To ci historia!

Blog historyczny, ciekawostki historyczne, sensacje

Wpisy z tagiem: proces

Ciąg dalszy relacji z procesu w sprawie zabójstwa na Jasnej Górze. Po aresztowaniu w Krakowie Macoch przesłuchany został przez inspektora austriackiej policji dr Henryka Jasieńskiego. Usiłując umniejszyć swoją winę, ksiądz Damazy plącze się w zeznaniach. Dopiero przyciśnięty do muru wyznaje wszystko, jak na spowiedzi. Zeznania mordercy przedstawia Stanisław Łąpiński – reporter łódzkiego „Rozwoju” 27 lutego 1912 r. [pisownia oryginalna].

Dnia 9 lipca przyjechał do niego, na Jasną Górę, w gościnę, stryjeczny jego brat, Wacław Macoch, urzędnik biura telegraficzno-pocztowego w Granicy (…) Serdecznie przez Damazego przyjęty, Wacław mieszkał dwa dni w jego celi. Na trzeci dzień koło godz. 10 wieczorem, kiedy już mieli się położyć do snu, zaszła między nimi rozmowa nieprzyjemna. Wacław zaczął mu wyrzucać, że mając tyle stosunków i znajomości, nie wyrobił mu posady urzędnika 3 klasy w Warszawie. Damazy tłumaczył się, że był nieraz u naczelnika okręgu pocztowo-telegraficznego w Warszawie, ale z przyczyny rewizyi senatorskiej i aresztowania wielu urzędników nie mógł nic wskórać. Mimo to Wacław nie uspokoił się i zaczął mu wymyślać, za co też Damazy nazwał go młokosem. Ten skoczył, uderzył Damazego w twarz i odwrócił się ażeby wyjść z pokoju. Wtedy Damazy, nie wiedząc co robi, chwycił toporek, rąbnął Wacława w głowę i jeszcze leżącemu zadał parę ciosów – gdzie – nie pamięta. Widząc, że brat jeszcze żyje, dał mu rozgrzeszenie, później chwycił go za gardło i dusił. Wzburzony tem zajściem i zrozpaczony Damazy chciał pozbawić się życia wystrzałem z rewolweru, ale wstrzymał go jakiś głos wewnętrzny. Całą noc płakał i modlił się nad trupem. Chwilami czuł, że rozsądek go opuszcza.

Rankiem oprzytomniawszy trochę, długo wahał się, czy z wyznaniem pójść na policyę, czy też do przeora. Ale kiedy się już rozwidniło zupełnie, zamiast zeznań, owinął trupa w prześcieradło, położył go na materacu, wziął się do ścierania krwi na stole, na podłodze i na ścianach; później zawołał klasztornego sługę, Stanisława Załoga, do którego miał zupełne zaufanie, opowiedział mu, że Wacław Macoch postrzelił się niespodziewanie, a kiedy napadły go konwulsye przedśmiertne, to dobił go toporem. Załóg poradził, żeby nie donosić policyi, ale zapakować w kosz duży i wywieść z klasztoru. Taką samą radę dał mu spowiednik, u którego był rano. We dwóch zawinęli trupa w drugie prześcieradło. Załóg szukał odpowiedniego kosza w klasztorze, ale nie znalazł. Więc Damazy dał mu pieniądze, z któremi sługa poszedł na miasto i sprowadził duży kosz, jako też rogoże. Kosz jednakże był zamały. Szukali więc odpowiedniej skrzyni. Około godz. 1 Załóg i drugi sługa, Józef Błasikiewicz, przynieśli otomanę klasztorną na korytarzyk i postawili ją koło celi Damazego. Po odejściu Błasikiewicza Damazy z Załogiem wnieśli otomanę do celi, włożyli w nią trupa, miejsca puste zapełnili futrem, poduszką i dywanikami z podłogi, poczem owinęli otomanę rogożami, kupionemi przez Załoga w mieście.

Około godz. 8 wieczorem Załóg sprowadził dorożkę, przywołał Błasikiewicza i dwóch innych służących, Floryana i Janka, których nazwiska Damazy nie pamięta, i którzy razem wynieśli otomanę na dorożkę. Błasikiewiczowi Damazy dał 50 kop. za pomoc, innym po kilka kopiejek, nie wydając przed nimi swej tajemnicy. Dorożkarzowi kazał jechać z otomaną do Rudnik, a sam z Załogiem wsiadł do drugiej dorożki i pojechał za pierwszą. W Rudnikach obaj wysiedli, odesłali z powrotem dorożkarza, który ich wiózł, przesiedli się na dorożkę wiozącą trupa i pojechali ku Gidlom, gdzie miał się znajdować głęboki rów, napełniony wodą, wskazywany przez Załoga, jako odpowiedni do ukrycia trupa. Macoch opowiedział dorożkarzowi, że w klasztorze zastrzelił się człowiek i że zwłoki jego należy ukryć, aby klasztorowi oszczędzić przykrości. Dorożkarz na prośbę Macocha obiecał dochować tajemnicy. Gdy przyjechali do rowu, dorożkarz i Załóg wrzucili otomanę w wodę, chociaż Damazy odradzał, mówiąc, że sprzęt drewniany nie zatonie w wodzie, że więc na to samo wyjdzie, jak gdyby go wprost na drodze zostawili. Jakoż otomana pozostała na powierzchni wody, tak  też ją zostawili, pojechali do Nowo-Radomska. Macoch zapłacił dorożkarzowi 30 rubli, Załogowi 20 rubli i obaj z Załogiem pojechali koleją żelazną do Warszawy pociągiem kuryerskim.

Helenie Macochowej, w Warszawie mieszkającej, na pytanie, gdzie jej mąż, odpowiedział Damazy, że mąż pojechał zagranicę, może nawet do Ameryki pokłóciwszy się z Damazym podczas bytności swej u niego w klasztorze. Helena zaczęła płakać, chciała jechać do Częstochowy na poszukiwanie męża. Po dwóch dniach pojechał z nią do Częstochowy (…) W klasztorze oboje przemieszkali trzy dni, poczem Damazemu powiodło się nakłonić Helenę, żeby pojechała do Łodzi, do swego ojca. W kilka dni później napisał do niej, że mimo poszukiwań usilnych nie może odnaleźć Wacława. W jakieś dwa tygodnie później zaszedł do niego Załóg, aby mu powiedzieć, że Błasikiewicz coś podejrzewa i żąda pieniędzy. Wtedy on dał Błasikiewiczowi za milczenie 12 czy 13 rb.

Tu przerwał Macochowi komisarz policyjny Jasieński, zwrócił jego uwagę na nieprawdopodobieństwa, zawarte w opowieści i rzekł:
- Ksiądz, zabiłeś swego brata, kiedy spał!
Macoch zmieszał się i po chwilowej walce wewnętrznej odpowiedział:
- Tak, zabiłem go, kiedy spał. Teraz ze skruchą zupełną powiem całą prawdę.(…)

W r. 1903 [Macoch] zaznajomił się Heleną Krzyżanowską, córką urzędnika pocztowo-telegraficznego w Łodzi i pokochał ją bardzo. Znajomość coraz bliższa doprowadziła do stosunków płciowych. Helena Krzyżanowska, podówczas telefonistka w Łodzi, zakochała się w mechaniku Julianie Bulzackim, a kiedy ten przeniósł się do Warszawy, rzuciła posadę i pojechała za nim, pomimo perswazyi Damazego. W Warszawie musiał Macoch ją wspierać, a nawet wniósł na jej imię 5600 rub. do tamtejszej kasy oszczędności przy ulicy Królewskiej. Ażeby Krzyżanowską, bądź co bądź, zachować dla siebie, swatał ją za swego rodzonego brata i nawet urządził zaręczyny, ale do ślubu z jakichś powodów nie doszło. Wtedy puścił między rodzinę i znajomych pogłoskę, że brat jego umarł, poślubiwszy Helenę Krzyżanowską na łożu śmierci. Żeby zaś nie zostawić jej w położeniu dwuznacznem, sporządził podrobiony akt swego ślubu z Heleną Krzyżanowską i świadectwo metryczne o swojej śmierci. Na zasadzie tych dwu sfałszowanych dowodów postarał się dla niej o paszport na imię Heleny Macochowej, wdowy po Kasprze Macochu. Tak też zameldował ją w Warszawie, gdzie dla niej wynajął mieszkanie.
Ze swym bratem stryjecznym, Wacławem Macochem, który służył w biurze pocztowo-telegraficznem częstochowskiem, Damazy żył niezgodnie. Pojednał się z nim dopiero, gdy Wacław otrzymał posadę w Kaliszu. Za staraniem Damazego przeniesiono Wacława do Granicy i stamtąd przyjeżdżał on często do klasztoru, żeby  odwiedzić brata. W klasztorze, zaznajomił Damazy Wacława z Heleną Krzyżanowską i nakłonił ich do małżeństwa, które zawarli d. 11 lipca 1910 r. w Warszawie. Ślub dawał on sam w asystencyi księdza Izydora Starczewskiego. Wacław Macoch nie wiedział o jego stosunkach miłosnych z Heleną, ale wiedział, że Damazy  jest w niej zakochany i dlatego zabronił mu bywać w swoim domu. W dniu 22 lipca (nowego stylu) Wacław przyjechał do Częstochowy, zamieszkał w jego celi, a 24-go, w nocy, gdy sobie podpili, zaszło między nimi nieporozumienie. Wacław mu robił wymówki za ożenienie go z kobietą kabaretową, która ma mnóstwo znajomych  mężczyzn, powiedział, że w tych dniach znalazł u niej list Juliana Bulzackiego, przekonywający o stosunkach między tym człowiekiem a Heleną. Wzburzony tem wszystkiem Damazy nazwał Wacława młokosem i pokłócił się z  nim. A kiedy Wacław poszedł spać do drugiego pokoju, on długo chodził po swojej celi, nie mogąc zasnąć.  Nagle wzrok jego padł na toporek, leżący koło pieca. Niedługo myśląc, chwycił toporek, wpadł do brata z  krzykiem: „Toś ty mnie obraził?”, rzucił się na brata i uderzył go toporkiem jeden  raz w głowę. Gdy Wacław zeskoczył z łóżka, wymierzył mu jeszcze dwa czy trzy uderzenia, również w głowę. Wacław padł na podłogę i zaczął się kurczyć w męczarni; wtedy Damazy przydusił go za gardło i odpuścił mu grzechy.  Toporek, narzędzie zabójstwa, on przed paru tygodniami wziął od stolarza klasztornego.

Z uwagi, że przy Damazym Macochu znaleziono dość znaczną kwotę i że on, bądź to sam, bądź w towarzystwie  Krzyżanowskiej robił nieraz kosztowne wycieczki do Austryi, Francyi i Włoch, komisarz policyjny Jasieński zadał mu pytanie, skąd czerpał fundusze na takie wydatki.
Początkowo Damazy Macoch objaśnił, że grając, szczęśliwie, wygrał raz na loteryi 4000 rubli, że prócz  tego przeor klasztoru Rejman dał mu 300 rubli na wyjazd zagranicę, później powiedział, że znalezione przy nim pieniądze stanowią jakiś depozyt, nakoniec wyrzekł się tych obu wyjaśnień i oświadczył, że w ciągu ostatnich półczwarta roku przywłaszczał sobie pieniądze z zakrystyi klasztornej, mianowice tak zwane kwoty nieobowiązujące, które składali pobożni i które przechowywano w zakrystyi bez rachunku. Z tych pieniędzy wziął około 9000 rub., prócz tego brał do 10 000 rub. od różnych osób za msze; nadto kasyer klasztoru, ksiądz Bazyli Olesiński, w różnych czasach i rozmaitemi kwotami dał mu w r. 1910 z kasy klasztornej około 3000 rub. Kiedy zaś Macochowi zdarzało się zastępować kasyera, to brał poprostu pieniądze z kasy bez żadnego rachunku. Nie może więc określić, ile pieniędzy wybrał w ten sposób. I jeszcze przypomina sobie,  że kiedy w styczniu 1910 r. umarł kasyer klasztorny, ksiądz Bonawentura Gawełczyk to on, razem z księdzem Bazylim Olesińskim, poszedł do jego jego celi, znalazł w szafie nieboszczyka paczkę obligacyj na ogólnej sumie 20000 rub., z których 1500O rub. doręczyli przeorowi, a 5000 rub. sobie przywłaszczyli; Olesiński wziął 3000 rub., Macochowi dał 2000 rub.

* * *

Zamieszczone rysunki pochodzą z Tygodnika Ilustrowanego nr 10 z 9 marca 1912 roku – autor Z. Badowski.

Ciąg dalszy relacji ze śledztwa w sprawie zbrodni w klasztorze jasnogórskim. Mimo, sprzecznych zeznań świadków, policja ustala pochodzenie otomany, w której odnaleziono zwłoki oraz tożsamość trupa. Osaczony Macoch próbuje zatrzeć ślady i znika z Częstochowy. („Rozwój” Łódź 27 lutego 1912 roku – pisownia oryginalna).

Gdy Piance pokazano znalezioną pod Zawadami otomankę, stwierdził, że pod względem rozmiarów jest podobna do skrzyni, wywiezionej z klasztoru. Badania, dokonane w klasztorze Jasnogórskim, dowiodły, że w korytarzyku przy pokojach gościnnych u drzwi numeru pierwszego stała przez długi czas otomanka, pokryta ceratą i znikła niewiadomo gdzie około połowy lipca. Utrzymywać ten korytarzyk w porządku był obowiązany szwajcar Józef Błasikiewicz.

Słudzy klasztorni, Floryan Wójcik i Jan Roguś zeznali, że w połowie lipca na prośbę Stanisława Załoga wynieśli z celi księdza Damazego Macocha na dorożkę jakiś długi ciężki pakunek, obszyty rogożą i przewiązany postronkami, z rozmiarów podobny do otomanki. Pomagał im Błasikiewicz, który jednakże, gdy mu pokazano znalezioną pod Zawadami otomankę, oświadczył, że takiej otomanki nigdzie nie widział i że pakunek, do wyniesienia którego z celi Macocha pomagał, mniejszy był o połowę. Wbrew temu prokurator klasztoru ksiądz Wincenty Olszewicz, ekonom Józef Trubicki, słudzy Aleksander Toczyłowski i Antoni Kocela zeznali, że przedstawiona im otomanka należała do sprzętów, stojących w korytarzyku i że nie wiadomo, gdzie się podziała.

Ksiądz Paweł Ciepliński i felczer klasztorny Feliks Filipowicz, obejrzawszy kartkę fotograficzną przedstawiającą zwłoki, znalezione w otomanie, poznali Wacława Macocha, który był urzędnikiem pocztowo-telegraficznym w Granicy, a bratem stryjecznym księdza Damazego Macocha. Poznali go także i wszyscy urzędnicy biura pocztowo-telegraficznego w Częstochowie, gdzie Wacław Macoch służył poprzednio.

Zeznania wielu świadków stwierdziły, że znalezione w otomanie z trupem futro i pościel należały do Damazego Macocha, a inne rzeczy, stanowiące własność klasztoru Jasnogórskiego, rozpoznał ekonom klasztorny, Trubicki. Felczer klasztorny Filipowicz zauważył, że bandaże z merli, którymi były związane ręce i nogi trupa, są takież same, jakimi on owijał w czerwcu tegoż roku szyję Damazego Macocha, któremu zrobiła się wrzodzianka.

Wyjaśniło się, dlaczego Damazy Macoch własnoręcznie malował ściany swej celi. Malarz klasztorny, Piotr Kloc, proszony przez Damazego o przysłanie mu farb do celi, posłał mu pomocnika swego, Józefa Malinowskiego, który, wszedłszy do celi, zauważył, że szafa, na środek wysunięta, zasłania część ściany. Damazy odebrał od niego farby i pędzle, wysłał go jeszcze po linię i natychmiast zajął się malowaniem, poczynając od wchodowego pokoju. Kiedy Malinowski powrócił, to już dolna część ściany była zamalowana. Resztę roboty Macoch kazał skończyć Malinowskiemu. Po zamalowaniu ścian w pierwszym i drugim pokoju Stanisław Załóg wymył podłogi a Damazy kazał je pomalować olejno. Dotychczas były to posadzki woskowane. Przeszukując zajmowaną przez Damazego Macocha celę Nr. 38, znaleziono w niej czarne gacie z przodem wyrzniętym i jakieś podejrzane wycinki z innych gaci.

Już przedtem Damazy Macoch zdążył uciec z klasztoru, a niebawem znikł także i Stanisław Załóg, opowiedziawszy służbie klasztornej, że wyjeżdża do Ameryki. 19 września Damazy Macoch przybywa w gościnę do małżonków Michała i Zofii Zajączkowskich, w cukrowni „Szreniawa”, powiecie Miechowskim, gubernii Kieleckiej. Towarzyszy mu żona nieboszczyka Wacława Macocha, Helena, rodzona siostra Zofii  Zajączkowskiej. W trzy dni potem, 22 września, Damazy Macoch wyjeżdża sam ze  Szreniawy. Przed wyjazdem zapytuje Zajączkowskiego, czy można z gubernii Kieleckiej przejechać granicę za książeczką legitymacyjną z Częstochowy, a otrzymawszy odpowiedź przeczącą, mówi, że w takim razie pojedzie zagranicę z Częstochowy.

* * *

W początkach XX wieku  Królestwo Polskie (zwane również Kongresowym), wchodzące w skład Cesarstwa Rosyjskiego, podzielone było na 10 guberni. Częstochowa (tak jak m. in. Łodź, Łask i Będzin) należały do guberni piotrkowskiej. Dlatego wszystkie poważniejsze przestępstwa sądzono w Piotrkowie.

Macoch planując ucieczkę za granicę mógł myśleć zarówno o Austrii, jak i Niemczech. Granice rozbiorów przebiegały niedaleko Częstochowy. Ostatecznie wybrał Kraków w zaborze austriackim. O wędrówkach ojca Damazego i jego aresztowaniu już wkrótce…

Punkt kulminacyjny wstrząsającej historii, w której Macoch grał główną rolę anty-bohatera, nastąpił 26 lipca 1910 roku. Szczegółowo całą sprawę przedstawiał reporter łódzkiego „Rozwoju” (Rozwój 27.02.1912 r.). [Pisownia oryginalna, śródtytuły-clivie].

Trup w małpim futrze
Rozpoczyna się akt znaną z czasopism historyą znalezienia w lipcu 1910 r. dużej skrzyni drewnianej, pływającej w rowie przy drodze między wsiami Gidle i Zawady. Skrzynia ta okazała się następnie otomaną, pływającą dnem do góry i związaną postronkami. Wewnątrz jej były rogoże stemplowane przez kolej żelazną, futro małpie stare, pościel, a na samem dnie trup mężczyzny, pokryty wielu ranami, zadanemi – jak wykazała ekspertyza lekarska – toporem. Najcięższa z tych ran, zadana w prawą skroń strzaskała czaszkę i spowodowała śmierć natychmiastową. Z badań, na denacie przeprowadzonych, wynika również i ta ważna okoliczność, że nie stawiał on żadnego oporu, że zatem śmierć spotkała go niespodziewanie, w czasie snu, gdy leżał na lewym boku. Trup miał związane ręce i nogi bandażami marlowymi. Pokrywały go kałuże krwi. (..) Sądzono początkowo, iż ofiarą zabójstwa padł niejaki Wójcikowski; aresztowano nawet przypuszczalnych jego morderców; lecz niebawem okazało się, że ów Wójcikowski żyje i aresztowanych uwolniono.

Stary zbutwiały kosz – pilnie kupię!
W sierpniu wysłała policya rogoże ze stemplami kolejowymi do zarządu żandarmsko-policyjnego kolei południowo-zachodnich w Kijowie. Wyjaśniło się, że stemple te zrobiono na stacyi Krzemieniec, gdzie przyjęto bagaż, oznaczono go numerem stacyi (25), numerem kwitu (7744) i numerem 34, od wysyłającego, a bagaż wysłano do Częstochowy. Bagaż stanowiły trzy kosze trzcinowe, wagi 14 pudów 12 funtów; wysłał je niejaki Berenstein, a w Częstochowie odebrał za okazaniem duplikatu frachtu S. J. Potok, mieszkaniec Częstochowy, handlujący koszami.
Ów Samuel Potok zeznał, że istotnie kosze z kolei odebrał, że zwiózł je do swego sklepu na Nowym Rynku, że w kilka dni potem zaszedł do niego mężczyzna w średnim wieku, nieznajomy, który też kupił od niego stary, wielki kosz, przechowywany w piwnicy, zapłacił 4 rb., wziął też i rogoże, płacąc za nie po 15 kop., następnie sprowadził dorożkę i na niej kosz umieścił. Potok, wiedząc, że kosz był już stary, miejscami zbutwiały, i obawiając się, że z tej przyczyny może być zwrócony, zapytał dokąd ma być ten zawieziony. Odpowiedział mu nabywca, że na Jasną Górę do klasztoru. Na osobę nabywcy Potok nie zwrócił szczególnej uwagi, twarzy więc jego nie pamięta. Powyższe zeznanie zwróciło baczność na klasztor jasnogórski.
Rozpytując się mieszkańców Rozprzy, Rędzin i innych wsi, wzdłuż których idzie droga z Częstochowy do Zawad w powiecie Nowo-Radomskim, ustalono, że istotnie w dniu 25 lipca wieczorem dążyły w tym kierunku dwie dorożki parokonne. W pierwszej z nich, ciągnionej przez parę koni gniadych, siedziało dwóch pasażerów, z których jeden – ksiądz. Druga, zaprzężona w konia siwego i gniadego, wiozła skrzynię, owiniętą rogożami, leżącą wpoprzek dorożki bokiem. Obie dorożki zatrzymały się już o zmroku we wsi Rudnikach, tam pasażerowie napili się w karczmie kwasu i pojechali do wsi Kłomnicy.

Tajemnice dorożki
Właściciel pary koni gniadych i dorożki, a za razem właściciel domu w Częstochowie, Stanisław Pawlak, do którego następnie zwróciła się policya, zeznał, że mniej więcej w połowie lipca, około godz. 8 wieczorem, kiedy z dorożką zatrzymał się na placu klasztoru Jasnogórskiego, wyjechał z klasztoru znajomu mu dorożkarz Stanisław Pianko, wiozący długą skrzynię, owiniętą rogożami, ułożoną wpoprzek dorożki. Kiedy już Pianko przejechał plac i skierował się ku miastu przystąpił do Pawlaka znany mu ksiądz Macoch z jakimś młodzieńcem (jak się później okazało – sługą klasztornym, Stanisławem Załogiem), obaj wsiedli do jego dorożki, polecając jechać za Pianką ku rogatce warszawskiej, a następnie do wsi Rudniki, wyprzedzając Piankę. Po drodze pasażerowie nic nie mówili, dopiero przy wjeździe do wsi Załóg prosił Macocha o papierosa. Pawlak był zdziwiony, że młodzieniec mówi do księdza; „ty”.
W Rudnikach obie dorożki zatrzymały się przed traktyernią, z której Załóg wyniósł cztery butelki kwasu, dał każdemu po butelce, poczem Macoch odesłał Pawlaka i wraz z Załogiem przesiadł się na dorożkę Pianki, siadając na skrzyni i tak ruszyli w dalszą drogę. wszystko to wydało sie Pawlakowi bardzo dziwnem. Nazajutrz, będąc znowu na placu klasztornym z dorożką, zauważył, że z ulicy Kościelnej wyjeżdża Pianko z wiązką siana, i że dorożka jego jest bardzo zabłocona. Wniósł stąd, że Pianko tylko co powrócił z wczorajszej wyprawy.

Wyprawa z trupem
Badany Pianko oświadczył początkowo, że Pawlaka wcale nie zna. Później mówił, że wywiózł z klasztoru jakąś skrzynię tylko do Kłomnic, ale żaden ksiądz z nim nie jechał. Nakoniec, kiedy już był aresztowany, zeznał, że w połowie lipca około godz. 4 po południu, kiedy był z dorożką koło klasztoru Jasnogórskiego, zbliżył się doń znany mu osobiście sługa klasztorny i przywołał do bramy klasztornej „książąt Lubomirskich”. Stojący tam, dobrze mu znajomy ksiądz Damazy Macoch kazał mu za półtorej godziny zajechać na dziedziniec klasztorny, ale nie objaśnił, w jakim celu.
W oznaczonej godzinie, gdy Pianko wjechał na dziedziniec klasztorny, ten sam sługa skierował go na małe podwórko i kazał stanąć przed małą sienią, prowądzącą do mieszkań zakonników. Po niejakim czasie służba klasztorna wyniosła stamtąd jakiś długi pakunek, obszyty rogożą czy też płótnem i położyła wpoprzek dorożki. Pakunek był dość szeroki, więc musiano położyć go bokiem pomiędzy siedzeniem a kozłem.
Wyszedł następnie ksiądz Macoch, którego Pianko zapytał:
- Dokąd mamy jechać, ojcze duchowny?
- Mieliśmy jechać na stacyę, ale jedź przez Warszawską rogatkę – brzmiała odpowiedź.
Kiedy już wjechał na plac, spostrzegł, że ksiądz Damazy i ów sługa wsiedli do innej dorożki, jechali przez miasto za nim o jakieś trzydzieści kroków, dopiero na rogatce Pianko, widząc, że za nim jedzie znajomy dorożkarz Pawlak, prosił go, aby jechał przodem i w ten sposób wskazywał mu drogę. W Rudnikach Macoch i jego sługa przesiedli się na dorożkę Pianki, Pawlaka odesłali; kazali się wieźć do stacyi Kłomnice, kolei żelaznej Warszawsko – Wiedeńskiej. Przybywszy na stacyę Macoch poszeptał coś ze swoim towarzyszem i kazali mu kierować się ku Gidlom, w powiecie Nowo-Radomskim. Nastąpiła noc. W jakieś pół godziny po wyjeździe ze stacyi Pianko zauważył, że jego pasażerowie coś robią koło bagażu, jakby przecinali owinięcie. Upłynęło jeszcze kilka minut i polecono mu stanąć w miejscu wcale mu nieznanem, gdzie w pobliżu drogi była jakaś rzeczułka i rosły krzaki. Ksiądz Damazy ze sługą zeszli z dorożki, zdjęli skrzynię i wrzucili ją w wodę. Pianko, przeczuwając coś złego, bardzo się przeraził i zapytał Damazego, co to znaczy. Ten odpowiedział::
- Jedź dalej, to cię nie obchodzi.

Niech Ręka Boska broni!
Przebywszy wsie Zawady i Gidle, wjechali do lasu. Tu Damazy kazał mu przysiądz na Boga, Matkę Boską i Wszystkich Świętych, że choćby go aresztowała policya, choćby go trzymano całe miesiące w więzieniu, on pod żadnym pozorem nic nie powie, bo inaczej śmierć mu grozi. Pianko, strasznie zmieszany, wykonał przysięgę w obawie, że go życia pozbawią.(…)
W Nowo-Radomsku Damazy i jego towarzysz wysiedli z dorożki u przejazdu przez kolej.
Damazy zapłacił mu 30 rubli za jazdę i kazał wrócić do Częstochowy inną drogą przez Brzeźnicę. Upomniał go też o dotrzymanie przysięgi. Do Częstochowy powrócił Pianko nazajutrz około godz. 1 po południu, przebywszy w drodze jakieś 18 godzin. Kiedy w kilka dni później rozeszły się pogłoski o znalezieniu koło Zawad trupa człowieka nieznajomego w otomanie, Pianko wpadł na domysł, że zabójstwo ma związek z nocną wycieczką księdza Damazego. Ale właśnie spotkał w Częstochowie owego sługę, który z nimi jeździł i usłyszał od niego przestrogę:
- Bój się Boga, nie wygadaj się przypadkiem o naszej podróży.
Znacznie później, kiedy już policya zaczęła badać dorożkarzy, dowiadując się, czy który z nich woził skrzynię z klasztoru Jasnogórskiego, ten sam sługa przy drugiem, spotkaniu powiedział:
- Niech cię Ręka Boska broni od przyznania się komukolwiek!

„Oddano go potem na kaźń i najpierw ukarano jego język i usta, którymi okrutnie znieważył Boga; potem pieczono jego rękę, narzędzie najszpetniejszego płodu, spalono karty bluźnierstwa, po czym sam potwór tego wieku, bogobójca i prawołomca, został pochłonięty przez pokutne płomienie, choć nie wiadomo, czy i one mogły zgładzić takie bezeceństwo.”
Tak opisywał śmierć Kazimierza Łyszczyńskiego biskup Andrzej Chryzostom Załuski – zażarty przeciwnik i główny oskarżyciel polskiego ateisty.

Potworne męczarnie na jakie w 1689 roku skazano Łyszczyńskiego w rzeczywistości nie doszły do skutku, albowiem, w swej łaskawości, król Jan III Sobieski złagodził wyrok i skazanemu humanitarnie ścięto mieczem głowę. Po czym ciało spalono, a „popioły jego nabito w końcu w działo i ku Tatarii wystrzelono*”

Po 11 latach od egzekucji, opisując zdarzenie, kanclerz wielki koronny – biskup Załuski raczył o tym zapomnieć, wychodząc najwyraźniej z założenia, że zasądzona kara była najsprawiedliwszą za zbrodnię, jakiej rzekomo dopuścił się Łyszczyński. I większą stanowiła przestrogę dla innych „potworów” i „bezbożników”.

O procesie polskiego ateisty pisał niejaki N. Rasiński we wspomnieniach z czasów Jana Sobieskiego i Augusta II. Pod rokiem 1689 znajdujemy notatkę:
„Łyszczyński powątpiewając o bytności Boga, poważył się zdanie to jawnie wynurzyć. Pasek w swoich pamiętnikach mówi, iż nawet sobie znalazł był stronników. Sposób podobnego myślenia, powszechnie w oczach wszystkich zgrozą będący, ściągnął karę męczeńską na niego. (…) Rafał Leszczyński, Wojewoda poznański, ojciec Króla naszego Stanisława, wystawiając w swej mowie postępek ten jako obraz zuchwałości człowieka, „muszę tedy,” rzecze, „W. Król. Mości, Panu memu miłościwemu, zalecić karę dla przykładu, a nie ułaskawienie. Nic mnie od mego postanowienia nie odwiedzie, bo jeśli w niebie na litość zasłuży, przeczyści się owszem przez ogień. Niech bezbożne pisma z ręku i w ręku będą palone, sam w ogień żywo wrzucony, i proch jego wystrzelony, aby tak zginęła z hukiem pamięć jego bezbożności!”

Co napisał Łyszczyński, że zasłużył sobie na taką pogardę i straszliwą śmierć?. Oto fragmenty jego pism:
„Zaklinamy was , o teologowie, na waszego Boga, czy w ten sposób nie gasicie światła Rozumu, czy nie usuwacie słońca ze świata, czy nie ściągacie z nieba Boga waszego, gdy przypisujecie Bogu rzeczy niemożliwych, atrybuty i określenia przeczące sobie. (…)
Człowiek jest twórcą Boga, a Bóg jest tworem i dziełem człowieka. (…)
Religia została ustanowiona przez ludzi bez religii, aby ich czczono, chociaż Boga nie ma. Pobożność została wprowadzona przez bezbożnych. Lęk przed Bogiem jest rozpowszechniany przez nie lękających się, w tym celu, żeby się ich lękano. (…)
Prosty lud oszukiwany jest przez mądrzejszych wymysłem wiary w Boga na swoje uciemiężenie; tego samego uciemiężenia broni jednak lud, w taki sposób, że gdyby mędrcy chcieli prawdą wyzwolić lud z tego uciemiężenia, zostaliby zdławieni przez sam lud.”

Tylko tyle i aż tyle. Jego pisma, widać nie godziły bezpośrednio w dobro Boga na tyle, aby został ukarany natychmiast piorunem z nieba, ogniem piekielnym lub chociażby uschnięciem bluźnierczej ręki. Godziły natomiast w interesy Kościoła, z którymi musiał liczyć się nawet sam król.

Dziś za wyjątkowe barbarzyństwo uważamy (stosowane dotąd przez islamskich ekstremistów) ścinanie ludzi mieczem, a za szczyt barbarzyństwa kanibalizm i składanie ofiar z ludzi, co praktykowało w przeszłości wiele ludów. I zapominamy lub chcemy zapomnieć, że taką samą ofiarę złożono z Łyszczyńskiego.

Jego kaźń była potrzebna, aby ułagodzić boski gniew, jaki (jak wierzono lub udawano, że wierzono) spadnie na kraj i rodaków za bluźnierstwo. Występek Łyszczyńskiego – mówiło się wówczas w najwyższych sferach Rzeczypospolitej (nawet król Jan III tak twierdził) – przyczyniło się do nieszczęść, jakie na kraj spadały. Wyraźnie to powiedział w czasie procesu wojewoda sieradzki Jan Pieniążek. To, że obrady sejmu polskiego są mało skuteczne jest wynikiem obrazy boskiej. Spowodowanej po pierwsze „pojawieniem się człowieka, który zaprzecza istnieniu Boga”, po drugie „bluźnierstwami” skierowanymi przeciwko Najświętszej Marii Pannie w Gdańsku, a także obrazą biskupa chełmińskiego, Kazimierza Opalińskiego, przez mieszczan toruńskich, i po trzecie „bezprawnym” budowaniem nowych szkół przez Żydów.

Co Bóg o tym myślał, nigdy się nie dowiemy. Bo gorliwi jego słudzy nie pozwolili Mu zająć w tej sprawie stanowiska. Sami wykonali mokrą robotę, nie czekając na boski wyrok. Jak wiemy przykładne ukaranie ateisty nie pomogło Ojczyźnie i z roku na rok pogrążała się ona w anarchii, aż została podzielona pomiędzy silniejszych sąsiadów.

Kiedy zatem słyszysz drogi czytelniku o katolickim monopolu na patriotyzm lub o potrzebie zachowania naszych chrześcijańskich korzeni, pamiętaj o Łyszczyńskim. Jego proces i śmierć to jeden z tych, tak ważnych dla nas korzeni. I to wcale jakiś byle jaki korzonek, ale korzeń całkiem dorodny…

Nie zapominaj o człowieku, który odważył się samodzielnie myśleć, ale i nie zapominaj o jego oprawcach, którzy często w literaturze historycznej przedstawiani są jako wzór szlachetności i patriotyzmu. Oto oni:

  • biskup inflancki, Mikołaj Popławski – jednocześnie senator RP i inkwizytor-reprezentant rzymskiej Kongregacji św. Inkwizycji
  • nuncjusz papieski Giacomo Cantelmo (1640-1702) domagał się w procesie Łyszczyńskiego zastosowania procedury świętej inkwizycji tj. tortur, w celu wykrycia i ukarania innych ateistów
  • biskup kijowski Andrzej Chryzostom Załuski, wyjątkowo zaangażowany w proces, konsekwentnie żądał jak najsurowszej kary dla ateisty
  • biskup poznański Jan Stanisław Witwicki
  • prymas Michał Stefan Radziejowski
  • biskup wileński Konstanty Kazimierz Brzostowski
  • król Jan III Sobieski – dla „świętego!” spokoju zgodził się na uwięzienie i sąd nad szlachcicem (zresztą zasłużonym dla ojczyzny w czasie wojen ze Szwedami i Moskwą) za czyny nie podlegające świeckim paragrafom.

No i szczególnie odrażający typ, konfident, złodziej i krzywoprzysięzca – Jan Kazimierz Brzoska. Dłużnik, który aby nie oddać długu, ukradł nieprawomyślną książkę Łyszczyńskiego i doniósł na niego do wojewody, a potem uparcie trzymał się fałszywych zeznań, mimo złożonej przysięgi. Skorzystał na tym dodatkowo, bo zgodnie z ówczesnym prawem, otrzymał część majątku straconego ateisty.

Pamiętajmy o ofierze z Łyszczyńskiego, by nie poszła ona na marne!

* * *

* czyli  ku krajom pogańskim, jak wtedy sądzono

27 lutego 1912 przed sądem w Piotrkowie Trybunalskim rozpoczął się słynny na całą Europę proces paulina Damazego Macocha, jego kochanki i wspólników. Sprawa zbrodni i świętokradztwa w klasztorze na Jasnej Górze przez ponad tydzień nie schodziła z łamów prasy europejskiej i amerykańskiej. Łódzki dziennik „Rozwój” relacjonował:
„Od wczesnego ranka całe miasto jest w poruszeniu, o niczem innem się nie mówi, tylko o procesie Macocha. Wszystkie hotele są zajęte. Ceny pokojów wzrosły w trójnasób. Po mieście o zachowaniu się Macocha krążą najrozmaitsze pogłoski. Nieprawdą jest np., że Macoch, który już po aresztowaniu, otrzymał od krakowskich  paulinów ubranie cywilne, przyodział ponownie habit. Przeciwnie, ma on na sobie to  samo ubranie, w którem przywieziono go z Krakowa(…).

W gmachu sądowym ukończono wszystkie przygotowania. Z uznaniem zaznaczyć należy, że
pamiętano o wygodzie korespondentów. Przy długim, szerokim stole, zaopatrzonym w przybory do pisania, ustawiono krzesła, na których delegaci dzienników w miarę zgłaszania się umocowują swoje bilety. Również i naczelnik poczty p. Gill poczynił dalekie zarządzenia w biurze telegraficznem, sprowadził bowiem aparat Hughesa 1), oraz wyjednał w Warszawie wydelegowanie trzech telegrafistów na czas procesu.
Dotychczas przysłały na proces sprawozdawców specyalnych, oprócz dzienników warszawskich i prowincyonalnych, rosyjskie: „Riecz”, „Russkoje Słowo”, Nowoje Wremia” i „Birżewyja Wiedomosti”; z Berlina kilka dzienników niemieckich, z Paryża  zaś przybyli wczoraj wieczorem korespondenci „Mattina” i „Petit Journala”. (…)

Sąd, zajęty sprawą Macocha, mieści się w nowym gmachu, niedawno wykończonym.
Proces odbywa się w głównej sali z galeryą, gdzie  funkcyonują zdjęcia kinematograficzne. Sala  i  galerya  nabite. Przeważają mundury wojskowych i urzędników. Jest też olbrzymi  napływ pań. Sala, w  której jest sądzona sprawa Macocha i innych, mieści się na drugiem piętrze gmachu. Z obszernego westibulu frontowego prowadzą do niej obszerne schody i niemniej obszerne,  jasne korytarze. W sali sądowej wszystko jest nowe: ławki, krzesła, stoły, pulpity. Ława oskarżonych o trzech kondygnacyach. Po prawej stronie sali znajduje się galerya, rodzaj trzech dużych lóż. Jest w nich miejsc na 75 osób, na dole w sali publiczność rozporządza 150 miejscami.

P. Wołkow [przewodniczący sądu ] starał się o to, aby porobić wszelkie udogodnienia dla dziennikarzy, zaczynając od stołów, na których zastali przygotowany papier, ołówki, pióra i atrament,  wygodne krzesełka, a skończywszy na osobnem wejściu, umyślnie dla sprawozdawców. Dzięki temu nie potrzebują przeciskać się przez publiczność, ale swobodnie wchodzą i wychodzą osobnemi drzwiami. To oczywiście ułatwia ciężką pracę sprawozdawców, a jest ich w dniu dzisiejszym 31, mianowicie: przy stole 20, na miejscach bocznych 10, a jeden umieścił się na galeryi. (…)

Największą sensacyę w procesie budzi pamiętnik Starczewskiego. O. Izydor miał ten pamiętnik prowadzić bardzo skrupulatnie. I nietylko zapisywał w nim najdrobniejsze  wydarzenia z życia powszedniego, ale każde dwuznaczne uściśnienie swoich znajomych pań, każdy z niemi bliższy niż uściśnienie stosunek, wymieniając je z nazwiska i okoliczności, w jakich to się odbyło. Są tam podobno takie drastyczności, że gdyby trzeba było dla sprawy ów pamiętnik głośno odczytać, byłoby to całego procesu największą ciekawością.
A podobno do pamiętnika o. Izydora zakradł się długi sznur nazwisk niewiast do tego stopnia pobożnych, że nic bez „ojca duchownego” nie poczynały ani nie robiły.
W jakim celu prowadził taki pamiętnik ten ksiądz-erotoman – trudno sobie wytłumaczyć, bo nawet są w nim podobno notatki, ile od której gotówki dostał…

Jeszcze dramatyczniej przedstawiał wydarzenia w przeddzień procesu korespondent „Gońca Częstochowskiego”:

Stary gród trybunalski, od paru wieków w dziwnej pogrążony śpiączce, ustąpiwszy miejsca innym miastom, które los zmienny wyniósł ponad niego – ocknął się.

Miasta te, więcej bo i zakordonowe: Wielkopolska i Galicia, a poza nimi i obce kraje przysyłają do starożytnego Piotrkowa swych różnojęzycznych delegatów, dla asystowania i nadsyłania sprawozdań, niestety, w smutnej sprawie, tak smutnej, że odbiła się gromkiem i dotkliwem echem w całym świecie katolickim.

Na wstępie uderza nas na dworcu kolejowym, przy opuszczeniu stopni wagonu tłum zbity przybyszów, mieszający się z oczekującymi tu i owdzie przedstawicielami różnych władz miejscowych. Snać zwiększenia się napływu przyjezdnych oczekiwano, bo zauważamy wzmocnione posterunki policyjne.

Przed dworcem i na dalszych ulicach też ruch niezwykły, szczególniej wpobliżu hoteli i pokojów umeblowanych. Tu i owdzie spostrzegamy zafrasowaną twarz kogoś, kto nie znalazłszy wolnego pokoju w hotelu, stoi przed jego bramą, oglądając się kłopotliwie i szukając u przechodnia rady, w którą skierować się stronę.

Wybawia go z kłopotu przynajmniej narazie typowy miszures 2) prowincjonalny charakterystycznem:
- Ja pana co powiem… jest jeszcze jeden hotel… Polski…

Ale okazuje się, że i tu wszystkie numery zajęte. I tak wszędzie. W paru nielicznych miejscach ofiarowują nam pokój w cenie zgórą rb. 4. Byle nie zostać bez dachu nad głową chwytamy się tej ostatniej deski ratunku, pozostawiając tem samem na bruku owego pana ze skłopotanem obliczem, który w tej chwili do tegoż asylu nadążył.

1)Aparat Hughes’a (Juza) jest najstarszym szybkopiszącym aparatem telegraficznym. Wynaleziony przez prof. Hughes’a w Nowym Jorku w 1855 roku. Aparat używał alfabetu łacińskiego i cyfr od 0 do 9. Wydajność to 90 do 125 znaków na minutę (inne źródła podają 200 do 270 znaków na minutę), dla porównania aparat morsa pracował z prędkością 75 znaków na minutę.

2) Miszures – dawniej posługacz żydowski w oberży

* * *

O zdarzeniach, które Macocha i spółkę doprowadziły na ławę oskarżonych piotrkowskiego sądu i o przebiegu procesu, już wkrótce.

Powered by WordPress Web Design by SRS Solutions © 2017 To ci historia! Design by SRS Solutions

  • RSS
  • Flaker
  • Twitter
  • Tumblr
  • Facebook
  • GoldenLine
  • Nasza Klasa
  • Wykop