To ci historia!

Blog historyczny, ciekawostki historyczne, sensacje

Wpisy z tagiem: zbrodnia

Wśród mieszkańców podłódzkich wsi zapanował strach. Krążyły opowieści o „potworze”, „wampirze”, który zabija kobiety. Ludzie bali się wychodzić po zmroku.

Gałkówek w gminie Koluszki ma historię sięgającą średniowiecza. Otoczona lasami wieś w okresie międzywojennym stała się popularnym letniskiem. Przyjemny mikroklimat, bogactwo leśnego runa i bliskość Łodzi powodują, że do dziś jest celem wyjazdów rekreacyjnych łodzian. W PRL-u te sielskie tereny zyskały ponurą sławę i miano „Wampirówka” – polskiej stolicy zbrodni. Ważną rolę w tej makabrycznej historii odegrała miejscowa jednostka wojskowa oraz las bukowo-jodłowy.

las-galkow

Las gałkowski. Źródło: mapio.net

31 lipca 1952 roku w lesie koło Gałkówka znaleziono zwłoki starszej kobiety. Okazało się, że 67- letnia Józefa Pietrzykowska poniosła śmierć wskutek uduszenia, podczas zbierania jagód. Milicja stwierdziła, że morderca miał zamiar odbyć z nią stosunek seksualny, ale ponieważ stawiała opór, udusił ją. Śledztwo nie przyniosło efektów i zostało umorzone z powodu niewykrycia sprawcy.

Pięć miesięcy później, po świętach Bożego Narodzenia, łódzka milicja otrzymała wiadomość o znalezieniu ciała 32-letniej Marii Kunki w lesie, w pobliżu wsi Rydzynki koło Tuszyna. Kobieta zaginęła trzy dni wcześniej. Zaniepokojona rodzina rozpoczęła poszukiwania, w wyniku których natrafiono na zwłoki w świerkowym zagajniku. Ofiara została zgwałcona, a następnie uduszona przez zaciśnięcie szalika na szyi. Oprócz motywu seksualnego, brano pod uwagę również rabunkowy, ponieważ z palców denatki zniknęła złota obrączka i pierścionek. I tym razem śledczy okazali się bezradni, po pięciu tygodniach śledztwo umorzono.

galkowek-zwlokiTych dwóch zbrodni nie łączono ze sobą, do czasu, gdy w marcu 1953 roku na polu pod lasem w Józefowie, doszło do trzeciej. 21-letnia Teresa Piekarska została brutalnie zgwałcona, a następnie uduszona przez zaciśnięcie szalika na szyi. Zwłoki kobiety leżały na polu obok drogi, którą codziennie wieczorem wracała z pracy. Pies milicyjny doprowadził śledczych do przystanku tramwajowego. Podejrzewano, że morderca mógł przyjechać tramwajem i pójść za swoją ofiarą. Nic więcej jednak nie ustalono. Kolejny raz nie udało się znaleźć sprawcy.

O bezskutecznym przebiegu śledztw nie informowano opinii publicznej, aby nie wzbudzać paniki. Mimo to wśród mieszkańców podłódzkich wsi zapanował strach. Krążyły opowieści o „potworze”, „wampirze”, który zabija kobiety. Ludzie bali się wychodzić po zmroku. Wtedy „wampir” na prawie dwa lata zrobił sobie przerwę w zabójczym procederze. Wrócił do Gałkówka i zaatakował ponownie w nocy z pierwszego na drugiego stycznia 1955 roku. Zwłoki 22-letniej Ireny Dunajskiej znaleziono dzień później w pobliżu torów kolejowych, obok drogi prowadzącej do wsi Zielona Góra. Ofiara, tak jak poprzednie, miała na szyi zaciśnięty szalik. Medycy sądowi, oprócz licznych zadrapań na ciele, zauważyli złamaną żuchwę. Prawdopodobnie ofiara stawiała opór i morderca musiał użyć znacznej siły, by ją obezwładnić. Śledztwo znów nie doprowadziło do ustalenia sprawcy.

Do kolejnych zabójstw doszło w roku następnym, w marcu 1956. W lasku przy drodze koło Gałkówka znaleziono zwłoki 18-letniej uczennicy technikum w Łodzi, Heleny Walos. „Wampir” dopadł dziewczynę, gdy szła od stacji w Gałkówku do siostry w pobliskiej Borowej. Zgwałcił ją i udusił szalikiem. Ciało odciągnął w mniej uczęszczane miejsce i przykrył płaszczem. Pies tropiący doprowadził śledczych do przystanku kolejowego w Gałkówku i tam trop się urwał. W sierpniu tego samego roku w krzakach jeżyn obok drogi z Gałkówka do Koluszek natrafiono na kolejne zwłoki. Ich zaawansowany rozkład wskazywał, że śmierć nastąpiła co najmniej kilka dni wcześniej. W denatce rozpoznano 22-letnią Helenę Klatę, mieszkankę Borowej. Jej zgon nastąpił wskutek uduszenia. Tym razem „wampir” posłużył się chustką ofiary. Biegli stwierdzili, że i ta kobieta została zgwałcona.

stanislaw-modzelewskiŚmierć Heleny Klaty zakończyła serię zabójstw na tle seksualnym popełnionych przez nieznanego sprawcę w okolicach Gałkówka. Zeznania świadków oraz kilku kobiet, które przeżyły napad „wampira” doprowadziły śledczych do wniosku, że seryjny morderca jest kolejarzem. Na tej podstawie aresztowano trzech podejrzanych, ale prawdziwego sprawcy nie udało się odnaleźć. Śledztwo w sprawie sześciu morderstw łódzka prokuratura umorzyła w 1957 roku. Mijały miesiące i lata. Opinia publiczna powoli zapominała o „wampirze z Gałkówka”. Coraz bardziej prawdopodobne było, iż zbrodniarz pozostanie nieznany i bezkarny.

Niespodziewany zwrot w sprawie nastąpił po dziesięciu latach. 14 września 1967 roku warszawska milicja przyjęła zgłoszenie śmierci staruszki we własnej wannie. Przybyłego na miejsce funkcjonariusza zdziwiło, że denatka, 87-letnia Maria Gołacka, leżała w wannie ubrana i miała cięte rany na ciele. Sekcja zwłok wykazała, iż staruszka została uduszona, a potem pocięta żyletką. Komenda Stołeczna MO wszczęła w tej sprawie śledztwo, które szybko przyniosło efekty. Z zeznań sąsiadów ofiary wynikało, że miała zatargi z mieszkańcem tej samej kamienicy, Stanisławem Modzelewskim. Jak ustalili śledczy, Modzelewski, kierowca z zawodu, często zmieniał pracę i był karany za kradzieże oraz spowodowanie wypadku drogowego. Ponadto regularnie bił żonę. Modzelewska zwierzyła się kiedyś jednemu z sąsiadów, że nigdy nie miała z mężem normalnego stosunku płciowego, a ojcem jej dziecka jest inny mężczyzna. W tej sytuacji podjęto decyzję o aresztowaniu Modzelewskiego. Zatrzymania dokonano 24 września 1967 roku w Patokach koło Łasku, w domu teściów podejrzanego.

Do zabójstwa Marii Gołackiej Modzelewski przyznał się dopiero po kilku przesłuchaniach. Jak wyjaśnił, po wypiciu wódki nabrał chęci do „zabawienia się z kobietą”. Podczas kolejnych przesłuchań Modzelewski stawał się coraz bardziej rozmowny. Opowiadał śledczym o swoim dzieciństwie, służbie wojskowej, którą odbywał w Gałkówku i o pierwszych latach małżeństwa w Łodzi. Wreszcie wspomniał o swoich kontaktach z kobietami i o zabójstwach popełnionych w okolicach Gałkówka.

Okazało się, że od lutego 1951 do grudnia 1952 roku pełnił służbę w jednostce wojskowej w Gałkówku. Jako kierowca dobrze poznał te tereny, co pomogło mu popełniać zbrodnie. Pierwszą kobietę zamordował jeszcze przed wyjściem z wojska, drugą– kilka dni po ukończeniu służby i przeprowadzce z żoną do Łodzi. Co było zaskakujące, po pierwszej zbrodni Modzelewskiego zatrzymano za bójkę z innym żołnierzem. W areszcie w Koluszkach na krótko osadzono mordercę, który w przyszłości miał zabić jeszcze sześć kobiet. Ostatecznie Modzelewski przyznał się do zamordowania ośmiu kobiet. Ósmej zbrodni, popełnionej w Łodzi, jednak mu nie udowodniono, gdyż nie odnaleziono ciała ofiary.

Proces seryjnego mordercy rozpoczął się w styczniu 1969 roku. Oskarżono go o dokonanie siedmiu morderstw i usiłowania czterech. Ponadto odpowiadał za nielegalne posiadanie broni i dwa rozboje. Rozprawa trwała jedenaście dni. Ponieważ Modzelewski przyznał się do wszystkich zarzucanych mu przestępstw oraz szczegółowo i wiarygodnie opisał przebieg zbrodni, jedyną niewiadomą był wymiar kary.
galkowek-dunajska2

Na podstawie rozbieżnych opinii biegłych psychiatrów sąd nie mógł jednoznacznie określić czy ten maniak seksualny w chwili zbrodni był świadomy swoich czynów. Ostatecznie sędziowie uznali, że żadne z zaburzeń stwierdzonych u Modzelewskiego, nie świadczy o jego ograniczonej poczytalności. Mógł odpowiadać przed sądem za każde morderstwo.

Sąd wojewódzki w Łodzi 5 lutego 1969 roku skazał go na karę śmierci. Obrona wniosła od wyroku rewizję, którą Sąd Najwyższy odrzucił i podtrzymał wyrok kary śmierci. Rada Państwa nie skorzystała z prawa łaski. Modzelewskiego powieszono w listopadzie 1969 roku w więzieniu przy ulicy Rakowieckiej w Warszawie. Mieszkańcy Gałkówka i okolic wciąż pamiętają o historii „wampira”. Jeszcze żyją krewni i znajomi ofiar oraz świadkowie zdarzeń czy wizji lokalnych z udziałem mordercy. Jedną z ofiar, Irenę Dunajską przypomina pomnik w Gałkowie Małym.

Takie chuchro?! To jest ten wyrafinowany, okrutny zwierz?! „Zwierz” miał wygląd speszonego kretyna.

W poniedziałek 12 listopada 1928 roku Łódź budziła się do życia po święcie 10-lecia odzyskania niepodległości. Robotnicy idący do pracy znaleźli w rowie przy ulicy Milionowej zwłoki młodej kobiety. Miała na sobie długi wełniany sweter i grubą chustkę narzuconą na ramiona. Sądząc po kałuży krwi, została zamordowana. Około godziny ósmej powiadomiono policję. Na miejsce zbrodni przyjechały władze śledcze z nadkomisarzem Weyerem. Zamordowana leżała twarzą do ziemi. Zakrzepła krew świadczyła, że zbrodni dokonano w nocy z niedzieli na poniedziałek. Nazwiska zamordowanej na miejscu nie udało się ustalić.

sklad_grzegGdy policja prowadziła czynności wstępne, o godzinie 9 rano, pracownik składu fortepianów przy ulicy Piotrkowskiej 117, jak zwykle zameldował się w pracy. Ku jego zdziwieniu, drzwi prowadzące do składu były zamknięte. Udał się na pierwsze piętro do mieszkania właścicieli, Marii i Bronisława Tyszerów. Ale nikt nie reagował na pukanie do drzwi. Tknięty złym przeczuciem postanowił udać się do brata szefa, Engelberta Tyszera, który mieszkał niedaleko, w domu przy zbiegu ulic Piotrkowskiej i Nawrot. Po chwili dwaj mężczyźni wrócili na Piotrkowską 117. Wezwali syna dozorcy domowego, by wyważył okno na pierwszym piętrze i dostał się do mieszkania. Przeszukawszy mieszkanie znaleźli klucze od zakładu. Chwilę potem weszli do składu fortepianów i ujrzeli makabryczny widok. Obok pianina leżał w kałuży krwi Bronisław Tyszer. Zrozpaczony brat zamordowanego pobiegł do następnego pomieszczenia. W kącie obok jednego z fortepianów znalazł przykryte dywanem zwłoki Marii Tyszer.

O godzinie jedenastej na miejsce zbrodni przybyli prokuratorzy i policja. Dochodzeniem zajął się sędzia śledczy Grzesik i kierownik urzędu śledczego Weyer. Stwierdzono, że zabójstwa dokonano tępym narzędziem, młotkiem lub siekierą. Obie ofiary pozbawiono życia silnymi ciosami w tylną część głowy. Na miejscu nie znaleziono narzędzia mordu. Poza odciskami palców na pianinie, niczego więcej nie odkryto. Śledczych zaintrygowała nieobecność służącej Tyszerów. Na podstawie zeznań lokatorów ustalono, że była w mieszkaniu w niedzielę w godzinach wieczorowych. Przed jedenastą w nocy odjechała taksówką w towarzystwie dwóch mężczyzn. Stwierdzono, że służąca – Józefa Borowska mogła paść ofiarą bandytów. Okazało się, że właśnie jej ciało znaleziono przy ulicy Milionowej. W prosektorium rozpoznała je siostra. Śledczy podejrzewali, że służąca była w zmowie ze zbrodniarzami. Prawdopodobnie morderstwo miało motyw rabunkowy. Tyszerowie należeli do ludzi majętnych. Byli właścicielami dwóch domów. Jak ustalono, zamierzali kupić kolejną nieruchomość i w tym celu pobrali z banku 40 tysięcy dolarów. W jednym z pokoi stała kasa pancerna, w której właściciele przechowywali pieniądze, ale nie została otwarta. Kluczowym śladem stał się rachunek wystawiony na nazwisko Stanisława Łaniuchy. W nocy z wtorku na środę, do mieszkania na czwartym piętrze domu przy ulicy Targowej 33, wkroczyła policja z bronią. Podczas rewizji znaleziono pokrwawiony garnitur, splamiony krwią kołnierzyk i krawat oraz toporek strażacki ze śladami krwi leżący na szafie. Całą rodzinę zatrzymano do wyjaśnienia.

skladStanisław Łaniucha wyznał, że jest mordercą. Opowiedział o motywach i szczegółach zbrodni. Przed trzema laty był pomocnikiem stroiciela fortepianów w firmie „Grzegorzewski”. Niedawno przestał tam pracować i przeniósł się do firmy konkurencyjnej. Do właścicieli składu fortepianów czuł niechęć i żal. Opowiadał jak ciężko pracował u Tyszerów za 4 złote na tydzień. Tyszerową uważał za osobę złą, bezlitosną i skąpą. Obiecywała, że wyśle go na naukę do Warszawy, a potem wyrzuciła z pracy. Ciągle tułał się po różnych robotach i wszędzie ludzie go oszukiwali i wyzyskiwali. Z zamiarem morderstwa nosił się od dłuższego czasu, lecz nie wiedział, jak to zrealizować. W niedzielę, jedenastego listopada przyszedł do składu Tyszerów o dziesiątej. Zakład był zamknięty, więc udał się do mieszkania na pierwszym piętrze. Tyszerowej powiedział, że dostał spadek i chce kupić pianino. Umówili się na trzecią po południu, by zrealizować zakup. Świadkiem tej rozmowy była służąca, Józefa Borowska.

O trzeciej wraz z Łaniuchą do składu poszła sama Tyszerowa. Zamiast pieniędzy dostała kopertę z pociętymi papierami. Zaczęła krzyczeć, więc uderzył ją toporkiem w głowę. Cios był śmiertelny. Napastnik chwycił ofiarę za nogi i ściągnął z fotela na podłogę. Potem zadał jeszcze kilka ciosów i przeciągnął ciało do pokoju frontowego. Zrabował sakiewkę z 70 złotymi, klucze od kasy i mieszkania, zdjął z ręki ofiary złoty zegarek oraz obrączkę.
Po dwudziestu minutach do składu wszedł właściciel. Zanim zauważył cokolwiek podejrzanego, zbrodniarz poprosił, by zagrał na pianinie, które wybrał. Gdy Tyszer usiadł przy klawiaturze, otrzymał cios toporkiem w głowę. Uderzenie nie było dość silne, by pozbawić go przytomności. Zaczął się bronić, lecz po chwili otrzymał drugie uderzenie i padł martwy. Łaniucha wyciągnął mu portfel, przeciągnął ciało pod okno zakrywając pokrowcem od fortepianu. Zdecydował się wrócić do mieszkania i otworzyć kasę. Okazało się jednak, że miała dodatkowe zabezpieczenia. W pokoju znalazł 350 złotych. Zabrał też luksusowy budzik i tuzin srebrnych łyżeczek. Założył na siebie palto oraz kapelusz Tyszera i wyszedł.

tyszerByła szósta po południu, gdy Łaniucha udał się na róg Nawrot i Piotrkowskiej, wziął taksówkę i kazał zawieść się na ulicę Tatrzańską. Na polu obok stawu zakopał skradzione przedmioty. Wrócił tą samą taksówką na Nawrot. Wówczas zaświtała mu myśl, że musi zabić służącą Józefę Borowską, która mogła być świadkiem zbrodni. Poszedł na Piotrkowską 117 i zastał tam służącą stojącą pod drzwiami. Powiedział, że przychodzi zapłacić rachunek za kupione pianino i poczeka razem z nią na powrót Tyszerów. Zaproponował Borowskiej spacer. Odmówiła i poszła do mieszkania rządcy domu. Około ósmej służąca wyszła stamtąd zaniepokojona przedłużającą się nieobecnością pracodawców. Łaniucha pożegnał się i poszedł do pobliskiej cukierni Piątkowskiego. Spotkanemu tam chłopcu dał 3 złote za fatygę oraz 5 złotych prosząc, aby udał się na Piotrkowską 117 i przekonał Borowską, że przychodzi z polecenia Tyszerów. Mieli rzekomo przysłać jej 5 złotych na taksówkę, z żądaniem, by przyjechała natychmiast na ulicę Tatrzańską, do fabryki Steigerta. Kiedy chłopiec rozmawiał ze służącą, pojawił się Łaniucha. Oświadczył Borowskiej, że uda się razem z nią na Tatrzańską i tam zapłaci za pianino. Na swoje nieszczęście zgodziła się i pojechała z mordercą. W pewnej chwili Łaniucha zaproponował, że wysiądą i przejdą kawałek drogi pieszo. Kiedy znaleźli się na polach za fabryką, uderzył Borowską toporkiem w głowę. Służąca bez życia osunęła się do rowu. Zbrodniarz przykrył ciało jej własną chustką. Potem odkopał ukryte łupy, wrócił do domu na Targową 33 i schował je w komórce. Następnego dnia wszystko przepakował i rozniósł znajomym na przechowanie. Na koniec zeznania Łaniucha dodał, że zamierzał również zamordować właściciela składu fortepianów przy ulicy 1 Maja.

tyszerowaProces Stanisława Łaniuchy odbył się 21 lutego 1929 roku. Zbrodniarz zrzekł się obrońcy. W ciągu kilku dni napisał swoją obronę i wyuczył się tekstu na pamięć. Zainteresowanie rozprawą było ogromne. Łodzian szczególnie dziwił stan psychiczny oskarżonego. Zastanawiano się, jaką ponurą tajemnicę kryje jego zbrodnicza psychika. Bezpośrednio po dokonaniu ohydnego mordu, wrócił do domu i spokojnie położył się spać. Równie spokojnie zachowywał się w więzieniu. Dopisywał mu apetyt i ciągle dopominał się o jedzenie. Przed procesem dopytywał, czy pozwolą mu ubrać się w garnitur. Wieczorem poszedł spać wcześniej niż zwykle, by na rozprawie być wypoczętym. Nie zauważono u niego wyrzutów sumienia, ani żadnej troski o przyszłość.

Kiedy o 9.30 wprowadzono Stanisława Łaniuchę na salę rozpraw, publiczność była rozczarowana. Drobny, niski i szczupły, niespełna 20-letni młodzieniec nie wyglądał na bezlitosnego i perfidnego zbrodniarza. Ciemno-blond włosy starannie zaczesane do góry. Ciemny garnitur, czysta koszula, gustowny krawat. Na sali sądowej można było usłyszeć szepty: „ Takie chuchro?! To jest wyrafinowany, okrutny zbir Łaniucha? !” ”Zbir” uśmiechał się głupkowato, machał ręką, zakrywał twarz. Chwilami przybierał jakąś błazeńską minę. „Okrutny zwierz” miał wygląd speszonego kretyna. Sala odbierała to, jako wyraz cynizmu. Podczas rozprawy Łaniucha odpowiadał na pytania z namysłem i wahaniem. W pewnym momencie zniecierpliwiony wzruszył ramionami, mówiąc:laniucha_stan

- Po co te wszystkie pytania? Przecież przyznałem się. Niech to wszystko będzie prędzej.

W ostatnim słowie niewiele powiedział na swoją obronę:

- To sobie wtedy pomyślałem, że to pasożyty nie warte, żeby dożyły dziesięciolecia niepodległości naszej Polski. Tylko, że to wszystko myślałem sobie o Tyszerowej, bo pan Tyszer to był dobry człowiek.

Sąd uznał Stanisława Łaniuchę winnym trzech zabójstw i skazał na karę śmierci przez powieszenie. Oskarżony wysłuchał wyroku w spokoju. Dopiero, kiedy skład sędziowski opuszczał salę rozpraw, podniósł ręce do góry w wywołał konsternację okrzykiem:

- Niech żyją ładne kobietki!

Łaniucha nie został powieszony. Rok później prezydent Rzeczypospolitej, Ignacy Mościcki zamienił mu karę śmierci na dożywotnie ciężkie więzienie.

Zamaskowany bandyta z bronią gotową do strzału wpadł do mieszkania, w którym była zebrana cała rodzina. Bez słowa strzelił w twarz wychodzącego z pokoju stołowego dyrektora. Biegański zachwiał się i upadł na podłogę. Zmarł po kilku minutach.

bieganski1

Edward Biegański z orkiestrą gimnazjalną w Łowiczu – rok 1930.

Zamordowanie szanowanego dyrektora gimnazjum państwowego im. Kazimierza Wielkiego, wywołało w Zduńskiej Woli wielkie poruszenie. 48-letni Edward Biegański zajmował wraz z rodziną, składającą się z żony, dwojga nieletnich dzieci i teściowej, służbowe mieszkanie obok szkoły, przy ulicy Złotnickiego (obecnie Dąbrowskiego). Stanowisko dyrektora zduńskowolskiego gimnazjum objął we wrześniu 1934 roku. Poprzednio pełnił funkcję dyrektora gimnazjum im. księcia Józefa Poniatowskiego w Łowiczu.

W związku z tragiczną śmiercią Biegańskiego prasa przypomniała o innym koszmarnym wydarzeniu z jego życia. W 1925 roku w gimnazjum w Wilnie omal nie zginął on w zamachu podczas egzaminu maturalnego. Dwóch maturzystów, uzbrojonych w granat i rewolwery, zaatakowało grono nauczycielskie. Była to najprawdopodobniej jedyna masowa zbrodnia dokonana w polskiej szkole. Zginęło pięć osób, dziewięć zostało rannych. Biegański odniósł ciężkie obrażenia wskutek wybuchu granatu. Po wyleczeniu, w sierpniu 1925 roku przeniesiono go do Łowicza, a 9 lat później przybył do Zduńskiej Woli, gdzie poniósł tragiczną śmierć.

Wkrótce po zbrodni, jeszcze tej samej nocy, 29 stycznia 1935, do  Zduńskiej Woli przybyło kilku śledczych z Łodzi. Akcją kierował nadkomisarz Jan Petri – naczelnik wojewódzkiego urzędu śledczego. Początkowo przeważało przekonanie, że zabójstwo dyrektora gimnazjum nie miało podłoża rabunkowego. Świadczyć o tym miał fakt, że bandyci nie ukradli niczego z mieszkania dyrektora, zabrali tylko drobną sumę mieszkającemu w suterenie woźnemu. Śledczy podejrzewali, że zbrodniarzami mogła kierować chęć zemsty na dyrektorze, który uchodził za pedagoga wymagającego i surowego. Urząd śledczy kilka dni po morderstwie wyznaczył 1000 zł nagrody dla osoby, która pomoże w wykryciu sprawców. Nie wiemy czy znalazł się ktoś taki, w każdym razie policja już w pierwszych tygodniach trafiła na właściwy trop. Wraz z postępem trwającego ponad rok dochodzenia, na pierwszy plan wysunął się motyw rabunkowy napadu. Przypuszczenia, że chodziło o zemstę zostały obalone. Co zatem zdarzyło się tragicznej nocy 29 stycznia 1935 roku?

edward-bieganski

Dyrektor Biegański w swoim gabinecie w Łowiczu

Około godziny 10 wieczorem woźny Walenty Ścigiński leżał w łóżku w suterenie gimnazjum, gdy usłyszał pukanie do drzwi. Na pytanie „kto tam?” odpowiedział mu jakiś niewyraźny kobiecy głos. Nie otworzył, tylko krzyknął głośno „kto tam jest, do diabła?” Po chwili usłyszał, że ktoś oddala się od jego drzwi w kierunku wyjścia. Odczekał chwilę, po czym ubrał się i wyszedł, by sprawdzić co się dzieje na korytarzu. Wtedy wyskoczyło na niego dwóch zamaskowanych mężczyzn z rewolwerami w dłoniach. Bandyci wepchnęli go z powrotem do pokoju i zażądali wydania pieniędzy. Znaleźli jednak tylko 25 zł. Jeden szukał więc dalej, a drugi wyszedł na korytarz. Gdy plądrowano mu mieszkanie, Ścigiński usłyszał krzyk kobiety dobiegający z mieszkania dyrektora. Wtedy napastnik wybiegł, a woźny zamknął drzwi frontowe na klucz i zaczął krzyczeć: „bandyci, bandyci!”.

Podczas napadu na Ścigińskiego, znajdujące się w kuchni na parterze służące: Antonina Królikówna i Stefania Omiecińska usłyszały jakieś szmery z suteren. Królikówna uchyliła drzwi i zapytała głośno: „co się stało?”, ale odpowiedzi nie otrzymała. Wtedy zeszła na dół z zapaloną świecą. Kiedy zauważyła zamaskowanego mężczyznę, zaczęła uciekać, ale nie zdążyła zamknąć za sobą drzwi, bo napastnik je przytrzymał. Pobiegła do następnego pokoju, ale i tam bandyta nie pozwolił jej zamknąć drzwi. Wreszcie spanikowana schowała się pod stołem. W tym momencie z pokoju stołowego wyszedł dyrektor Biegański. Widząc zamaskowanego mężczyznę przystanął. Wtedy bandyta strzelił mu dwukrotnie prosto w twarz. Dyrektor upadł bez słowa, a obaj bandyci wyskoczyli przez okno i uciekli przez ogród. Świadkami tej tragicznej sceny były żona i teściowa Biegańskiego. Wezwano natychmiast policję i lekarza. Doktor Gimbut stwierdził zgon dyrektora. Już pierwsza kula, która przebiła głowę ofiary na wylot, powodując wylew krwi do mózgu, była śmiertelna.

Śledczy wkrótce ustalili, że woźnego Ścigińskiego kilkakrotnie odwiedzała zduńskowolska prostytutka, Natalia Sobierajska, znana jako „Żółta Talka”. Towarzyszyli jej dwaj lub trzej mężczyźni. Bawili się wraz z innymi pracownikami gimnazjum — woźnymi i dozorcą. Pili wódkę w sali gimnastycznej lub w mieszkaniu Ścigińskiego. Sobierajska za udział w tych libacjach otrzymywała od gospodarza drobne, kilkuzłotowe sumy. W czasie jednej z wizyt ukradła mu z szuflady stołu 45 złotych. „Żółta Talka” orientowała się, że woźny Ścigiński jest człowiekiem majętnym. Taką miał opinię w Zduńskiej Woli, a potwierdzał to fakt, że wydając córkę za mąż, dał jej w posagu trzy tysiące złotych.

exp1935-01-31

Gimnazjum w Zduńskiej Woli w roku 1935 – fotografia z Expressu Wieczornego

Okazało się potem, że Sobierajska była kochanką karanego za oszustwa Bronisława Malinowskiego z Zelowa. Spotykała się z nim często, zarówno w Zelowie, jak i w Zduńskiej Woli. Któregoś razu „Żółta Talka” podczas pobytu w Zelowie, spotkała niejakiego Józefa Barczyńskiego. Nadała mu wtedy „robotę” na 5 – 6 tysięcy złotych u woźnego gimnazjum w Zduńskiej Woli. Śledczy stwierdzili, że Zduńska Wola była dobrze znana i Barczyńskiemu, i Malinowskiemu, gdyż razem z innym podejrzanym typem, Józefem Grabowskim, przyjeżdżali często na zduńskowolskie jarmarki, gdzie oszukiwali naiwnych w grze w trzy karty. Ustalono, że wszelkie wiadomości o Ścigińskim i planie budynku gimnazjalnego dostarczyła bandytom Sobierajska.

Podczas przeszukania u Grabowskiego, podejrzanego wcześniej o dokonanie morderstwa handlarza Berenta, policja znalazła rewolwer, z którego strzelano do dyrektora Biegańskiego. Okazało się, że maski użyte podczas napadu zrobiono z tego samego materiału, co suknię matki Barczyńskiego. Prawdopodobnie uszyto je z bluzki, która gdzieś zniknęła. Kiedy aresztowano Grabowskiego, policjant Feliks Majewski słyszał jak matka bandyty szeptała: „to na pewno za Zduńską Wolę”. Świadkowie z Zelowa zeznali, że Sobierajska, na wiadomość o aresztowaniu Malinowskiego miała się wyrazić: „to za Zduńską Wolę”. Znaleziony notes ze szkicem gimnazjum zrobionym przez Malinow­skiego był kolejnym dowodem winy tej szajki przestępców.

Ostatecznie ustalono, że celem napadu było ograbienie woźnego Ścigińskiego. Zabójstwo Biegańskiego spowodowała ciekawość służącej Królikówny, za którą pobiegł zbrodniarz oraz bezmyślna brutalność tego bandyty.

1 i 2 lutego 1936 roku Sąd Okręgowy w Kaliszu na sesji wyjazdowej w Sieradzu rozpatrywał sprawę zabójstwa dyrektora gimnazjum w Zduńskiej Woli. Akta śledztwa składały się z 7 tomów, zaś akt oskarżenia zawierał 22 strony. Na rozprawę wezwano około 50 świadków z 4 powiatów. Na salę policja wpuściła nieznaczną ilość osób, gdyż sami świadkowie zajmowali przeszło pół sali.

Na ławie oskarżonych zasiedli:
1. Józef Grabowski, urodzony w 1904 roku we wsi Kuźnia w gminie Bujny Szlacheckie – karany wcześniej trzy razy za kradzieże.
2. Józef Barczyński, urodzony w 1902 roku w Pabianicach – karany za rozbój i kradzieże.
3. Bronisław Malinowski urodzony w 1906 roku w Pabianicach – karany 6 razy za oszustwo.
4. Natalia Sobierajska urodzona w 1908 roku w Zduńskiej Woli – karana za kradzież.

Nikt z oskarżonych nie przyznał się do winy. Barczyński oświadczył, że nie wie za co znalazł się w areszcie oraz, że Grabowskiego i Malinowskiego nie zna. Potem zaczął plątać się w zeznaniach i potwierdził, że jednak zna Malinowskiego i, że Sobierajska mówiła mu o jakimś bogatym woźnym, do którego należy iść z „maszyną”. Malinowski potwierdził, że zna Barczyńskiego, ale że Grabowskiego widzi po raz pierwszy. Przyznał, że Sobierajska była jego kochanką od kilku lat i odwiedzała go kilka razy w Zelowie. O żadnych planach napadu jednak nie rozmawiali. Potwierdziła te zeznania Natalia Sobierajska, która również nie przyznała się do winy. Na pytanie przewodniczącego sądu co wie o całej sprawie opowiadała, iż zna dobrze tylko Malinowskiego, z którym łączą ją bliższe stosunki. Barczyńskiego widziała tylko raz na zabawie w Zelowie. Bardzo obciążające było zeznanie żony zamordowanego dyrektora, przybyłej aż z Wilna, Józefy Biegańskiej, która rozpoznała w Malinowskim zabójcę męża.

Wieczorem 2 lutego 1936 roku sąd ogłosił wyrok. Józef Grabowski i Bronisław Malinowski zostali skazani na 8 lat więzienia, a Natalia Sobierajska na 3 lata więzienia. Józef Barczyński został uniewinniony. Wszystkich skazanych pozbawiono praw publicznych na 10 lat.

liceum1

I Liceum Ogólnokształcące w Zduńskiej Woli w roku 2015

* * *
Edward Biegański, urodzony 20 lipca 1887 r. w Grodnie był nauczycielem matematyki, dyrektorem szkół państwowych, działaczem Polskiej Partii Socjalistycznej oraz Ochotniczej Straży Pożarnej i Towarzystwa Przyjaciół Związku Strzeleckiego. Za zasługi w pracy społecznej został odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi. Ostatnią drogę ze Zduńskiej Woli do Łowicza odbył w wozie strażackim. 1 lutego 1935 roku udekorowany kwiatami i wieńcami strażacki karawan, jadąc przez Pabianice i Łódź, dotarł do Łowicza. Szczątki dyrektora Edwarda Biegańskiego złożono w rodzinnym grobowcu na Cmentarzu Kolegiackim w Łowiczu.

Ta propagandowa pocztówka z czarnym obramowaniem powstała by upamiętnić jedną z wielu niemieckich zbrodni popełnionych podczas I wojny światowej. 12 października 1915 roku oficer niemiecki wyjął rewolwer i strzelił w głowę zemdlonej Edith Cavell. Tym samym wyręczył pluton egzekucyjny, który odmówił otwarcia ognia do nieprzytomnej kobiety.

cavell1

Siostra Cavell była przełożoną szpitala wojskowego w Brukseli. Gdy do Belgii wkroczyły wojska niemieckie,  pomagała rannym żołnierzom brytyjskim w ucieczce do Holandii. Przez kilka miesięcy udało się jej uratować prawie dwustu pacjentów. Niemcy aresztowali ją i postawili przed sądem wojennym.

Wyrok był zaskakujący i szokująco niesprawiedliwy: śmierć przez rozstrzelanie. Podobno ostatnie słowa Edith przed egzekucją brzmiały: „Patriotyzm nie wystarczy”… Po ich wypowiedzeniu padła zemdlona.

Bohaterska postawa i tragiczna śmierć przyniosła tej brytyjskiej pielęgniarce miano męczennicy okresu I wojny światowej. Dla brytyjskiej propagandy wojennej była to okazja do utrwalenia opinii o barbarzyństwie niemieckich wojsk. Tym bardziej, że ta tragedia zdarzyła się ledwie kilka miesięcy po zatopieniu przez niemiecki okręt podwodny pasażerskiego statku „Lusitania”.

Po wojnie ciało Edith Cavell  ekshumowano i przetransportowano do rodzinnego Norwich. W Londynie wzniesiono jej pomnik. Jej imię otrzymał szczyt górski w Parku Narodowym w Kanadzie oraz jedna z planetoid.

cavell2

Pocztówka ta została wysłana 6 lipca 1916 na adres w Essex przez żołnierza służącego na froncie zachodnim. Czasami, na podobnych kartkach nadawcy pisali krótki komentarz na temat ilustracji. Tym razem na odwrocie brytyjski żołnierz, George napisał: „Powiedz Louise, żeby wysłała mi ciasto. Ze mną jest wszystko OK”.

Wielki kryzys gospodarczy lat 30 ubiegłego wieku przyniósł plajty, bezrobocie i biedę. Gazety ówczesne pełne były informacji o samobójstwach wśród bankrutów i o nędzarzach wyrzucanych na bruk. Tragedia, którą opisał łódzki „Głos Poranny”, mogła mieć jeszcze inne przyczyny. Wobec milczenia świadków szczegóły życia rodzinnego Wołoszynów pozostały jednak tajemnicą. ["Głos Poranny" 11.12.1932 r. Styl i pisownia - oryginalne]

W domu przy ul. Podmiejskiej 1, za Placem Reymonta rozegrała się wczoraj straszna tragedja rodzinna. Około godziny 4-ej po południu w mieszkaniu Daniela Wołoszyna, znajdującem się na drugiem piętrze frontowej oficyny, rozległy się
trzy kolejno po sobie następujące strzały.
W chwilę potem z mieszkania poczęły wydobywać się rozpaczliwe krzyki i jęki. Przerażeni sąsiedzi nie wiedzieli co czynić. Po chwili jednak zdobyli się na odwagę i wpadli do mieszkania. Oczom ich przedstawił się okropny widok. Na podłodze małego, jednopokojowego lokalu leżeli
brocząc obficie krwią:
mężczyzna i młoda kobieta. Byli to: 49-letni Daniel Wołoszyn i najstarsza córka jego, 21-letnia Elżbieta.
Wołoszyn leżał w ten sposób na podłodze, że głowa jego ukryta była pod starą kanapą, córka jego miała twarz całą zakrwawioną i nie dawała żadnych znaków życia. Obok niej leżał na ziemi rewolwer.
W ciasnej izdebce lamentowały trzy kobiety: żona, młodsza 17-letnia córka głuchoniema, oraz koleżanka Elżbiety Wołoszyn, która wraz z rodziną była świadkiem okropnego wypadku. Zanim sąsiedzi zdążyli wyjaśnić tragedię żona Wołoszyna popadła w omdlenie.
Jednocześnie prawie zaalarmowano pogotowie ratunkowe kasy chorych oraz władze policyjne. Po upływie kilkunastu minut przybyły władze śledcze z nadkomisarzem Weyerem na czele oraz pogotowie. Lekarz skontatował już tylko
śmierć Elżbiety Wołoszyn.
Dwie kule rewolwerowe przeszyły jej głowę, masakrując twarz. Wołoszyn żył jeszcze.
Kula przebił mu skroń
i utkwiła w czaszce. W stanie beznadziejnym przewieziono natychmiast ciężko rannego do szpitala miejskiego św. Józefa, celem poddania operacji.
Władze śledcze przystąpiły niezwłocznie do śledztwa, celem wyświetlenia tła krwawej tragedji.

Redakcja nasza powiadomiona o wypadku, wydelegowała natychmiast swego współpracownika, który zebrał na miejscu następujące szczegóły:
Dom przy ul. Podmiejskiej 1 jest narożnikiem i wejście doń prowadzi przez ulicę Łączną. Na drugiem piętrze we froncie na wprost klatki schodowej znajduje się mieszkanie, w którem rozegrał się tragiczny epizod. Na drzwiach znajduje się pod szkłem bilet wizytowy z napisem „Daniel Wołoszyn”.
Wołoszyn zajmował wraz z rodziną jeden mały pokoik, z którego oddzielono jeszcze kotarą i szafą maleńki korytarzyk. Umeblowanie mieszkania stanowią dwa łóżka, kanapa, szafa i stół. Wołoszynowie
żyli ostatnio w wielkiej nędzy.
Daniel Wołoszyn, niegdyś zamożny człowiek, w ostatnich latach zarabiał na utrzymanie rodziny jako szofer. W ubiegłym roku stracił zajęcie i przez pewien czas otrzymywał zapomogę. Zaciągał długi, robił co mógł, lecz mimo wszystko rodzina żyła w skrajnej nędzy.
Dopiero w bieżącym roku najstarsza córka, Elżbieta, otrzymała w gimnazjum P. Posnera przy ul. Zawadzkiej 1 posadę nauczycielki. Zarabiała niewiele, oddając wszystko na dom. Skromna pensja nie starczyła jednakże na opędzenie
wszystkich potrzeb, tem bardziej, że trzeba było leczyć młodszą córkę, głuchoniemą.
Nieszczęśliwa matka nieraz czyniła wyrzuty swemu mężowi, że nie zarabia, że nie szuka dla siebie zajęcia, że nie dba o dom i rodzinę. Wołoszyn tłumaczył się; kłótnie z żoną nie ustawały.
W ub. tygodniu do mieszkania Wołoszynów
przybył komornik
aby zająć nędzne meble za jakiś dług. Wołoszynowa tak się przejęła tym wypadkiem, że dostała ataku nerwowego.
Na łożu boleści prosiła starszą córkę o to, aby zajęła się młodszą siostrą – kaleką i dała jej utrzymanie.
Elżbieta złożyła przysięgę,
że jak długo żyć będzie troszczyć się będzie o swą siostrę. Wołoszynowa wróciła do zdrowia.
Daniel Wołoszyn atakowany ciągle z powodu nieróbstwa oświadczył rodzinie, że chce opuścić Polskę i wyjechać do Rosji Sowieckiej. Kiedy mu odpowiedziano, że może uczynić co chce, zażądał pieniędzy na wyjazd. Żona oświadczyła mu w odpowiedzi, że może mu dać tylko 20 zł.
Podobno rozmowa ta toczyć się miała właśnie wczoraj po południu. Zdenerwowany Wołoszyn począł krzyczeć, a w pewnym momencie wydobył nagle z kieszeni rewolwer systemu Browning i
strzelił z tyłu do córki.
Elżbieta szyła akurat, rozmawiając z przyjaciółką. Kula zwaliła ją z krzesła na podłogę.
Żona i głuchoniema córka rzuciły się na ojca, chcąc go obezwładnić, lecz w tej chwili Wołoszyn
przystawił lufę rewolweru do własnej skroni,
aby pozbawić się życia. Padł strzał i samobójca runął na podłogę. Elżbieta w kilka chwil potem wyzionęła ducha.
O tej okropnej tragedji krąży jeszcze
inna wersja.
Głosi ona, że denat utrzymywał intymne stosunki ze swą 17-letnią córką. Wiedziała o tem tylko Elżbieta i stale z tego powodu czyniła gorzkie wyrzuty ojcu. Wczoraj, gdy doszło do kłótni młoda nauczycielka miała odkryć całą tajemnicę wobec matki.
Nastąpił skandal i śmiertelne strzały, oddane przez skompromitowanego Wołoszyna.
Toczące się śledztwo ujawni bez sprzecznie prawdziwe tło zbrodni i samobójstwa. W każdym razie
trzeba jedno skonstatować: dominującą rolę w tej smutnej tragedji rodzinnej
odegrała nędza
Władze śledcze, jak się w ostatniej chwili dowiadujemy, usiłowały zbadać dogorywającego Wołoszyna. Lekarze jednak oświadczyli, iż jest on nieprzytomny, tak, że uzyskanie zeznań jest wykluczone. Przesłuchiwanie naocznych świadków zbrodni trwa.
Wołoszynowa odmówiła wszelkich wyjaśnień. Zanosząc się od płaczu, oświadczyła krótko:
- Dajcie mi spokój, ja strasznie cierpię.
****
Daniel Wołoszyn zmarł w szpitalu, nie odzyskawszy przytomności. Zeznania świadków, szczególnie koleżanki zabitej Elżbiety – Maryli Sicińskiej, nie doprowadziły do wyjaśnienia wszystkich przyczyn tragedii….

Powered by WordPress Web Design by SRS Solutions © 2017 To ci historia! Design by SRS Solutions

  • RSS
  • Flaker
  • Twitter
  • Tumblr
  • Facebook
  • GoldenLine
  • Nasza Klasa
  • Wykop