczególniej wpobliżu hoteli i pokojów umeblowanych. Tu i owdzie spostrzegamy zafrasowaną twarz kogoś, kto nie znalazłszy wolnego pokoju w hotelu, stoi przed jego bramą, oglądając się kłopotliwie i szukając u przechodnia rady, w którą skierować się stronę.

Wybawia go z kłopotu przynajmniej narazie typowy miszures 2) prowincjonalny charakterystycznem:
- Ja pana co powiem… jest jeszcze jeden hotel… Polski…

Ale okazuje się, że i tu wszystkie numery zajęte. I tak wszędzie. W paru nielicznych miejscach ofiarowują nam pokój w cenie zgórą rb. 4. Byle nie zostać bez dachu nad głową chwytamy się tej ostatniej deski ratunku, pozostawiając tem samem na bruku owego pana ze skłopotanem obliczem, który w tej chwili do tegoż asylu nadążył.

1)Aparat Hughes’a (Juza) jest najstarszym szybkopiszącym aparatem telegraficznym. Wynaleziony przez prof. Hughes’a w Nowym Jorku w 1855 roku. Aparat używał alfabetu łacińskiego i cyfr od 0 do 9. Wydajność to 90 do 125 znaków na minutę (inne źródła podają 200 do 270 znaków na minutę), dla porównania aparat morsa pracował z prędkością 75 znaków na minutę.

2) Miszures – dawniej posługacz żydowski w oberży

* * *

O zdarzeniach, które Macocha i spółkę doprowadziły na ławę oskarżonych piotrkowskiego sądu i o przebiegu procesu, już wkrótce.

Powered by WordPress Web Design by SRS Solutions © 2017 To ci historia! Design by SRS Solutions

  • RSS
  • Flaker
  • Twitter
  • Tumblr
  • Facebook
  • GoldenLine
  • Nasza Klasa
  • Wykop