Ostatnie chwile Narutowicza – relacja naocznego świadka – fragmenty wspomnień ówczesnego premiera rządu – prof. Juliana Nowaka. Gabriel narutowicz był ministrem spraw zagranicznych w jego gabinecie.
za: Głos Poranny 23.12.1932 r. – w 10-lecie zamachu.
styl i pisownia – oryginalne
Nie będę tu siedział 7 lat
Nie było 7 lat, nie było 7 dni…

Ostatnie chwile Narutowicza – relacja naocznego świadka. Wspomnienia ówczesnego premiera rządu – prof. Juliana Nowaka* opublikował w 10-lecie zamachu „Głos Poranny” 23 grudnia 1932 roku.  Gabriel Narutowicz w gabinecie Nowaka był ministrem spraw zagranicznych.

Niedziela w Belwederze

W Belwederze odbywały się przez niedzielę narady nad ceremonjałem zawiezienia Narutowicza do sejmu w celu złożenia przysięgi i powrotu z sejmu. Z powodu niepokoi, jakie bądź co bądź w stolicy przez niedzielę miały miejsce, jazda tam i z powrotem budziła pewną troskę.
Narutowicz chciał początkowo jechać do sejmu z ministerstwa spraw zagranicznych, czemu sprzeciwił się minister Kamieński, albowiem nie miałby w takim razie dostatecznej ilości policji, aby obsadzić nią drogę z ulicy Wierzbowej do Sejmu, a następnie z sejmu do mieszkania Narutowicza w Łazienkach, względnie do Belwederu. Obiekcje Kamieńskiego uznałem za słuszne i stanęło na tem, że Narutowicz pojedzie do sejmu ze swego mieszkania w Łazienkach (…).
Decyzja co do towarzyszenia śp. Narutowiczowi w jego przejeździe z Łazienek do sejmu uległa następnie, wskutek decyzji urzędu protokołu dyplomatycznego, zmianie w tym kierunku, iż Narutowicza, jako będącego do chwili zaprzysiężenia jeszcze tylko ministrem spraw zagranicznych, przewiezie do sejmu szef protokołu, hr. Przeździecki, o czem zostałem zawiadomiony za pośrednictwem wiceministra Studzińskiego, ówczesnego szefa kancelarji prezydjum rady ministrów.

Jaja na ministrów, kamienie na prezydenta

Około godziny wpół do 12 wyruszyliśmy do sejmu. Na przedzie w automobilu otwartym: p. Kamieński, a za nim ja. Pojechaliśmy ulicą Mazowiecką i Bracką, przecinając Aleje Jerozolimskie, a potem ulicą Piękną na Wiejską do sejmu. Nigdzie większego nagromadzenia się publiczności nie zauważyłem, dopiero gdyśmy wjeżdżali w Aleję Ujazdowską, przecinając ją od ulicy Pięknej, napotkaliśmy kordon policyjny, zabezpieczający dostęp do Aleji oraz przejazd przez Aleje i wjazd w ulicę Piękną, który to kordon na narożnikach był wzmocniony silnemi patrolami. Oprócz tego w ulicy Pięknej poza Aleją Ujazdowską było kilkunastu policjantów konnych, ustawionych we front. Liczba demonstrantów wynosiła tu kilkaset osób, głównie młodzieży i obecna tam policja wystarczała aż nadto do ich usunięcia.
Demonstranci przywitali nasze automobile świstem i drwiącemi okrzykami, a ministra Kamieńskiego i jadących z nim urzędników obrzucili śniegiem i jajami. Demonstranci zbrojni byli w kije, któremi potrząsali, grożąc. Policja, stojąc na baczność, przypatrywała się demonstrantom i nam z niezamąconym spokojem.
Wreszcie przedostaliśmy się do sejmu i tam oczekiwaliśmy przyjazdu Narutowicza, który się spóźnił i przyjechał po kwadransie na pierwszą. Przyczyną spóźnienia było, jak mi zameldowano, to, że w Alejach napotkał pojazd Narutowicza i towarzyszący mu szwoleżerowie barykadę z ławek ogrodowych, któremi Aleje były zamknięte. Dowodzący plutonem oficer tak manewrował koniem, że jego zadem usunął jedną ławkę z barykady i przez tę przerwę przejechała część plutonu, poprzedzająca powóz, a następnie pojazd. Wtedy na chwilę pojazd nie miał żadnej osłony z boków i demonstranci dotarli do samego powozu i obrzucili prezydenta bryłami śniegu, a nawet i kamieniami. Zajściu przyglądała się policja, stojąc na baczność zupełnie bezczynnie, jak to stwierdzili naoczni świadkowie.
Wreszcie Prezydent w towarzystwie p. Przeździeckiego i otoczony szwoleżerami dotarł do sejmu. W sejmie na zapytanie marszałka Rataja, czy wybór przyjmuje – silnym, zdecydowanym głosem odrzekł, że przyjmuje i przysięgę złożył.

Dzieci klękły na jezdni i nie chcą ustąpić

Po przysiędze odjazd prezydenta do Belwederu zwłóczył się, albowiem nadchodziły wiadomości, że nagromadziły się znaczniejsze tłumy w Alejach, które zagradzają komunikację oraz, że mają miejsce duże demonstracje na Placu Trzech, gdzie padają strzały. Zażądałem od p. Kamieńskiego, aby użył wojska i porządek przywrócił, p. Kamieński pojechał osobiście zbadać sytuację, a my, to jest orszak prezydenta Narutowicza i ministrowie czekaliśmy wciąż w sejmie w poczekalni ministrów możności odjazdu. Podczas tego czekania przybiegł do mnie jakiś funkcjonariusz policji, donosząc, że jechać Alejami nie można i trzeba powracać inną drogą, bo dzieci szeregiem zagrodziły drogę w Alejach w ten sposób, że klękły na szosie i nie chcą ustąpić. Tu już wzięła mnie pasja, krzyknąłem, że na dzieci, gdy są nieposłuszne, są wszak rózgi, ale to przecie nie może być brane poważnie pod uwagę, jako przeszkoda i orszak w każdym razie powróci tą samą drogą, którą przybył.
Niedługo także zgłosił się generał Rozwadowski z meldunkiem, że wojsko częściowo już wyszło, a częściowo niebawem wyjdzie policji na pomoc. Wreszcie mogliśmy odjechać – ja jechałem tuż za prezydentem Narutowiczem, a za mną wszyscy ministrowie i w ten sposób, już bez przeszkody odprowadziliśmy prezydenta do Belwederu.

Nie będę tu siedział 7 lat

… w piątek w południe było u mnie dwóch panów z Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych, p. Okoń i jeszcze drugi pan, z zaproszeniem wzięcia udziału w wernisażu wystawy w sobotę, o godzinie 12. Oświadczyli, że zaprosili także prezydenta Narutowicza.
Piątek minął spokojnie, jakkolwiek atmosfera była duszna. Wieczorem o godzinie 7-ej pojechałem do Belwederu odwiedzić prezydenta Narutowicza. Był rad, że mnie widzi, jednak, jak i przy poprzednich widzeniach się naszych w ostatnich dniach kilka razy powtórzył: „ciężko panie premierze – ciężko”. Oświadczył mi, że powierzy utworzenie gabinetu Darowskiemu i, że pragnie, aby wszyscy ministrowie zatrzymali swoje teki (…). Będzie to tymczasowy gabinet, aż do momentu, gdy będzie mógł powstać gabinet parlamentarny na jakiejś większości oparty, co, jak miał nadzieję, wnet nastąpi.
Opowiedziałem Narutowiczowi, że jestem zaproszony na jutro, sobotę, na godzinę dwunastą, w południe na otwarcie wystawy w Towarzystwie Zachęty Sztuk Pięknych i, że mówili mi, iż zaprosili pana prezydenta. Sądzę jednak, że prezydent nie ma potrzeby iść tam, jestem zdania, że winien on urzędowanie swoje rozpocząć od jakiegoś ważniejszego aktu państwowego. Wystarczy jeśli na jutrzejszym wernisażu będę obecny ja sam i będę reprezentował równocześnie prezydenta Rzeczypospolitej.
Narutowicz dał wyraz swojego zadowolenia z tego, że ja tam będę, obstawał jednak przy tem, że na otwarcie wystawy przyjedzie.
Wspominał mi, że przede mną był u niego poseł Głąbiński i, że była mowa o jego ewentualnem zrzeczeniu się, przyczem Narutowicz zauważył: „na to jeszcze czas, w każdym razie nie będę tu siedział 7 lat”. Doradzałem prezydentowi, aby się nie zamykał w Belwederze i aby prowadził życie ruchliwsze, bo nigdzie niema napisane, że prezydent musi się w mieszkaniu swojem zamknąć.
Żegnając się z prezydentem, jeszcze raz zaznaczyłem, że nie uważam za potrzebny przyjazd jego na otwarcie wystawy Zachęty, i że ja tam będę punktualnie o dwunastej.

Trzy strzały w galerii

W sobotę załatwiałem rzeczy urzędowe, a jakie dziesięć minut przed dwunastą pojechałem z żoną do Zachęty. Zajechałem tam w przeciągu pięciu minut i zastałem sporo publiczności oraz komitet wystawy w westibulu, czekających na prezydenta. Spostrzegłem angielskiego posła Maxa Müllera z żoną, który mi mówił, że właśnie przeszedł grypę i nie czuje się jeszcze zdrów zupełnie, ale mimo to się zebrał, bo chciał być obecny przy pierwszym publicznym występie prezydenta Narutowicza. Zauważyłem i posła Tomasiniego. Kilkanaście minut po dwunastej zajechał przed gmach automobil prezydenta, który był u kardynała Kakowskiego z wizytą, a od niego przyjechał do Zachęty. Prezydent przywitał się z obecnymi w westibulu i wszyscy poszliśmy na piętro, celem obejrzenia wystawy. Na życzenie komitetu pozostaliśmy w paltach, obawiano się bowiem, że jest w salach za chłodno.

Szedłem tuż za Narutowiczem. Rozpoczęliśmy oglądanie obrazów (…),  obejrzeliśmy obrazy jednej z krótszych ścian sali i doszliśmy do środka dłuższej ściany, gdy nagle rozległ się suchy trzask trzech po sobie szybko następujących strzałów. Stałem tuż obok prezydenta Narutowicza i dotykałem go w ścisku rękawem mej lewej ręki – na moment umysł wogóle nie zdawał sobie sprawy, co właściwie zaszło, dopiero po tym momencie jak błyskawica zjawiła się myśl: to zamach – przemknęło mi przez głowę,  że pewnie na prezydenta.

Potem nagle wszczął się zamęt i zamieszanie na sali. Naokoło blade, wystraszone twarze – jakaś pani łkała. Nie zapomnę twarzy posła Müllera: bladej, jak płótno z powodu wstrząsu nerwów w jego świeżą chorobą osłabionym organizmie. O kilka kroków ujrzałem słusznego mężczyznę stojącego z wyciągniętą prosto do góry prawą ręką, w której trzymał brauning – zrozumiałem, że to morderca – przybliżyłem się do niego, aby go uchwycić za rękę i obezwładnić, ale uprzedził mnie jakiś oficer i jeszcze ktoś, którzy go rozbroili i wyprowadzili do przyległego pokoju.
Prezydent Narutowicz leżał na posadzce z rozpiętem ubraniem i z obnażoną piersią – z przestrzelonej klatki piersiowej spływała krew. Szukałem pulsu. Pulsu nie było już – prezydent nie żył. Zabrałem przerażoną żonę i pojechałem do prezydjum, celem wydania zarządzeń i zwołania rady ministrów. Ciałem prezydenta zajęło się jego otoczenie belwederskie.

* * * * *
Szli wołając – Polska! Polska!
Wtem zza mojżeszowego krzaka
Wyjrzał Bóg i zapytał
Polska? Ale jaka?

No właśnie, jaka? W 4 lata po odzyskaniu niepodległości, w 2 lata po dramatycznej obronie przed najazdem bolszewików, naród polski nie był w stanie wyłonić demokratycznie władzy, której podporządkowaliby się wszyscy obywatele. Czyżby niepodległość przerosła jego zdolności do zespołowego kierowania swym losem? Może stary Bismarck miał rację, mówiąc: „Dajcie Polakom rządzić, a sami się wykończą”. Czy to tradycyjna polska anarchia nie pozwoliła na powstanie narodu z silnym instynktem państwowym? A za niepowodzenia każe zawsze winić kogoś innego: Niemca, Moskala, Żyda, jakichś mitycznych Onych…?

* * * * *

*Julian Ignacy Nowak (1865-1946) – polski polityk, premier, lekarz i mikrobiolog. W latach 1911–1912 był dziekanem Wydziału Lekarskiego, a w latach 1921–1922 był rektorem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Należał do Stronnictwa Prawicy Narodowej. W 1922 (od 31 lipca do 14 grudnia) był premierem rządu pozaparlamentarnego, w którym Gabriel Narutowicz pełnił funkcję ministra spraw zagranicznych.