To ci historia!

Blog historyczny, ciekawostki historyczne, sensacje

Wpisy z tagiem: zabytki

14 września 2012 roku po południu na teren wjechały buldożery. Wkrótce po zabytkowej zajezdni została tylko kupa gruzów. Sprawca poniósł karę, ale proces sądowy nie wyjaśnił dlaczego doszło w Łodzi do wyburzenia kolejnego zabytku…

Dla łódzkich tramwajów rok 1928 był nadzwyczaj udany. Mimo wiszącej groźby strajku płacowego pracowników, Kolej Elektryczna Łódzka S.A. oddała do użytku 22 kilometry nowych torów. Rozwój miejskiej sieci tramwajowej był możliwy dzięki znacznemu powiększeniu taboru. W warszawskiej firmie Lilpop, Rau i Loevenstein zakupiono 100 wagonów silnikowych i doczepnych. Pod koniec roku 1928 KEŁ posiadała już 200 tramwajów i zatrudniała 1400 pracowników. Zajezdnia przy ulicy Tramwajowej już nie wystarczała. Drugą wybudowano przy skrzyżowaniu ulicy Kilińskiego z Dąbrowską. Obiekt, zaprojektowany przez Rudolfa Sunderlanda, składał się z hali postojowej na 100 tramwajów oraz budynku administracyjnego z portiernią. Pełne uruchomienie zajezdni nastąpiło 16 grudnia 1928 roku. Kilka dni przed 30 rocznicą wyjazdu na trasę pierwszego łódzkiego tramwaju.

zajezdnia_tramwajowa_nr_2_dabrowskiego_407781_fotopolska-eu

Zajezdnia tramwajowa nr 2 w roku 1928. Źródło: fotopolska.eu

Zajezdnia numer dwa, znana później jako „zajezdnia Dąbrowskiego”, mieściła się przy ulicy Kilińskiego 245, od strony tej ulicy znajdował się bowiem wjazd na jej teren. Nieprzelotowa hala postojowa stała bokiem do ulicy, więc tramwaje musiały zataczać ostry łuk, aby wjechać do środka przez bramę od ulicy Kilińskiego. Budynek zajezdni miał 100 m długości i 79 m szerokości. Hala główna o powierzchni 7900 mkw. była wyposażona w 21 torów zakończonych na ślepo. Obniżenie posadzki o 1,5 metra i posadowienie torów na betonowych postumentach pozwoliło na stworzenie pod nimi kanałów przeglądowo-naprawczych. Tramwaje wjeżdżały przez 21 bram zamykanych stalowo-drewnianymi wrotami i tą samą drogą wyjeżdżały. W tylnej, północnej ścianie zamontowano duże okna tym samym układzie co bramy. Naturalne oświetlenie wnętrza hali dawało siedem długich świetlików umieszczonych w dachu opartym na nitowanej konstrukcji stalowej. Od strony wschodniej do głównej hali przylegała tzw. mała hala, z jednotorowym wjazdem od frontu. Wykonywano w niej remonty kapitalne wagonów. Na zewnątrz, wzdłuż tej hali umieszczono tor do wprowadzania wagonów po wypadkach i oczekujących remont.

fotopolska-eu_-2

Budynek administracyjny od ulicy Kilińskiego. Źródło: fotopolska.eu

Kompleks administracyjny postawiono na rogu działki bezpośrednio przy skrzyżowaniu ulic. Składał się z dwóch części parterowych, w tym jednej narożnej, oraz wyższej, dwupiętrowej części środkowej z poddaszem użytkowym. Przy bramie wjazdowej powstała niewielka portiernia, przylegająca do parterowego budynku z zaokrąglonym narożnikiem. Obok niej znajdowało się m. in. dwupokojowe mieszkania dla portiera, ambulatorium, ekspedycja i konduktorownia. W dwupiętrowym budynku administracyjnym mieściły się biura oraz gabinet kierownika. Dla motorniczych i konduktorów spoza Łodzi na piętrach przygotowano pokoje sypialne z kuchnią, spiżarką i łazienką. W parterowej części budynku od strony zachodniej umieszczono salę wykładową o powierzchni około 150 metrów kwadratowych.

Pomiędzy halami a budynkami administracyjnymi ułożono dwa tory, z rozjazdami w kierunku hali głównej oraz do ulicy Kilińskiego w kierunku północnym i południowym. Cały obiekt zajmował powierzchnię prawie 27 000 mkw. Wszystkie budynki zaprojektowano zgodnie z zasadami panującego wówczas funkcjonalizmu, z elementami stylu art deco. Elewację frontową hali zdobiło logo KEŁ oraz rok budowy – 1928.

Zniszczenia wojenne ominęły zajezdnię na Dąbrowie. Okupant upaństwowił łódzkie tramwaje i powołał spółkę „Litzmannstädter Elektrische Strassenbahn”. Po wprowadzeniu niskich cen biletów łódzkie tramwaje stały się komunikacją masową. Niestety, Polacy byli zmuszeni tłoczyć się w wagonie doczepianym, bo pierwszy był przeznaczony tylko dla Niemców. Tramwaje jednowagonowe dzielono łańcuchem na część niemiecką z przodu i tylną polską, zawsze zatłoczoną. Do zajezdni przy ulicy Dąbrowskiej (wtedy Strassburger Linie) trafiło wiele starych wagonów sprowadzonych z Niemiec, głównie doczepek eksploatowanych od początku XX wieku.

zajezdnia2

Zajezdnia Dąbrowskiego zimą

Majątek łódzkich tramwajów przetrwał wojnę w dobrym stanie. Po wyzwoleniu powinien wrócić do prawowitego właściciela – Kolei Elektrycznej Łódzkiej. Jednak już kwietniu 1945 roku spółka została poddana pod przymusowy zarząd państwowy. 21 grudnia 1947 roku tramwaje miejskie i podmiejskie zostały upaństwowione bez odszkodowania. W roku następnym nastąpiło połączenie „Kolei Elektrycznej Łódzkiej” i „Łódzkich Wąskotorowych Elektrycznych Kolei Dojazdowych”. Nowe przedsiębiorstwo zarządzające komunikacją miejską i podmiejską otrzymało nazwę Miejskich Zakładów Komunikacyjnych. Do zajezdni Dąbrowskiego sprowadzono część starego taboru z linii podmiejskich.

W latach 50 tych sukcesywnie przybywało taboru. Były to głównie nowe wagony silnikowe produkcji krajowej. Do początku lat 60 tych wycofano wszystkie wagony wyprodukowane przed I wojną światową. W tym czasie zajezdnia Dąbrowskiego okazała się już zbyt mała na współczesne potrzeby. Sporym problem okazał się też brak wyjazdu dla tramwajów jednokierunkowych. Zapadła decyzja o modernizacji. Pierwszy plan rozbudowy zakładał wykucie wrót po stronie północnej i umożliwienie wyjazdu z każdego toru hali. Okazało się jednak, że powiększenie zajezdni od tej strony nie jest możliwe ze względu na znaczny spadek poziomu gruntu. Ostatecznie zdecydowano się powiększyć teren od strony zachodniej. Z uwagi na coraz większą ilość wagonów jednokierunkowych zajezdnię przebudowano na przelotową, 6 torów uzyskało możliwość wyjazdu na plac postojowy przez bramę w elewacji zachodniej. Inne pozostały ślepe. Zainstalowano automatyczną myjnię dla wagonów oraz tokarnię kanałową, dzięki której można było dokonywać regeneracji obręczy kół jezdnych, bez wymontowywania ich z wózka wagonu.

W trakcie modernizacji w latach 1964 – 1967 powstał plac postojowy, na którym ułożono 20 torów różnej długości, które w sumie mogły pomieścić 152 wagony, nie przekraczające długości 10 m. Na terenie placu postojowego postawiono niewielką, drewnianą poczekalnię dla konduktorów. Przez prawie 40 lat tramwaje wjeżdżały do zajezdni przez bramę od ulicy Kilińskiego. Układ ten zmieniono radykalnie ze względu na brak możliwości zwiększenia ilości torów wjazdowych. Nowy wjazd powstał od strony ulicy Dąbrowskiego. Pomiędzy zajezdnią a torowiskiem na tej ulicy wybudowano dodatkowy tor, który została wyposażony w zjazdy do zajezdni. Kolejne zjazdy powstawały stopniowo w ciągu kilku lat, wraz z rozbudową placu manewrowego. Tory wjazdowe od Kilińskiego zlikwidowano, pozostawiono tylko bramę. Od tej pory zajezdnię zaczęto potocznie nazywać „Dąbrowskiego”. Powstały wtedy układ torów istniał do końca zajezdni.

Modernizacji poddano również małą halę, która po wojnie była wykorzystywana m.in. przez orkiestrę dętą oraz jako budynek socjalny. Kolejne modernizacje i przebudowy nastąpiły w latach 70 i 80-tych. Między innymi wyłączono częściowo z użytku tor 16, tworząc na nim pomieszczenia gospodarcze. Zlikwidowano podłogę z desek, a na jej miejscu wylano betonową. Hala została podzielona na trzy części, w największej, zachodniej usunięto drewniane wrota.

zajezdnia-daba

Zajezdnia Dąbrowskiego z lotu ptaka – rok 1998. Zdjęcie jest częścią serwisu Łódzkie Tramwaje i Autobusy.

Szczyt stanu osobowego i taborowego w zajezdni to koniec lat 70. Na przełomie 1978/1979 r. pracowało tu prawie 300 motorniczych oraz 181 pracowników zaplecza technicznego. Na miasto wyjeżdżały z niej 133 składy, które stanowiły blisko 40% całego taboru kursującego po mieście. Przez wiele lat „dwójka” przy ulicy Dąbrowskiego była największą zajezdnią w Łodzi. Dopiero w 1986 roku wyprzedziła ją nowa zajezdnia wybudowana przy ulicy Telefonicznej.

W roku 2008 Klub Miłośników Starych Tramwajów zorganizował osiemdziesiąte urodziny zajezdni. Po zwiedzeniu hali przy ulicy Dąbrowskiego goście imprezy mieli okazję przejechać się po mieście dwoma zabytkowymi przedwojennymi tramwajami. Miłośnicy starych tramwajów życzyli jubilatce kolejnych 80 lat. Niestety, MPK Łódź Sp. z o. o. obsługujące łódzką komunikację, wkrótce uznała obiekt przy ulicy Dąbrowskiego za mocno wyeksploatowany i nie nadający się do dalszego użytkowania. Nierozwojową zajezdnię postanowiono sprzedać. W październiku tego roku całą nieruchomość przy skrzyżowaniu ulic Kilińskiego i Dąbrowskiego kupił prywatny inwestor, ale MPK zagwarantowało sobie prawo do użytkowania obiektu jeszcze przez rok. Ostatnie tramwaje wyjechały z zajezdni 28 stycznia 2011 roku. Po zakończeniu pracy zjechały do zajezdni Chocianowice i Telefoniczna. Sprzedana nieruchomość znajdowała się w gminnej ewidencji zabytków i została poddana procedurze wpisu do rejestru zabytków.

z13909157vzniszczona-zabytkowa-zajezdnia-przy-ul-dabrowskie-2

Zniszczona zajezdnia w lotu ptaka. Źródło: gazeta.pl

W połowie lutego teren przejął nowy właściciel, który przedstawiał różne koncepcje na jego zagospodarowanie. W tym miejscu miało powstać centrum handlowe, montownia przyczep campingowych albo baza tramwajów sprowadzonych z Izraela. Jednak już po paru tygodniach na terenie zajezdni pojawiły się buldożery, a właściciel zaczął wspominać o możliwości rozbiórki. Rozpoczął od demontażu torowiska i sieci trakcyjnej, mimo że na te prace nie uzyskał zgody konserwatora zabytków. Wkrótce po tym jak konserwator nakazał wstrzymanie prac, doszło do pożaru. Po hali tramwajowej pozostały tylko ściany zewnętrzne i fragmenty konstrukcji dachowej. Zniszczeniu uległo około 4,5 tysiąca metrów kwadratowych zadaszenia. Resztki obiektu uratowała ulewa, która przeszła wieczorem nad Łodzią. W śledztwie ustalono, że zajezdnia została podpalona przez „nieznanych sprawców”.

W marcu 2011 właściciel zajezdni w liście otwartym do prezydent Zdanowskiej skarżył się na niechęć urzędników do prywatnych przedsiębiorców oraz piętrzenie procedur. Podważał też kompetencje wojewódzkiego konserwatora zabytków. Stopniowa dewastacja zajezdni miała przekonać oponentów o braku wartości historycznej obiektu. Po pożarze przedsiębiorca wynajął eksperta z Politechniki Łódzkiej, by wydał opinię, że obiekt stracił walory zabytku. Wkrótce potem zdecydował o rozbiórce zajezdni. 14 września 2012 roku po południu na teren zabytkowej zajezdni wjechał ciężki sprzęt i rozpoczął wyburzanie. Kiedy na miejsce dotarł konserwator zabytków, straż miejska i policja z budynku pozostały tylko gruzy. Prawdopodobnie obiekt był przygotowany wcześniej do wyburzenia, a ostateczne prace rozpoczęto w piątek po południu, by uniknąć interwencji jakichkolwiek urzędników. Wojewódzki konserwator zabytków niezwłocznie złożył zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa.

zajezdnia-proces-dl

Burzyciel zajezdni przed sądem. Źródło: Dziennik Łódzki

Sąd Rejonowy dla Łodzi Widzewa początkowo umorzył postępowanie przeciw właścicielowi zburzonej zajezdni, „wobec braku znamion czynu zabronionego”. Po odwołaniu się prokuratury, Sąd Okręgowy uznał, że decyzja była przedwczesna i nakazał ponownie zająć się sprawą. Przedsiębiorca stanął przed sądem, oskarżony o zniszczenie zabytku wpisanego do gminnej ewidencji zabytków. Nie przyznał się do winy. Jego zdaniem decyzja o wpisaniu budynku do rejestru zabytków została uchylona prawomocnym wyrokiem Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie. Sąd Rejonowy nie uznał tych wyjaśnień za wiarygodne. Jego zdaniem, oskarżony powinien liczyć się z tym, że zajezdnia jest zabytkowa, bo decyzje administracyjne uchylające wpisy do ewidencji zabytków nie były prawomocne. Skazał przedsiębiorcę na rok więzienia w zawieszeniu na 3 lata. Zasądzono też 5 tysięcy złotych grzywny i 20 tysięcy złotych na rzecz Towarzystwa Opieki nad Zabytkami. Nie nakazano jednak odbudowy zniszczonego zabytku. Po apelacji wyrok ten podtrzymał łódzki Sąd Okręgowy. W uzasadnieniu sędzia przypomniał, że charakteru zabytku obiekt nie nabywa, gdy zostanie wpisany do rejestru. Że za zabytek uważa się taki wytwór działalności człowieka, który stanowi świadectwo minionej epoki i którego zachowanie leży w interesie społecznym. Podkreślił również, iż oskarżony kierował się wyłącznie własnym interesem i nie wykazywał zainteresowania współpracą z wojewódzkim konserwatorem zabytków.

Halę zajezdni można było wyremontować i przebudować zachowując konstrukcję i elewację. W wielu zabytkowych obiektach stosuje się takie zabiegi, aby wykorzystać je na market, halę targową czy wystawienniczą. Niestety, z zachowania inwestora wynikało, że chodziło mu wyłącznie o cenną działkę w dobrej lokalizacji. Niska kara, niewspółmierna do strat dziedzictwa kulturowego miasta, okazała się także nieskuteczna prewencyjnie. Podobną metodę powolnej dewastacji właściciel zajezdni stosuje wobec znajdującego się na posesji budynku administracyjnego. Niezabezpieczony obiekt niszczą pożary i szabrownicy. Czy skończy jak hala tramwajowa?

zajezdnia-admin-dl

Budynek administracyjny od ulicy Dąbrowskiego. Źródło: Dziennik Łódzki

Przy okazji takich spraw nasuwa się wiele pytań. Na przykład, czy sprzedaż zabytku powinna przynosić dochód, czy raczej zapewniać jego uratowanie i rewitalizację? Dlaczego umowy sprzedaży nie określają, jakie prace musi wykonać kupujący i jakie będzie nowe przeznaczenie obiektu? Czemu nie zapewniają odpowiedniego nadzoru nad sprzedanym zabytkiem? Czy może ochrona dziedzictwa kulturowego powinna polegać na pozbywaniu się niewygodnych obiektów i przy okazji łataniu dziur w budżecie?

To nie fotografia jest winna, że piękno przemija. Nie obarczajmy jej winą za zło i przemijanie tego świata…

Tuż obok budynku miejskiego muzeum, na rynku w Ostrzeszowie stanęła niezwykła ekspozycja. Ogromne zdjęcia przedstawiające ruiny zabytkowych dworów i obiektów przemysłowych przypominają, że Ostrzeszów i powiat ostrzeszowski mają długą i barwną historię. Tylko, że jest ta historia w dużej mierze zapomniana i lekceważona.

01ostrzeszow

Wystawa na ostrzeszowskim rynku

Pierwsza wzmianka źródłowa o mieście Ostrzeszowie pochodzi z 1283 roku, więc prawa miejskie musiał otrzymać przed tą datą. Za panowania Kazimierza Wielkiego w XIV wieku miasto ufortyfikowano, wzniesiono zamek i mury obronne. W XVI stuleciu rozwijały się w Ostrzeszowie rzemiosło i handel. W następnym wieku potop szwedzki przyniósł zniszczenia i wyludnienie miasta. Po II rozbiorze Polski w 1793 roku Ostrzeszów znalazł się pod panowaniem Prus, a w latach 1807–1815 w granicach Księstwa Warszawskiego. Po wojnach napoleońskich miasto wróciło do państwa pruskiego, pod nazwą Schildberg. Wiek XIX był okresem rozwoju gospodarczego i demograficznego Ostrzeszowa. Z tych czasów pochodzi wiele zabytkowych obiektów, które dziś popadły w ruinę.

02girzyce

Dwór w Giżycach powstał w połowie XVIII wieku, a w początkach XX wieku został przebudowany. Jest jednym z najstarszych zabytków mieszkalnej architektury drewnianej w regionie. Obecnie znajduje się w stanie postępującej ruiny.

Wystawa nosząca oryginalną nazwę „Miejsca wrażliwe okolicy autentyzmu” jest dziełem Stowarzyszenia Regionalny Ośrodek Dokumentacji WIEŻA 1916, które wydało również album o tej samej nazwie (link do albumu).

Fotografie zapomnianych i zniszczonych obiektów są w tym niezwykłym wydawnictwie zestawione z fragmentami oryginalnej prozy i nastrojowej poezji różnych autorów.

Dom kruszał nieubłaganie. Letnie zawieje wstrząsały nim. Piaszczysty pył zanosił wyrwy w ścianach. Potem, w słoneczne, ciche dni piasek osypywał się z cieniutkim szelestem, rozmywając skruszałą i wyschłą glinę. Jesienne deszcze potem, nabrzmiałe wodą grudy osuwały w dół. Dziury już na przestrzał… Dach zsuwał się z rozchwierutanych wsporników. Wietrzna burza targnęła nim, wzniósł się, roznosząc komin; potem opadł, na wpół rozpruwając sufit i więznąc w nim koślawo.

Zbierał teraz dach najmniejszy podmuch wiatru. Kłapocząc postrzępionymi płatami papy, furcząc i trzaskając struchlałymi łatami, opadał w dół, miażdżąc i roznosząc swoimi skrzydłami ściany domu. Jedna z nich zwaliła się już; ostał zaledwie rąbek, przylepiony do wielkiego pieca z niewypalonej cegły.

Marian Pilot, Pantałyk, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012

03rogaszyce

Murowany dwór Wężyków w Rogaszycach. Zbudowany w końcu XIX w., przebudowany w latach 30. XX w., otoczony parkiem z końca XIX w.

We wstępie do albumu Wiesław Przybyła napisał:

Na tych fotografiach nie znajdziesz ani przestrzeni, ani czasu. Ujrzysz miejsca i chwile. Zamieszkane przez ludzi, przez twoich antenatów i przez ciebie. One są po to, aby nie zapomnieć, co to znaczy „mieszkać”. One istnieją, by wchłaniać człowiecze istnienie: poszczególne i zbiorowe. Bez człowieka miejsce zamienia się w bezkształtną materię.(…)

Fotograf, samotny szaman i sztukmistrz światła, obejmuje w posiadanie miejsca ważkie, święte, wrażliwe. Świątynie, chałupy, cmentarze, dworki, dworce kolejowe, krzyże, wiatraki i młyny, bramy i okna. Niech tak zostanie.(…)

Chwała fotografowi, że zdążył to unieśmiertelnić.

04torzeniec

Zespół dworski w Torzeńcu został wybudowany w stylu neoklasycznym w latach 1902–1918. Otoczony jest parkiem w stylu francuskim. W majątku znajdowały się m.in. pasieka, gorzelnia, bażanciarnia, wiatrak, stawy rybne, cegielnia, kuźnia i stolarnia. Od 1980 dwór niszczeje, zdewastowany jest również park.

Zdjęcia do wystawy i albumu wykonali miejscowi fotograficy: Sławomir Brdęk, Bartłomiej Busz, Kamil Cichoń,
Ewa i Marek Dytfeldowie, Krzysztof Gruszka, Grzegorz Kosmala i Stanisław Kulawiak. Wszystkie fotografie prezentowane na ostrzeszowskim rynku stanowią świadectwo nieubłaganego przemijania. Tu pojawia się pytanie: czy te poszukiwania miejsc autentycznych i fascynacja czasem przeszłym nie okażą się tylko sztuką dla sztuki. Jakie są szanse, aby ta niezwykła wystawa wstrząsnęła sumieniami ostrzeszowian i lokalnych władz? Czy sposób prezentacji zabytkowych ruin nie prowadzi wprost do pogodzenia się ze stanem upadku? Czy nie usprawiedliwia zapomnienia, lekceważenia i odwrócenia się od przeszłości, która i tak musi odejść?

09rojow

Drewniany dwór w Rojowie zbudowano na przełomie XVIII i XIX wieku. Po II wojnie światowej dworek stał się własnością skarbu państwa. Obecna ruina należy do prywatnego właściciela.

Niewygodne fakty o stanie zabytków, które zwykle władze samorządowe ukrywają przed światem, w Ostrzeszowie zostały wyeksponowane w najbardziej reprezentacyjnym miejscu miasta. Pokazano je na odnowionym rynku, obok odnowionego dawnego ratusza, który dziś pełni funkcję muzeum regionalnego. Nie ma chyba lepszego miejsca, by przypomnieć mieszkańcom i władzom, że o czymś zapomnieli, że odwrócili się plecami do przeszłości, która jest tuż obok.

Może to oznacza szansę, że urzędnicy odpowiedzialni za ochronę dóbr kultury, zmuszeni do codziennego potykania się o dowody swojej nieudolności, zaczną coś robić, aby ratować to co jeszcze da się uratować? Bo w historii Ostrzeszowa ważne są nie tylko odrestaurowana i zagospodarowana baszta zamkowa i odnowiony ratusz. Nadzieja umiera ostatnia…

Zamek na kopcu okrągłym wokoło murowany, stary porysowany, we środku z drzewa budowany. Pod tym kopcem przykop i wał ze trzech stron, a z czwartej rzeka Bzura. Do zamku jest most wielki, dobry do wjechania, z poręczem…

Tak opisano zamek w lustracji z 1599 roku. Ruiny na sochaczewskim wzgórzu pamiętają jeszcze jesień średniowiecza. To jeden z najcenniejszych zabytków zachodniego Mazowsza.

p1020860

Ruiny sochaczewskiego zamku w 2012 roku

Murowany zamek nad brzegiem Bzury powstał prawdopodobnie w połowie XIV wieku za czasów panowania księcia mazowieckiego Siemowita III. Wcześniej, zdaniem znawców dziejów, istniała tu drewniano-ziemna warownia wzniesiona przez Konrada I Mazowieckiego. Tego samego księcia, który nieroztropnie sprowadził Krzyżaków na ziemię chełmińską, pogarszając tym samym na kilka wieków sytuację geopolityczną Rzeczpospolitej. W okresie samodzielności księstwa mazowieckiego sochaczewski zamek musiał mieć duże znaczenie nie tylko militarne, ale i polityczne. Świadczy o tym choćby zorganizowanie w roku 1377 przez księcia Siemowita III zjazdu książąt mazowieckich i uchwalenie tutaj tzw. statutów sochaczewskich, pierwszego pisanego zbioru praw dla całego Mazowsza. Statuty znosiły tzw. „sądy boże” czyli stare, niesprawiedliwe metody rozstrzygania sporów: poddawanie procesujących się stron najróżniejszym próbom, np. pojedynku sądowego, pławienia w wodzie, czy niesienia gorącego żelaza. Przetrwanie tych prób dowodzić miało racji sądzonego, co wynikało z oczywistego wówczas przeświadczenia, że Bóg nie dopuści do krzywdy osoby niewinnej.

p1020855

Ruiny zamku w 2012 roku

15 lipca 1414 roku doszło w Sochaczewie do kolejnego doniosłego wydarzenia. Na miejskim rynku słynny rycerz Zawisza Czarny z Garbowa wypowiedział wojnę Krzyżakom. Ogłosił to w imieniu króla Polski i własnym. W 1476 roku zamek wraz z miastem i ziemią sochaczewską zostały włączone do Królestwa Polskiego. Gdzie dokonano tego historycznego aktu? Oczywiście, na sochaczewskim zamku. Od tej pory warownia stała się siedzibą starosty grodowego oraz stacją królewską. Według kronikarza Długosza, król Kazimierz Jagiellończyk sporo ryzykował przyjeżdżając do Sochaczewa, podczas gdy książęta mazowieccy szykowali się do wojny w obronie swojej niezależności.

sochaczew-2014-1Głównym problemem sochaczewskiej warowni od początku była mała stabilność gruntu na wzgórzu zamkowym. W tego powodu zbocza stale obsuwały się, powodując spękanie murów i niszczenie zabudowy wewnętrznej. Na początku XVII wieku stan obiektu pogorszył się na tyle, że warownia przestała spełniać swoje podstawowe funkcje obronno-urzędowe. Doszło do katastrofy budowlanej, w wyniku której osunął się prawdopodobnie północny stok wzgórza i zawaliła znaczna część muru.

Odbudowa, którą zarządził król Zygmunt III Waza, szła bardzo opornie. Dopiero w połowie wieku XVII udało się na starych średniowiecznych fundamentach wybudować nowy zamek o charakterze późnorenesansowym lub wczesnobarokowym. Źródła nie rozstrzygają jednoznacznie, jak ta warownia wyglądała. Zanim przywrócono zamkowi dawną świetność został zajęty przez Szwedów, a wkrótce potem przez nich spalony, podczas słynnego potopu. Prawdopodobnie stało się w roku 1657. Zniszczeniu uległa wtedy znaczna część wyposażenia wraz z przechowywanymi tam historycznymi księgami grodzkimi.

sochaczew-2014-2Przez ponad 100 lat dawna warownia księcia Siemowita pozostawała ruiną. Był to właściwie koniec jej funkcji obronnej. Nie tylko ze względu na zniszczenia, ale i rozwój artylerii oraz ówczesną sytuację polityczną Rzeczpospolitej. Dopiero w latach 1789-90 zamek częściowo odbudował starosta sochaczewski Kazimierz Walicki. W oparciu o ocalałe mury powstał gmach przystosowany do pełnienia funkcji urzędowo-kancelaryjnych i pomieszczenia archiwum grodzkiego. Przetrwał tylko 4 lata, podczas powstania kościuszkowskiego zniszczyła go pruska artyleria. W 1815 r. na zamkowym wzgórzu stały jeszcze ruiny dwóch baszt. Kolejnej próby odbudowy warowni już nie podjęto.

Do XXI wieku z murowanego zamku pozostało bardzo niewiele. Częściowo zachowały się ściany domu zachodniego z dużymi otworami okiennymi. Ocalały małe fragmenty skrzydeł wschodniego i południowego oraz szczątki oktagonalnej wieży wschodniej, obok której znajdował się wjazd do zamku. Pozostała też osuszona i zarośnięta chwastami fosa zamkowa. Od 1961 roku wzgórze zamkowe objęte jest opieką konserwatora zabytków.

Mimo, że stan ruin systematycznie się pogarszał, do roku 2013 nie podjęto poważniejszych prac mających uchronić je przed ostatecznym zniszczeniem. Latem 2006 roku na wzgórzu prowadzone były wykopaliska archeologiczne, podczas których odkryto nieznane wcześniej fundamenty, prawdopodobnie dawnego przejazdu bramnego. Znaleziono sporą ilość ceramiki, gwoździ i innych drobiazgów. Przy okazji oczyszczono wzgórze z krzaków i zlikwidowano roślinność porastającą mury.

sochaczew-2014-3

Odrestaurowany fragment muru zachodniego

Dopiero w grudniu 2012 roku w sochaczewskim ratuszu podpisano z firmą Skanska umowę, która przewidywała wzmocnienie i zabezpieczenie wzgórza zamkowego oraz zabezpieczenie ruin. Pieniądze na te roboty udało się zdobyć w wyniku kilkuletnich starań urzędu miejskiego oraz Stowarzyszenia „Nasz Zamek”, którego statutowym celem jest odbudowa sochaczewskiego zamku. Zarząd Województwa Mazowieckiego przeznaczył na ratowanie wzgórza i ruin prawie 4,4 miliona złotych z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego. Ponieważ cały projekt kosztował prawie 5 milionów, resztę musiało dołożyć miasto.

sochaczew-2014-7

Cegła o idealnie równych krawędziach i odcieniu znacznie odbiegającym od oryginalnej nie wzbudziła zastrzeżeń…

Prace na wzgórzu zamkowym trwały ponad 10 miesięcy. W ramach rewitalizacji przede wszystkim zabezpieczono skarpy przed osuwaniem. Wzgórze odwodniono, mury zabezpieczono i częściowo zrekonstruowano. Wybrukowano zamkowe posadzki i dziedziniec oraz wykonano podświetlenie obiektu. Ponadto powstały nowe schody i ścieżki prowadzące na wzgórze oraz balustrady i tablice informacyjne. Zbocza wzgórza zostały obsadzone ozdobną roślinnością.

sochaczew-2014-8Oficjalne otwarcie odnowionego wzgórza nastąpiło 11 listopada 2013 roku. W styczniu tego roku okazało się, że konieczne będą poprawki, bo w niektórych częściach dobudowanych murów odpadają cegły. Wiosną te usterki zostały poprawione i przez cały sezon letni wzgórze i ruiny służyły zwiedzającym. Z okazji 600-lecia wypowiedzenia przez Zawiszę Czarnego wojny Krzyżakom odbył się tutaj dwudniowy historyczny piknik rodzinny. W każdą niedzielę wakacyjną zwiedzający mogli korzystać bezpłatnie z pomocy przewodnika, który opowiadał o przeszłości sochaczewskiego zamku. Wzgórze jest cały czas otwarte dla zwiedzających. Ma przybliżać historię Sochaczewa jego mieszkańcom oraz przyciągać turystów. Stało się nową wizytówką miasta.

Wykonana została ogromna i kosztowna praca, ale nie udało się postawić przysłowiowej kropki nad „i”. Mając prawie pięciomilionowy budżet i uważny (z pewnością) nadzór konserwatora, nie zadbano o kilka istotnych szczegółów. Trudno zrozumieć dlaczego do uzupełnienia ubytków w murach nie użyto cegły ręcznie formowanej. Przy tego typu pracach jest oczywiste, że brakuje materiałów oryginalnych, więc zastępuje się je współczesnymi, jak najbardziej zbliżonymi parametrami do zabytkowych. Debatowano długo nad zastosowaną zaprawą, ale cegła o idealnie równych krawędziach i odcieniu znacznie odbiegającym od oryginalnej nie wzbudziła zastrzeżeń konserwatora. Pasuje do ponad 300-letnich murów, jak przysłowiowy kwiatek do kożucha. Zaskoczenie może też budzić nowa posadzka zamkowa, wykonana ze żwirku zespolonego żywicą. Nie zadbano nawet o ukrycie skrzynek elektrycznych, tak jakby stanowiły one ważny element ekspozycji zabytku o kilkusetletniej historii… Aż strach pomyśleć, jak wyglądałoby wzgórze zamkowe, gdyby tymi samymi metodami odbudowano zamek…

sochaczew-2014-9

Zwiedzający mogą podziwiać także eleganckie skrzynki elektryczne…

Założone w 2006 roku Stowarzyszenie „Nasz Zamek” ma od dawna gotowy projekt odbudowy. Prezes Stowarzyszenia, Łukasz Popowski słusznie mówi: „Póki nie wprowadzimy na wzgórze życia na stałe, będzie zagrożenie dewastacjami” i chciałby dokonać częściowej odbudowy zamku z przeznaczeniem na ekspozycję historyczną. Tylko, że w przypadku każdej konserwacji, renowacji czy odbudowy zabytku istnieje zawsze poważne pytanie: czy inwestor, który wydał już ogromne pieniądze, jest w stanie finansować również bieżące utrzymanie odnowionego obiektu? Jeśli nie jest to przedsięwzięcie komercyjne (typu pensjonat w starym pałacu), dopłacać do niego będzie podatnik… W tej sytuacji wypadłoby spytać go o zgodę…

* * *

 Źródła:


http://histmag.org/Tajemnice-zamku-w-Sochaczewie-819


http://dawnysochaczew.republika.pl/zamek.htm


http://pokazywarka.pl/vcwcak/


http://www.e-sochaczew.pl/sochaczew,ruiny-zamku-po-pracach-konserwatorskich-fotorelacja,39627.html

http://naszzamek.e-sochaczew.pl/media/index.php?MediumID=177

http://gosc.pl/doc/1800117.Zeby-wandale-nie-wrocili

Budynek powstał w czasach, kiedy u szczytu formy i sławy byli artyści próbujący zerwać ze „starą” estetyką sztuk wszelakich.
Ostrów Wielkopolski, ul. Raszkowska 47

Trzeba przyznać, że secesyjny dom przy ulicy Raszkowskiej 47 w Ostrowie Wielkopolskim, znany jako willa Schulza, należy do najpiękniejszych w okolicy.

raszkowska47_7

Dwukondygnacyjny budynek wzniesiono w 1905 roku. Elewację ozdobiono ornamentyką roślinną i symbolami wolnomularskimi, gdyż pierwszy właściciel należał do masonów, a willa służyła nawet jakiś czas za siedzibę ich loży.

raszkowska47_4

Willa Schulza ma także secesyjne witraże na klatce schodowej, fantastyczne rzeźby i płaskorzeźby na ścianach oraz ozdobne kraty i ogrodzenie.

Ostrów, Raszkowska 47

W ogródku można natknąć się na „potworną” nieczynną fontannę.

img-0-jpg6ec69f

Budynek przez wiele lat nie był użytkowany i powoli zmierzał ku ruinie. Teraz jest własnością prywatną. Rozpoczęto w nim już pierwsze prace renowacyjne.

raszkowska47_2

Rada Miejska Ostrowa Wielkopolskiego przyznała niedawno właścicielom willi dotację na rekonstrukcję i odnowienie zabytkowej stolarki.

img-0-11-jpg25c228

Wydaje się, że ten niezwykły, bajeczny dom ma przed sobą jeszcze dobre dni…

Zdjęcia własne oraz pożyczone od www.wlkp24.info.

Czy nie mógłby kościół katolicki w Polsce, idąc za historyczną misją kościoła powszechnego, który na ściennych przestrzeniach swoich świątyń wychował malarstwo od Giotta poczynając, a na Michale Aniele kończąc, i polskiemu malarstwu dać możność, zdrowego i moralnego rozwoju?

Według oficjalnej, podręcznikowej historii w czasach zaborów polski kościół katolicki był biedny i szykanowany . Jaka to jednak była „martyrologia”, jeśli w drugiej połowie XIX w samej tylko diecezji kujawsko-kaliskiej (zabór rosyjski) zbudowano 127 kościołów, a biskupi mieli ambicje pełnienia roli mecenasa sztuk, niczym ich potężni poprzednicy z okresu Odrodzenia czy Kontrreformacji?

W 1908 roku powstał we Włocławku „Dyecezalny komitet archeologiczno-budowlany”, który zajął się nadzorem nad zabytkami sztuki sakralnej, ich ochroną i renowacją. Miał też promować nowe kierunki w architekturze sakralnej i wystroju kościołów. Bez jego opinii nie mógł powstać żaden projekt nowego kościoła, ani przebudowy starego.

Poniżej prezentujemy pismo, jakie Komitet ten wystosował do Zarządu Towarzystwa Opieki nad Zabytkami w Warszawie z prośbą o pomoc i poparcie dla starań o podniesienie artystycznego poziomu wyposażania kościołów. Dokument wiele mówi o sytuacji kościoła polskiego w początkach XX wieku (styl i pisownia oryginalne).

Dotąd jak sądzimy nikt nie zwrócił uwagi na nadzwyczajny, prawie gorączkowy ruch, jaki objawił się w ciągu ostatnich lat czterdziestu w budownictwie kościelnem. Mając statystyczne dane, dotyczące tego ruchu w dyecezyi kujawsko-kaliskiej pod ręką, przekonywamy się, że na 420 kościołów, znajdujących się w dyecezyi, 127 czyli 1/3 wszystkich kościołów została wzniesiona w ciągu ostatnich lat czterdziestu. Jeżeli w tym samym stosunku rozwijał się ruch architektoniczny i w innych sześciu dyecezyach Królestwa Polskiego, o czem nie godzi się wątpić, bo prąd ten cały kraj objął, tedy liczba nowych kościołów w okresie lat czterdziestu, wzniesionych na całem terytoryum Królestwa, bez mała sięga tysiąca (!)

Kościół w Psarach k. Turku

Dziś wewnętrzne ściany tak kościołów w tym okresie wzniesionych jako też ściany dawnych kościołów pokrywają się polichromią. Ten prąd w kierunku polichromii kościołów, choć niedawno poczęty, stopniowo tak rośnie i olbrzymieje, że zdaniem naszem, słusznie przewidywać należy, iż po upływie 10—20 lat niemal wszystkie nasze kościoły będą polichromowane. Zachodzi więc pytanie, czy wobec tak silnego ku polichromii skierowanego ruchu nie możnaby go ująć w ręce i pokierować nim tak, aby on przyniósł istotny pożytek Kościołowi i Ojczyźnie, aby dał początek odrodzenia się malarstwa religijnego, od tak dawna znajdującego się w upadku, aby naszym młodym i zdolnym, ale biednym artystom dał środki materyalne dla kształcenia się dalszego i aby tym sposobem ten prąd przyczynił się do zogniskowania w kraju sił artystycznych polskich i wytworzenia w ten sposób malarstwa polskiego o wybitnych indywidualnych cechach narodowych.

Czy tego rodzaju rozumnym kierunkiem tego ruchu nie mógłby kościół katolicki w Polsce, idąc za historyczną misyą Kościoła Powszechnego, który zawsze był najpotężniejszym mecenasem sztuki, który na ściennych przestrzeniach swoich świątyń wykołysał i wychował malarstwo od Giotta poczynając, a na Michale Aniele Buonarottim kończąc, i polskiemu malarstwu, dotąd pod nogami pozbawionemu silnego gruntu dać ów grunt i w ten sposób dać możność jak w »quattrocento« we Włoszech, zdrowego i moralnego rozwoju? (…)

Ale, ażeby cel ten osiągnąć, ażeby przede wszystkiem wydobyć ścienne malarstwo kościelne z rąk pokojowych malarzy, (…) potrzebujemy pomocy i poparcia, o które zwracamy się do szanownego Zarządu Towarzystwa opieki nad zabytkami przeszłości.

Duchowieństwo dyecezyi kujawsko-kaliskiej ma już polecone przez jego Ekscellencyę ks. biskupa Zdzitowieckiego za pośrednictwem Komitetu dyecezyalnego, aby znaczniejsze roboty kościelne, a zatem i polichromie, powierzało do wykonania kandydatom nie inaczej, jak tylko drogą konkursu. Konkursy te ogłaszane będą w »Dzienniku Powszechnym«, że zaś konkurenci, aby powziąć wyobrażenie o stylu i charakterze kościoła, który ma być polichromowany, jako też o rozległości i kształcie przestrzeni ściennych, będą zmuszeni przestudyować plan danego kościoła, dlatego Komitet dyecezyalny prosi uprzejmie szanowny Zarząd Towarzystwa o pozwolenie składania owych planów w jego kancelaryi, nadto Komitet dyecezyalny prosi również Zarząd Towarzystwa o łaskawe uwiadomienie Dyrektora szkoły sztuk pięknych w Warszawie o naszych chęciach i celach, jako też o zawiadomienie i zachęcenie młodych a zdolnych wychowańców szkoły, o których tu przede wszystkiem chodzi, do konkurowania o prace.

Nakoniec, Komitet dyecezyalny chce zapytać szanowny Zarząd, czy może prosić sekcyę malarską Towarzystwa opieki nad zabytkami przeszłości o przyjęcie udziału w ogłoszonych konkursach w charakterze sędziów artystycznej strony projektów, przyczem nadmieniamy, że ocenę projektów pod względem treści religijnej, jako też ostateczną decyzyę konkursów, Komitet dyecezyalny archeologiczno-budowlany sobie rezerwować pragnie.

Piękne, chwalebne i generalnie postępowe w treści pismo to spotkało się z bardzo pozytywnym przyjęciem w towarzystwie ochrony zabytków i w całej branży budowlanej. Krakowski miesięcznik „Architekt” optymistycznie liczył, że zacznie się tym samym nowa era we współpracy duchowieństwa z administracją państwową. Także w zaborze austriackim. Tak jakby w piśmie powyższym nie było jasno napisane, że fachowcy od zabytków są kościołowi potrzebni, aby zatwierdzić jego własne pomysły na renowacje i budowy. Jakby nie napisano, że w całym tym projekcie chodzi głównie o podniesienie skuteczności ewangelizacji. Ostrożność nakazywał też fakt, że pominięto zupełnie sprawę ponoszenia kosztów doradztwa. Wnioskować można było, że spece od zabytków sami zapłacą za swoją pracę i podróże. „Architekt” w numerze 1 z roku 1910 prorokował:

Idea obowiązku wobec sztuki, jaki cięży na duchowieństwie, w powierzonych jego pieczy kościołach, choć powoli, ale ogarnia coraz bardziej sfery duchowne w całej Polsce. Zwłaszcza w Galicyi zachodniej i w Krakowie cały szereg prac, dokonanych przez pierwszorzędnych artystów, działa coraz bardziej zachęcająco. Jednocześnie uznano potrzebę szerzenia wśród duchowieństwa wiadomości z zakresu konserwacyi zabytków, historyi sztuki i estetyki, oraz zdrowego kierunku przy budowie i wyposażaniu nowych kościołów. Dyecezya krakowska ujęła tę sprawę w ręce i niebawem rozpoczną się w Krakowie wykłady dla duchowieństwa z dziedziny wymienionych kwestyj.

Zasada ogłaszania konkursów przyniosła większą jawność wydawania pieniędzy przez kościół. Dała zajęcie architektom. Konkursy cieszyły się dużym powodzeniem, bywało, że zgłaszano kilkadziesiąt projektów do jednej inwestycji. Dzięki temu powstało sporo budowli ciekawych i nowatorskich w stylu. W przeszłość, zdaniem redakcji „Architekta” miała odejść kiczowata noegotycka i neobarokowa maniera, charakterystyczna dla architektury i sztuki kościelnej XIX wieku.

Pseudo gotyckie feretrony o fałszywych proporcyach i członkach architektonicznych, otaczających obraz — olejną, ręczno-fabryczną kopię z oleodruku. Chorągwie o barwach ordynarnych, kształtach pretensyonalnych, haftach nielogicznie użytych; na chorągwi przyszyty lśniący obraz malowany na ceracie. Monstrancya, baldachim, kapa, krzyże, wszystko brzydkie, niesmaczne, a takie same jak w sąsiedniej parafii i dziesiątej — bo wyroby fabryczne w cenach konkurencyjnych dostarczą wszelkich aparatów, ołtarzów i mebli kościelnych. [Architekt nr 4 z 1909r.].

Również niektórzy przedstawiciele kościoła zauważali problem. Ksiądz Władysław Górzyński – historyk architektury, inicjator powstania decezjalnego komitetu we Włocławku, rozpaczał na łamach tegoż 4 numeru „Architekta” z 1909 roku:

…gdy dawniej każdy szczegół, każdą zdobinę kościelną wykonywali artyści »z bożej łaski«, dziś widzimy się otoczonym i przez samych partaczy, którym więcej, aniżeli o dzieło sztuki, chodzi o… załatanie dziurawych butów. Tymczasem Kościół bez sztuki obejść się nie może. Jak duszy potrzebne jest ciało, ażeby mogło swe wewnętrzne stany uzewnętrzniać, tak sztuka potrzebna Kościołowi. I nie tylko Kościołowi, ale i wiernym. Kościół przez sztukę wiernych naucza, wierni zaś w sztuce wypowiadają swoje religijne uczucia, a uczucie w życiu wiary nie mniejszą odgrywa rolę jak rozum i wola. Tak było zawsze, tak i dziś być powinno.

Po słynnym carskim ukazie tolerancyjnym w 1905 doszło nie tylko do masowych nawróceń na katolicyzm, ale i do boomu w budownictwie sakralnym. Przed I wojną światową w Królestwie Polskim kościoły rosły, jak grzyby po deszczu. W środowiskach architektów, konserwatorów i teoretyków sztuki rozgorzały dyskusje nad potrzebą stworzenia nowego, „swojskiego” stylu w architekturze i sztuce sakralnej. Próbowano położyć kres bezmyślnemu kopiowaniu pseudo historycznych wzorów, głównie gotyckich i barokowych. Tyle tylko, że życie brutalnie weryfikowało ambitne projekty.

W Psarach koło Turku w 1908 roku, przy akceptacji  Towarzystwa Opieki nad Zabytkami, zdecydowano o rozbiórce starego, drewnianego kościoła i wybudowaniu nowego. Projekt młodego architekta, Jarosława Wojciechowskiego, miał dać początek długo oczekiwanemu nowemu polskiemu stylowi w architekturze. I po części tak było: powstał dość oryginalny budynek, łączący cechy starej architektury romańskiej z elementami rustykalnymi. Tyle, że w ślad za nim nie poszły inne realizacje. Nadal dominowały swobodnie interpretowane neogotyk i neobarok.

W Galicji słynna stała się sprawa remontu barokowego kościoła dominikanów w Tarnopolu. Zbudowany w XVIII wieku, był uważany za jedną z piękniejszych świątyń barokowych w I Rzeczpospolitej, a jednocześnie za ciekawy przykład krzyżowania się wpływów wschodu i zachodu. Dla dominikanów był jednak nie dość barokowy i, w uzgodnieniu ze służbami konserwatorskimi, postanowili doprowadzić budynek do „czystego” stylu. Przebudowę udało się zatrzymać, budowlańcy zdążyli tylko podnieść kopułę kościoła zbyt mało strzelistą, zdaniem właścicieli.

Po stu latach w tych sprawach niewiele się zmieniło. Państwo polskie udaje, że nadzoruje co dzieje się w kościelnych zabytkach. Kościół udaje, że dba o zachowanie zabytkowych charakterów swoich nieruchomości. Kasa na remonty, renowacje, modernizacje i przebudowy płynie szerokim strumieniem z budżetu krajowego, dotacji unijnych oraz kieszeni wiernych. Nikt nie przejmuje się czy są wydawane właściwie. Na Jasnej Górze ustawiono od frontu zabytkowego klasztoru metalowy koszmarek z rozdziawioną paszczą, która zdaje się czyhać na napływające rzesze pielgrzymów. W Piotrkowie Trybunalskim do budynku klasztoru pochodzącego z XVII wieku dostawiono szklaną oranżerię. Pod katedrą łódzką kopie się wielką dziurę z przeznaczeniem na salon wystawienniczy. Dzieje się dużo… Tylko nie dla zachowania dowodów przeszłości narodu, ale dla skuteczniejszej ewangelizacji i ku chwale kościoła powszechnego…

Metalowy ołtarz na Jasnej Górze

Wracając do księdza Górzyńskiego i jego poglądów na sztukę kościelną: miał rację tylko częściowo. Sztuka przez duże „S” bardziej potrzebna jest kościołowi i jego możnym książętom, lubującym się w luksusach, niż rzeszom wiernych. Biedny lud nie łaknie arcydzieł w kościołach. Żadna słynna Madonna wielkich mistrzów pędzla: Rafaela, Tycjana czy Cranacha nie doczekała się kultu, jaki otacza Czarną Madonnę z Częstochowy – dziełko (niektórzy mówią: „bohomaz”) anonimowego pacykarza. Oczywiście natchnionego przez ducha świętego. Kiedy ma się takie wsparcie, specjalne talenty nie są potrzebne…

Prosty lud szuka sztuki prostej. Chodzi mu o to, aby obraz był jako piorun jasny, prędki, czasem smutny jako pieśń stepowa, ale zawsze piękny jak aniołów mowa… Na nic subtelne aluzje, dyskretne ironie, niejasne symbole, zaskakujące skojarzenia, niespodziewane perspektywy… Kult nie potrzebuje kultury ze znakiem Q. Potrzebuje autorytetu i tradycji. Takiej choćby jak tańczące feretrony. Zadowoli się nawet tandetnym dmuchanym kościółkiem lub plastikowym papieżem prosto z Chin. Byle tylko nie wymagano myślenia i szukania głębszych treści…

W klasztorze jasnogórskim można podziwiać Drogę Krzyżową autorstwa Dudy-Gracza. Wśród pielgrzymów obrazy te wzbudzają niezwykłe kontrowersje. Całkiem pokaźna grupa wiernych zdaje się podejrzewać, że dzieło to może być drwiną z ich dogmatycznej, skostniałej wiary. Znany artysta  sugeruje przecież, że prawdziwa Golgota możliwa jest także „tu i teraz”, w obecności, a może i na zlecenie: biskupów i tłumu „prawdziwych” Polaków-katolików.  Wielu ma za złe paulinom, że przyjęli dar artysty ze snobizmu, aby tylko mieć obrazy modnego malarza, którego wartość rynkowa z pewnością będzie jeszcze rosła.

Jeden z pierwszych teologów chrześcijańskich – Tertulian twierdził w II wieku n.e.: „dlatego jest wiarygodne, że jest niedorzeczne”. Po dziewiętnastu wiekach dodać można jeszcze: dlatego czcigodne, że tandetne i szpetne…

Powered by WordPress Web Design by SRS Solutions © 2017 To ci historia! Design by SRS Solutions

  • RSS
  • Flaker
  • Twitter
  • Tumblr
  • Facebook
  • GoldenLine
  • Nasza Klasa
  • Wykop