To ci historia!

Blog historyczny, ciekawostki historyczne, sensacje

Wpisy z tagiem: rozwój

Oskarżano się o kłamstwa, manipulacje, plagiaty, a nawet o bicie fałszywej monety. Zdarzały się też kpiny z małego przyrodzenia przeciwnika… Międzywojenna prasa łódzka nie przebierała w środkach, aby pogrążyć konkurencję.
Podłożem konfliktów w łódzkiej prasie międzywojennej były wydarzenia wcześniejsze. „Głos Polski” prowadził Marceli Sachs, były współpracownik m. in. „Godziny Polskiej”, finansowanej podczas wojny przez Niemców. Po odejściu okupanta Sachs przejął wydawnictwo i zaczął wydawać własną gazetę. Przez pozostałych wydawców był uważany za niemieckiego kolaboranta i bezprawnego użytkownika drukarni, która ich zdaniem była mieniem państwowym. Szczególnie ostro protestował „Rozwój”, dziennik opcji narodowej, który przez całą wojnę nie mógł się ukazywać.

republika1925-0

Odpowiedź „Głosowi Polskiemu” i w ogóle byłym prasowym szpiclom okupacyjnym, bandytom pióra, szantażystom i denuncjantom – Ilustrowana Republika 4.11.1925

Inni również nie oszczędzali wydawcy „Głosu”. W roku 1922 zdesperowany Sachs oskarżył o oszczerstwo redaktora dziennika „Straż Polska”, Józefa Petryckiego, który otwarcie zarzucił mu korzystanie z pieniędzy niemieckiego okupanta oraz nazwał „pruskim denuncjatorem i prowokatorem”. Po przesłuchaniu świadków, m.in. prezydenta miasta Aleksego Rżewskiego, mecenasa Piotra Kona oraz wydawcę „Rozwoju” – Wiktora Czajewskiego, sąd uniewinnił Petryckiego. Tym samym przyznał, że zarzuty wobec Sachsa nie były oszczerstwem i są dowody na to, iż współpracował on z okupantem. Właściciel „Głosu Polskiego” wiele stracił w opinii publicznej, ale po zapłaceniu odszkodowania na rzecz państwa, utrzymał wydawnictwo.
„Głos Polski” w tym czasie należał do najpoczytniejszych łódzkich dzienników, ale był to początek jego końca. U Sachsa pracowała cała czołówka łódzkich dziennikarzy, m. in.: Czesław Nusbaum-Ołtaszewski, Władysław Polak, Gustaw Wassercug, Jan Urbach, Eugeniusz Kronman. W 1923 roku Ołtaszewski i Polak, przy finansowej pomocy Maurycego Poznańskiego i dwóch innych udziałowców, założyli spółkę i zaczęli wydawać nowy dziennik poranny – „Republika” oraz popołudniowy „Express”. W krótkim czasie „Republikanie” przejęli znaczną część czytelników „Głosu” i osiągnęli największy nakład wśród pism porannych w Łodzi – 20 000 egzemplarzy. Rywalizacja o czytelnika i reklamodawców bywała bardzo ostra. Polemiki prasowe przybierały formę niewybrednych pyskówek i osobistych wycieczek.
W styczniu 1925 roku „Głos” w artykule „Wylęgarnia kaczek”, zarzucił „Republice” kierowanie się zasadą: „czytelnik nie świnia – wszystko zje” i serwowanie sensacji wyssanych z palca. Jako przykłady podano informacje o rezygnacji prezydenta miasta Mariana Cynarskiego, o zakupie przez Wojciecha Korfantego „Ilustrowanego Kuriera Codziennego” i planowanej dymisji premiera Grabskiego.
Następnego dnia „Republika” odpowiedziała zdecydowanie, iż jej fachowe służby informacyjne pozyskują nie tylko stereotypowe wiadomości , takie same jak wszystkie redakcje, ale również zakulisowe, trudniej dostępne. Przy okazji wyszydziła „Głos Polski”, który jej zdaniem stosuje prymitywne metody walki o czytelnika. „Łatwiej dementować cudze informacje, niż zdobywać własne” – stwierdziła i dodała, że taka taktyka popłaca tylko na bardzo krótką metę, a dowodem jest fakt spadającego z dnia na dzień nakładu „Głosu Polskiego” i nieustannie wzrastającego nakładu „Republiki”.
3 maja 1925 roku „Głos Polski” podał zaskakującą informację, która miała powalić konkurencję na kolana. Zaczynała się super sensacyjnie:
„Wczoraj o godzinie 9-ej i pół rano do lokalu, zajmowanego przez wydawnictwo dzienników „Republika” i „Express Wieczorny” przy ulicy Piotrkowskiej nr. 49, przybył silny oddział policji i zamknąwszy wszystkie wyjścia, przystąpił do gruntownej rewizji. Przeszukaniu poddane zostały pomieszczenia, zajmowane zarówno, przez administrację jak redakcję i drukarnię „Republiki” i „Expressu Wieczornego”.
Czego szukała policja w wydawnictwie „Republiki”? Zdaniem „Głosu”, to tam właśnie prowadził trop śledztwa w sprawie fałszywych srebrnych dwuzłotówek, które niedawno pojawiły się w obiegu. W wyniku przeszukania drukarni odkryto rzekomo niezaprzeczalne dowody przestępczej działalności:
„W ręce policji kryminalnej dostała się kunsztownie i przemyślnie skonstruowana fabryczka fałszywych dwuzłotówek metalowych, oraz poważna ilość gotowych monet, nie pozostawiających żadnych wątpliwości, iż tu właśnie, w lokalu „Republiki” i „Expressu Wieczornego” znajdowała się wytwórnia fałszywych pieniędzy. Wskutek rewizji tej dwie osoby zostały aresztowane.”
„Republika” następnego dnia zdementowała te rewelacje.
„W powyższych wiadomościach niema ani krzty prawdy. Stanowią one jeden ciąg kłamstw, fałszów i źle ukrywanych insynuacji. Wydawnictwo „Republiki” i „Expressu” pociąga winnych rozsiewania fałszywych i szkodzących nam wiadomości do odpowiedzialności sądowej.
Sprawa została wyjaśniona w „Expressie Wieczornym” 4 maja 1925 roku w artykule o znamiennym tytule „Łajdactwo”. Poinformowano, że operator prasy Krampf odbił na tekturowej matrycy dwuzłotówkę z obu stron. Inni pracownicy, kiedy je odkryli zanieśli do dyrekcji. Ta, obawiając się, że drukarze mogliby rzeczywiście nowoczesne maszyny wykorzystać do drukowania pieniędzy, wezwała policję. Krampfa poddano kilkudniowej dyskretnej obserwacji. Śledczy nie stwierdzili jednak niczego podejrzanego w jego działaniach. Nic nie wniosły do sprawy rewizje w pomieszczeniu, w którym pracował, ani w jego mieszkaniu. Nie znaleziono żadnej fałszywej monety i po przesłuchaniu kilku osób sprawę umorzono.
Koncern Republika wniósł sprawę do sądu zarzucając „Głosowi” działanie z zamiarem skompromitowania najgroźniejszych konkurentów, podważenia zaufania wśród czytelników i zrujnowania wydawnictwa. Do rozstrzygnięcia sporu nie doszło, gdyż sąd sprawę umorzył uznając, że brakuje podstaw do jej wszczęcia.
22 maja 1926 roku konflikt rozgorzał z nową siłą, wskutek opublikowania na pierwszej stronie „Expressu Wieczornego Ilustrowanego” informacji w formie ogłoszenia oskarżającej Marcelego Sachsa o kradzież rosyjskiej nowelki. Treść tej fikcyjnej, bardzo obraźliwej reklamy była następująca:
„Marceli Sachs – obecnie wydawca „Głosu Polskiego”, dawniej redaktor szpiclowskiej „Godziny Polski”, używający fałszywie tytułu doktora praw, ukradł pisarzowi rosyjskiemu L. d`Orowi nowelkę p.t. „Tak było”!
Następnego dnia w „Republice” w artykule pod tytułem „Ukradłeś Marceli Sachs!” na dowód plagiatu przedstawiono opublikowaną w 1916 roku treść utworu Sachsa oraz rosyjskiego oryginału. Redaktor „Głosu” tłumaczył się, iż nigdy nie twierdził, że jest to jego własny utwór, ale wyłącznie tłumaczenie, a informację o tym przeoczyła redakcja. Można powątpiewać czy w tydzień po zamachu majowym czytelników mogły poruszyć te odgrzewane afery, dotyczące wykształcenia i twórczości literackiej redaktorów łódzkich gazet. Mieli przecież pod dostatkiem wrażeń związanych z groźbą wojny domowej i niepewną sytuacją polityczną w kraju.
Trzy lata później doszło do bezprzykładnej w dziejach prasy kradzieży, której tym razem ofiarą padł Marceli Sachs. Chory na gruźlicę i częściowo sparaliżowany właściciel „Głosu Polskiego” wydzierżawił gazetę spółce swoich współpracowników, po czym wyjechał za granicę na leczenie. Kierujący spółką „Ilustrowana Prasa Wieczorna” Gustaw Wassercug i Eugeniusz Kronman, postanowili bezwzględnie wykorzystać przedłużająca się nieobecność Sachsa. 1 lutego 1929 roku przygotowali do druku nową gazetę o nazwie „Głos Poranny”, będącą niemal kalką „Głosu Polskiego”, wykorzystując przygotowane do niego materiały. Nie wahali się też zabrać listy prenumeratorów i przekonać ich do nowego tytułu. Redakcję z ulicy Piotrkowskiej 98 przenieśli do pobliskiego budynku przy Piotrkowskiej 101. Z dnia na dzień zniknął „Głos Polski”, a w jego miejsce zaczął wychodzić „Głos Poranny”. Sachs o sprawie dowiedział się dopiero po powrocie do kraju. Przeżył szok, kiedy od sprzedawcy w kiosku usłyszał, że jego gazety już nie ma, ale może poczytać sobie „Głos Poranny”. Próbował jeszcze walczyć, reaktywował „Głos Polski”, ale nie był w stanie pozyskać odpowiedniej liczby prenumeratorów, aby utrzymać pismo. Pogrążył się w długach i wkrótce umarł.

sachs1
Po ostatecznym upadku „Głosu Polskiego”, do rywalizacji na epitety przystąpili dawni koledzy z redakcji Sachsa: Gustaw Wassercug, naczelny „Głosu Porannego” i Władysław Polak, naczelny „Expressu”. Pod byle pretekstem, redaktorzy wyciągali na forum publiczne fakty i detale z życia osobistego. Wassercug na przykład, zarzucając Polakowi tendencyjność recenzji teatralnych, ironicznie wypytywał w „Głosie” o szczegóły jego długiej wizyty w garderobie pewnej aktoreczki. Władysław Polak sięgał po bardziej intymne i wyrafinowane argumenty. Potrafił w otwartym liście prasowym zwracać się do naczelnego „Głosu” określeniami typu: „O, Guciu, perło Wschodu i Wschodniej!” lub „Mój ty malutki Gutasku”, tak jakby coś więcej wiedział o szczegółach anatomicznych byłego kolegi.
Prasowe pyskówki nie wynikały tylko z osobistych antypatii redaktorów. Często skandale i sensacje wywoływano świadomie, licząc na lepszą sprzedaż swoich pism oraz przyciągnięcie reklamodawców. Przy bardzo ostrej konkurencji na rynku, codzienne gazety starały się schlebiać przede wszystkim czytelnikom o najmniej wybrednych gustach. Zapominano o zawodowym kodeksie postępowania, wymagającym szacunku dla cudzych poglądów oraz pisania o faktach, a nie o własnych fantazjach. Górę brała zasada: cel uświęca środki…

Informacji takiej wagi nie znajdziemy w dzisiejszej prasie. O pierwszym śniegu 100 lat temu pisało się inaczej:

Pierwszy śnieg. Obudziwszy się, ujrzeliśmy miasto, jak dziewicę idącą do ślubu, przybraną w białe szaty, z pod których było widać niezupełnej świeżości plamy przypominające nieupraną „przez zapomnienie” spódniczkę …
Śnieg leżał na dachach i ogrodach niewielką warstwą, na ulicach zamieniał się pod kołami w błoto. O godz. 11 zaczęło niebo znów sypać białe płatki, które jednak topniały.

Źródło” „Rozwój” 6.12.1913 (sobota).

Uczciwość, lojalność i dyskrecja to w biznesie niezwykle cenne aktywa… Tym cenniejsze, że stosunkowo rzadkie. W starych, pożółkłych i pokrytych kurzem gazetach znaleźć można wiele notatek i ogłoszeń traktujących o etycznej stronie kontaktów handlowych. W łódzkim „Rozwoju” z 31 grudnia 1912 roku trafiamy na takie oto ciekawostki (pisownia i styl – oryginalne):

Niniejszym podaję do wiadomości osób interesowanych a w szczególności pp właścicieli domów w Łodzi i okolicy iż dotychczasowy mój siwy_ilus_rep_13-11-1938agent Jan Kolasiński (człowiek stary, siwy i trochę kulawy, mianujący się moim wspólnikiem i technikiem ubezpieczeń) z d. 25 listopada b. r. stał wydalonym, i niema prawa w moim imieniu przyjmowania Szacunków Ogniowych do ubezpieczeń Rządowych jak również inkasowania moich należności, gdyż za czynności Kolasińskiego, jak również za zobowiązania przez niego przyjęte i za sumy jemu wpłacone żadnej odpowiedzialności nie przyjmuję. Zaznaczając, iż sprawę za wykryte nielegalne czynności przeciwko Kolasińskiemu skieruję na drogę sądową.
Łódź d. 12 grudnia 1912 roku.
Technik ubezpieczeń Rządowych Bolesław F Grodzki, Brzezińska 42.

Zgodnie z zawiadomieniem mojem z dnia 23.12. 1912 r. jakie otrzymała firma warszawska H. Mage, iż zrywam z powyższą wszelkie stosunki handlowe, lecz dotąd firma Mage nie raczyła mi odpowiedzieć, przeto niniejszem ogłaszam, iż z powodu niesolidnego postąpienia ze mną, jako reprezentantem przez jednego spólników firmy. Wszelkie stosunki handlowe z dniem wysłania zawiadomienia zerwałem z firmą Mage. Kwit który został przezemnie wydany firmie Mage J. Maczewski jest nieważny i takowego płacić nie będę. Towar firma Mage może otrzymać z powrotem za potrąceniem kosztów jakie poniosłem. Łódź, dnia 31.12.1912 roku.
A. Kuźnicki

A komu we własnym biznesie noga się powinie,  wtedy szuka dobrej posady w poważnej instytucji. Nawet za łapówkę, jak ten multijęzykowy buchalter:

50 rubli i więcej, byle zaraz ofiaruję temu kto zobowiąże się wyszukać posadę w poważnej instytucyi lub w fabryce, do prowadzenia ksiąg biurowych lub innego zajęcia; znajomość języków: polski, rosyjski, niemiecki i buchalterya. Dyskrecya zapewniona. Oferty w admistracyi „Rozwoju” (sub „Dyskretny 5)”.

Bo zdobycie dobrej posady to inwestycja, która się opłaci:

rubli_3000

Myślisz, że ekologia to „wynalazek” końca XX wieku? Może więc zdziwić Cię rozprawa, jaka odbyła się sto lat temu przed piotrkowskim sądem okręgowym. Oskarżeni zostali pabianiccy przemysłowcy – akcjonariusze firm produkujących wyroby bawełniane i papiernicze oraz prowadzący farbiarnie tkanin: „R. Kindler”, „Oskar Krusze i Fidler”, „Krusche i Ender”, „Robert Saenger”, „Schleicher i Falsman”. Zarzucano im, że odpadami ze swoich zakładów zanieczyszczają rzekę Dobrzynkę, wskutek czego woda w rzece i jej odnogach stała się szkodliwa dla zdrowia mieszkańców Pabianic.
Proces przeciw trucicielom Dobrzynki trwał 5 lat. Pisał o nim w grudniu 1912 roku łódzki dziennik „Rozwój”:

Na śledztwie sądowem okazało się, że woda w Dobrzynce została zanieczyszczona tak, że jest niezdatna nietylko do wewnętrznego, lecz i do zewnętrznego użytku, gdyż fabrykanci wpuszczają wprost do rzeki odpływy fabrykacyj, zawierające substancye trujące.
Starzy mieszkańcy Pabianic Mateusz Morzyszek i Tomasz Biskupski pamiętają, że przed laty woda w Dobrzynce była zupełnie czysta, lecz w miarę tego, jak powstawały fabryki, woda ulegała zanieczyszczeniu.
Piotrkowski sąd okręgowy skazał fabrykantów za „zepsucie wody”, przewidziane w art. 4. 111 ust. kar. na grzywny do 200 rubli, nie zobowiązując ich poza tem do niczego.

Takie rozstrzygnięcie nie zadowoliło ani mieszkańców Pabianic, ani oskarżającego fabrykantów prokuratora Jewdokimowa. Wniesiono protest do izby sądowej w Warszawie. Wyższa instancja podtrzymała kary grzywny, ale nakazała także fabrykantom zaprzestać zanieczyszczania rzeki, zainstalować urządzenia oczyszczające ścieki, no i oczyścić koryto Dobrzynki.
Wyrok nie pozostawiał wątpliwości, co będzie gdyby przemysłowcy nakazanych prac nie wykonali:

Roboty powyższe mają być dokonane przez fabrykantów w ciągu pół roku od daty uprawomocnienia się wyroku, po upływie zaś tego czasu ulegają wykonaniu przez policyę na koszt fabryczny.

Dobrzynka, rzeka o długości nieco ponad 25 kilometrów ma swoje źródła w okolicach Tuszyna, przepływa przez Pabianice, by na obrzeżach Łodzi wpaść do Neru. W górnym odcinku woda jest na tyle czysta, że żyją w niej raki. Dolny odcinek rzeki, od Pabianic, przez prawie dwa wieki służył natomiast za kanał ściekowy dla miasta i zakładów przemysłowych.

Wyrok warszawskiej izby sądowej z 1912 roku nie na wiele przydał się Dobrzynce. Protesty mieszkańców i zabiegi prokuratora Jewdokimowa, przyniosły tylko doraźny efekt. Wkrótce nadeszły dramatyczne i ważne wydarzenia, przy których sprawy czystości rzeki odeszły w cień. Bezmyślne trucie Dobrzynki trwało aż do lat 90 ubiegłego wieku. Wtedy zakłady przemysłowe w większości poupadały lub zmuszone zostały do zainstalowania oczyszczalni ścieków. Miasto Pabianice podłączyło zaś swoją kanalizację do Grupowej Oczyszczalni Ścieków w Łodzi.

Po 100 latach wracamy do punktu wyjścia. W styczniu 2013 roku „Życie Pabianic” poinformowało, że „Dobrzynka wraca do życia”. Wróciły do rzeki, która jeszcze niedawno była ściekiem, ryby. Na jej brzegach zagnieździły się sokoły, myszołowy, czaple, czarne bociany. Widziano ponoć także orła bielika i kszyki. Widziano bobry. Lecz ludzie mówią, a mówią uczenie: „Niech was nie zmyli to bobrze żeremie…”

Bo z Dobrzynką, po ponad wiekowym truciu, tak szybko nie może być dobrze…

Dla zainteresowanych tematem – pasjonująca opowieść o rzece: Dobrzynka – od źródeł do ujścia

- Czemu szanowny brat dusisz tę kaczkę?
- Postrzeliłem ją niedawno na Bałkanach, widocznie proch trochę zwilgotniał, bo gdy ją wietrzyk bałkański owionął – odżyła.
- Jeżeli bratu wypadnie polować tam jeszcze, użyj mego prochu… po nim żadne stworzenie nie ożyje!…
["Rozwój"  - Łódź, wtorek, 31 grudnia 1912 roku]

Niedobita kaczka bośniacka odżyła jednak, pomimo bratniej cesarsko-królewskiej współpracy Austriaków i Madziarów. W 1914 roku  w Sarajewie nacjonaliści serbscy przeprowadzili słynny zamach. Zginął austro-węgierski następca tronu arcyksiążę Franciszek Ferdynand. Jak powszechnie wiadomo, stało się to bezpośrednią przyczyną wybuchu I wojny światowej. Jednak mało kto wie jak doszło do dramatycznych wydarzeń, które wstrząsnęły całą Europą.

W grudniu 1912 roku zakończyła się tzw. I wojna bałkańska, podczas której koalicja Grecji, Serbii, Bułgarii i Czarnogóry – znana jako Liga Bałkańska – pokonała słabnącą Turcję. I to była dobra okazja dla prasy, aby przypomnieć o legendarnym „bałkańskim kotle”. Podczas dwumiesięcznych walk wyparto Turków z większości terenów Imperium Osmańskiego, pozostawiając w ich rękach jedynie Stambuł. Ale za plecami walczących stron czaiły się mocarstwa, które uważały Bałkany za swoje życiowe strefy wpływów: Rosja i Austro-Węgry. Rząd cesarsko-królewski nie chciał, by państwa bałkańskie zbytnio wzmocniły się kosztem Turcji. Miał wobec nich zupełnie inne plany. Austro-Węgry dominowały ekonomicznie i politycznie na Bałkanach od wieków. Konkurowały tu w walce o ziemie i wpływy z Turcją i Rosją. W posiadaniu CK Monarchii w początkach XX wieku pozostawały ciągle słowiańskie kraje: Chorwacja i Słowenia oraz, mająca status terytorium okupowanego, ale należąca do Turcji, Bośnia. Natomiast Serbia, Czarnogóra, Bułgaria i Rumunia jeszcze w XIX wieku uzyskały niepodległość, po kilkusetletniej niewoli tureckiej.

Na żywot bośniackiej kaczki miała poważny wpływ serbska świnia. Otóż, w 1906 roku rozpoczęła się dziwna, tzw. „świńska wojna”.  Aby zmniejszyć swoją zależność od potężnego sąsiada, Serbia zaczęła szukać kontaktów handlowych z Francją i Bułgarią. Austro-Węgry w odwecie zamknęły wszelki import wieprzowiny, głównego towaru eksportowego Serbii. W tej sytuacji Serbowie ukierunkowali swoją sprzedaż na Francję. W konflikcie szczególna była pozycja Bośni: mimo, że była pod administracją austro-węgierską, pomagała Serbii w transporcie mięsa do Francji. Zemsta była sroga: w 1908  rząd CK postanowił zrobić porządek w Bośni i włączył ją do monarchii. Kaczka została ustrzelona, ale to jeszcze nie był jej koniec. Serbów opanowała antycesarska gorączka, prysły marzenia o włączeniu Bośni i Hercegowiny do planowanej Wielkiej Serbii, upadł projekt biznesu mięsnego z Francuzami. W bałkańskim kotle zawrzało. Jak skończył się sprawa bośniackiej kaczki, wiadomo – czterema latami ciężkiej wojny, która zdemolowała starą Europę.

Powered by WordPress Web Design by SRS Solutions © 2017 To ci historia! Design by SRS Solutions

  • RSS
  • Flaker
  • Twitter
  • Tumblr
  • Facebook
  • GoldenLine
  • Nasza Klasa
  • Wykop