To ci historia!

Blog historyczny, ciekawostki historyczne, sensacje

Wpisy z tagiem: rok 1910

Czy habit może wyleczyć złe ludzkie serce z niskich pobudek? Damazy i jego koledzy po fachu, zdają się w to wierzyć bez zastrzeżeń. Uważają, że każda podłość wykonana w imię Pana może być uświęcona i dobra…

Zakonnik z Jasnej Góry jako polski Raskolnikow? Może tych dwóch zbrodniarzy łączy nie tylko narzędzie mordu – siekiera? Oparta na zeznaniach świadków opowieść o zbrodni jasnogórskiej z 1910 roku ma pokazać sprawę od strony dotąd przemilczanej. Jak wygląda z ludzkiego punktu widzenia wybaczenie zbrodni? Jak żyć w obiecanej wieczności obok własnego mordercy? Z kazań kościelnych, ani na lekcji katechezy tego się nie dowiecie…

Damazy MacochOjciec Damazy czuje, że ma poparcie Najwyższego. Że wolno mu dokonać czynów, o jakich zwykły człowiek nawet nie powinien myśleć… Habit, ten kawałek sukna, daje mu większe prawa, niż mają cywile, nawet ci, co gorliwie leżą plackiem pod krzyżem…

W tych opowieściach jest samo życie, tak odmienne od infantylnej treści kościelnych nauk: drapieżne i pełne rozpasania. W końcu to tyłek Heleny był powodem zagłady Troi oraz zbrodni w narodowym sanktuarium. A nawet gdyby nie było Heleny, to znalazłaby się pewnie jakaś inna dupa Marysi godna spróbowania zakazanego owocu…

Poniżej prezentujemy fragment pierwszego rozdziału powieści „Jako i my odpuszczamy…”.

* * *

Po co komu stare notatki? – pomyślałem, gdy Krzyś złota rączka („ścian gipsowanie, malowanie, paneli układanie”), przyniósł zwinięte zakurzone papiery. Znalazł je gdzieś na strychu rozbieranej kamienicy w mieście S. Pewnie infantylne zapiski pensjonarki albo „niezwykłe” przepisy pani domu. Spojrzałem na pierwszą z brzegu kartkę. Zanim udało mi się odczytać choćby jedno zdanie, ujrzałem imię: „Damazy” i zdębiałem. Czy to możliwe, żeby chodziło właśnie o niego, zbrodniarza sprzed 100 lat?
- Po co mi przynosisz jakieś śmieci? Nie było tam nic ciekawszego?
- Wszystkie meble i książki zabrali kurwa zanim zaczęliśmy robotę, tylko to kurwa leżało z kącie. Nie chcesz to spierdalaj, wyrzucę do śmieci – zaperzył się Krzyś, gdyż bardzo nie lubił krytyki.
- No dobra, zostaw, przejrzę to później, może kiedyś się wykorzysta – powiedziałem i wrzuciłem papiery do szuflady.
Krzyś stracił w tej sytuacji ochotę na dłuższe pogaduszki. Kiedy wyszedł trzasnąwszy drzwiami, natychmiast zabrałem się do czytania…

Ciągle mam wrażenie, że jest to historia nie opowiedziana do końca. Żył, był, zabił, osądzony i osadzony, umarł nie odbywszy nawet połowy kary. Teraz ma sądzić go Najwyższy Trybunał. Ten od żywych i umarłych. Czy pomiędzy tymi dwoma wyrokami: ludzkim i boskim ma jeszcze czas, aby odkupić grzechy, zasłużyć na życie wieczne przed obliczem Pana? Czy w ogóle jest możliwe wymazanie jego zbrodni po odbyciu kary?
A nawet gdyby odbył ją całą, odpokutował śmiertelny grzech, to czy wybaczy mu jego Bóg, w którego dobroć i sprawiedliwość tak niezachwianie wierzył? Czy wybaczą mu ludzie? A jego ofiara? Co powie, gdy spotkają się w niebiańskiej krainie wiecznej szczęśliwości? „O, jak dobrze cię widzieć, tak się cieszę… Dziękuję, że zarąbałeś mnie we śnie. Nic nie bolało… I nawet nie zapomniałeś o moim rozgrzeszeniu…”?

Kiedy polski policjant nie może wypisać mandatu czy zabrać prawa jazdy, bo pijany kierowca jest posłem, prokuratorem lub księdzem, to wiedz, że coś się dzieje. Kiedy polska zakonnica sadystka nie idzie do więzienia, by odbyć zasądzoną karę, gdyż twierdzi, że Bóg stworzył ją do wyższych celów niż życie za kratami, to wiedz, że coś się dzieje… Czy poselski mandat, toga lub habit robią ze zwykłego człowieka kogoś lepszego? Czy ten „lepszy ktoś” ma prawo do wykraczania poza prawa dla zwykłych ludzi?
Jeśli może jeździć szybciej i na podwójnym gazie, molestować i dręczyć nieletnich w imię wyższych celów, które rzekomo zlecono mu z niebios, to może pójdzie dalej? Dlaczego nie miałby prawa zabić człowieka, którego życie w jego mniemaniu jest niewiele warte i obraża Pana Boga?
I tak oto ze starych notatek wylazł mi Dostojewski… Znaczy się, nie że osobiście… Stał i patrzył pięknymi czarnymi oczami byłego studenta prawa Rodiona Raskolnikowa. Ale po chwili te piękne oczy Rodiona zmieniły się w elektryzujące, hipnotyzujące gały łysiejącego mnicha w białym habicie…

Ciąg dalszy niewątpliwie kiedyś nastąpi…

Bywa, że amant zachwycony pięknością fryzury swej wybranki nie może się oprzeć…  Ale, na Amora, panowie, więcej delikatności! Przecież jest tyle innych miejsc…

lodzianka-1910wlosy

Źródło: Kalendarz Humorystyczny „Łodzianka” rok 1910.

Czy nie mógłby kościół katolicki w Polsce, idąc za historyczną misją kościoła powszechnego, który na ściennych przestrzeniach swoich świątyń wychował malarstwo od Giotta poczynając, a na Michale Aniele kończąc, i polskiemu malarstwu dać możność, zdrowego i moralnego rozwoju?

Według oficjalnej, podręcznikowej historii w czasach zaborów polski kościół katolicki był biedny i szykanowany . Jaka to jednak była „martyrologia”, jeśli w drugiej połowie XIX w samej tylko diecezji kujawsko-kaliskiej (zabór rosyjski) zbudowano 127 kościołów, a biskupi mieli ambicje pełnienia roli mecenasa sztuk, niczym ich potężni poprzednicy z okresu Odrodzenia czy Kontrreformacji?

W 1908 roku powstał we Włocławku „Dyecezalny komitet archeologiczno-budowlany”, który zajął się nadzorem nad zabytkami sztuki sakralnej, ich ochroną i renowacją. Miał też promować nowe kierunki w architekturze sakralnej i wystroju kościołów. Bez jego opinii nie mógł powstać żaden projekt nowego kościoła, ani przebudowy starego.

Poniżej prezentujemy pismo, jakie Komitet ten wystosował do Zarządu Towarzystwa Opieki nad Zabytkami w Warszawie z prośbą o pomoc i poparcie dla starań o podniesienie artystycznego poziomu wyposażania kościołów. Dokument wiele mówi o sytuacji kościoła polskiego w początkach XX wieku (styl i pisownia oryginalne).

Dotąd jak sądzimy nikt nie zwrócił uwagi na nadzwyczajny, prawie gorączkowy ruch, jaki objawił się w ciągu ostatnich lat czterdziestu w budownictwie kościelnem. Mając statystyczne dane, dotyczące tego ruchu w dyecezyi kujawsko-kaliskiej pod ręką, przekonywamy się, że na 420 kościołów, znajdujących się w dyecezyi, 127 czyli 1/3 wszystkich kościołów została wzniesiona w ciągu ostatnich lat czterdziestu. Jeżeli w tym samym stosunku rozwijał się ruch architektoniczny i w innych sześciu dyecezyach Królestwa Polskiego, o czem nie godzi się wątpić, bo prąd ten cały kraj objął, tedy liczba nowych kościołów w okresie lat czterdziestu, wzniesionych na całem terytoryum Królestwa, bez mała sięga tysiąca (!)

Kościół w Psarach k. Turku

Dziś wewnętrzne ściany tak kościołów w tym okresie wzniesionych jako też ściany dawnych kościołów pokrywają się polichromią. Ten prąd w kierunku polichromii kościołów, choć niedawno poczęty, stopniowo tak rośnie i olbrzymieje, że zdaniem naszem, słusznie przewidywać należy, iż po upływie 10—20 lat niemal wszystkie nasze kościoły będą polichromowane. Zachodzi więc pytanie, czy wobec tak silnego ku polichromii skierowanego ruchu nie możnaby go ująć w ręce i pokierować nim tak, aby on przyniósł istotny pożytek Kościołowi i Ojczyźnie, aby dał początek odrodzenia się malarstwa religijnego, od tak dawna znajdującego się w upadku, aby naszym młodym i zdolnym, ale biednym artystom dał środki materyalne dla kształcenia się dalszego i aby tym sposobem ten prąd przyczynił się do zogniskowania w kraju sił artystycznych polskich i wytworzenia w ten sposób malarstwa polskiego o wybitnych indywidualnych cechach narodowych.

Czy tego rodzaju rozumnym kierunkiem tego ruchu nie mógłby kościół katolicki w Polsce, idąc za historyczną misyą Kościoła Powszechnego, który zawsze był najpotężniejszym mecenasem sztuki, który na ściennych przestrzeniach swoich świątyń wykołysał i wychował malarstwo od Giotta poczynając, a na Michale Aniele Buonarottim kończąc, i polskiemu malarstwu, dotąd pod nogami pozbawionemu silnego gruntu dać ów grunt i w ten sposób dać możność jak w »quattrocento« we Włoszech, zdrowego i moralnego rozwoju? (…)

Ale, ażeby cel ten osiągnąć, ażeby przede wszystkiem wydobyć ścienne malarstwo kościelne z rąk pokojowych malarzy, (…) potrzebujemy pomocy i poparcia, o które zwracamy się do szanownego Zarządu Towarzystwa opieki nad zabytkami przeszłości.

Duchowieństwo dyecezyi kujawsko-kaliskiej ma już polecone przez jego Ekscellencyę ks. biskupa Zdzitowieckiego za pośrednictwem Komitetu dyecezyalnego, aby znaczniejsze roboty kościelne, a zatem i polichromie, powierzało do wykonania kandydatom nie inaczej, jak tylko drogą konkursu. Konkursy te ogłaszane będą w »Dzienniku Powszechnym«, że zaś konkurenci, aby powziąć wyobrażenie o stylu i charakterze kościoła, który ma być polichromowany, jako też o rozległości i kształcie przestrzeni ściennych, będą zmuszeni przestudyować plan danego kościoła, dlatego Komitet dyecezyalny prosi uprzejmie szanowny Zarząd Towarzystwa o pozwolenie składania owych planów w jego kancelaryi, nadto Komitet dyecezyalny prosi również Zarząd Towarzystwa o łaskawe uwiadomienie Dyrektora szkoły sztuk pięknych w Warszawie o naszych chęciach i celach, jako też o zawiadomienie i zachęcenie młodych a zdolnych wychowańców szkoły, o których tu przede wszystkiem chodzi, do konkurowania o prace.

Nakoniec, Komitet dyecezyalny chce zapytać szanowny Zarząd, czy może prosić sekcyę malarską Towarzystwa opieki nad zabytkami przeszłości o przyjęcie udziału w ogłoszonych konkursach w charakterze sędziów artystycznej strony projektów, przyczem nadmieniamy, że ocenę projektów pod względem treści religijnej, jako też ostateczną decyzyę konkursów, Komitet dyecezyalny archeologiczno-budowlany sobie rezerwować pragnie.

Piękne, chwalebne i generalnie postępowe w treści pismo to spotkało się z bardzo pozytywnym przyjęciem w towarzystwie ochrony zabytków i w całej branży budowlanej. Krakowski miesięcznik „Architekt” optymistycznie liczył, że zacznie się tym samym nowa era we współpracy duchowieństwa z administracją państwową. Także w zaborze austriackim. Tak jakby w piśmie powyższym nie było jasno napisane, że fachowcy od zabytków są kościołowi potrzebni, aby zatwierdzić jego własne pomysły na renowacje i budowy. Jakby nie napisano, że w całym tym projekcie chodzi głównie o podniesienie skuteczności ewangelizacji. Ostrożność nakazywał też fakt, że pominięto zupełnie sprawę ponoszenia kosztów doradztwa. Wnioskować można było, że spece od zabytków sami zapłacą za swoją pracę i podróże. „Architekt” w numerze 1 z roku 1910 prorokował:

Idea obowiązku wobec sztuki, jaki cięży na duchowieństwie, w powierzonych jego pieczy kościołach, choć powoli, ale ogarnia coraz bardziej sfery duchowne w całej Polsce. Zwłaszcza w Galicyi zachodniej i w Krakowie cały szereg prac, dokonanych przez pierwszorzędnych artystów, działa coraz bardziej zachęcająco. Jednocześnie uznano potrzebę szerzenia wśród duchowieństwa wiadomości z zakresu konserwacyi zabytków, historyi sztuki i estetyki, oraz zdrowego kierunku przy budowie i wyposażaniu nowych kościołów. Dyecezya krakowska ujęła tę sprawę w ręce i niebawem rozpoczną się w Krakowie wykłady dla duchowieństwa z dziedziny wymienionych kwestyj.

Zasada ogłaszania konkursów przyniosła większą jawność wydawania pieniędzy przez kościół. Dała zajęcie architektom. Konkursy cieszyły się dużym powodzeniem, bywało, że zgłaszano kilkadziesiąt projektów do jednej inwestycji. Dzięki temu powstało sporo budowli ciekawych i nowatorskich w stylu. W przeszłość, zdaniem redakcji „Architekta” miała odejść kiczowata noegotycka i neobarokowa maniera, charakterystyczna dla architektury i sztuki kościelnej XIX wieku.

Pseudo gotyckie feretrony o fałszywych proporcyach i członkach architektonicznych, otaczających obraz — olejną, ręczno-fabryczną kopię z oleodruku. Chorągwie o barwach ordynarnych, kształtach pretensyonalnych, haftach nielogicznie użytych; na chorągwi przyszyty lśniący obraz malowany na ceracie. Monstrancya, baldachim, kapa, krzyże, wszystko brzydkie, niesmaczne, a takie same jak w sąsiedniej parafii i dziesiątej — bo wyroby fabryczne w cenach konkurencyjnych dostarczą wszelkich aparatów, ołtarzów i mebli kościelnych. [Architekt nr 4 z 1909r.].

Również niektórzy przedstawiciele kościoła zauważali problem. Ksiądz Władysław Górzyński – historyk architektury, inicjator powstania decezjalnego komitetu we Włocławku, rozpaczał na łamach tegoż 4 numeru „Architekta” z 1909 roku:

…gdy dawniej każdy szczegół, każdą zdobinę kościelną wykonywali artyści »z bożej łaski«, dziś widzimy się otoczonym i przez samych partaczy, którym więcej, aniżeli o dzieło sztuki, chodzi o… załatanie dziurawych butów. Tymczasem Kościół bez sztuki obejść się nie może. Jak duszy potrzebne jest ciało, ażeby mogło swe wewnętrzne stany uzewnętrzniać, tak sztuka potrzebna Kościołowi. I nie tylko Kościołowi, ale i wiernym. Kościół przez sztukę wiernych naucza, wierni zaś w sztuce wypowiadają swoje religijne uczucia, a uczucie w życiu wiary nie mniejszą odgrywa rolę jak rozum i wola. Tak było zawsze, tak i dziś być powinno.

Po słynnym carskim ukazie tolerancyjnym w 1905 doszło nie tylko do masowych nawróceń na katolicyzm, ale i do boomu w budownictwie sakralnym. Przed I wojną światową w Królestwie Polskim kościoły rosły, jak grzyby po deszczu. W środowiskach architektów, konserwatorów i teoretyków sztuki rozgorzały dyskusje nad potrzebą stworzenia nowego, „swojskiego” stylu w architekturze i sztuce sakralnej. Próbowano położyć kres bezmyślnemu kopiowaniu pseudo historycznych wzorów, głównie gotyckich i barokowych. Tyle tylko, że życie brutalnie weryfikowało ambitne projekty.

W Psarach koło Turku w 1908 roku, przy akceptacji  Towarzystwa Opieki nad Zabytkami, zdecydowano o rozbiórce starego, drewnianego kościoła i wybudowaniu nowego. Projekt młodego architekta, Jarosława Wojciechowskiego, miał dać początek długo oczekiwanemu nowemu polskiemu stylowi w architekturze. I po części tak było: powstał dość oryginalny budynek, łączący cechy starej architektury romańskiej z elementami rustykalnymi. Tyle, że w ślad za nim nie poszły inne realizacje. Nadal dominowały swobodnie interpretowane neogotyk i neobarok.

W Galicji słynna stała się sprawa remontu barokowego kościoła dominikanów w Tarnopolu. Zbudowany w XVIII wieku, był uważany za jedną z piękniejszych świątyń barokowych w I Rzeczpospolitej, a jednocześnie za ciekawy przykład krzyżowania się wpływów wschodu i zachodu. Dla dominikanów był jednak nie dość barokowy i, w uzgodnieniu ze służbami konserwatorskimi, postanowili doprowadzić budynek do „czystego” stylu. Przebudowę udało się zatrzymać, budowlańcy zdążyli tylko podnieść kopułę kościoła zbyt mało strzelistą, zdaniem właścicieli.

Po stu latach w tych sprawach niewiele się zmieniło. Państwo polskie udaje, że nadzoruje co dzieje się w kościelnych zabytkach. Kościół udaje, że dba o zachowanie zabytkowych charakterów swoich nieruchomości. Kasa na remonty, renowacje, modernizacje i przebudowy płynie szerokim strumieniem z budżetu krajowego, dotacji unijnych oraz kieszeni wiernych. Nikt nie przejmuje się czy są wydawane właściwie. Na Jasnej Górze ustawiono od frontu zabytkowego klasztoru metalowy koszmarek z rozdziawioną paszczą, która zdaje się czyhać na napływające rzesze pielgrzymów. W Piotrkowie Trybunalskim do budynku klasztoru pochodzącego z XVII wieku dostawiono szklaną oranżerię. Pod katedrą łódzką kopie się wielką dziurę z przeznaczeniem na salon wystawienniczy. Dzieje się dużo… Tylko nie dla zachowania dowodów przeszłości narodu, ale dla skuteczniejszej ewangelizacji i ku chwale kościoła powszechnego…

Metalowy ołtarz na Jasnej Górze

Wracając do księdza Górzyńskiego i jego poglądów na sztukę kościelną: miał rację tylko częściowo. Sztuka przez duże „S” bardziej potrzebna jest kościołowi i jego możnym książętom, lubującym się w luksusach, niż rzeszom wiernych. Biedny lud nie łaknie arcydzieł w kościołach. Żadna słynna Madonna wielkich mistrzów pędzla: Rafaela, Tycjana czy Cranacha nie doczekała się kultu, jaki otacza Czarną Madonnę z Częstochowy – dziełko (niektórzy mówią: „bohomaz”) anonimowego pacykarza. Oczywiście natchnionego przez ducha świętego. Kiedy ma się takie wsparcie, specjalne talenty nie są potrzebne…

Prosty lud szuka sztuki prostej. Chodzi mu o to, aby obraz był jako piorun jasny, prędki, czasem smutny jako pieśń stepowa, ale zawsze piękny jak aniołów mowa… Na nic subtelne aluzje, dyskretne ironie, niejasne symbole, zaskakujące skojarzenia, niespodziewane perspektywy… Kult nie potrzebuje kultury ze znakiem Q. Potrzebuje autorytetu i tradycji. Takiej choćby jak tańczące feretrony. Zadowoli się nawet tandetnym dmuchanym kościółkiem lub plastikowym papieżem prosto z Chin. Byle tylko nie wymagano myślenia i szukania głębszych treści…

W klasztorze jasnogórskim można podziwiać Drogę Krzyżową autorstwa Dudy-Gracza. Wśród pielgrzymów obrazy te wzbudzają niezwykłe kontrowersje. Całkiem pokaźna grupa wiernych zdaje się podejrzewać, że dzieło to może być drwiną z ich dogmatycznej, skostniałej wiary. Znany artysta  sugeruje przecież, że prawdziwa Golgota możliwa jest także „tu i teraz”, w obecności, a może i na zlecenie: biskupów i tłumu „prawdziwych” Polaków-katolików.  Wielu ma za złe paulinom, że przyjęli dar artysty ze snobizmu, aby tylko mieć obrazy modnego malarza, którego wartość rynkowa z pewnością będzie jeszcze rosła.

Jeden z pierwszych teologów chrześcijańskich – Tertulian twierdził w II wieku n.e.: „dlatego jest wiarygodne, że jest niedorzeczne”. Po dziewiętnastu wiekach dodać można jeszcze: dlatego czcigodne, że tandetne i szpetne…

Powered by WordPress Web Design by SRS Solutions © 2017 To ci historia! Design by SRS Solutions

  • RSS
  • Flaker
  • Twitter
  • Tumblr
  • Facebook
  • GoldenLine
  • Nasza Klasa
  • Wykop