Święta jest nasza sprawa, święty zapał. Świat da nam poklask, zdumi się nieprzyjaciel i musi przyznać nam w zupełności sławę, nabytą od tylu wieków, pielęgnowaną w legjonach, utrzymaną w Xsięstwa Warszawskiego szeregach, i teraz tak świetnie zakwitłą – wieszczyła optymistycznie 5 grudnia 1830 roku „Gazeta Polska”.

Spróbujmy zatem sprawdzić jaki ów „świat” dawał nam „poklask” w dniach listopadowego powstania narodu. W latach 1827-1837 konsulem Francji w Warszawie był niejaki Raymond Durand, który stał się naocznym świadkiem wydarzeń z lat 1830-1831. Stanowisko konsula zobowiązywało go do przesyłania regularnych raportów do Paryża. Durand opisywał rzetelnie wszystko co działo się wokół niego, korzystając z informatorów z otoczenia wielkiego księcia Konstantego oraz zbliżonych do władz powstańczych. Bywało, że Polacy próbowali, podsuwając tendencyjne informacje, wykorzystać konsula do wpłynięcia na postawę rządu francuskiego. Durand do wiadomości od tzw. czynników oficjalnych podchodził ze szczególnym krytycyzmem i często skarżył się, że nie zawsze może oddzielić „ziarno od plewy”.
Trzeba powiedzieć, że francuski konsul do wszelkich rewolucji i powstań podchodził ostrożnie, był bowiem przez takie wypadki mocno doświadczony. Jego ojciec, mer Montpellier, został oskarżony o „zbrodnię federalizmu” i zgilotynowany w Paryżu w styczniu 1794 roku. Rodzina Durandów została wtedy pozbawiona przez jakobińskie władze pokaźnego majątku i matka miała przez jakiś czas spore problemy z utrzymaniem piątki synów. Sam Raymond doświadczył wojennej zawieruchy podczas pobytu w Barcelonie, od roku 1807, jako przedstawiciel domu handlowego swego kuzyna. Musiał być świadkiem okrutnych scen podczas wojny Francji napoleońskiej z Hiszpanami, m.in słynnego oblężenia Saragossy oraz dziesiątek krwawych bitew z regularną armią hiszpańską i partyzantami.
W Warszawie konsul Durand wynajmował część kamieniczki przy Nowym Świecie — dzisiejszego domu nr 34. Swój cykl „listopadowych” depeszy zaczął 1 grudnia 1830. Napisał wtedy do ministra spraw zagranicznych, Sebastianiego:

Panie ministrze,
Korzystam z pierwszej nadarzającej się okazji posłania sztafety, by poinformować Waszą Ekscelencję o wydarzeniu równie nieoczekiwanym, co doniosłym, którego widownią stała się Warszawa. Przedwczoraj, w poniedziałek, około godziny siódmej wieczorem, wybuchło powstanie, którego projekt otoczony był najgłębszą tajemnicą. Rozpoczęło się ono, jak się wydaje, w szkole wojskowej, znanej pod nazwą Szkoły Podchorążych. Ci młodzi ludzie, w liczbie pięciu czy sześciu setek, chwycili za broń i rozbiegli się po mieście, wzywając Polaków do walki o wolność. Wielu studentów i inni mieszkańcy przyłączyli się wnet do nich, po czym wszyscy pospieszyli pod koszary piechoty i arsenał. Nie podjęto uprzednio żadnych kroków dla ochrony tego ważnego obiektu, tak bardzo ufano w jego bezpieczeństwo.
Tuż po godzinie dziesiątej włamano się do arsenału i lud zagarnął ogromne zapasy karabinów i szabel. Powstanie objęło już poprzednio koszary piechoty. Jak mnie zapewniają, pułk saperów pierwszy przeszedł na stronę ludu, a wiele innych oddziałów nie zwlekało, by pójść za jego przykładem. Jeszcze przed ustąpieniem nocy wiadomo było, że Wielki Książę Konstanty nie może zdławić poruszenia i że nie pozostało mu nic innego, jak tylko wycofać się. Książę, którego pałac położony jest za miastem, wsiadł na koń i stanął na czele trzech regimentów kawalerii gwardii rosyjskiej, które były skoszarowane w sąsiedztwie.
Rezygnując z niemożliwego oporu, który pociągnąłby za sobą straszliwe nieszczęścia, wycofał się nad ranem z Warszawy wraz z owymi trzema pułkami, a także z pułkiem strzelców konnych gwardii polskiej, który wyszedł z miasta, doznawszy nieco strat, i który podporządkował się jego rozkazom. Nie wiem, czy przyłączyły się doń dwa pułki piechoty gwardii rosyjskiej, których koszary są bardzo oddalone od pałacu Jego Cesarzewiczowskiej Mości. Podano mi sprzeczne doniesienia co do losu tych oddziałów, a wobec anarchii, w jakiej wciąż znajduje się miasto, nie jestem zdolny uzyskać całkowitej pewności co do tego czy innego faktu. To właśnie uniemożliwia mi dziś zajęcie się innymi szczegółami. Najważniejsze, by nasz rząd królewski jak najszybciej dowiedział się o wielkim wydarzeniu, jakim jest triumf insurekcji w Warszawie. Nikt nie wątpi, że pułki, które są rozmieszczone po województwach, pójdą śladem swych towarzyszy broni z Warszawy i że odstępstwo Wojska Polskiego stanie się w ten sposób powszechne. Uważa się tu też za rzecz prawdopodobną, że powstanie rozprzestrzeni się na inne części dawnej Polski.
Tak wielki przewrót nie mógł dokonać się bez spowodowania nieszczęść. Szef policji miejskiej został zabity w pierwszym momencie, jak również dwaj generałowie rosyjscy. Wielu generałów polskich, wśród których wymienia się hrabiego Hauke, ministra wojny, i hrabiego Stanisława Potockiego, dowodzącego piechotą, zginęło, próbując utrzymać wojsko w posłuszeństwie. Miasto zostało wydane na pastwę straszliwej anarchii. Tłum zrabował w dniu wczorajszym rosyjską kasę wojskową i kwaterę płatnika generalnego w sąsiedztwie domu, który ja sam zamieszkuję. Ostatniej nocy próbowano splądrować bank i ratusz, ale na szczęście próby te zostały stłumione. Naczelne dowództwo zostało powierzone generałowi Chłopickiemu, człowiekowi z głową i sercem, który długie lata służył jako generał brygady pod rozkazami marszałka Sucheta i można wiele oczekiwać po staraniach, jakie zaczął już czynić dla przywrócenia porządku. Organizuje się pospiesznie gwardia narodowa. Znaczna część ludu nosiła wczoraj kokardę francuską, ale wezwano go, aby przybrał kokardę polską, która jest biała, i dziś dostrzegam bardzo mało kokard trójkolorowych.
Rada Administracyjna, ustanowiona przez cara, podjęła natychmiast mądrą decyzję włączenia do swego grona kilku członków wybranych spośród ludzi najuczciwszych, a jednocześnie najbardziej popularnych. Ten Rząd Tymczasowy ogłosił właśnie odezwę, w której uznaje suwerenne prawa monarchy pod warunkiem, że oddzielenie obu krajów stanie się jeszcze pełniejsze i że żaden korpus rosyjski nie będzie stał garnizonem w Królestwie. Rząd stara się złagodzić rewolucję, zapobiec najgorszym jej konsekwencjom, ale powodzenie tych wysiłków jest, niestety, nader wątpliwe.
Nie mając do mej dyspozycji kuriera, adresuję tę depeszę do poselstwa Francji w Berlinie, wzywając do jak najszybszego posłania jej dalej. Jeśli Wasza Ekscelencja uważa za konieczne udzielenie mi instrukcji specjalnych, proszę o ich nadesłanie. Proponuję, abym pozostał na mym stanowisku, nawiązał z nowymi władzami takie stosunki, jakich wymagać będzie ochrona obywateli francuskich, i abym w innych sprawach postępował z pełnym umiarem, jaki nakładają mi me obowiązki w tak poważnych okolicznościach.

* * *

Jak wyżej wspomnieliśmy, Durand utrzymał swoje stanowisko aż do roku 1837. Mimo zawirowań politycznych we Francji: rewolucji lipcowej i zmian w rządzie paryskim. Wybuch powstania w Warszawie dał konsulowi niespodziewaną szansę na odzyskanie zaufania przełożonych, nadszarpniętego przez jego lojalną postawę wobec upadłej monarchii Karola X.
Raymond Durand przez jedenaście miesięcy przekazywał depesze regularnie, trzy razy w tygodniu: w poniedziałek, wtorek i czwartek, korzystając z połączenia pocztowego z Paryżem. Dzięki temu stał się w tym czasie najważniejszym informatorem rządu francuskiego. Następne depesze już wkrótce…

Źródło: Raymond Durand depesze z powstańczej Warszawy 1830-1831. Przekład, wstęp i przypisy Robert Bielecki.